Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trudne chwile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trudne chwile. Pokaż wszystkie posty

wtorek, września 08, 2026

Planowane szaleństwo przed końcem świata.

 Taka śliczna ważka lata po ogrodzie. Jest duża ma około 10 centymetrów. Najpierw nie potrafiłam jej "upolować", bo lata bardzo szybko, a potem mi pięknie, przez parę minut, pozowała.


Powoli wraca codzienność, ale już nie w takich normach, jak przed półtora tygodniem. Trzeba trochę życie przemeblować, coś ująć, coś dodać, o czymś zapomnieć, a więcej zapamiętać. Trzeba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości.

Jednak nie ukrywam, że przeżyłam ogromny wstrząs emocjonalny. Po raz kolejny dotarło do mnie, że wszystko jest takie kruche- kruche i nieprzewidywalne. Wszystko toczy się normalnie, a tu nagle buch! Prosto w splot, w żołądek, w głowę, jak obuchem- świat się wali i już nic nie jest takie, jak wczoraj.

I tak jestem szczęśliwa, że zakończyło się (??) w miarę dobrze. Mogło być gorzej- tak, o wiele gorzej. I jeszcze raz los dał znać, że nic nie jest wieczne, że może w każdej chwili trzasnąć. Nie potrafię żyć w myśl zasady: „Żyj tak, jakby każdy dzień był ostatnim”. No niby jak ma to wyglądać? Co niby mam ekstra robić? Mogę cieszyć się słońcem, obecnością ludzi bliskich, mogę przytulać psa, mogę łazić po ogrodzie, podglądać pszczoły i ważki, mogę słuchać ptaków, obserwować ich loty, mogę obserwować samoloty (bardzo lubię), mogę- co tam jeszcze? Aha, mogę tkać, haftować, słuchać muzyki, wcinać lody bakaliowe lub z ciasteczkami, po prostu mogę sprawiać sobie drobne przyjemności, łapać te drobniutkie chwile radości i sklejać do kupy. Codziennie. Ale przecież ja to robię i wcale wtedy nie myślę o dniu ostatecznym. Maksyma, którą przytoczyłam jest dla mnie tym, czym trudny wiersz dla ucznia i postawione przez nauczyciela durne pytanie: ”Co autor miał na myśli”. No, co miał, tworząc taką maksymę? Przeciętny człowiek nie będzie codziennie sprawiał sobie przyjemności ponad możliwości, balował, szalał, bo to może być jego dzień ostatni. A na filozoficzne dumania też nie ma czasu. Owszem, może ograniczyć się w fundowaniu sobie ujemnych emocji, może nie zadzierać z ludźmi, może obudzić w sobie empatię itp. Może. Tylko, że te rzeczy powinny być w jego życiu również na porządku dziennym.

Ok, pofilozofowałam sobie, a życie i tak będzie szło swoim torem- jak zechce to znów los rąbnie, a my najczęściej nie będziemy mieli na to wpływu. Ot taki chichot losu.

A jednak, chociażby dzisiaj, w ramach: „Żyj tak, jakby jutro świat się miał skończyć”, opchałam się malinami z krzaka- sama przyjemność. Z nikim się nie podzieliłam- brzydka Jaskółka. To późno owocująca odmiana. Owoce ogromne, soczyste i jest ich na łodydze sporo. Dwa lata maliny nie potrafiły się pozbierać i na zasadzonych 20 krzaczków, przyjęło się parę, w zeszłym roku te parę zaczęło puszczać rozłogi, a w tym roku już jest na nich dosyć dużo owoców.

Ogród powoli szykuje się do jesieni. Martwiłam się o zimowity, a one postanowiły w tym roku zakwitnąć później i dopiero teraz pojawia się coraz więcej kwiatów. W dodatku, co mnie bardzo ucieszyło, wyrosła osobna kępka niedaleko głównej. Jak przekwitnie, przesadzę w bardziej widoczne miejsce. 


Zaczynają kwitnąć jadwiżki- u nas jadwiżki (w rodzinie tak je nazywamy), gdzie indziej marcinki lub michałki, a tak naprawdę to jest aster jesienny. Fajna bylina- łatwa w przesadzaniu, łatwa w utrzymaniu, mało wymagająca i kwitnie wtedy, kiedy inne kwiaty już przestają. 

 

Kiedyś miałam sporo gatunków chryzantem, ponieważ chciałam, by ogród kwitł aż do listopada. Jednak one nie polubiły tutejszej gleby- kilka lat rosły, a potem wymarzły. Ach, i anemony ciągle kwitną. Anemony, moje ulubione wczesno jesienne lub późno letnie kwiaty. Bardzo dekoracyjne i w sumie też łatwe w uprawie.




Kwitną również rozchodniki, które są uwielbiane przez pszczoły. Bardzo miododajny kwiat.


 

Upał przyszedł, kolejny. Tym razem jednak powietrze już inne, zimne ranki i wczesne wieczory łagodzą gorąco. Na tarasie 35 w słońcu, na oknie; w kuchni, w cieniu, tylko 23 stopnie. Szału nie ma.

Nadal bardzo brakuje porządnego deszczu. Podlałam dzisiaj ogród wodą z węża. I chociaż poranne rosy są obfite, a ulewa, dosyć porządna, która przeszła nad ogrodem tydzień temu, zasiliła glebę na tyle, że jeszcze jest wilgotna (w trawnikach i w grządkach, bo w lasku posucha), to po dzisiejszym upale rośliny oklapły. 


Nie ma również snujących się, o tej porze roku, nitek babiego lata. Coś się w przyrodzie pomerdało. Czekam z niecierpliwością na te babie nitki, które szczególnie w mglisty dzień operlone, są bardzo dekoracyjne. No i pajęczyny w kropelkach wymiatają. 

Barbula- w ogrodzie są dwie.




Jesień też czuć już w domu- muchy stały się ospałe, niektóre same padają na parapet martwe. Do domowego ciepełka pchają się myszy (dobrze, że nie gnomy i trolle). Zrobiliśmy ich odłów- za pierwszym razem do żywołapki weszły trzy w ciągu dwóch godzin. Po kolei, jak jedną Jaskół wyniósł do lasku, właziła druga i potem tak samo było z trzecią. W kolejnym dniu złapały się jeszcze dwie. Wydawałoby się, że to już końcówka, a okazało się, że po domu wędruje jeszcze jedna, a może dwie. I to już jest mysz- mądralińska. Z jednej łapki wyżarła przynęta, drzwiczki się nie zatrzasnęły. Po jakimś czasie sytuacja powtarza się- skwarek mamuciej wielkości zniknął, drzwiczki nie zatrzasnęły się. Mechanizmy w obu pułapkach działają. Stawiamy te łapki codziennie w różnych miejscach i codziennie stwierdzamy, że są puste, a ślady myszycy/myszora, pojawiają się tu i tam. Niefajnie jest, kiedy otwieram drzwi do schowka, a tam mysz sobie spaceruje po słoikach, kiedy mnie spostrzega, to wcale nie panikuje, tylko spokojnie schodzi na podłogę, po czym znika za regałem. Nie znoszę zapachu (smrodu) myszy, dostaję mdłości od niego i mysz wyczuję, jak tylko w domu się pojawi. Z tą przechera też sobie poradzimy- w końcu trafimy w jej gust i znęci ją do pułapki kawałek czegoś dobrego.

