wtorek, listopada 03, 2026

Pamięć i wiedza.

 

Napisałam post o Zaduszkach słowiańskich, a potem uznałam, że tak w sumie, to po co ten post wieszać. Kto ma wiedzieć, ten już wie, kto nie chce wiedzieć nie przeczyta, albo przeleci znudzonym wzrokiem po treści i wyjdzie w inne strony blogosfery.

Wiedza w blogosferze nie jest tak bardzo pożądana, jak ploty i magiel.

Niemniej Zaduszki są dla mnie tym właściwym świętem zmarłych i dla mnie jest to dzień ważniejszy od Dnia Wszystkich Świętych, o ile jest w ogóle ważny, bo od dawna już w tych dniach nie chodzę na cmentarz tutaj we wsi i nie jeżdżę na cmentarze, na których są groby rodziny z jednej i drugiej strony rodzicielskiej. O tamte groby dbają ich najbliżsi, o groby tutejsze dbam, ale w ciągu roku. Nic na siłę. W święto nie chodzę i nawet te przepiękne łuny, nad obu cmentarzami wiejskimi, nie są w stanie mnie wyrwać z domu.


W przyszłym tygodniu pójdę i posprzątam- zabiorę wszystko niepotrzebne do domu. Dwa lata temu Rada parafialna zadecydowała, że likwiduje się kontenery, bo zbyt dużo wiernych kosztuje wywożenie śmieci z cmentarza. Śmieci zabieramy do domu i słusznie. Nie ma przepełnionych kontenerów, nie walają się po cmentarzu plastikowe kwiatki, czy reklamówki, które wiatr „wyrwał” z kontenerów, nie ma obok nich porozbijanych zniczy. Każdy zabiera to, co przyniósł. My wyrzucamy takie śmieci do zmieszanych i jest święty spokój. Czy to zmniejszyło ilość i jakość ozdóbek nagrobnych? Nie wiem, ale ile kto decyduje się położyć na płycie, tyle musi zabrać.

Pamięć, tylko pamięć jeszcze dla mnie się liczy, a tę ma się w sobie. Jednak i pamięć powoli gubi się w domysłach, bo co przypomnę sobie jakieś fakty, to okazuje się, w powiązaniu z nową wiedzą, że to nie było tak, że było inaczej, a ta osoba nie była taka, jak mi się wydawało, a była jednak inna. Inna i to często niekoniecznie pozytywna. 

 Grzebię czasem w tej pamięci, ale też już coraz mniej. Nawet dalsi przodkowie coraz mniej mnie interesują. No bo co mi z tego przyjdzie, że dokopię się do praprapradziadka i do wiedzy, że był np. chłopem na kilku morgach lub szlachcicem zagrodowym? Nie ma we mnie potrzeby błyszczenia i podkreślania, że ja z chłopów czy szlachty. Co to obecnie zmienia? A moje samopoczucie nie zleży od tego- i tak na nie wpływa życie tu i teraz.

A z drugiej strony, czasem odzywa się we mnie chęć porządnego poukładania sobie kolejności tych przodków- kto, gdzie, z kim, kiedy. Pokolenie moich rodziców było jakieś „milczące” w tych sprawach. Kogo pytam z moich rówieśników lub, w przybliżonym wieku znajomych, tak samo stwierdzają- ich rodzice mało o przeszłości i przodkach mówili. Oni też mają nikłą wiedzę na ten temat, bo nie wypytywaliśmy tak samo, jak i teraz nastolatki nie pytają. Nie pytaliśmy rodziców, nie pytaliśmy dziadków, oni nie mówili nie pytani. Moje dzieci też nie pytają, a ja nie mówię niepytana. Widocznie takie są pokoleniowe prawidłowości, a potem jest zbyt późno, by się czegoś dowiedzieć.

 Taka np. wiedza- zawsze myślałam, że siedlisko mojego pradziadka było jego własnością dziedziczoną po rodzicach (moich prapra...), a z tego, co się niedawno dowiedziałam, wynika, że ziemię wniosła w posagu, jego druga żona, a ta ziemia był dzierżawiona od Komory Cieszyńskiej (własność cysorza Franza Jozefa). Czy rodzina mojej prababki ją wykupiła, czy wykupili ją moi pradziadkowie już jako małżeństwo, tego nie wiem, ale być może to ostatnie, bo siedlisko pozostaje w rękach rodzinnych do dziś- nie zostało uwłaszczone po II wojnie, co zrobiono z ziemiami Komory. 

