Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trudne chwile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trudne chwile. Pokaż wszystkie posty

25 sierpnia 2026

Odeszła "Królowa Country"

 

Dolly Rebecca Parton – amerykańska piosenkarka muzyki country, kompozytorka i autorka tekstów, multiinstrumentalistka, producentka muzyczna, aktorka, pisarka, businesswoman i działaczka społeczna. Ikona muzyki. Odznaczona Narodowym Medalem Sztuki.

Zmarła dzisiaj w wieku 80 lat.

 Do jej największych hitów należały m.in. utwory "Jolene" oraz "I will always love you". Zdobyła 11 nagród Grammy, w tym nagrodę za całokształt twórczości. Prezydent USA Donald Trump poinformował, że w związku ze śmiercią artystki flagi w Stanach Zjednoczonych będą opuszczone do połowy masztu. 

Znana, lubiana... więcej nie napiszę, bo ogarnął mnie ogromny żal.


 


09 maja 2026

Maj się rozkręca.

 

Spadło trochę deszczu. Padało w nocy z czwartku na piątek i wczoraj było lekko deszczowo, pochmurno, ale wody w ziemi wciąż mało. Po tym nocnym deszczu pokazała się kukurydza na polu sąsiada. Znów kukurydza. Ten, który dzierżawi to pole ma olewające podejście do upraw. Podejrzewam, że na tym poletku mu nie zależy. Małe, ciasne do manewrowania sprzętem (niecały hektar z trzech stron ogrodzony płotami, od północy dwie parcele z domami). Tylko małe traktory mogą na to pole wjechać. Nie sadzi się tej samej uprawy rok po roku. Teraz powinien zasiać zboże, a on znów zasiał kukurydzę. Czeka nas kolejny rok z zasłoniętym widokiem na wschód. Jednak nie o widok tutaj chodzi, a głównie o przewiew w ogrodzie, bo jak mocno doleje, to potem w nim długo woda stoi. Teraz jej brak, ale wystarczy parę dni solidnych deszczy i będzie grząsko, zwłaszcza pod drzewami. A musimy suszyć, bo woda z oczyszczalni tam spływa, a teraz jeszcze doszła woda z oczyszczalni sąsiada. Niestety, tak jest teren ukształtowany, że to, co wsiąka w poletko sąsiada, spływa pod ziemią na naszą część. I dochodzi woda z dachu naszego sklepu oraz woda z dachu sąsiada. I tak dobrze, że jednak da się tamtą miedzą chodzić i nie ma tam jednego wielkiego bajora. Woda przefiltrowana, II stopnia czystości, nie ma smrodku, a brzozy się cieszą, bo mają co pić.

Bezka znowu choruje. Przedwczoraj pałętała się niespokojna z kąta w kąt i ciężko ziajała. Nie wiedzieliśmy z jakiego powodu było to nadmierne ziajanie. Pies może ziajać, bo mu gorąco i wtedy chłodzi się z wywalonym jęzorem przed pyszczor, może ziajać, bo ma chore serce, a może też ziajać, bo ma gorączkę. W przypadku Bezki wszystkie te możliwości chyba się nałożyły, ale jednak w ostateczności okazało się, że miała silną gorączkę. A że zaczęła znowu popuszczać kropelki, to u weta odbyło się USG pęcherza. Owszem, ściana zapalona, ale jeszcze pokazał się jakiś guz, a może resztka macicy, której do końca, podczas sterylizacji, nie usunięto. No i pojawił się strach. Jak to drugie, to tylko leczenie lekarstwami, ewentualnie hormonami, a jeżeli pojawił się jakiś guz, to nawet myśleć nie mam siły, co dalej. Żadna operacja nie wchodzi w grę. Beza ma chore serce.

Dostała na „dzień dobry” zastrzyk i przeszła jej gorączka. Wczoraj ponowne USG nic niepokojącego nie wykazało- robiła je inna doktor, która specjalizuje się w robieniu USG. Beza dostała szczypa w zadeczek, czyli kolejny zastrzyk, dzisiaj tabletki dałam i obserwujemy. W poniedziałek do kontroli. Swoją drogą, nie wiedziałam, że psu można podawać ludzką pyralginę. Beza dostała 1,5 tabletki rano. Na razie nic się nie dzieje- nie drapie się nie wymiotuje. Chyba przyswoiła bez problemów.

Mam ochotę na kieckę- taką szeroką do kostek, kwieciste boho. Przeglądam reklamy, jakie pojawiają mi się w Internecie. Panuje moda na szerokości- kiecki, spodnie, bluzki- obszerne, bez taliowania, takie jakie lubię. No może te spodnie szerokie jakoś mi się nie widzą, a to dlatego, że ja jestem niska i takie spodnie skracają sylwetkę oraz nadają objętości (powinny być noszone do nich buty na obcasie, by nogę wydłużyć). Ale szersze spodnie są nieziemsko wygodne podczas upałów. Zwłaszcza, jak są z lekkiej tkaniny. Na próbę uszyję sobie takie na chodzenie po domu i zobaczę jak w nich wyglądam. Są w domu magazyny z wykrojami, jest kupa nowiuteńkich tkanin pochowanych w koszach, ale chęci jakoś mi brak.

Wilgi przyleciały i o wpół do szóstej rano (wczoraj), wysłuchałam w ogrodzie ich koncertu. Jeżeli dobrze słyszałam, to śpiewały dwa samce, a samiczka gdzieś na dalszym drzewie „skrzeczała” Jak wilga skrzeczy, to znaczy, że deszcz będzie i jak długo mamy w ogrodzie wilgi, zawsze się to sprawdzało. I teraz też tak było. Ona chyba wyczuwa zmianę wilgotności w powietrzu i tak na to reaguje. Skrzeczy- pada, siedzi cicho, a tylko samiec śpiewa- bezdeszczowa pogoda murowana.


 

Wysiadł mi aparat fotograficzny. Na dużych przybliżeniach stracił ostrość. Szkoda, służył mi chyba z 10 lat. Bardzo dobry był. Mam drugi, ale on już tak nie przybliża. Na nowy muszę poczekać, bo taki, jaki mi się podoba, sporo kosztuje. Kosiara zeżarła nadwyżki. Kosiara niezbędna, a aparat to kaprys mogący jeszcze poczekać.

Taka panorama otwiera się, kiedy wyjeżdżamy ze wsi w stronę Cieszyna (stronę domu). A to jeszcze nie całość- z prawej strony zasłoniły resztę gór drzewa przy szosie. 


