Dolly Rebecca Parton – amerykańska
piosenkarka muzyki country, kompozytorka i autorka tekstów,
multiinstrumentalistka, producentka muzyczna, aktorka, pisarka,
businesswoman i działaczka społeczna. Ikona muzyki. Odznaczona Narodowym Medalem
Sztuki.
Zmarła dzisiaj w wieku 80 lat.
Do jej największych
hitów należały m.in. utwory "Jolene" oraz "I will
always love you". Zdobyła 11 nagród Grammy, w tym nagrodę za
całokształt twórczości. Prezydent USA Donald Trump poinformował,
że w związku ze śmiercią artystki flagi w Stanach Zjednoczonych
będą opuszczone do połowy masztu.
Znana, lubiana... więcej nie napiszę, bo ogarnął mnie ogromny żal.
Spadło
trochę deszczu. Padało w nocy z czwartku na piątek i wczoraj było
lekko deszczowo, pochmurno, ale wody w ziemi wciąż mało. Po tym
nocnym deszczu pokazała się kukurydza na polu sąsiada. Znów
kukurydza. Ten, który dzierżawi to pole ma olewające podejście do
upraw. Podejrzewam, że na tym poletku mu nie zależy. Małe, ciasne
do manewrowania sprzętem (niecały hektar z trzech stron ogrodzony
płotami, od północy dwie parcele z domami). Tylko małe traktory
mogą na to pole wjechać. Nie sadzi się tej samej uprawy rok po
roku. Teraz powinien zasiać zboże, a on znów zasiał kukurydzę.
Czeka nas kolejny rok z zasłoniętym widokiem na wschód. Jednak nie
o widok tutaj chodzi, a głównie o przewiew w ogrodzie, bo jak mocno
doleje, to potem w nim długo woda stoi. Teraz jej brak, ale
wystarczy parę dni solidnych deszczy i będzie grząsko, zwłaszcza
pod drzewami. A musimy suszyć, bo woda z oczyszczalni tam spływa, a
teraz jeszcze doszła woda z oczyszczalni sąsiada. Niestety, tak
jest teren ukształtowany, że to, co wsiąka w poletko sąsiada,
spływa pod ziemią na naszą część. I dochodzi woda z dachu
naszego sklepu oraz woda z dachu sąsiada. I tak dobrze, że jednak
da się tamtą miedzą chodzić i nie ma tam jednego wielkiego
bajora. Woda przefiltrowana, II stopnia czystości, nie ma smrodku, a
brzozy się cieszą, bo mają co pić.
Bezka
znowu choruje. Przedwczoraj pałętała się niespokojna z kąta w
kąt i ciężko ziajała. Nie wiedzieliśmy z jakiego powodu było to
nadmierne ziajanie. Pies może ziajać, bo mu gorąco i wtedy chłodzi
się z wywalonym jęzorem przed pyszczor, może ziajać, bo ma chore
serce, a może też ziajać, bo ma gorączkę. W przypadku Bezki
wszystkie te możliwości chyba się nałożyły, ale jednak w
ostateczności okazało się, że miała silną gorączkę. A że
zaczęła znowu popuszczać kropelki, to u weta odbyło się USG
pęcherza. Owszem, ściana zapalona, ale jeszcze pokazał się jakiś
guz, a może resztka macicy, której do końca, podczas sterylizacji,
nie usunięto. No i pojawił się strach. Jak to drugie, to tylko
leczenie lekarstwami, ewentualnie hormonami, a jeżeli pojawił się
jakiś guz, to nawet myśleć nie mam siły, co dalej. Żadna
operacja nie wchodzi w grę. Beza ma chore serce.
Dostała
na „dzień dobry” zastrzyk i przeszła jej gorączka. Wczoraj
ponowne USG nic niepokojącego nie wykazało- robiła je inna doktor,
która specjalizuje się w robieniu USG. Beza dostała szczypa w
zadeczek, czyli kolejny zastrzyk, dzisiaj tabletki dałam i
obserwujemy. W poniedziałek do kontroli. Swoją drogą, nie
wiedziałam, że psu można podawać ludzką pyralginę. Beza dostała
1,5 tabletki rano. Na razie nic się nie dzieje- nie drapie się nie
wymiotuje. Chyba przyswoiła bez problemów.
Mam
ochotę na kieckę- taką szeroką do kostek, kwieciste boho. Przeglądam reklamy,
jakie pojawiają mi się w Internecie. Panuje moda na szerokości-
kiecki, spodnie, bluzki- obszerne, bez taliowania, takie jakie lubię.