Tkam gobelinki na tamborkach. Ot, taki kaprys mnie naszedł, by spróbować utkać coś na okręgu, chociaż tkanie okrągłego dywanika na długi czas mnie do tego zniechęciło.

Taki jest pierwszy. Więcej zdjęć i treści o sposobie tkania na drugim moim blogu.


Nadal maszyna do szycia siedzi w szafie. Nie ma takiego miejsca, by wszystko rozłożyć i zostawić na parę dni. Inaczej- mam takie miejsce- zawsze szyję na stole w pokoju komputerowym, ale wkurza mnie zostawienie „rozbabranego” szycia na dłużej. Bo to i maszyna, i mata do cięcia, pudełko z przyborami, nożyce, igielnik, szpilki, linijki, szmatki, łatki, słonie, łonie i słasice latają po stole oraz okolicznych blatach. Do tego dochodzi deska do prasowania oraz żelazko, nie wspominając już o odstawionych od stołu krzesłach, postawionych w miejscach jeszcze wolnych, czyli w ciągach przelotowych i trzeba je omijać.... brrrrrr....

No i co mówić wtedy o życiu tu i teraz w perspektywie jutrzejszego końca świata? Zawracanie głowy- ja tu mam konkretne problemy do rozwiązania.

Puszczam bardzo fajną muzę.


https://pigletsddeepforest.com/en


środa, września 02, 2026

"Jutro o tym pomyślę"

 


Mój instynkt samozachowawczy jest niezawodny. Instynkt, dotyczący oszczędzania nerwów, a może to nie tyle instynkt, co lata doświadczenia w pokonywaniu ogromnych stresów i radzeniu sobie, by nie zaliczyć tego najgłębszego dna. A już blisko do niego było kilka razy.

W zasadzie od dziecka rozładowuję stresy aktywnością, głównie fizyczną. Moje bieganie po lesie, włóczenie się po nim, sprzątanie pokoju, „nadprogramowe” granie na pianinie na full (tak, trzeba było ćwiczyć do lekcji), czy pranie ręczne- sama sobie prałam lżejsze ciuchy, nawet rąbanie drewna oraz oporządzanie zwierząt, to wszystko pomagało mi poradzić sobie z lękami, bólem duszy, niepewnością, poczuciem zagrożenia czy niesprawiedliwości.

I biegiem lat, mój organizm tak się wytresował, że jak tylko był problem, to brałam się do roboty, by poradzić sobie ze stresem, a problem zamieniał się w zadanie do wykonania. Poza tym- na początku z tych słów się śmiałam- spostrzegłam, że ten mechanizm działa i to pozytywnie. Pamiętacie Scarlett O'Hara z „Przeminęło z wiatrem”? Otóż ona, kiedy napotykała na trudności, mówiła spokojnie: „Jutro też jest dzień, zastanowię się jutro”. A przez noc przecież tyle się zmienia, zmieniają się myśli, nastawienie, człowiek inaczej patrzy na świat po przebudzeniu. Często, kiedy nawiedzają mnie czarne myśli, mówię sobie spokojnie: nie teraz,  teraz nie chcę o tym myśleć i szukam w głowie wesołego tematu, pogodnych myśli, jasnych obrazów. Tak samo podchodzę do problemów- nic na siłę, pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł, jutro też jest dzień. I to działa, oba sposoby działają. Nie znaczy to, że uciekam od problemu, po prostu, po nawet krótkim czasie, wygląda on zupełnie inaczej. I jest czas na podejście zadaniowe, wymyślenie wariantów działania. Ale nie zawsze tak było, walka z ujemnymi emocjami jest cholernie trudna i zanim się tego nauczyłam, spaliłam się prawie na węgiel. Niestety mocne osady pozostały, jest tylko pilnowanie, by znów nie dopuścić do pożaru.

I teraz tak samo staram się pokonać stres- od poniedziałku wymyłam wszystkie okna, wykosiłam trawniki, wyprasowałam pranie, wymyłam krzesła i nogi stołu w kuchni- Beza włazi pod stół, a że ma futerko jakie ma, to po pewnym czasie nogi krzeseł i stołu są czarne. Kurcze, wymyłam nawet ściany w sieni do wysokości 50 centymetrów, które też miały smugi w miejscach, gdzie przechodzi Beza. To samo z narożnikami ścian i futryn oraz drzwiami. Wyprałabym również firanki, ale obiecałam solennie "wybyłym" domownikom, że jak będę sama w domu, to nie ma: po pierwsze łażenia po drabinie i po drugie cięcia mechanicznym sekatorem (tu uważam jak diabli, ale go raczej nie odstawiam).

W sumie mają rację, ale wpędziło mnie to w jakąś fobię, bo łażę wszędzie z telefonem, by w razie co....

Niby już jest dobrze, wszystko wraca do normy, ale ten cholerny niepokój, gdzieś tam targa podświadomością.


W ogrodzie przekwitają kwiaty. Zakwitły ostatnie gladiole- biała, która od razu deszcz połamał oraz ciemnobordowa- piękna.




 

Kwitną wrzosy i czekam na zimowity. Już powinny zakwitnąć, a tu ciągle puste miejsce na grządce. Mam nadzieję, że susza ich nie zniszczyła. Dziwna roślina- na wiosnę ma liście ogromne, potem iście usychają, a jesienią zimowit zakwita już bez liści.



Od paru dni snują się wokół domu dymy, takie dymy, które od razu przywołują wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to palono na polach łęty, a w ogniskach piekły się ziemniaki. Wdycham ten dym z przyjemnością, jest nienachalny, pachnie przyjemnie. Na razie nie zauważyłam babiego lata- nitek pajęczych, snujących się wszędzie. A przecież już czas na nie. Jeszcze dwa tygodnie i rozpocznie się jesień. Najpiękniejsza kolorystycznie pora roku. Urodziłam się jesienią, jestem jesienna, w kolorytach też. Lubię jesień w każdej postaci. Nawet w tej z deszczem albo z mgłami.

Taka przypominajka


 


wtorek, września 01, 2026

Chrzanienie nie tylko o chrzanie.

 


Napisałam post o krótkiej wyprawie w teren, by zobaczyć stary słup graniczny, postawiony kiedyś na granicy Prus i Austrii. No i post wcięło, zanim go zamieściłam.

A wycieczka była półtora tygodnia temu- w piątek.

Na razie ten temat odstawiam, jak będzie wena, to napiszę, o co chodzi z tymi słupami granicznymi.