 

Gdzieś mi umknął kawałek Pasma Przegibka- najbardziej wysunięty masyw na lewo. Od niego powinnam zacząć kręcić film i przesuwać w prawo.

Od prawej masyw Błotnego (Błatnia), potem widać Skrzyczne, daleko Baranią Górę, bliżej Lipowski Groń (za nim jest Równica), dalej w prawo masyw czantorii, potem w dali kawałek Słowacji w Przełęczy Jabłonkowskiej i zaczyna się masyw Beskidów Morawsko- Śląskich z Wielkim Jaworowym i Ostrym. Jak się podjedzie kawałek dalej w stronę Cieszyna, to widać także największą w tym masywie górę- Łysą. Film kręciłam za pewnym marketem (a nie z drogi), bo tylko tam można spokojnie przystanąć i złapać całą Panoramę.

Na dużym ekranie widać duże przybliżenie.


PS Od pewnego czasu bloger spóźnia się z aktualizacją blogów w powiadomieniach na bocznych paskach. Musiałam u niektórych osób nadrabiać czytanie.



Zdjęcia zrobiła Młoda na brenieńskich stokach.


06 kwietnia 2026

Dzieje pewnego siedliska

 

Tak to ja lubię, nawet bardzo lubię. Wczorajszy ranek- samochód za samochodem, za oknem, gnał do kościółka, a my leniwe śniadanko świąteczne, uskutecznialiśmy. Kościołek? Jaki kościołek? Święta są po to, by leniwić się i nigdzie z rana nie gnać. Tak sobie myślę, że to wychowanie ateistyczne bez celebry i napinki kościelnej, daje mi ogromne poczucie wolności.

No dobra.

Wykorzystując piękną słoneczną i niesamowicie ciepłą (+20 stopni w cieniu na tarasie) pogodę, pojechaliśmy w teren. Z Bezą oczywiście. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć, co się dzieje w starym pradziadkowym siedlisku, a potem obleciałam i obfotografowałam zabytkowy kościółek w jednej wsi, tudzież to samo zrobiłam z zameczkiem w innej miejscowości. Z tego będą relacje w kolejnych postach.

Teraz Siedlisko.

Wydawało mi się, że już kiedyś o nim pisałam post. Przeszukałam archiwum i nie znalazłam go. Czyli trzeba od początku- ojciec mojej mamy urodził się tutaj, w tej miejscowości, gdzie teraz mieszkam- mogę powiedzieć, że jakieś cieszyńskie korzenie mam. To, co opiszę, jest oparte na moich wspomnieniach, bo ja tutaj przyjeżdżałam na wakacje i jeszcze mojego pradziadka pamiętam. Pamiętam również, jak wyglądało gospodarstwo, jego obejście i okolica w tamtych czasach.

Pola należące do do gospodarstwa. Film kręciłam stojąc na miedzy prowadzącej do stawu. Od lewe strony, tej ze stawem do prawej. Po drodze sfilmowałam sad i siedlisko, i dotarłam do pół po drugiej stronie miedzy. 


 

Początek siedliska to koniec XIX wieku- wtedy mój pradziadek wżenił się w gospodarstwo i zaczął go rozbudowywać. Prawdopodobnie wtedy wybudował dom, który teraz stał się ruiną, nawet nie malowniczą, a okropną. Ojciec dziadka- mój pradziadek miał duże gospodarstwo. Samego pola miał sporo hektarów, łąkę na stoku, za nią w dole staw, ogromny sad i porządny dom (wraz z oborą, bo wtedy tak budowano). Stał on w pięknym ogrodzie (stąd też mam wzorce ogrodu z długimi grządkami kwiatowymi- potem powielił je mój dziadek, następnie mama i ja). Za domem było podwórko gospodarskie, stodoła, mały stawek, nad którym zwisały długie witki ogromnej, starej wierzby. W ty stawku taplały się kaczki i gęsi, których było dużo. Chodzić po grobli było niebezpiecznie- gliniasta, mokra i śliska była. Wystarczyła chwila nieuwagi i lądowało się w brudnej zimnej wodzie. Ale stawek pod starą wierzbą, z tą chmarą kaczek i gęsi, był bardzo malowniczy i dopełniał obraz ówczesnego gospodarskiego rozgardiaszu. Bo po podwórku chodziły jeszcze kury, stary kogut i indyki- był tam ciągły rwetes.

Za podwórkiem był potężny, prawie hektarowy sad. W sadzie stało dosyć dużo uli- mój dziadek z zamiłowaniem zajmował się wszystkimi rodzinnymi pasiekami (naszą też)- wyniósł to z rodzinnego domu.

Całe siedlisko znajdowało się na wzgórzu, a pradziadkowe pola rozciągały się między lasami. Za sadem był jar, w nim rzeczka. Trochę dalej znajdowały się stawy. Wszystko to otoczone lasem.

I tak sobie to siedlisko trwało, dopóki żył pradziadek i trzymał „laskę” nad wszystkim. Miał trzy żony. Z jedną miał jednego syna (umarł młodo, w wieku 20 lat- na co? Nie wiem), z drugą dwoje dzieci i z trzecią też dwoje, ale za chiny nie potrafię sobie poukładać to czasowo, a ci, co wiedzieli zmarli. Ta żona, z którą miał jednego syna, zmarła krótko po porodzie. Ponoć pradziadek- satrapa, kazał jej wykosić staw z trzciny. Kobieta dostała gorączki i niedługo potem zmarła. Syna wychowywała służąca (tak, tak, dziadek miał służącą- pomocnicę- Rózię, do gospodarstwa oraz miał też parobka), a potem następna żona.

Wychodzi mi jednak, że ten chłopak był najstarszy, potem urodził się mój dziadek, potem była jego siostra. Z trzeciej żony też była para- dziadek- wujek i babcia – ciocia (nie wiem jak inaczej ich nazywać). Te dzieci „wyszły” z gospodarstwa w świat. Mój dziadek wykształcił się na rechtora i powędrował, za nakazem, na Śląsk (tam poznał babcię- rodzice mojej mamy). A syn z trzeciego małżeństwa wykształcił się na inżyniera (jego córka wykupiła potem siedlisko). Córka z trzeciego małżeństwa wyszła za mąż- też miała duże gospodarstwo pod Bielskiem.

Ja pamiętam siedlisko już za rządów siostry dziadka- babci Hanusi (początek lat 60. XX wieku). Za mała byłam, by oceniać stan gospodarki, ale według mnie była ona typowa, a gospodarowano na niej tak, jak to za komuny bywało.