No może te spodnie szerokie jakoś mi się nie widzą, a to dlatego,
że ja jestem niska i takie spodnie skracają sylwetkę oraz nadają
objętości (powinny być noszone do nich buty na obcasie, by nogę
wydłużyć). Ale szersze spodnie są nieziemsko wygodne podczas
upałów. Zwłaszcza, jak są z lekkiej tkaniny. Na próbę uszyję
sobie takie na chodzenie po domu i zobaczę jak w nich wyglądam. Są
w domu magazyny z wykrojami, jest kupa nowiuteńkich tkanin
pochowanych w koszach, ale chęci jakoś mi brak.
Wilgi
przyleciały i o wpół do szóstej rano (wczoraj), wysłuchałam w
ogrodzie ich koncertu. Jeżeli dobrze słyszałam, to śpiewały dwa
samce, a samiczka gdzieś na dalszym drzewie „skrzeczała” Jak
wilga skrzeczy, to znaczy, że deszcz będzie i jak długo mamy w
ogrodzie wilgi, zawsze się to sprawdzało. I teraz też tak było.
Ona chyba wyczuwa zmianę wilgotności w powietrzu i tak na to
reaguje. Skrzeczy- pada, siedzi cicho, a tylko samiec śpiewa-
bezdeszczowa pogoda murowana.
Wysiadł
mi aparat fotograficzny. Na dużych przybliżeniach stracił ostrość.
Szkoda, służył mi chyba z 10 lat. Bardzo dobry był. Mam drugi,
ale on już tak nie przybliża. Na nowy muszę poczekać, bo taki,
jaki mi się podoba, sporo kosztuje. Kosiara zeżarła nadwyżki.
Kosiara niezbędna, a aparat to kaprys mogący jeszcze poczekać.
Taka
panorama otwiera się, kiedy wyjeżdżamy ze wsi w stronę Cieszyna
(stronę domu). A to jeszcze nie całość- z prawej strony zasłoniły
resztę gór drzewa przy szosie.
Gdzieś
mi umknął kawałek Pasma Przegibka- najbardziej wysunięty masyw na
lewo. Od niego powinnam zacząć kręcić film i przesuwać w prawo.
Od
prawej masyw Błotnego (Błatnia), potem widać Skrzyczne, daleko
Baranią Górę, bliżej Lipowski Groń (za nim jest Równica),
dalej w prawo masyw czantorii, potem w dali kawałek Słowacji w
Przełęczy Jabłonkowskiej i zaczyna się masyw Beskidów Morawsko-
Śląskich z Wielkim Jaworowym i Ostrym. Jak się podjedzie kawałek
dalej w stronę Cieszyna, to widać także największą w tym masywie
górę- Łysą. Film kręciłam za pewnym marketem (a nie z drogi),
bo tylko tam można spokojnie przystanąć i złapać całą
Panoramę.
Na
dużym ekranie widać duże przybliżenie.
PS
Od pewnego czasu bloger spóźnia się z aktualizacją blogów w
powiadomieniach na bocznych paskach. Musiałam u niektórych osób
nadrabiać czytanie.
Tak
to ja lubię, nawet bardzo lubię. Wczorajszy ranek- samochód za
samochodem, za oknem, gnał do kościółka, a my leniwe śniadanko
świąteczne, uskutecznialiśmy. Kościołek? Jaki kościołek?
Święta są po to, by leniwić się i nigdzie z rana nie gnać. Tak
sobie myślę, że to wychowanie ateistyczne bez celebry i napinki
kościelnej, daje mi ogromne poczucie wolności.
No
dobra.
Wykorzystując piękną słoneczną i niesamowicie ciepłą (+20
stopni w cieniu na tarasie) pogodę, pojechaliśmy w teren. Z Bezą
oczywiście. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć, co się dzieje w
starym pradziadkowym siedlisku, a potem obleciałam i
obfotografowałam zabytkowy kościółek w jednej wsi, tudzież to samo zrobiłam z
zameczkiem w innej miejscowości. Z tego będą relacje w kolejnych
postach.
Teraz
Siedlisko.
Wydawało
mi się, że już kiedyś o nim pisałam post. Przeszukałam archiwum
i nie znalazłam go. Czyli trzeba od początku- ojciec mojej mamy
urodził się tutaj, w tej miejscowości, gdzie teraz mieszkam- mogę
powiedzieć, że jakieś cieszyńskie korzenie mam. To, co opiszę,
jest oparte na moich wspomnieniach, bo ja tutaj przyjeżdżałam na
wakacje i jeszcze mojego pradziadka pamiętam. Pamiętam również,
jak wyglądało gospodarstwo, jego obejście i okolica w tamtych
czasach.