A teraz to, co dzieje się na bieżąco. Sobota- jedziemy Bezie obciąć pazurki (bardzo szybko jej rosną, a może to ten czas tak leci? Niedawno przecież byliśmy.). Zong, przed weterynarią kupa samochodów, Beza 7 w kolejce, a czynne do 13. Nie czekamy, naszym zwyczajem zaliczamy krótki wypad w teren. A teren to dokładnie staw w sąsiedniej wiosce. Nieplanowany. W sumie to nie wiem, co Jaskół planował mi pokazać. Na pewno chciał mi pokazać nowe rondo, ale naburczałam na niego, że rondo nie jest dla mnie interesujące, niech mnie zawiezie gdzieś „w przyrodę”. Trochę się spiął, bo rondo miało być pokazane dlatego, żebym wiedziała, jak z niego korzystać w drodze do Jastrzębia. Przyznać jednak muszę, że uważnie skanowałam całą trasę, a w obecnej sytuacji akurat mi się przyda. Normalnie do Jastrzębia jeździmy inną drogę, ale aktualnie trwa przebudowa torów pod szybką kolej i jest szaleństwo z drogami (kolejny most w przebudowie, kolejna droga zamknięta i same objazdy). Ta normalna trasa ma objazdy, ta z „rondem” jest nowa, ale omija całe to szaleństwo. Teraz jak znalazł.

Ok, no cóż, ja tam wolę jednak teren „niezabudowany”. Zatem zatrzymaliśmy się przy ogromnym stawie, na którym siedziało stado mew. Dla mnie choćby kawałek takiego widoku to frajda. Nasz pobyt nad stawem był krótki, ale udało mi się zrobić kilka fotek i nakręcić film. 

To jest jedna trzecia stawu- on jest ogromny, ale tylko w jednym miejscu siedziały na wodzie mewy.


 

A w domu się chrzani. W niedzielę przeżyłam niefajne déjà vu- to z tych, których zakończenia nie chciałabym przeżyć jeszcze raz. A dzisiaj już lepiej, niemniej trochę nerwów mi strzeliło. Ja wiem, że wkurzają czytających takie niedomówienia, ale nie mam w zwyczaju dokładnie opisywać, jakie nieszczęścia chodzą po moich bliskich, czy po mnie samej.

Przez kilka dni jestem zdana tylko sama na siebie. Mam na szczęście zapasy jedzenia. A w razie posuchy, ładuję psa do samochodu i robię zakupy. Boję się tylko, że jak na chwilę zostawię Bezę w aucie, to zaraz znajdzie się jakiś obrońca zwierząt i gotów wybić w samochodzie szybę. Z jednej strony sama jestem za tym, by nie zostawiać zwierząt w samochodzie samych, a z drugiej strony, są sytuacje, kiedy nie ma innego wyjścia. Problem jest w zbyt narwanych ludziach, którzy chcą zgrywać bohaterów, zanim pomyślą, jak wyglądać może sytuacja. No ale, na razie, nie ma potrzeby ruszać się z domu.

Mam jeszcze brata do pomocy i dzisiaj mi konkretnie pomógł- jednak tylko w sytuacji kompletnie bez wyjścia, będę go prosić. Sister wielkie ucho w sytuację nie chcę wprowadzać, a jak nie chcę tego, to i o pomoc nie poproszę. Zresztą ona sama mi konkretnie nie pomoże, a szwagier.... tu spada zasłona milczenia.

No dobra, byliśmy nad ogromnym stawem, sfilmowałam ptaszory. Muszę popracować nad robieniem filmów. Nie potrafię opanować nowego aparatu. Już wydawało mi się, że przesuwam powoli obiektyw i trzymam rękę, by nie drżała, a tu ciągle na filmie wahnięcia i obraz leci szybko. Trzeba też popracować nad obrazem przy dużych zbliżeniach. Stary aparat był łatwiejszy w prowadzeniu, nowy Canon płata mi figle.

 


Porobiłam zdjęcia.

 



 Przed samym wyjazdem, pogadałam z właścicielem, który przyjechał badać stopień napowietrzenia wody. Podczas tak długotrwałych wysokich temperatur trzeba pompować powietrze w wodę, by ryby miały czym oddychać. Stawy hodowlane są płytkie. Zastanawialiśmy się z Jaskółem, dlaczego nie są głębsze. Doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie chodzi o zapełnianie ich wodą po zimie. Na zimę woda z tych stawów jest spuszczana. Cieki wodne zanikają, ziemia wysycha, stawy coraz trudniej napełnić. Hodowca skarżył się też, że karpie męczy jakaś choroba. Faktycznie sporo niedużych śniętych ryb pływało przy brzegu. Przykre.

Ławica malutkich rybek. Dwa razy pytałam pana co to za gatunek, dwa razy podał nazwę szybko oraz  lekceważąco no i nie zapamiętałam. Sprawiał wrażenie, jakby te drobne rybki nie liczyły się w stawie. Nie rozwijał tematu, więcej nie pytałam. Widocznie uznaje zasadę "Nie ciekawić się".


 Przeszłam z Bezą kawałek groblą, stronę małego stawu
, za którym, na łące, pasły się konie. Niesamowicie wiejski obrazek. I ten spokój nad stawami, kiedy tylko mewy latają i popiskują, a ciche szumy cywilizacji są w dalekim tle, jest kojący. Lubię takie klimaty. Beza wyraźnie się tym krótkim spacerem zmęczyła, trzeba było wracać.

Zaczyna się wrzesień. Po głowie chodzą tylko urywki myśli- szkoła, szkoła się zaczyna i nic więcej, zero, nul rozważań o tym, jak się pracowało w oświacie oraz w nauce. Tak dawno, tak odległe czasy i nawet długi staż pedagogiczny, przynoszący różne momenty, zaginął w czasie. Po co? Na co teraz dywagacje o tym, co było? A to, co jest, to w sumie mnie mało interesuje- jakieś przepychanki, pretensje, jojczenia, skarżenia się, obwinianie jedni drugich, głupie decyzje.... beznadzieja.... nie mam wpływu, odstawiam

Nadal robię ogórki małosolne. Ale jest problem- w sklepach nie ma już zestawów: koper+ korzeń chrzanu + czosnek. Nie ma, bo jak twierdzą ekspedientki- sezon się skończył. Gdzie, jak to się skończył- teraz właśnie kisi się ogórki, bo późne odmiany teraz dojrzały. No to radzę sobie inaczej- koper zielony, czosnek- zawsze jest, bo go sprzedajemy, a chrzan kupiłam w płatkach suszony. Do tego liście winorośli i powinno się udać. W tych tutejszych sklepach to czasem porażka zaopatrzeniowa- chleb tylko do określonej godziny, w jednym paskudne warzywa, w innym mały wybór. Człowiek tylko jeździ od „marketu” do „marketu” różnych sieci i „składa” te zakupy do kupy- w jednym warzywa, w drugim mięso i sery, jeszcze w innym ryby świeże. Niby mamy to połapane, ale kilometry uciekają. Chrzan suszony w płatku kupiłam w Internecie. Już mnie męczy to wieczne poszukiwanie korzenia chrzanu w okresie, kiedy kisi się ogórki. Bez chrzanu cała sprawa się nie uda.