Pamiętam tylko, że dom chyba już wtedy wymagał remontu (miał wtedy z 70 lat), bo wszystko było takie lekko „zapyziałe”. Małe dwie izby, trzecia w dobudówce (dla służącej i jako spiżarnia oraz lamus), w sieni wydzielili część kuchenną. Za dobudowaną ścianką, w sieni, były drzwi do obory i na podwórko. Nie było łazienki, a WC było drewniane, dobudowane do ściany obory. Ot taki normalny wiejski dom, jakich wiele było w tamtych czasach. W jednej izbie mieszkały trzy córki babci Hanusi, ale ja pamiętam tylko dwie z tego okresu- trzecia, dorosła, wyszła już za mąż i mieszkała w Bielsku. Ta najmłodsza kuzynka mojej mamy, przyjeżdżała po mnie do leśniczówki i zabierała mnie na wakacje do siedliska. I teraz widzę, że tylko mnie- ani brata, ani siostry, tylko mnie- interesujące.

Pamiętam też wakacyjny klimat tego miejsca- to podwórko, sad, i spacery wzdłuż lasu nad staw. A przed domem był kamienny stół, na którym babcia stawiała donice z pelargoniami. Za stołem, pod płotem, rozciągała się ogromna grządka z poziomkami i te pachnące, nagrzane poziomki też pamiętam dobrze. Pod ścianą z oknem, stała długa drewniana ława. Na niej babcia Hanusia siadała i obierała ziemniaki, albo przebierała owoce na przetwory, albo całkiem po prostu, by odpocząć i pogadać z małą dziewczynką. Myślę, że wtedy miałam taką małą rekompensatę za brak drugiej babci- mamy, mojej mamy, która zmarła, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było, a sister wielkie ucho, miała 2 lata. Babcię przygniotła krowa do żłobu, połamała jej żebra, uszkodziła wnętrzności i stało się najgorsze. Kiedy babcia Hanusia zmarła, już do siedliska nie jeździłam. Zresztą miałam naście lat i mnóstwo innych rzeczy na głowie, a gospodarstwo prowadziła już jej córka- czasy mniej interesujące, miejsce upadające.

Pamiętam pradziadka, siedzącego z gazetą na kolanach, w fotelu między oknem i szafą, ciągle drzemiącego (miał wtedy ponad 80 lat), ale kiedy chcieliśmy po coś wejść do pokoju, to otwierał oczy i wrzeszczał na nas, żebyśmy mu nie przeszkadzali. Pradziadek był malutki, zasuszony i sklerotyczny, jednak przy stole to on miał pierwszeństwo w nakładaniu jedzenia na talerz.

Mama mi opowiadała, że w młodości był światowym człowiekiem, głodnym nowinek i wiedzy. Za Franza Jozefa, jeździł do Wiednia (ówczesnej stolicy) i przywoził różne interesujące oraz nieznane wtedy tutaj rośliny. I tu mam dysonans poznawczy- w opowiadaniach, dotyczących życia rodziny, traktowania bliskich oraz zachowania w domu, wyłania się despota, nie liczący się z nikim, a najmniej z żonami i dziećmi. Taki typowy „pan i władca”. Natomiast, jeżeli chodzi o umysłowość i mentalność, to był jednak człowiek nowoczesny. Umarł kiedy miałam 8 lat i nie pamiętam, byśmy choć jedno słowo bezpośrednio zamienili podczas moich pobytów w siedlisku. Inna rzecz, że ja się go cholernie bałam i unikałam. Bliższy mi był dziadek „Groch”, mąż babci Hanusi, z którym często chodziłam na spacery i włóczyłam się po sadzie. Kiedy baby zaczynały tak porządnie wrzeszczeć na siebie- a awantury babskie były tam na porządku dziennym, brał mnie za rękę, mówił „Chodź dzioucha, idymy” i szliśmy w świat. Byle dalej od tych awantur.

Kiedy umarła córka babci Hanusi, która z mężem gospodarowała w siedlisku do początku XXI wiek, gospodarstwo opustoszało. Już wtedy było mocno zapuszczone i wymagał kupę forsy oraz pomysłu, by je podźwignąć. Ale w bardzo licznej rodzinie nie było do tego chętnych.

To znaczy chętni znaleźliby się, jednak pod warunkiem, że pozostali zapłacili by im za łaskę prowadzenia gospodarstwa dalej, opłaciliby remonty i nie żądali testamentowej spłaty.

A że już wtedy dom i zabudowania gospodarskie wymagały gruntownego remontu, droga dojazdowa (150 metrów polnej drogi do asfaltowej wiejskiej) musiałaby być utwardzona, media powinny być unowocześnione i zrobiony generalny porządek w sadzie oraz w obejściu, to nikomu nie spieszyło się do objęcia takiej schedy. W dodatku ktoś ujawnił testament, który sporządził pradziadek i okazało się, że w ostateczności do podziału majątku ustawiło się w kolejce 9 osób (wnuki pradziadka- rodzice mojego pokolenia, a jeszcze było multum prawnuków pradziadka). I tu zaczęła się awantura- córki ostatnich gospodarzy twierdziły, że ich rodzice utrzymywali całe gospodarstwo przez dziesiątki lat, to one powinny je dostać bez jakiegokolwiek spłacania innych. Inni twierdzili, że testament jest testamentem, należy podzielić całość na 9 części i żadne inne wyjście nie wchodzi w grę. W dodatku okazało się, że sporo pola wniosła jedna z żon w posagu i dzieci tej żony powinny to pole dostać tylko dla siebie, przy czym nikt nie wiedział, która to część pola. No cyrk na resorach. Pawlak i Kargul z ich dwoma palcami niech się schowają przy tej naszej rodzinnej spadkowej awanturze. Na szczęście ktoś przytomnie stwierdził, że żadnych fizycznych podziałów nie należy robić, tylko sprzedać całość i podzielić się forsą. Zgodzono się, tym razem, bez oporów mimo braku wiedzy, co do części mającej być wyłączoną z całości. Może liczono, że ta strona rodziny skruszeje i zgodzi się oddać swoją część do podziału?

Rodzina totalnie się skłóciła a wtedy znalazł się kupiec, który chciał całość kupić. Co wtedy rodzinka robi? Znów stawia Veto. No i piać od nowa włóczenie się po sądach w walce o część schedy. Na koniec jedna z kuzynek mamy zaproponowała, że ona to w całości odkupi i podała cenę. O dziwo większość się zgodziła, ale dwie heksy ciotki zaprotestowały. One nie, nie zgadzają się. Moja wiedza sięga do momentu, kiedy jednak ta kuzynka gospodarstwo kupiła, podzieliła forsę między 6. spadkobierców, a te dwie ciotki sądziła osobno- ponoć współwłaścicielkami wtedy zostały (po jednej została pięcioro bardzo dorosłych dzieci, a druga jeszcze żyje i ma czwórkę też bardzo dorosłych dzieci- kolejka do forsy zatem spora).