 Zrobiła się niesamowicie kolorowa jesień, ale kolory szybko znikają- mnóstwo liści już na ziemi, mnóstwo drzew już bez liści. 



W ogrodzie martwa sierpówka- cała. Musiał ją jastrząb upolować, jednak z jakieś przyczyny zostawił w całości na ziemi. Nie zdążył wypierzyć i nie zdążył porwać truchła. Coś musiało go spłoszyć, a potem już po łup nie wrócił. Wyrzuciłam ptaka za płot na pole po kukurydzy, bo z tej strony już ścięta. Przyjechał traktor pole zaorał i zaorał truchło ptaka. Wszystko tak, jak powinno być. No nie, nie tak powinno być- upolowany przez drapola gołąb, powinien być przez niego zjedzony skoro już się stało. Jedno ogniwo łańcucha pokarmowego wypadło i zostało pogrzebane. Dosłownie. 


 

Kosy żerują na cisach, na jarząbach, wyjadają ostatnie owoce. Konkurencję robią im wiewióry, które też lubią owoce jarząba. Łażą po tarasach z orzechami w pyszczorach, potem zbiegają na trawnik i te orzechy zagrzebują gdzie popadnie. Jednak mieszkają na strychu, a oprócz tego lokum, mają kilka gniazd w wierzchołkach drzew.

Kupiliśmy drugą tonę groszku węglowego do CO. Pierwsza starczyła na 6 tygodni, ale temperatury są jeszcze dosyć wysokie. Nadal chwalę sobie minimalizm w obsłudze pieca i to stałe ciepło w domu.

Beza złapała zapalenie drugiego ucha- pierwsze jest już dosyć wyleczone. Nadal trzeba zakraplać- tym razem oboje uszu. Zastrzyk odpada, za słabe ma serce.

Obejrzałam Zgromadzenie Ogólne Trybunału Konstytucyjnego pod przewodnictwem sędzi Anny Korwin- Piotrowskiej. Pomijając merytoryczne sprawy, które też są interesujące oraz podane przez sędziów profesjonalnie, to naprawdę miło było posłuchać przepięknej polszczyzny w wykonaniu pani sędzi oraz pozostałych sędziów Trybunału. 

 Nie uciekam od tych tematów, od tego, co teraz się dzieje, bo to trzeba wiedzieć, trzeba znać, by sobie wyrobić opinię, w miarę obiektywną. I im więcej wiem, tym bardziej jestem zdziwiona tym, jakie pierdoły ludziska piszą, a nie wysilą się, by gruntownie sprawę prześledzić. Same mundroki są w narodzie.

Zauważyłam też, że sporo ludzi lubi żyć w bagienku językowym i popisywać się niechlujnym słownictwem spod budki z piwem, wręcz grypserą. Przerażające jest to, że mają na takie zachowanie pełne przyzwolenie.

Wiem, że kilkakrotnie tu już pisałam o „szkalowaniu” języka, ale wydaje mi się, iż takich uwag nigdy dosyć. I wiem, że mało kto się moimi słowami przejmuje, a co... wolno mu mówić, jak chce, kto mu zabroni... no właśnie...kto mu zabroni być prostakiem oraz niechlujem językowym, no kto?


Nie jestem purystką i też denerwuje mnie nadpoprawność językowa, ale dziwi mnie traktowanie języka jak rynsztoka, gdzie można wszystkie ściepy słowne wrzucać po to tylko, by w jakiś sposób zaistnieć, zabłyszczeć, być "oryginalnym". I pomyśleć, że tak niedawno, bo może ze 100 lat temu ktoś taki byłby dotknięty ostracyzmem za "niszczenie"/zaśmiecanie/lekceważenie języka polskiego.


 PS.     Zdjęcie na winiecie nie jest poprawiane. Takie zrobiłam i takie wkleiłam, niesamowite kolory wyszły.