Był kiedyś w ogrodzie posadzony i nawet ładnie się rozrastał, a potem zaginął. Zamówiłam  dwie sadzonki w Internecie i dzisiaj przyszły- posadzę je pod płotem. Jak się przyjmą, dokupię następne. A może nie dokupię, bo jeżeli się sprawdzi suszony i inne zamienniki, to nie warto sadzić, podlewać itp.

Zamienniki przypraw do małosolnych:

  • świeży korzeń chrzanu- chrzan suszony w płatkach, dawać mniej, bo jest bardziej aromatyczny,  

  • świeże liście chrzanu- liść czarnej porzeczki albo liście winorośli, albo liście wiśni,

  • suchy koper, łodygi, baldachy- świeży zielony koper, albo suszony estragon- szczypta na litr zalewy, łodyżka świeżego estragonu, suszone nasiona kopru, (nie dodawać suszonego koperku, bo jest gorzki w zalewie), można dodać lubczyk- świeże łodyżki lub listki,
  • ząbki świeżego czosnku- czosnek suszony w płatku. 

Wyhaftowałam pawia na szarym gobelinie. Więcej o moich zmaganiach, z tym projektem, na drugim blogu (prawa strona, zakładka- drugi blog).

Tak się niespodziewanie złożyło, że dokończyłam jeszcze dwa hafty z pawiami, a trzeci czeka w kolejce- wzór naniesiony na materiał rok temu sobie leży i dojrzewa. Pawie, pawie, pełno pawi, "zapawiło" się w moich robótkach.
 

wtorek, sierpnia 25, 2026

Odeszła "Królowa Country"

 

Dolly Rebecca Parton – amerykańska piosenkarka muzyki country, kompozytorka i autorka tekstów, multiinstrumentalistka, producentka muzyczna, aktorka, pisarka, businesswoman i działaczka społeczna. Ikona muzyki. Odznaczona Narodowym Medalem Sztuki.

Zmarła dzisiaj w wieku 80 lat.

 Do jej największych hitów należały m.in. utwory "Jolene" oraz "I will always love you". Zdobyła 11 nagród Grammy, w tym nagrodę za całokształt twórczości. Prezydent USA Donald Trump poinformował, że w związku ze śmiercią artystki flagi w Stanach Zjednoczonych będą opuszczone do połowy masztu. 

Znana, lubiana... więcej nie napiszę, bo ogarnął mnie ogromny żal.


 


sobota, maja 09, 2026

Maj się rozkręca.

 

Spadło trochę deszczu. Padało w nocy z czwartku na piątek i wczoraj było lekko deszczowo, pochmurno, ale wody w ziemi wciąż mało. Po tym nocnym deszczu pokazała się kukurydza na polu sąsiada. Znów kukurydza. Ten, który dzierżawi to pole ma olewające podejście do upraw. Podejrzewam, że na tym poletku mu nie zależy. Małe, ciasne do manewrowania sprzętem (niecały hektar z trzech stron ogrodzony płotami, od północy dwie parcele z domami). Tylko małe traktory mogą na to pole wjechać. Nie sadzi się tej samej uprawy rok po roku. Teraz powinien zasiać zboże, a on znów zasiał kukurydzę. Czeka nas kolejny rok z zasłoniętym widokiem na wschód. Jednak nie o widok tutaj chodzi, a głównie o przewiew w ogrodzie, bo jak mocno doleje, to potem w nim długo woda stoi. Teraz jej brak, ale wystarczy parę dni solidnych deszczy i będzie grząsko, zwłaszcza pod drzewami. A musimy suszyć, bo woda z oczyszczalni tam spływa, a teraz jeszcze doszła woda z oczyszczalni sąsiada. Niestety, tak jest teren ukształtowany, że to, co wsiąka w poletko sąsiada, spływa pod ziemią na naszą część. I dochodzi woda z dachu naszego sklepu oraz woda z dachu sąsiada. I tak dobrze, że jednak da się tamtą miedzą chodzić i nie ma tam jednego wielkiego bajora. Woda przefiltrowana, II stopnia czystości, nie ma smrodku, a brzozy się cieszą, bo mają co pić.

Bezka znowu choruje. Przedwczoraj pałętała się niespokojna z kąta w kąt i ciężko ziajała. Nie wiedzieliśmy z jakiego powodu było to nadmierne ziajanie. Pies może ziajać, bo mu gorąco i wtedy chłodzi się z wywalonym jęzorem przed pyszczor, może ziajać, bo ma chore serce, a może też ziajać, bo ma gorączkę. W przypadku Bezki wszystkie te możliwości chyba się nałożyły, ale jednak w ostateczności okazało się, że miała silną gorączkę. A że zaczęła znowu popuszczać kropelki, to u weta odbyło się USG pęcherza. Owszem, ściana zapalona, ale jeszcze pokazał się jakiś guz, a może resztka macicy, której do końca, podczas sterylizacji, nie usunięto. No i pojawił się strach. Jak to drugie, to tylko leczenie lekarstwami, ewentualnie hormonami, a jeżeli pojawił się jakiś guz, to nawet myśleć nie mam siły, co dalej. Żadna operacja nie wchodzi w grę. Beza ma chore serce.

Dostała na „dzień dobry” zastrzyk i przeszła jej gorączka. Wczoraj ponowne USG nic niepokojącego nie wykazało- robiła je inna doktor, która specjalizuje się w robieniu USG. Beza dostała szczypa w zadeczek, czyli kolejny zastrzyk, dzisiaj tabletki dałam i obserwujemy. W poniedziałek do kontroli. Swoją drogą, nie wiedziałam, że psu można podawać ludzką pyralginę. Beza dostała 1,5 tabletki rano. Na razie nic się nie dzieje- nie drapie się nie wymiotuje. Chyba przyswoiła bez problemów.

Mam ochotę na kieckę- taką szeroką do kostek, kwieciste boho. Przeglądam reklamy, jakie pojawiają mi się w Internecie. Panuje moda na szerokości- kiecki, spodnie, bluzki- obszerne, bez taliowania, takie jakie lubię. No może te spodnie szerokie jakoś mi się nie widzą, a to dlatego, że ja jestem niska i takie spodnie skracają sylwetkę oraz nadają objętości (powinny być noszone do nich buty na obcasie, by nogę wydłużyć). Ale szersze spodnie są nieziemsko wygodne podczas upałów. Zwłaszcza, jak są z lekkiej tkaniny. Na próbę uszyję sobie takie na chodzenie po domu i zobaczę jak w nich wyglądam. Są w domu magazyny z wykrojami, jest kupa nowiuteńkich tkanin pochowanych w koszach, ale chęci jakoś mi brak.