A teraz już nie wiem, czy to siedlisko należy jeszcze do tej kuzynki mamy (mojej młodszej ciotki), czy też nie. Na cholerę jej to było, kompletnie nie wiem, ona z tych późnych dzieci, kiedy to jedno pokolenie już ma dzieci pożenione, a w tym samym jeszcze się rodzi ich rówieśnik. Kuzynka mamy ma w tej chwili około 60 lat, czyli jest ode mnie młodsza, mieszka na północy Śląska, nie ma dzieci, ale ma zapuszczone i zrujnowane siedlisko. Albo już go nie ma, czort jeden wie. Ja w rodzinie już nie zapytam, bo mi wszystko jedno, kto tak zapuścił to miejsce. Nadaje się do zrównania z ziemią i tyle. Pola od 20 lat są wynajmowane i też do momentu wykupu przez kuzynkę- ciotkę, nie wiadomo było, kto bierze za to forsę.

I tak testament pradziadka skłócił do cna rodzinę. A że dziadek prawdopodobnie miał wredny charakter, co objawiło się w moim dziadku i po części w jego córkach, to przypuszczam, że tam gdzieś w zaświatach, miał niezły ubaw z tego, co tu się w siedlisku działo.

Tę ludzką hańbę postawili myśliwi na skraju stoku, na granicy pola i niegdysiejszej łąki, teraz zaoranej. Obok rosła wierzba- wiatr ją połamał i sterczy żałosny kikut.  

Zaorana łąka na stoku, na dole staw, który kosiła któraś prababcia. Pamiętam ten kawałek jako piękną kwitnącą łąkę a teraz mnie ten widok wkurza. Za mną jest ambona. Nawet nie miałam ochoty zejść nad staw, bo z daleka widziałam, że ktoś go podzielił na sektory jakimiś białymi taśmami. To zawsze był staw hodowlany i widać pozostał takim do teraz.
 
Widok na siedlisko ze skraju łąki (ambona obok). Te wysokie drzewa wzdłuż granicy pola z sadem, ktoś posadził kilka (?), kilkanaście (?) lat temu. Tam nigdy takich drzew przedtem nie było- sad graniczył bezpośrednio z polem, a jak kwitł to był z daleka widoczny.

Widok od strony sadu w kierunku ambony i stawu.
Miedza, którą szliśmy w stronę stawu.

Ruiny domu. Jeszcze 10 lat temu można było go uratować, teraz jest już po ptokach. Na części zawalił się dach i woda leje się do środka, podmywając mury. Po lewej była weranda i wejście do domu (ściana z ławeczką). Tu, gdzie robię zdjęcie dochodziły dwie długie rabaty kwiatowe, a z prawej strony stały ule. Dom porastała wistaria i winorośl, rodząca dorodne winogrona.

Nie pamiętam, kiedy byłam tu ostatni raz, chyba już z 8 lat minęło. Wtedy jeszcze rosły kępy kwiatów i wykopałam sobie malutkie wilczełyko- pięknie w tym roku zakwitło. Teraz znalazłam tylko tę jedną jedyną lilię złotogłów.

Nawet śnieżyczek, które rosły tu łanami, na zapuszczonych grządkach, jest dużo mniej. Wszędzie dzikusy krzaczyska, bluszcze, mierzwy.
 

Zrujnowana stodoła. W miejscu, gdzie stoję, był stawek, z jego prawej strony rosła olbrzymia wierzba płacząca.

Zdjęcia z kawałka sadu. Tu już nie ma nawet o czym pisać. Jeszcze 10 lat temu stare drzewa owocowały. Teraz zwaliło się ich trochę, inne porosły dziczkami. Nie szłam do końca sadu, bo zrobiło mi się niefajnie- jednak pamięć swoje zrobiła. Nie chciałam sobie psuć tak pięknego dnia.
 

Uświadomiłam sobie, że to miejsce przecież należało do mojej bliskiej rodziny i tak się zmarnowało.

Tył domu. Po prawej chlewnia, którą zbudował wujek- ostatni gospodarz. Tu było ogromne podwórze. Widać drzwi do chlewa, a za białym okienkiem były drzwi do sieni. Kibelek zburzono, kiedy wujkowie zrobili, w końcu, wewnątrz domu łazienkę. 


 Więcej zdjęć nie zrobiłam. Bez sensu. Pozostały tylko wspomnienia i fajne miejsce do spacerów.

 

01 kwietnia 2026

A tymczasem o kciuku, kangurach w Beskidach i beznadziejnej książce.

 Forsycje w sosnowej alejce.

Nareszcie nastąpił koniec „przygody” oraz przymusowych odwiedzin w przyszpitalnej poradni ortopedycznej. KONIEC! Ale zanim to szczęście mnie dopadło, musiałam przeżyć skrobanie wierzchołka kciuka z warstwy twardej skóry oraz resztek krwiaków, które powstały w miejscach zszycia. FUJ! Najpierw czyściła przemiła pielęgniarka- delikatnie, z wyczuciem, a potem pojawił się mój ulubiony czarnoskóry doktor Verdi i on, nie patyczkując się i nie zwracając uwagi na moje posykiwania, po prostu zdarł cały twardy „czepek” z wierzchołka kciuka. A wszystko to przy żartach i śmiechach. No, i było, nie powiem, całkiem miło, ale i trochę jednak bolało. Na koniec doktor przeprowadził sprawdzian czucia w palcu, pocierając oraz lekko nakłuwając skórę pęsetą. Poczułam straszne łaskotanie i stanowczo prosiłam, żeby przestał, bo zaraz zacznę płakać ze śmiechu. Jakby nie było- mrowienie, czy nie- czucie w palcu wraca. I dobrze, bo manewrowanie tylko czterema palcami w lewej ręce podczas jakichkolwiek robótek oraz prac domowych, już mnie wkurzało. Czas 7 tygodni całej hecy z kciukiem, zaliczyłam jedno dobowy pobyt na szpitalnym oddziale i 5 wizyt w przyszpitalnej poradni. Wystarczy. Muszę jednak przyznać, że oprócz dwóch chamskich lekarzy, którzy mnie zlekceważyli (w poradni, na początku), wszystkie inne sprawy- leczenie, czasy oczekiwania na wejście do gabinetu (maksimum 1,5 godziny), traktowanie przez rejestratorki, pielęgniarki, czy innych lekarzy, było na przyzwoitym poziomie. Ani razu nie spotkałam się ze zniecierpliwieniem, lekceważeniem czy przedłużaniem czasu czekania. Inna rzecz, że ja, kiedy idę do lekarza, to biorę pod uwagę, że będzie się długo czekało, a podejście lekarza też może być różne- najczęściej nie ma zgrzytów. Natomiast widywałam różnych pacjentów- ech....