Pola należące do do gospodarstwa. Film kręciłam stojąc na miedzy prowadzącej do stawu. Od lewe strony, tej ze stawem do prawej. Po drodze sfilmowałam sad i siedlisko, i dotarłam do pół po drugiej stronie miedzy.
Początek
siedliska to koniec XIX wieku- wtedy mój pradziadek wżenił się w
gospodarstwo i zaczął go rozbudowywać. Prawdopodobnie wtedy
wybudował dom, który teraz stał się ruiną, nawet nie malowniczą,
a okropną. Ojciec dziadka- mój pradziadek miał duże gospodarstwo.
Samego pola miał sporo hektarów, łąkę na stoku, za nią w dole
staw, ogromny sad i porządny dom (wraz z oborą, bo wtedy tak
budowano). Stał on w pięknym ogrodzie (stąd też mam wzorce
ogrodu z długimi grządkami kwiatowymi- potem powielił je mój
dziadek, następnie mama i ja). Za domem było podwórko
gospodarskie, stodoła, mały stawek, nad którym zwisały długie
witki ogromnej, starej wierzby. W ty stawku taplały się kaczki i
gęsi, których było dużo. Chodzić po grobli było
niebezpiecznie- gliniasta, mokra i śliska była. Wystarczyła chwila
nieuwagi i lądowało się w brudnej zimnej wodzie. Ale stawek pod
starą wierzbą, z tą chmarą kaczek i gęsi, był bardzo malowniczy
i dopełniał obraz ówczesnego gospodarskiego rozgardiaszu. Bo po
podwórku chodziły jeszcze kury, stary kogut i indyki- był tam
ciągły rwetes.
Za
podwórkiem był potężny, prawie hektarowy sad. W sadzie stało
dosyć dużo uli- mój dziadek z zamiłowaniem zajmował się
wszystkimi rodzinnymi pasiekami (naszą też)- wyniósł to z
rodzinnego domu.
Całe
siedlisko znajdowało się na wzgórzu, a pradziadkowe pola
rozciągały się między lasami. Za sadem był jar, w nim rzeczka.
Trochę dalej znajdowały się stawy. Wszystko to otoczone lasem.
I
tak sobie to siedlisko trwało, dopóki żył pradziadek i trzymał
„laskę” nad wszystkim. Miał trzy żony. Z jedną miał jednego
syna (umarł młodo, w wieku 20 lat- na co? Nie wiem), z drugą dwoje
dzieci i z trzecią też dwoje, ale za chiny nie potrafię sobie
poukładać to czasowo, a ci, co wiedzieli zmarli. Ta żona, z którą
miał jednego syna, zmarła krótko po porodzie. Ponoć pradziadek-
satrapa, kazał jej wykosić staw z trzciny. Kobieta dostała
gorączki i niedługo potem zmarła. Syna wychowywała służąca
(tak, tak, dziadek miał służącą- pomocnicę- Rózię, do
gospodarstwa oraz miał też parobka), a potem następna żona.
Wychodzi mi jednak, że
ten chłopak był najstarszy, potem urodził się mój dziadek, potem
była jego siostra. Z trzeciej żony też była para- dziadek- wujek
i babcia – ciocia (nie wiem jak inaczej ich nazywać). Te dzieci
„wyszły” z gospodarstwa w świat. Mój dziadek wykształcił
się na rechtora i powędrował, za nakazem, na Śląsk (tam poznał
babcię- rodzice mojej mamy). A syn z trzeciego małżeństwa
wykształcił się na inżyniera (jego córka wykupiła potem
siedlisko). Córka z trzeciego małżeństwa wyszła za mąż- też
miała duże gospodarstwo pod Bielskiem.
Ja
pamiętam siedlisko już za rządów siostry dziadka- babci Hanusi
(początek lat 60. XX wieku). Za mała byłam, by oceniać stan
gospodarki, ale według mnie była ona typowa, a gospodarowano na
niej tak, jak to za komuny bywało.