Wilgi przyleciały i o wpół do szóstej rano (wczoraj), wysłuchałam w ogrodzie ich koncertu. Jeżeli dobrze słyszałam, to śpiewały dwa samce, a samiczka gdzieś na dalszym drzewie „skrzeczała” Jak wilga skrzeczy, to znaczy, że deszcz będzie i jak długo mamy w ogrodzie wilgi, zawsze się to sprawdzało. I teraz też tak było. Ona chyba wyczuwa zmianę wilgotności w powietrzu i tak na to reaguje. Skrzeczy- pada, siedzi cicho, a tylko samiec śpiewa- bezdeszczowa pogoda murowana.


 

Wysiadł mi aparat fotograficzny. Na dużych przybliżeniach stracił ostrość. Szkoda, służył mi chyba z 10 lat. Bardzo dobry był. Mam drugi, ale on już tak nie przybliża. Na nowy muszę poczekać, bo taki, jaki mi się podoba, sporo kosztuje. Kosiara zeżarła nadwyżki. Kosiara niezbędna, a aparat to kaprys mogący jeszcze poczekać.

Taka panorama otwiera się, kiedy wyjeżdżamy ze wsi w stronę Cieszyna (stronę domu). A to jeszcze nie całość- z prawej strony zasłoniły resztę gór drzewa przy szosie. 


 

Gdzieś mi umknął kawałek Pasma Przegibka- najbardziej wysunięty masyw na lewo. Od niego powinnam zacząć kręcić film i przesuwać w prawo.

Od prawej masyw Błotnego (Błatnia), potem widać Skrzyczne, daleko Baranią Górę, bliżej Lipowski Groń (za nim jest Równica), dalej w prawo masyw czantorii, potem w dali kawałek Słowacji w Przełęczy Jabłonkowskiej i zaczyna się masyw Beskidów Morawsko- Śląskich z Wielkim Jaworowym i Ostrym. Jak się podjedzie kawałek dalej w stronę Cieszyna, to widać także największą w tym masywie górę- Łysą. Film kręciłam za pewnym marketem (a nie z drogi), bo tylko tam można spokojnie przystanąć i złapać całą Panoramę.

Na dużym ekranie widać duże przybliżenie.


PS Od pewnego czasu bloger spóźnia się z aktualizacją blogów w powiadomieniach na bocznych paskach. Musiałam u niektórych osób nadrabiać czytanie.



Zdjęcia zrobiła Młoda na brenieńskich stokach.


poniedziałek, kwietnia 06, 2026

Dzieje pewnego siedliska

 

Tak to ja lubię, nawet bardzo lubię. Wczorajszy ranek- samochód za samochodem, za oknem, gnał do kościółka, a my leniwe śniadanko świąteczne, uskutecznialiśmy. Kościołek? Jaki kościołek? Święta są po to, by leniwić się i nigdzie z rana nie gnać. Tak sobie myślę, że to wychowanie ateistyczne bez celebry i napinki kościelnej, daje mi ogromne poczucie wolności.

No dobra.

Wykorzystując piękną słoneczną i niesamowicie ciepłą (+20 stopni w cieniu na tarasie) pogodę, pojechaliśmy w teren. Z Bezą oczywiście. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć, co się dzieje w starym pradziadkowym siedlisku, a potem obleciałam i obfotografowałam zabytkowy kościółek w jednej wsi, tudzież to samo zrobiłam z zameczkiem w innej miejscowości. Z tego będą relacje w kolejnych postach.

Teraz Siedlisko.

Wydawało mi się, że już kiedyś o nim pisałam post. Przeszukałam archiwum i nie znalazłam go. Czyli trzeba od początku- ojciec mojej mamy urodził się tutaj, w tej miejscowości, gdzie teraz mieszkam- mogę powiedzieć, że jakieś cieszyńskie korzenie mam. To, co opiszę, jest oparte na moich wspomnieniach, bo ja tutaj przyjeżdżałam na wakacje i jeszcze mojego pradziadka pamiętam. Pamiętam również, jak wyglądało gospodarstwo, jego obejście i okolica w tamtych czasach.

Pola należące do do gospodarstwa. Film kręciłam stojąc na miedzy prowadzącej do stawu. Od lewe strony, tej ze stawem do prawej. Po drodze sfilmowałam sad i siedlisko, i dotarłam do pół po drugiej stronie miedzy. 


 

Początek siedliska to koniec XIX wieku- wtedy mój pradziadek wżenił się w gospodarstwo i zaczął go rozbudowywać. Prawdopodobnie wtedy wybudował dom, który teraz stał się ruiną, nawet nie malowniczą, a okropną. Ojciec dziadka- mój pradziadek miał duże gospodarstwo. Samego pola miał sporo hektarów, łąkę na stoku, za nią w dole staw, ogromny sad i porządny dom (wraz z oborą, bo wtedy tak budowano). Stał on w pięknym ogrodzie (stąd też mam wzorce ogrodu z długimi grządkami kwiatowymi- potem powielił je mój dziadek, następnie mama i ja). Za domem było podwórko gospodarskie, stodoła, mały stawek, nad którym zwisały długie witki ogromnej, starej wierzby. W ty stawku taplały się kaczki i gęsi, których było dużo. Chodzić po grobli było niebezpiecznie- gliniasta, mokra i śliska była. Wystarczyła chwila nieuwagi i lądowało się w brudnej zimnej wodzie. Ale stawek pod starą wierzbą, z tą chmarą kaczek i gęsi, był bardzo malowniczy i dopełniał obraz ówczesnego gospodarskiego rozgardiaszu. Bo po podwórku chodziły jeszcze kury, stary kogut i indyki- był tam ciągły rwetes.

Za podwórkiem był potężny, prawie hektarowy sad. W sadzie stało dosyć dużo uli- mój dziadek z zamiłowaniem zajmował się wszystkimi rodzinnymi pasiekami (naszą też)- wyniósł to z rodzinnego domu.

Całe siedlisko znajdowało się na wzgórzu, a pradziadkowe pola rozciągały się między lasami. Za sadem był jar, w nim rzeczka. Trochę dalej znajdowały się stawy. Wszystko to otoczone lasem.

I tak sobie to siedlisko trwało, dopóki żył pradziadek i trzymał „laskę” nad wszystkim. Miał trzy żony. Z jedną miał jednego syna (umarł młodo, w wieku 20 lat- na co? Nie wiem), z drugą dwoje dzieci i z trzecią też dwoje, ale za chiny nie potrafię sobie poukładać to czasowo, a ci, co wiedzieli zmarli. Ta żona, z którą miał jednego syna, zmarła krótko po porodzie. Ponoć pradziadek- satrapa, kazał jej wykosić staw z trzciny. Kobieta dostała gorączki i niedługo potem zmarła. Syna wychowywała służąca (tak, tak, dziadek miał służącą- pomocnicę- Rózię, do gospodarstwa oraz miał też parobka), a potem następna żona.