Dzisiaj Prima Aprilis- nie wiadomo jak się „ustawić” do różnych informacji. Najbardziej ubawiło mnie zdjęcie z Wisły. Ale... jakby tak klimat nadal się ocieplał to, być może, i kangury kiedyś będą zamieszkiwały beskidzkie gronie.

 Czytam, a raczej przestałam czytać, koszmarną książkę z tych obyczajowych. 

 

Już dawno czegoś tak durnego nie czytałam. Durnego i im bardziej w głąb treści, tym bardziej nudnego. Miało być wesoło, miało być niebanalnie, ale naprawdę nie mam pojęcia z czego się tu śmiać i co jest w treści niebanalnego. Książka zachwalana, niby pomysł oryginalny- kolejny mąż (a doszło ich ponoć do 200- info bohaterki, wplatane w fabułę, bo nie ma przecież opisywanych tych 200 po kolei)- bohaterki wchodzi na strych, po czym ze strychu schodzi zupełnie inny- i tak na okrągło. Za każdym razem bohaterka musi zgadywać, na jakim etapie życia jest, co dzieje się z rzeczywistością wkoło, jej bliskimi, gdzie pracuje, jaki był ślub z tym kolejnym, zmienia się też wystrój jej mieszkania, wygląd i przyzwyczajenia tych mężów. Z tyłu książki, na okładce, taki wpis: „Błyskotliwa refleksja o współczesnych związkach”. Jednak ja w treści żadnej błyskotliwej refleksji nie dostrzegłam, owszem bohaterka zastanawia się, czego oczekuje w związku, ale wychodzi na to, że wszystko się jej nie podoba, ponieważ odsyła tych mężów na strych już po pierwszym „ale”, chociaż nawet pół godziny nie minie od zejścia męża ze strychu. Odbieram ją jako znudzoną facetami singelkę, która „chciałaby i boi się”, a w ogóle to właściwie woli być singelką. Facetów zaś traktuje instrumentalnie, choć stara się być idealną żoną i w duchu wiecznie kaprysi nad ich cechami. Wiem, jaki jest finał- mnie nie przekonuje- trzeba było to zrobić już w połowie fabuły (gdzieś w okolicach 300. strony), a tak to rozwinęła się nuda, panie nuda, No ale ja mam ponoć spaczony gust czytelniczy, nie idący w parze z „oczekiwaniami społecznymi”.

I jak biedną Szczupaczyńską odstawiłam, o zgrozo jak mogłam (nie znasz się Jaskółko- ignorantko na prawdziwej literaturze), po przeczytaniu pierwszego rozdziału książki, to przy tej dotarłam do dwóch trzecich fabuły- zostało jeszcze 150 stron do końca, ale nie, ale NIE, nie będę się zmuszała do dalszego czytania. A tak na marginesie, po raz kolejny, po przeczytaniu blogowej rekomendacji, okrutnie się nacięłam.

Jak ktoś chce, niech czyta, ja nie zachęcam.

Robiąc sobie przerwy czytaniu o kolejnych strychowych mężach, by nie trzepnąć tą książką po 100. stronie (naprawdę wykazywałam dobrą wolę, by ją dokończyć), czytałam inną, bardziej sensowną, a na pewno bardzo interesującą książkę „To nie jest raj” Michała Zabłockiego. Parę reportaży o współczesnych Czechach. I faktycznie to, co opisuje Zabłocki to nie jest raj czeski, jakim sobie wyobrażają ten kraj choćby Polacy. My po II wojnie mieliśmy swoiste socjalistyczne piekiełko, ale Czesi mieli straszne, komunistyczne piekło. Tak, tam rozwijał się ten okrutny, sowiecki komunizm. Pamiętam, że kiedy byłam w Czechach (a raczej tu na Morawsko- Czeskim Śląsku- Karwina, Cz. Cieszyn, Ostrawa- już po wejściu do Schengen- na budynkach użyteczności publicznej, na dworcach kolejowych wisiały jeszcze radzieckie gwiazdy. Gwiazdy były namalowane na autobusach i pociągach, na szybach kopalni itp. Sami Czesi byli niesamowicie wyciszeni, choć pogodni.


Tę książkę polecam ogromnie, jeżeli kogoś interesują Czechy.

A teraz zabieram się do czytania książki W. Myśliwskiego: „Kamień na kamieniu”. Przeczytałam już „Ucho igielne” oraz „Traktat o łuskaniu fasoli”. Chyba się przy „kamieniach” nie zawiodę.


 
Przed dużym tarasem

Przed oknem "komputerowego".

Kwitną forsycje. U nas mówi się na nie „złoty deszcz”. Niedawno dowiedziałam się, że „złotym deszczem” nazywa się również trujący złotokap. W ogrodzie rósł i kwitł jeden, jednak zniszczyła go choroba. 



 W ogrodzie rośnie kilkanaście krzewów forsycji.- w lasku, na parkingu, przy bramce, przy sklepie, przed tarasami, przy kompostowniku. Większość z nich to stare krzewy i trzeba było je mocno przyciąć, by się odrodziły. Dlatego w trym roku są takie bardziej mizernie. Niemnie tworzą piękne żółte kępy. 
Zaczęłam znowu więcej tkać, bo mi już opatrunek nie przeszkadza. Poza tym nauczyłam się łapać osnowę bez pomocy kciuka- ciekawe doświadczenie- idzie mi to coraz sprawniej. 

 Gobelin miał być skończony na Wielkanoc, bo temat jest pasujący do tego święta- nie jest specjalnie robiony jako świąteczny, ale jest taki cudnie wiosenny. Niestety, nie zdążę. Pewnie ukończę go dopiero w maju- została jeszcze połowa do utkania.

Równolegle dziergam na krośnie następny kawałek do koca i haftuję (etapami) bluzkę.  Powoli, powoli i się będzie kończyło wszystko. 



03 marca 2026

Miało być tak pięknie, a wrednie bolało.