Pamiętam
tylko, że dom chyba już wtedy wymagał remontu (miał wtedy z 70
lat), bo wszystko było takie lekko „zapyziałe”. Małe dwie
izby, trzecia w dobudówce (dla służącej i jako spiżarnia oraz
lamus), w sieni wydzielili część kuchenną. Za dobudowaną
ścianką, w sieni, były drzwi do obory i na podwórko. Nie było
łazienki, a WC było drewniane, dobudowane do ściany obory. Ot taki
normalny wiejski dom, jakich wiele było w tamtych czasach. W jednej
izbie mieszkały trzy córki babci Hanusi, ale ja pamiętam tylko
dwie z tego okresu- trzecia, dorosła, wyszła już za mąż i
mieszkała w Bielsku. Ta najmłodsza kuzynka mojej mamy, przyjeżdżała
po mnie do leśniczówki i zabierała mnie na wakacje do siedliska.
I teraz widzę, że tylko mnie- ani brata, ani siostry, tylko mnie-
interesujące.
Pamiętam
też wakacyjny klimat tego miejsca- to podwórko, sad, i spacery
wzdłuż lasu nad staw. A przed domem był kamienny stół, na
którym babcia stawiała donice z pelargoniami. Za stołem, pod płotem, rozciągała się ogromna grządka z poziomkami i te pachnące, nagrzane poziomki
też pamiętam dobrze. Pod ścianą z oknem, stała długa drewniana
ława. Na niej babcia Hanusia siadała i obierała ziemniaki, albo
przebierała owoce na przetwory, albo całkiem po prostu, by odpocząć
i pogadać z małą dziewczynką. Myślę, że wtedy miałam taką
małą rekompensatę za brak drugiej babci- mamy, mojej mamy, która
zmarła, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było, a sister wielkie
ucho, miała 2 lata. Babcię przygniotła krowa do żłobu, połamała
jej żebra, uszkodziła wnętrzności i stało się najgorsze. Kiedy
babcia Hanusia zmarła, już do siedliska nie jeździłam. Zresztą
miałam naście lat i mnóstwo innych rzeczy na głowie, a
gospodarstwo prowadziła już jej córka- czasy mniej interesujące,
miejsce upadające.
Pamiętam
pradziadka, siedzącego z gazetą na kolanach, w fotelu między oknem
i szafą, ciągle drzemiącego (miał wtedy ponad 80 lat), ale kiedy
chcieliśmy po coś wejść do pokoju, to otwierał oczy i wrzeszczał
na nas, żebyśmy mu nie przeszkadzali. Pradziadek był malutki,
zasuszony i sklerotyczny, jednak przy stole to on miał pierwszeństwo w
nakładaniu jedzenia na talerz.
Mama mi opowiadała, że w młodości był światowym człowiekiem,
głodnym nowinek i wiedzy. Za Franza Jozefa, jeździł do Wiednia
(ówczesnej stolicy) i przywoził różne interesujące oraz nieznane
wtedy tutaj rośliny. I tu mam dysonans poznawczy- w opowiadaniach,
dotyczących życia rodziny, traktowania bliskich oraz zachowania w
domu, wyłania się despota, nie liczący się z nikim, a najmniej z
żonami i dziećmi. Taki typowy „pan i władca”. Natomiast,
jeżeli chodzi o umysłowość i mentalność, to był jednak
człowiek nowoczesny. Umarł kiedy miałam 8 lat i nie pamiętam,
byśmy choć jedno słowo bezpośrednio zamienili podczas moich
pobytów w siedlisku. Inna rzecz, że ja się go cholernie bałam i
unikałam. Bliższy mi był dziadek „Groch”, mąż babci Hanusi,
z którym często chodziłam na spacery i włóczyłam się po
sadzie. Kiedy baby zaczynały tak porządnie wrzeszczeć na siebie- a
awantury babskie były tam na porządku dziennym, brał mnie za rękę,
mówił „Chodź dzioucha, idymy” i szliśmy w świat. Byle dalej
od tych awantur.
Kiedy
umarła córka babci Hanusi, która z mężem gospodarowała w
siedlisku do początku XXI wiek, gospodarstwo opustoszało. Już
wtedy było mocno zapuszczone i wymagał kupę forsy oraz pomysłu,
by je podźwignąć. Ale w bardzo licznej rodzinie nie było do tego
chętnych.
To
znaczy chętni znaleźliby się, jednak pod warunkiem, że pozostali
zapłacili by im za łaskę prowadzenia gospodarstwa dalej,
opłaciliby remonty i nie żądali testamentowej spłaty.
A
że już wtedy dom i zabudowania gospodarskie wymagały gruntownego
remontu, droga dojazdowa (150 metrów polnej drogi do asfaltowej
wiejskiej) musiałaby być utwardzona, media powinny być
unowocześnione i zrobiony generalny porządek w sadzie oraz w
obejściu, to nikomu nie spieszyło się do objęcia takiej schedy.