Wychodzi mi jednak, że ten chłopak był najstarszy, potem urodził się mój dziadek, potem była jego siostra. Z trzeciej żony też była para- dziadek- wujek i babcia – ciocia (nie wiem jak inaczej ich nazywać). Te dzieci „wyszły” z gospodarstwa w świat. Mój dziadek wykształcił się na rechtora i powędrował, za nakazem, na Śląsk (tam poznał babcię- rodzice mojej mamy). A syn z trzeciego małżeństwa wykształcił się na inżyniera (jego córka wykupiła potem siedlisko). Córka z trzeciego małżeństwa wyszła za mąż- też miała duże gospodarstwo pod Bielskiem.

Ja pamiętam siedlisko już za rządów siostry dziadka- babci Hanusi (początek lat 60. XX wieku). Za mała byłam, by oceniać stan gospodarki, ale według mnie była ona typowa, a gospodarowano na niej tak, jak to za komuny bywało.

Pamiętam tylko, że dom chyba już wtedy wymagał remontu (miał wtedy z 70 lat), bo wszystko było takie lekko „zapyziałe”. Małe dwie izby, trzecia w dobudówce (dla służącej i jako spiżarnia oraz lamus), w sieni wydzielili część kuchenną. Za dobudowaną ścianką, w sieni, były drzwi do obory i na podwórko. Nie było łazienki, a WC było drewniane, dobudowane do ściany obory. Ot taki normalny wiejski dom, jakich wiele było w tamtych czasach. W jednej izbie mieszkały trzy córki babci Hanusi, ale ja pamiętam tylko dwie z tego okresu- trzecia, dorosła, wyszła już za mąż i mieszkała w Bielsku. Ta najmłodsza kuzynka mojej mamy, przyjeżdżała po mnie do leśniczówki i zabierała mnie na wakacje do siedliska. I teraz widzę, że tylko mnie- ani brata, ani siostry, tylko mnie- interesujące.

Pamiętam też wakacyjny klimat tego miejsca- to podwórko, sad, i spacery wzdłuż lasu nad staw. A przed domem był kamienny stół, na którym babcia stawiała donice z pelargoniami. Za stołem, pod płotem, rozciągała się ogromna grządka z poziomkami i te pachnące, nagrzane poziomki też pamiętam dobrze. Pod ścianą z oknem, stała długa drewniana ława. Na niej babcia Hanusia siadała i obierała ziemniaki, albo przebierała owoce na przetwory, albo całkiem po prostu, by odpocząć i pogadać z małą dziewczynką. Myślę, że wtedy miałam taką małą rekompensatę za brak drugiej babci- mamy, mojej mamy, która zmarła, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było, a sister wielkie ucho, miała 2 lata. Babcię przygniotła krowa do żłobu, połamała jej żebra, uszkodziła wnętrzności i stało się najgorsze. Kiedy babcia Hanusia zmarła, już do siedliska nie jeździłam. Zresztą miałam naście lat i mnóstwo innych rzeczy na głowie, a gospodarstwo prowadziła już jej córka- czasy mniej interesujące, miejsce upadające.

Pamiętam pradziadka, siedzącego z gazetą na kolanach, w fotelu między oknem i szafą, ciągle drzemiącego (miał wtedy ponad 80 lat), ale kiedy chcieliśmy po coś wejść do pokoju, to otwierał oczy i wrzeszczał na nas, żebyśmy mu nie przeszkadzali. Pradziadek był malutki, zasuszony i sklerotyczny, jednak przy stole to on miał pierwszeństwo w nakładaniu jedzenia na talerz.

Mama mi opowiadała, że w młodości był światowym człowiekiem, głodnym nowinek i wiedzy. Za Franza Jozefa, jeździł do Wiednia (ówczesnej stolicy) i przywoził różne interesujące oraz nieznane wtedy tutaj rośliny. I tu mam dysonans poznawczy- w opowiadaniach, dotyczących życia rodziny, traktowania bliskich oraz zachowania w domu, wyłania się despota, nie liczący się z nikim, a najmniej z żonami i dziećmi. Taki typowy „pan i władca”. Natomiast, jeżeli chodzi o umysłowość i mentalność, to był jednak człowiek nowoczesny. Umarł kiedy miałam 8 lat i nie pamiętam, byśmy choć jedno słowo bezpośrednio zamienili podczas moich pobytów w siedlisku. Inna rzecz, że ja się go cholernie bałam i unikałam. Bliższy mi był dziadek „Groch”, mąż babci Hanusi, z którym często chodziłam na spacery i włóczyłam się po sadzie. Kiedy baby zaczynały tak porządnie wrzeszczeć na siebie- a awantury babskie były tam na porządku dziennym, brał mnie za rękę, mówił „Chodź dzioucha, idymy” i szliśmy w świat. Byle dalej od tych awantur.

Kiedy umarła córka babci Hanusi, która z mężem gospodarowała w siedlisku do początku XXI wiek, gospodarstwo opustoszało. Już wtedy było mocno zapuszczone i wymagał kupę forsy oraz pomysłu, by je podźwignąć. Ale w bardzo licznej rodzinie nie było do tego chętnych.

To znaczy chętni znaleźliby się, jednak pod warunkiem, że pozostali zapłacili by im za łaskę prowadzenia gospodarstwa dalej, opłaciliby remonty i nie żądali testamentowej spłaty.

A że już wtedy dom i zabudowania gospodarskie wymagały gruntownego remontu, droga dojazdowa (150 metrów polnej drogi do asfaltowej wiejskiej) musiałaby być utwardzona, media powinny być unowocześnione i zrobiony generalny porządek w sadzie oraz w obejściu, to nikomu nie spieszyło się do objęcia takiej schedy. W dodatku ktoś ujawnił testament, który sporządził pradziadek i okazało się, że w ostateczności do podziału majątku ustawiło się w kolejce 9 osób (wnuki pradziadka- rodzice mojego pokolenia, a jeszcze było multum prawnuków pradziadka). I tu zaczęła się awantura- córki ostatnich gospodarzy twierdziły, że ich rodzice utrzymywali całe gospodarstwo przez dziesiątki lat, to one powinny je dostać bez jakiegokolwiek spłacania innych. Inni twierdzili, że testament jest testamentem, należy podzielić całość na 9 części i żadne inne wyjście nie wchodzi w grę. W dodatku okazało się, że sporo pola wniosła jedna z żon w posagu i dzieci tej żony powinny to pole dostać tylko dla siebie, przy czym nikt nie wiedział, która to część pola. No cyrk na resorach. Pawlak i Kargul z ich dwoma palcami niech się schowają przy tej naszej rodzinnej spadkowej awanturze. Na szczęście ktoś przytomnie stwierdził, że żadnych fizycznych podziałów nie należy robić, tylko sprzedać całość i podzielić się forsą. Zgodzono się, tym razem, bez oporów mimo braku wiedzy, co do części mającej być wyłączoną z całości. Może liczono, że ta strona rodziny skruszeje i zgodzi się oddać swoją część do podziału?