 

 
Niedziela rano, świeci cudne słońce, ale jest chłodno. Co robimy? Jedziemy nad Olzę, zobaczyć, czy kwitną podbiały. Ponieważ brzeg polski to jeden wielki krzaczor, jedziemy nad rzekę na brzeg czeski. Oni tam mają wzdłuż całej Olzy, od Cieszyna do Karviny, ścieżkę rowerową, a nad samą rzeką jest trawiasty pas, nadający się do spacerów. 
Nakręciłam film i była powtórka z rozrywki. Podczas kręcenia filmu z mostem nad Olzą, Beza owinęła  mi się ze smyczą wokół nóg, film się bujnął. Tym razem powtórzyła numer i znów film się kilka razy bujnął. Ale... koniecznie duży ekran, bo wtedy widać cały urok tego miejsca.  
 
Pojechaliśmy i byłoby cudnie, gdyby nie to, że Beza się strasznie zmęczyła. Osioła jedna, zapomniałam sprawdzić, jak może reagować pies po antybiotyku no i ona właśnie pokazała jak. Antybiotyk bierze, bo znów ma zapalenie pęcherza. Wprawdzie lekkie, ale trzeba to zapalenie „zabić”. A po tym antybiotyku pies bywa senny, zmęczony. Beza już na wstępie, na parkingu, niechętnie wskoczyła do samochodu. Powinno dać nam to do myślenia, ale nie dało melepetom jednym. Pies, który szaleje na widok smyczy, a do samochodu wskakuje z impetem w głąb, za każdym razem, w niedzielę się ociągała. Nie miała ochoty na wycieczkę, a myśmy to zignorowali. 

 

W drodze powrotnej bardzo dyszała i charczała, serce mi stawało ze strachu, bo myślałam, że z kolei jej serce wysiada. W domu napiła się wody, jeszcze połaziła trochę, podyszała, pocharczała i padła pod stołem. Spała twardo dwie godziny. Potem wstała rześka, jakby przygody ze zmęczeniem nie było.

Wczoraj przeczołgali mnie w zabiegówce. Wszyscy mi mówili, że wyciąganie szwów nie boli. Taaaa...... nie boli, jakby żywcem mięso ze mnie rwali. 5 szwów, tylko 5 szwów, a jednak cierpiałam jak potępieniec. Po raz kolejny przekonałam się, że mam bardzo wrażliwe nerwy w skórze. To, co inni ledwo czują, mnie po prostu bardzo boli. Szwy wyciągała bardzo miła pielęgniarka pod czujnym okiem doktora V. - czarnoskóry, przesympatyczny lekarz, który przyjmował mnie na SORZe. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, stwierdził, że wszystko ładnie się goi, ale szpila w palcu została na dalsze 2 tygodnie. Potem będzie impreza z jej wyciąganiem. Ale to jedna szpila, a nie pięć szwów- jeden ból i po ptokach. 


 

Od paru dni pogada jest cudna. Słonecznie, ciepło. Otwieram drzwi na tarasy, wpuszczam wiosenne powietrze(a przecież jeszcze jest zima) do domu. Dzisiaj natnę nowe gałęzie forsycji i wstawię do wazonu, niech zakwitną słońcem

W ogrodzie robię „grabież”, czyli wygrabiam małymi pazurkami liście spomiędzy roślin. To mogę robić jedną ręką. Jutro biorę sekator, zaczynam przecinanie wiosenne na tyle, na ile dam radę.

Od trzech dni , rano i wieczorem, koncertują drozdy. Wtórują im kosy i sikory. A dzisiaj ma być zaćmienie księżyca. Może uda mi się strzelić jakąś fajną fotkę.

Skończyłam czytać „Aglo...” Rokity. Świetnie napisane. Teraz zabieram się do czytania reportaży: „Z widokiem na Polskę...”, napisanych przez reporterów Onetu.

Nie obejrzałam dotychczas „Ołowianych dzieci” i nie wiem, czy jeszcze chcę to zobaczyć. Historię „trucia” śląskich miast przez przemysł, znam od dawna. A po przeczytaniu wielu opinii, recenzji, opowiadań, wspomnień, porównań, chyba przeszła mi ochota na oglądanie tej historii w wersji netfliksowej.


 



25 lutego 2026

A tymczasem pompy suszą.

 

Jest prawdziwe przedwiośnie. Śnieg już zszedł, w ogrodzie i na polach szaro jeszcze. Wczoraj przeszła ulewa, dzisiaj normalny deszcz. No i tradycyjnie pojawiła się w piwnicy woda. Nie jest jej dużo, ale wkurza na maksa. Trzeba będzie małą pompę powierzchniową uruchomić. Zdjęłam uszczelnienia z piwnicznych okien i dopuściłam przewiew- niech suszy podłogi.

U sąsiada pracuje pompa- on też ma wodę w piwnicy. Parę lat temu zamówił fachowców, którzy ułożyli mu dreny na kawałku pola, blisko domu. Przed tą imprezą, na tym kawałku, robił się staw. Po położeniu nowych drenów, woda zaczęła zalewać mu piwnicę, a niewielki stawek i tak się tworzy. Całe przedsięwzięcie było bez sensu, bo woda z nowych drenów powinna mieć solidne ujście, a tego zabrakło. Owszem znalazła sobie sama ujście- do piwnicy sąsiada. Część wody z tego stawku spływa do piwnicy sister wielkie ucho i trochę do naszej. Taka sytuacja.

To ten sam sąsiad, który nadmiar szamba pompuje na własne pole (po kryjomu wieczorami), bo wybieranie kwartalne jednak nie starcza- duża rodzina, zbiornik szybko się napełnia. Częstsze wybieranie szamba puściłoby go z torbami. No, niestety, teraz to kosztuje. I nareszcie nasza oczyszczalnia jest tańsza w wywozie nieczystości, a robimy to tylko raz w roku. Tego sąsiada taniej wyniosłoby zrobienie dużej oczyszczalni, no ale...

Sąsiad zza płota pogłówkował i w zeszłym roku zrobił taką samą czyszczalnię (biologiczną z napowietrzaniem), jak nasza (a też pompował na swoje pole dosyć często) i dodatkowo ma piec do CO na ekogroszek. No proszę, a ja go uważałam za większego tradycjonalistę niż ten ze stawkiem na polu.

W domu zamieszkał super sprzęt AGD- suszarka do prania. 