W dodatku ktoś ujawnił testament, który sporządził pradziadek i
okazało się, że w ostateczności do podziału majątku ustawiło
się w kolejce 9 osób (wnuki pradziadka- rodzice mojego pokolenia, a
jeszcze było multum prawnuków pradziadka). I tu zaczęła się
awantura- córki ostatnich gospodarzy twierdziły, że ich rodzice
utrzymywali całe gospodarstwo przez dziesiątki lat, to one powinny
je dostać bez jakiegokolwiek spłacania innych. Inni twierdzili, że
testament jest testamentem, należy podzielić całość na 9 części
i żadne inne wyjście nie wchodzi w grę. W dodatku okazało się,
że sporo pola wniosła jedna z żon w posagu i dzieci tej żony
powinny to pole dostać tylko dla siebie, przy czym nikt nie
wiedział, która to część pola. No cyrk na resorach. Pawlak i
Kargul z ich dwoma palcami niech się schowają przy tej naszej
rodzinnej spadkowej awanturze. Na szczęście ktoś przytomnie
stwierdził, że żadnych fizycznych podziałów nie należy robić,
tylko sprzedać całość i podzielić się forsą. Zgodzono się,
tym razem, bez oporów mimo braku wiedzy, co do części mającej być
wyłączoną z całości. Może liczono, że ta strona rodziny
skruszeje i zgodzi się oddać swoją część do podziału?
Rodzina
totalnie się skłóciła a wtedy znalazł się kupiec, który chciał
całość kupić. Co wtedy rodzinka robi? Znów stawia Veto. No i
piać od nowa włóczenie się po sądach w walce o część schedy.
Na koniec jedna z kuzynek mamy zaproponowała, że ona to w całości
odkupi i podała cenę. O dziwo większość się zgodziła, ale dwie
heksy ciotki zaprotestowały. One nie, nie zgadzają się. Moja
wiedza sięga do momentu, kiedy jednak ta kuzynka gospodarstwo
kupiła, podzieliła forsę między 6. spadkobierców, a te dwie
ciotki sądziła osobno- ponoć współwłaścicielkami wtedy zostały
(po jednej została pięcioro bardzo dorosłych dzieci, a druga
jeszcze żyje i ma czwórkę też bardzo dorosłych dzieci- kolejka
do forsy zatem spora).
A
teraz już nie wiem, czy to siedlisko należy jeszcze do tej kuzynki
mamy (mojej młodszej ciotki), czy też nie. Na cholerę jej to było,
kompletnie nie wiem, ona z tych późnych dzieci, kiedy to jedno
pokolenie już ma dzieci pożenione, a w tym samym jeszcze się rodzi
ich rówieśnik. Kuzynka mamy ma w tej chwili około 60 lat, czyli
jest ode mnie młodsza, mieszka na północy Śląska, nie ma dzieci,
ale ma zapuszczone i zrujnowane siedlisko. Albo już go nie ma,
czort jeden wie. Ja w rodzinie już nie zapytam, bo mi wszystko
jedno, kto tak zapuścił to miejsce. Nadaje się do zrównania z
ziemią i tyle. Pola od 20 lat są wynajmowane i też do momentu
wykupu przez kuzynkę- ciotkę, nie wiadomo było, kto bierze za to
forsę.
I
tak testament pradziadka skłócił do cna rodzinę. A że dziadek
prawdopodobnie miał wredny charakter, co objawiło się w moim
dziadku i po części w jego córkach, to przypuszczam, że tam
gdzieś w zaświatach, miał niezły ubaw z tego, co tu się w
siedlisku działo.
Tę ludzką hańbę postawili myśliwi na skraju stoku, na granicy pola i niegdysiejszej łąki, teraz zaoranej. Obok rosła wierzba- wiatr ją połamał i sterczy żałosny kikut.
Zaorana łąka na stoku, na dole staw, który kosiła któraś prababcia. Pamiętam ten kawałek jako piękną kwitnącą łąkę a teraz mnie ten widok wkurza. Za mną jest ambona. Nawet nie miałam ochoty zejść nad staw, bo z daleka widziałam, że ktoś go podzielił na sektory jakimiś białymi taśmami. To zawsze był staw hodowlany i widać pozostał takim do teraz.
Widok na siedlisko ze skraju łąki (ambona obok). Te wysokie drzewa wzdłuż granicy pola z sadem, ktoś posadził kilka (?), kilkanaście (?) lat temu. Tam nigdy takich drzew przedtem nie było- sad graniczył bezpośrednio z polem, a jak kwitł to był z daleka widoczny.