Rodzina totalnie się skłóciła a wtedy znalazł się kupiec, który chciał całość kupić. Co wtedy rodzinka robi? Znów stawia Veto. No i piać od nowa włóczenie się po sądach w walce o część schedy. Na koniec jedna z kuzynek mamy zaproponowała, że ona to w całości odkupi i podała cenę. O dziwo większość się zgodziła, ale dwie heksy ciotki zaprotestowały. One nie, nie zgadzają się. Moja wiedza sięga do momentu, kiedy jednak ta kuzynka gospodarstwo kupiła, podzieliła forsę między 6. spadkobierców, a te dwie ciotki sądziła osobno- ponoć współwłaścicielkami wtedy zostały (po jednej została pięcioro bardzo dorosłych dzieci, a druga jeszcze żyje i ma czwórkę też bardzo dorosłych dzieci- kolejka do forsy zatem spora).

A teraz już nie wiem, czy to siedlisko należy jeszcze do tej kuzynki mamy (mojej młodszej ciotki), czy też nie. Na cholerę jej to było, kompletnie nie wiem, ona z tych późnych dzieci, kiedy to jedno pokolenie już ma dzieci pożenione, a w tym samym jeszcze się rodzi ich rówieśnik. Kuzynka mamy ma w tej chwili około 60 lat, czyli jest ode mnie młodsza, mieszka na północy Śląska, nie ma dzieci, ale ma zapuszczone i zrujnowane siedlisko. Albo już go nie ma, czort jeden wie. Ja w rodzinie już nie zapytam, bo mi wszystko jedno, kto tak zapuścił to miejsce. Nadaje się do zrównania z ziemią i tyle. Pola od 20 lat są wynajmowane i też do momentu wykupu przez kuzynkę- ciotkę, nie wiadomo było, kto bierze za to forsę.

I tak testament pradziadka skłócił do cna rodzinę. A że dziadek prawdopodobnie miał wredny charakter, co objawiło się w moim dziadku i po części w jego córkach, to przypuszczam, że tam gdzieś w zaświatach, miał niezły ubaw z tego, co tu się w siedlisku działo.

Tę ludzką hańbę postawili myśliwi na skraju stoku, na granicy pola i niegdysiejszej łąki, teraz zaoranej. Obok rosła wierzba- wiatr ją połamał i sterczy żałosny kikut.  

Zaorana łąka na stoku, na dole staw, który kosiła któraś prababcia. Pamiętam ten kawałek jako piękną kwitnącą łąkę a teraz mnie ten widok wkurza. Za mną jest ambona. Nawet nie miałam ochoty zejść nad staw, bo z daleka widziałam, że ktoś go podzielił na sektory jakimiś białymi taśmami. To zawsze był staw hodowlany i widać pozostał takim do teraz.
 
Widok na siedlisko ze skraju łąki (ambona obok). Te wysokie drzewa wzdłuż granicy pola z sadem, ktoś posadził kilka (?), kilkanaście (?) lat temu. Tam nigdy takich drzew przedtem nie było- sad graniczył bezpośrednio z polem, a jak kwitł to był z daleka widoczny.

Widok od strony sadu w kierunku ambony i stawu.
Miedza, którą szliśmy w stronę stawu.

Ruiny domu. Jeszcze 10 lat temu można było go uratować, teraz jest już po ptokach. Na części zawalił się dach i woda leje się do środka, podmywając mury. Po lewej była weranda i wejście do domu (ściana z ławeczką). Tu, gdzie robię zdjęcie dochodziły dwie długie rabaty kwiatowe, a z prawej strony stały ule. Dom porastała wistaria i winorośl, rodząca dorodne winogrona.

Nie pamiętam, kiedy byłam tu ostatni raz, chyba już z 8 lat minęło. Wtedy jeszcze rosły kępy kwiatów i wykopałam sobie malutkie wilczełyko- pięknie w tym roku zakwitło. Teraz znalazłam tylko tę jedną jedyną lilię złotogłów.

Nawet śnieżyczek, które rosły tu łanami, na zapuszczonych grządkach, jest dużo mniej. Wszędzie dzikusy krzaczyska, bluszcze, mierzwy.
 

Zrujnowana stodoła. W miejscu, gdzie stoję, był stawek, z jego prawej strony rosła olbrzymia wierzba płacząca.

Zdjęcia z kawałka sadu. Tu już nie ma nawet o czym pisać. Jeszcze 10 lat temu stare drzewa owocowały. Teraz zwaliło się ich trochę, inne porosły dziczkami. Nie szłam do końca sadu, bo zrobiło mi się niefajnie- jednak pamięć swoje zrobiła. Nie chciałam sobie psuć tak pięknego dnia.
 

Uświadomiłam sobie, że to miejsce przecież należało do mojej bliskiej rodziny i tak się zmarnowało.

Tył domu. Po prawej chlewnia, którą zbudował wujek- ostatni gospodarz. Tu było ogromne podwórze. Widać drzwi do chlewa, a za białym okienkiem były drzwi do sieni. Kibelek zburzono, kiedy wujkowie zrobili, w końcu, wewnątrz domu łazienkę. 


 Więcej zdjęć nie zrobiłam. Bez sensu. Pozostały tylko wspomnienia i fajne miejsce do spacerów.

 

środa, kwietnia 01, 2026

A tymczasem o kciuku, kangurach w Beskidach i beznadziejnej książce.

 Forsycje w sosnowej alejce.

Nareszcie nastąpił koniec „przygody” oraz przymusowych odwiedzin w przyszpitalnej poradni ortopedycznej. KONIEC! Ale zanim to szczęście mnie dopadło, musiałam przeżyć skrobanie wierzchołka kciuka z warstwy twardej skóry oraz resztek krwiaków, które powstały w miejscach zszycia. FUJ! Najpierw czyściła przemiła pielęgniarka- delikatnie, z wyczuciem, a potem pojawił się mój ulubiony czarnoskóry doktor Verdi i on, nie patyczkując się i nie zwracając uwagi na moje posykiwania, po prostu zdarł cały twardy „czepek” z wierzchołka kciuka. A wszystko to przy żartach i śmiechach. No, i było, nie powiem, całkiem miło, ale i trochę jednak bolało. Na koniec doktor przeprowadził sprawdzian czucia w palcu, pocierając oraz lekko nakłuwając skórę pęsetą. Poczułam straszne łaskotanie i stanowczo prosiłam, żeby przestał, bo zaraz zacznę płakać ze śmiechu. Jakby nie było- mrowienie, czy nie- czucie w palcu wraca. I dobrze, bo manewrowanie tylko czterema palcami w lewej ręce podczas jakichkolwiek robótek oraz prac domowych, już mnie wkurzało. Czas 7 tygodni całej hecy z kciukiem, zaliczyłam jedno dobowy pobyt na szpitalnym oddziale i 5 wizyt w przyszpitalnej poradni. Wystarczy. Muszę jednak przyznać, że oprócz dwóch chamskich lekarzy, którzy mnie zlekceważyli (w poradni, na początku), wszystkie inne sprawy- leczenie, czasy oczekiwania na wejście do gabinetu (maksimum 1,5 godziny), traktowanie przez rejestratorki, pielęgniarki, czy innych lekarzy, było na przyzwoitym poziomie. Ani razu nie spotkałam się ze zniecierpliwieniem, lekceważeniem czy przedłużaniem czasu czekania. Inna rzecz, że ja, kiedy idę do lekarza, to biorę pod uwagę, że będzie się długo czekało, a podejście lekarza też może być różne- najczęściej nie ma zgrzytów. Natomiast widywałam różnych pacjentów- ech....