 


Długo się wahałam, w sumie rok cały, czy ją kupić. I ten wypadek z palcem dobił decyzję dechą- kupujemy. Wysuszyłam już trzy prania, w tym 2x koce. Nie macie pojęcia, jakie mięciutkie pranie z suszarki wyjmuję  I nie jest pogniecione, chociaż programu przeciw zagnieceniom nie włączyłam. Kupiłam specjalne chusteczki pachnące do suszarek, ale jak je rozpakowałam, to zapach był tak intensywny, że mnie trochę cofnęło. Nie zaryzykowałam i nie dałam do prania suszącego się w suszarce. Powiesiłam jedną na kaloryferze w łazience- robi za odświeżacz. 

Nareszcie nie latam ze stojącymi suszkami, nie rozkładam i nie składam ich, nie wieszam mokrego prania, nie zdejmuję go. Suszki nie zagracają mieszkania, a czasem i trzy stały naraz. No i wilgoci mniej w powietrzu. Z jednego wsadu, na pół bębna, „wysuszyło” około 2 litrów wody, mimo, że pranie było mocno odwirowane w pralce. Każdy wkład suszyła o godzinę krócej niż program zakłada- ma wmontowane inteligentne rozpoznawanie poziomu zawilgocenia. Suszarka ze średniej półki cenowej, ale bez przesady z programami. Natomiast z pompą ciepła oraz energooszczędna. No i „dizajn” ponoć ma nowoczesny, co mi raczej, sorry, wisi, bo urządzenie ma spełniać, przede wszystkim, swoje zadanie, a dopiero potem „wyglądać”. 

Mam teraz więcej wolnego czasu- wybieram pranie z pralki, strzepuję, by nie było „skręcone” itp., wkładam je na płasko do bębna suszarki,  nastawiam program. Po jakimś czasie wyjmuję suche pranie, składam i od razu ląduje ono w szafach. Co trzeba to pewnie wyprasuję, ale na razie nie było takiej potrzeby. Od razu też czyszczę filtry. Ile to trwa? Pół godziny? Chyba nie więcej. A dodatkowo oszczędzam ręce i kręgosłup.

Suszarka jest potrzebna na czas jesienny, zimowy oraz wiosenny, bo latem pewnie, a tam- na pewno, będę wieszała pranie na sznurach (o ile fizycznie dam radę). Nic nie jest tak cudowne, jak pachnące wiatrem suche pranie.

A po głowie, już drugi rok, lata mi robot do mycia szyb. Decyzja do zakupu powoli dojrzewa. A co będziemy sobie żałować, trzeba sobie usprawnić życie.

Puścimy taki robot na okno, a kiedy on będzie zaiwaniał, poczytamy sobie książkę, albo wypijemy herbatę/kawę/czy coś tam, coś tam, na tarasie.

Zawsze przedkładałam urządzenia domowe, które usprawniają pracę nad bajery, ciuchy itp. Ważniejsze jest nasze zdrowie, sprawność, dobry humor i brak zmęczenia, które będą, jeżeli nie będziemy obciążeni, co tu wiele mówić, upierdliwymi pracami domowymi.

Tak wyglądał świat w poniedziałek- coś pięknego- ciemne chmury w tle i mokre od deszczu, z tysiącami kropelek wody, podświetlone słońcem drzewa.


 

Pierwsze kępy śnieżyczek, czekam na resztę, zawsze było ich sporo w ogrodzie, w różnych miejscach.

Pod magnolią- te pierwsze, potem będzie ich tam więcej.

Przy mniejszym tarasie.
 
Jaskół sprężył się, w sobotę złożył regał. Super, nareszcie zrobiło się, na reszcie półek z książkami, nieco luźniej.
A hiacyntowi zechciało się fiknąć kozła na parapecie i musiałam go oprzeć o ramę. Pojawił się też drugi kwiat. Zapach mają nadal zabójczy.

W piątek idę do kontroli i chyba zdejmą mi szwy z palca. No i wyjmą tę okropną szpilę. Mam nadzieję, że nie będę wieki czekać w poradni, a palec znów znieczulą.


 

 

 

 



20 lutego 2026

Ostatnie podrygi bialej zołzy.

 Wieczorową porą.

A jednak jest coś urokliwego w tej śnieżnej zimie. Wczoraj znów napadało sporo świeżego śniegu. Świat zrobił się czysty, bielutki i prześliczny. Można się wściekać na trudne warunki, ale urody to śnieżnej zimie nie odbierze.

Śniegu spadło sporo i na trasie katowickiej, już przed samym Cieszynem zrobił się zator samochodowy. Co to jest, że ci tirowcy jeżdżą tutaj zimą na upartego, chociaż wiedzą, co może ich spotkać, bo trasa jest pagórkowata. Nie ma roku, by w konkretnym miejscu, pod wielką górką, nie stanął któryś TIR, a bywa, że więcej naraz (niektórzy nawet w poprzek jezdni). Teraz tak samo- TIR zablokował podjazd pod górę, policja kierowała ruchem, a  korek sięgał kilku kilometrów.

Mają łączność, ostrzegają się przez policją, mówią przez CB którędy szybko i bezpiecznie, a i tak corocznie, jak spadnie śnieg, albo zrobi się ślisko parę z nich ugrzęźnie w połowie tej jednej górki- jak nie z jednej to z drugiej strony. A przecież mają główną trasę- 4 pasową „wiślankę” i potem taką samą wygodną drogę Bielsko- Cieszyn, aż do granicy. Ale nie... Ale NIE, to muszą tędy na skróty walić w takich warunkach, by potem ludziom utrudnić dojazd do domu i trzymać ich w warunkach zimowych parę godzin w samochodach (ach, skąd ten smog, skąd- widzicie już te kłęby spalin unoszące się na kilometrowym odcinku nad samochodami?).

Nigdy nie zrozumiem tirowców. To jakaś ekstra nacja, co to gna na łeb na szyję (tu ich ciśnie pracodawca, niestety), wbrew logice, wisi na tylnym zderzaku, błyska światłami i trąbi, chociaż prędkość jest ograniczona. Ostatnio pani kierowca TIRa, nie wybrała na rondzie we wsi i zdemolowała kiosk z kwiatami, który zaraz za rondem od wielu lat stoi (jeszcze ronda nie, a on tam trwał od lat 70). Na dobry miesiąc odebrała kwiaciarce pracę i zarobek, bo.... nie wiadomo, co się stało, ale chyba zagadała się z koleżanką, która siedziała obok. A że pora była bardzo ranna (4 rano), to gnała sobie pustą szosą i jak zobaczyła rondo, pewnie za późno hamowała. Co by było, gdyby to była godzina normalnego ruchu, a w kiosku byli pracownicy i klienci?