Widok od strony sadu w kierunku ambony i stawu.
Miedza, którą szliśmy w stronę stawu.
Ruiny domu. Jeszcze 10 lat temu można było go uratować, teraz jest już po ptokach. Na części zawalił się dach i woda leje się do środka, podmywając mury. Po lewej była weranda i wejście do domu (ściana z ławeczką). Tu, gdzie robię zdjęcie dochodziły dwie długie rabaty kwiatowe, a z prawej strony stały ule. Dom porastała wistaria i winorośl, rodząca dorodne winogrona.
Nie pamiętam, kiedy byłam tu ostatni raz, chyba już z 8 lat minęło. Wtedy jeszcze rosły kępy kwiatów i wykopałam sobie malutkie wilczełyko- pięknie w tym roku zakwitło. Teraz znalazłam tylko tę jedną jedyną lilię złotogłów.
Nawet śnieżyczek, które rosły tu łanami, na zapuszczonych grządkach, jest dużo mniej. Wszędzie dzikusy krzaczyska, bluszcze, mierzwy.
Zrujnowana stodoła. W miejscu, gdzie stoję, był stawek, z jego prawej strony rosła olbrzymia wierzba płacząca.
Zdjęcia z kawałka sadu. Tu już nie ma nawet o czym pisać. Jeszcze 10 lat temu stare drzewa owocowały. Teraz zwaliło się ich trochę, inne porosły dziczkami. Nie szłam do końca sadu, bo zrobiło mi się niefajnie- jednak pamięć swoje zrobiła. Nie chciałam sobie psuć tak pięknego dnia.
Uświadomiłam sobie, że to miejsce przecież należało do mojej bliskiej rodziny i tak się zmarnowało.
Tył domu. Po prawej chlewnia, którą zbudował wujek- ostatni gospodarz. Tu było ogromne podwórze. Widać drzwi do chlewa, a za białym okienkiem były drzwi do sieni. Kibelek zburzono, kiedy wujkowie zrobili, w końcu, wewnątrz domu łazienkę.
Więcej zdjęć nie zrobiłam. Bez sensu. Pozostały tylko wspomnienia i fajne miejsce do spacerów.
Nareszcie
nastąpił koniec „przygody” oraz przymusowych odwiedzin w
przyszpitalnej poradni ortopedycznej. KONIEC! Ale zanim to szczęście
mnie dopadło, musiałam przeżyć skrobanie wierzchołka kciuka z
warstwy twardej skóry oraz resztek krwiaków, które powstały w
miejscach zszycia. FUJ! Najpierw czyściła przemiła pielęgniarka-
delikatnie, z wyczuciem, a potem pojawił się mój ulubiony
czarnoskóry doktor Verdi i on, nie patyczkując się i nie zwracając
uwagi na moje posykiwania, po prostu zdarł cały twardy „czepek”
z wierzchołka kciuka. A wszystko to przy żartach i śmiechach. No,
i było, nie powiem, całkiem miło, ale i trochę jednak bolało. Na
koniec doktor przeprowadził sprawdzian czucia w palcu, pocierając
oraz lekko nakłuwając skórę pęsetą. Poczułam straszne
łaskotanie i stanowczo prosiłam, żeby przestał, bo zaraz zacznę
płakać ze śmiechu. Jakby nie było- mrowienie, czy nie- czucie w
palcu wraca. I dobrze, bo manewrowanie tylko czterema palcami w lewej
ręce podczas jakichkolwiek robótek oraz prac domowych, już mnie
wkurzało. Czas 7 tygodni całej hecy z kciukiem, zaliczyłam jedno
dobowy pobyt na szpitalnym oddziale i 5 wizyt w przyszpitalnej
poradni. Wystarczy. Muszę jednak przyznać, że oprócz dwóch
chamskich lekarzy, którzy mnie zlekceważyli (w poradni, na
początku), wszystkie inne sprawy- leczenie, czasy oczekiwania na
wejście do gabinetu (maksimum 1,5 godziny), traktowanie przez
rejestratorki, pielęgniarki, czy innych lekarzy, było na
przyzwoitym poziomie. Ani razu nie spotkałam się ze
zniecierpliwieniem, lekceważeniem czy przedłużaniem czasu
czekania. Inna rzecz, że ja, kiedy idę do lekarza, to biorę pod
uwagę, że będzie się długo czekało, a podejście lekarza też
może być różne- najczęściej nie ma zgrzytów. Natomiast
widywałam różnych pacjentów- ech....