Dzisiaj Prima Aprilis- nie wiadomo jak się „ustawić” do różnych informacji. Najbardziej ubawiło mnie zdjęcie z Wisły. Ale... jakby tak klimat nadal się ocieplał to, być może, i kangury kiedyś będą zamieszkiwały beskidzkie gronie.

 Czytam, a raczej przestałam czytać, koszmarną książkę z tych obyczajowych. 

 

Już dawno czegoś tak durnego nie czytałam. Durnego i im bardziej w głąb treści, tym bardziej nudnego. Miało być wesoło, miało być niebanalnie, ale naprawdę nie mam pojęcia z czego się tu śmiać i co jest w treści niebanalnego. Książka zachwalana, niby pomysł oryginalny- kolejny mąż (a doszło ich ponoć do 200- info bohaterki, wplatane w fabułę, bo nie ma przecież opisywanych tych 200 po kolei)- bohaterki wchodzi na strych, po czym ze strychu schodzi zupełnie inny- i tak na okrągło. Za każdym razem bohaterka musi zgadywać, na jakim etapie życia jest, co dzieje się z rzeczywistością wkoło, jej bliskimi, gdzie pracuje, jaki był ślub z tym kolejnym, zmienia się też wystrój jej mieszkania, wygląd i przyzwyczajenia tych mężów. Z tyłu książki, na okładce, taki wpis: „Błyskotliwa refleksja o współczesnych związkach”. Jednak ja w treści żadnej błyskotliwej refleksji nie dostrzegłam, owszem bohaterka zastanawia się, czego oczekuje w związku, ale wychodzi na to, że wszystko się jej nie podoba, ponieważ odsyła tych mężów na strych już po pierwszym „ale”, chociaż nawet pół godziny nie minie od zejścia męża ze strychu. Odbieram ją jako znudzoną facetami singelkę, która „chciałaby i boi się”, a w ogóle to właściwie woli być singelką. Facetów zaś traktuje instrumentalnie, choć stara się być idealną żoną i w duchu wiecznie kaprysi nad ich cechami. Wiem, jaki jest finał- mnie nie przekonuje- trzeba było to zrobić już w połowie fabuły (gdzieś w okolicach 300. strony), a tak to rozwinęła się nuda, panie nuda, No ale ja mam ponoć spaczony gust czytelniczy, nie idący w parze z „oczekiwaniami społecznymi”.

I jak biedną Szczupaczyńską odstawiłam, o zgrozo jak mogłam (nie znasz się Jaskółko- ignorantko na prawdziwej literaturze), po przeczytaniu pierwszego rozdziału książki, to przy tej dotarłam do dwóch trzecich fabuły- zostało jeszcze 150 stron do końca, ale nie, ale NIE, nie będę się zmuszała do dalszego czytania. A tak na marginesie, po raz kolejny, po przeczytaniu blogowej rekomendacji, okrutnie się nacięłam.

Jak ktoś chce, niech czyta, ja nie zachęcam.

Robiąc sobie przerwy czytaniu o kolejnych strychowych mężach, by nie trzepnąć tą książką po 100. stronie (naprawdę wykazywałam dobrą wolę, by ją dokończyć), czytałam inną, bardziej sensowną, a na pewno bardzo interesującą książkę „To nie jest raj” Michała Zabłockiego. Parę reportaży o współczesnych Czechach. I faktycznie to, co opisuje Zabłocki to nie jest raj czeski, jakim sobie wyobrażają ten kraj choćby Polacy. My po II wojnie mieliśmy swoiste socjalistyczne piekiełko, ale Czesi mieli straszne, komunistyczne piekło. Tak, tam rozwijał się ten okrutny, sowiecki komunizm. Pamiętam, że kiedy byłam w Czechach (a raczej tu na Morawsko- Czeskim Śląsku- Karwina, Cz. Cieszyn, Ostrawa- już po wejściu do Schengen- na budynkach użyteczności publicznej, na dworcach kolejowych wisiały jeszcze radzieckie gwiazdy. Gwiazdy były namalowane na autobusach i pociągach, na szybach kopalni itp. Sami Czesi byli niesamowicie wyciszeni, choć pogodni.


Tę książkę polecam ogromnie, jeżeli kogoś interesują Czechy.

A teraz zabieram się do czytania książki W. Myśliwskiego: „Kamień na kamieniu”. Przeczytałam już „Ucho igielne” oraz „Traktat o łuskaniu fasoli”. Chyba się przy „kamieniach” nie zawiodę.


 
Przed dużym tarasem

Przed oknem "komputerowego".

Kwitną forsycje. U nas mówi się na nie „złoty deszcz”. Niedawno dowiedziałam się, że „złotym deszczem” nazywa się również trujący złotokap. W ogrodzie rósł i kwitł jeden, jednak zniszczyła go choroba. 



 W ogrodzie rośnie kilkanaście krzewów forsycji.- w lasku, na parkingu, przy bramce, przy sklepie, przed tarasami, przy kompostowniku. Większość z nich to stare krzewy i trzeba było je mocno przyciąć, by się odrodziły. Dlatego w trym roku są takie bardziej mizernie. Niemnie tworzą piękne żółte kępy. 
Zaczęłam znowu więcej tkać, bo mi już opatrunek nie przeszkadza. Poza tym nauczyłam się łapać osnowę bez pomocy kciuka- ciekawe doświadczenie- idzie mi to coraz sprawniej. 

 Gobelin miał być skończony na Wielkanoc, bo temat jest pasujący do tego święta- nie jest specjalnie robiony jako świąteczny, ale jest taki cudnie wiosenny. Niestety, nie zdążę. Pewnie ukończę go dopiero w maju- została jeszcze połowa do utkania.

Równolegle dziergam na krośnie następny kawałek do koca i haftuję (etapami) bluzkę.  Powoli, powoli i się będzie kończyło wszystko.