No więc... no więc stały te TiRy w poprzek drogi, a za nimi rząd osobówek. Ciemno, śnieg wali, zimno...wyobrażam sobie, co mówili kierowcy.

 

Tak sypało co chwilę.


 

To było przedwczoraj, bo piszę ten post na raty- dzisiaj sobota.

Świeci słońce, na tarasie już jest 0 stopni po dosyć mroźnej nocy. Dzisiejsza ma być jeszcze bardziej mroźna. Na razie wieje silny wiatr, ale zimny. Czekam na halniak, który niesie ciepło i wiosnę. Ostatnio jakby ich mniej. Cały śnieg z drzew został zdmuchnięty. Cisy i tuje pochylone. Martwię się o cisa przed oknem komputerowego czy się wyprostuje. Jak nie to.... ja naprawdę nie chcę już nic wycinać, ale takiego rozwalonego drzewa nie da rady utrzymać

Oglądam gimnastykę artystyczną- koło, szarfa... rany, jak te dziewczyny wywijają. Niesamowite są. Pięknie „tańczą”, bezbłędnie. Ekstra akrobatyka.

I oglądam jazdę figurową na IO. Super. Tenisa teraz mniej, bo tych najlepszych brak a IO zabierają więcej czasu.

Zrobiłam dwa pasy dzianiny na krośnie, teraz tkam trzeci. Kocyka przybywa.. Poprzedni robiłam co drugi słupek, ten robię na każdym słupku- splot jest gęsty i ładniejszy.

 


Zmieniam opatrunek i widzę, jak szpila z palca wysuwa się w górę (jest wyżej, ale tkwi mocno). Fajnie 😟. Kiedy pytałam lekarza, czy wyciąganie takiej szpili boli, stwierdził, że często sama wychodzi. A potem przestrzegł, by jej z powrotem nie wciskać w palec. Nawet na myśl mi to nie przyszło. Brrrrrrr... 

No i jeszcze taki ambaras- dwaj lekarze na oddziale poinformowali, że zdejmowanie szwów po trzech tygodniach, a na wypisie jak wół stoi- do zdjęcia szwów w 14 dobie. Młoda, która była parę razy szyta, radzi iść po tych dwóch tygodniach, by szwy nie zarosły. No i tak zrobimy. Najwyżej odeślą bez zdejmowania, tylko to włóczenia się po szpitalu jest do d..... Wszędzie kolejki, wszędzie czekanie. Zdjęcie szwów a potem, podobno, jeszcze trzy tygodnie palec w „łupkach”. I nawet nie mogę sobie powiedzieć „Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało....” , bo działanie było koniecznie a nie, że to był mój kaprys i upór. Jeden palec, a takie utrudnienia (samochodem te nie mogę jeździć😭)- szlag.

Dostałam od Młodej, pięknie pachnie, a drugi pcha się obok niego. 

Bezka na tarasie- uwielbia leżeć na śniegu.  


15 lutego 2026

Kiedy Anioł Stróż zaśnie na moment.

 

Uszkodziłam się. Mam wyłączony kciuk w lewej ręce co najmniej na 6 tygodni- jak dobrze pójdzie. Nie będę opisywała co i jak, bo nie jest w moim zwyczaju pisać o własnych słabościach na publicznych forach. Może troszeczkę, ale o tym akurat nie mam zamiaru. W każdym razie stało się, bo działanie było konieczne, a to był wypadek przy pracy.

Kciuk unieruchomiony- szpila, szycie, jedna doba w szpitalu. No i super. Przeżyłam. Pobyt na SORZE dosyć krótki, przyjęcie szybkie. Miałam do wyboru- robimy paluch na miejscu, czy decyduję się na oddział. Wybrałam to drugie. Musiałam mieć pewność, że przynajmniej przez noc będę pod opieką i nie będziemy kursowali, jakby się coś działo (nie działo się nic złego, ale ryzyko było, a sprawa dosyć poważna).

W szpitalu lekarze i cały personel na wysokim poziomie. Uśmiechnięci, życzliwi- wszystko sprawnie, ale jednak bolesne. Zachwyciło mnie podejście do kwestii bólu- domagać się przeciwbólówki, jak tylko zaboli. Nie skorzystałam, bo byłam nimi nafaszerowana po kokardy.

W domu, wczoraj, z pomocą Jaskóła, sama zmieniłam sobie opatrunek. Przydało się szkolenie sanitarne na „wojsku”, na studiach oraz dokładna instrukcja przemiłej pielęgniarki. Sam widok rany nieprzyjemny, ale ratujemy palec, to nie ma się co rozczulać. Przemyłam, zdezynfekowałam, otuliłam taką fajną otuliną w bandażu, zabandażowałam kłosowym i wszystko gra. Czy boli? Jasne, że boli, ale mam dosyć silne przeciwbólowe i kiedy nie potrafię wytrzymać, to łykam. Nie chcę nadużywać, bo jeszcze antybiotyk, a żołądek mam dosyć wrażliwy.

Teraz uczę się życia, pracując prawą ręką. Nie ma tragedii, ale niektóre momenty mnie wkurzają.

No dobra. Jak to w dowcipie było? Aha- „Znów spadło to białe kurestwo...”.



 


Chyba z 15 centymetrów spadło białego puchu. Świat wygląda ślicznie, taki czyściutki, biało-opatrunkowy. Na razie temperatura jest plusowa, ale dzisiaj w nocy ma być bardzo ujemna. Bardzo. Liczę na to, że jednak nie będzie to – 12 stopni.

Drapol przylatuje od czasu do czasu i siada teraz na gałęzi orzecha. Jego ulubiony bożodrzew został ścięty. 

Ten nie odleci- sister wielkie ucho lubi ozdabiać ogród "wisielcami" różnego asortymentu. One sobie wiszą latami, murszeją, tracą kolory, czasem spadną, częściej straszą.

A tu ciekawostka. 

 


Ciasteczka bez cukru. Sęk w tym, że kiedy zrobiłam pierwszy gryz, to poczułam, że są mega słodkie. Bez cukru i przesłodzone, taka sytuacja. No to do etykietki z tyłu a tam...
 

Substancja słodząca -maltitol. Czy to cukier?

Za AI " Maltitol to popularny, naturalny zamiennik cukru (poliol) otrzymywany ze skrobi, o słodkości 75–90% sacharozy i smaku bardzo do niej zbliżonym. Dostarcza ok. 2,4 kcal/g (o połowę mniej niż cukier) i ma niższy indeks glikemiczny (

), co czyni go odpowiednim dla diabetyków, choć nadmierne spożycie może wywołać efekt przeczyszczający.