Dzisiaj
Prima Aprilis- nie wiadomo jak się „ustawić” do różnych
informacji. Najbardziej ubawiło mnie zdjęcie z Wisły. Ale... jakby
tak klimat nadal się ocieplał to, być może, i kangury kiedyś
będą zamieszkiwały beskidzkie gronie.
Czytam, a raczej przestałam czytać, koszmarną książkę z tych obyczajowych.
Już dawno czegoś tak
durnego nie czytałam. Durnego i im bardziej w głąb treści, tym
bardziej nudnego. Miało być wesoło, miało być niebanalnie, ale
naprawdę nie mam pojęcia z czego się tu śmiać i co jest w treści
niebanalnego. Książka zachwalana, niby pomysł oryginalny- kolejny
mąż (a doszło ich ponoć do 200- info bohaterki, wplatane w
fabułę, bo nie ma przecież opisywanych tych 200 po kolei)-
bohaterki wchodzi na strych, po czym ze strychu schodzi zupełnie
inny- i tak na okrągło. Za każdym razem bohaterka musi zgadywać,
na jakim etapie życia jest, co dzieje się z rzeczywistością
wkoło, jej bliskimi, gdzie pracuje, jaki był ślub z tym kolejnym,
zmienia się też wystrój jej mieszkania, wygląd i przyzwyczajenia
tych mężów. Z tyłu książki, na okładce, taki wpis:
„Błyskotliwa refleksja o współczesnych związkach”. Jednak ja
w treści żadnej błyskotliwej refleksji nie dostrzegłam, owszem
bohaterka zastanawia się, czego oczekuje w związku, ale wychodzi na
to, że wszystko się jej nie podoba, ponieważ odsyła tych mężów
na strych już po pierwszym „ale”, chociaż nawet pół godziny
nie minie od zejścia męża ze strychu. Odbieram ją jako znudzoną
facetami singelkę, która „chciałaby i boi się”, a w ogóle to
właściwie woli być singelką. Facetów zaś traktuje
instrumentalnie, choć stara się być idealną żoną i w duchu
wiecznie kaprysi nad ich cechami. Wiem, jaki jest finał- mnie nie
przekonuje- trzeba było to zrobić już w połowie fabuły (gdzieś
w okolicach 300. strony), a tak to rozwinęła się nuda, panie nuda, No ale ja mam ponoć spaczony gust czytelniczy, nie idący w parze z
„oczekiwaniami społecznymi”.
I
jak biedną Szczupaczyńską odstawiłam, o zgrozo jak mogłam (nie znasz się Jaskółko- ignorantko na prawdziwej literaturze), po
przeczytaniu pierwszego rozdziału książki, to przy tej dotarłam
do dwóch trzecich fabuły- zostało jeszcze 150 stron do końca, ale
nie, ale NIE, nie będę się zmuszała do dalszego czytania. A tak na marginesie, po raz kolejny, po przeczytaniu blogowej rekomendacji, okrutnie się nacięłam.
Jak
ktoś chce, niech czyta, ja nie zachęcam.
Robiąc
sobie przerwy czytaniu o kolejnych strychowych mężach, by nie trzepnąć tą książką po 100.
stronie (naprawdę wykazywałam dobrą wolę, by ją dokończyć),
czytałam inną, bardziej sensowną, a na pewno bardzo interesującą
książkę „To nie jest raj” Michała Zabłockiego. Parę
reportaży o współczesnych Czechach. I faktycznie to, co opisuje
Zabłocki to nie jest raj czeski, jakim sobie wyobrażają ten kraj
choćby Polacy. My po II wojnie mieliśmy swoiste socjalistyczne
piekiełko, ale Czesi mieli straszne, komunistyczne piekło. Tak, tam
rozwijał się ten okrutny, sowiecki komunizm. Pamiętam, że kiedy
byłam w Czechach (a raczej tu na Morawsko- Czeskim Śląsku-
Karwina, Cz. Cieszyn, Ostrawa- już po wejściu do Schengen- na
budynkach użyteczności publicznej, na dworcach kolejowych wisiały
jeszcze radzieckie gwiazdy. Gwiazdy były namalowane na autobusach i
pociągach, na szybach kopalni itp. Sami Czesi byli niesamowicie
wyciszeni, choć pogodni.
Tę
książkę polecam ogromnie, jeżeli kogoś interesują Czechy.
A
teraz zabieram się do czytania książki W. Myśliwskiego: „Kamień
na kamieniu”. Przeczytałam już „Ucho igielne” oraz „Traktat
o łuskaniu fasoli”. Chyba się przy „kamieniach” nie zawiodę.
Przed dużym tarasem
Przed oknem "komputerowego".
Kwitną
forsycje. U nas mówi się na nie „złoty deszcz”. Niedawno
dowiedziałam się, że „złotym deszczem” nazywa się również
trujący złotokap. W ogrodzie rósł i kwitł jeden, jednak
zniszczyła go choroba.
W ogrodzie rośnie kilkanaście krzewów forsycji.- w lasku, na parkingu, przy bramce, przy sklepie, przed tarasami, przy kompostowniku. Większość z nich to stare krzewy i trzeba było je mocno przyciąć, by się odrodziły. Dlatego w trym roku są takie bardziej mizernie. Niemnie tworzą piękne żółte kępy.
Zaczęłam znowu więcej tkać, bo mi już opatrunek nie przeszkadza. Poza tym nauczyłam się łapać osnowę bez pomocy kciuka- ciekawe doświadczenie- idzie mi to coraz sprawniej.
Gobelin miał być skończony na Wielkanoc, bo temat jest pasujący do tego święta- nie jest specjalnie robiony jako świąteczny, ale jest taki cudnie wiosenny. Niestety, nie zdążę. Pewnie ukończę go dopiero w maju- została jeszcze połowa do utkania.
Równolegle dziergam na krośnie następny kawałek do koca i haftuję (etapami) bluzkę. Powoli, powoli i się będzie kończyło wszystko.
Niedziela
rano, świeci cudne słońce, ale jest chłodno. Co robimy? Jedziemy
nad Olzę, zobaczyć, czy kwitną podbiały. Ponieważ brzeg polski
to jeden wielki krzaczor, jedziemy nad rzekę na brzeg czeski. Oni
tam mają wzdłuż całej Olzy, od Cieszyna do Karviny, ścieżkę
rowerową, a nad samą rzeką jest trawiasty pas, nadający się do
spacerów.
Nakręciłam film i była powtórka z rozrywki. Podczas kręcenia filmu z mostem nad Olzą, Beza owinęła mi się ze smyczą wokół nóg, film się bujnął. Tym razem powtórzyła numer i znów film się kilka razy bujnął. Ale... koniecznie duży ekran, bo wtedy widać cały urok tego miejsca.
Pojechaliśmy
i byłoby cudnie, gdyby nie to, że Beza się strasznie zmęczyła.
Osioła jedna, zapomniałam sprawdzić, jak może reagować pies po
antybiotyku no i ona właśnie pokazała jak. Antybiotyk bierze, bo
znów ma zapalenie pęcherza. Wprawdzie lekkie, ale trzeba to
zapalenie „zabić”. A po tym antybiotyku pies bywa senny,
zmęczony. Beza już na wstępie, na parkingu, niechętnie wskoczyła
do samochodu. Powinno dać nam to do myślenia, ale nie dało
melepetom jednym. Pies, który szaleje na widok smyczy, a do
samochodu wskakuje z impetem w głąb, za każdym razem, w niedzielę
się ociągała. Nie miała ochoty na wycieczkę, a myśmy to
zignorowali.
W
drodze powrotnej bardzo dyszała i charczała, serce mi stawało ze
strachu, bo myślałam, że z kolei jej serce wysiada. W domu napiła
się wody, jeszcze połaziła trochę, podyszała, pocharczała i
padła pod stołem. Spała twardo dwie godziny. Potem wstała rześka,
jakby przygody ze zmęczeniem nie było.
Wczoraj
przeczołgali mnie w zabiegówce. Wszyscy mi mówili, że wyciąganie
szwów nie boli. Taaaa...... nie boli, jakby żywcem mięso ze mnie
rwali. 5 szwów, tylko 5 szwów, a jednak cierpiałam jak potępieniec. Po raz kolejny
przekonałam się, że mam bardzo wrażliwe nerwy w skórze. To, co
inni ledwo czują, mnie po prostu bardzo boli. Szwy wyciągała
bardzo miła pielęgniarka pod czujnym okiem doktora V. -
czarnoskóry, przesympatyczny lekarz, który przyjmował mnie na
SORZe. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, stwierdził, że wszystko
ładnie się goi, ale szpila w palcu została na dalsze 2 tygodnie.
Potem będzie impreza z jej wyciąganiem. Ale to jedna szpila, a nie pięć szwów- jeden ból i po ptokach.
Od
paru dni pogada jest cudna. Słonecznie, ciepło. Otwieram drzwi na
tarasy, wpuszczam wiosenne powietrze(a przecież jeszcze jest zima)
do domu. Dzisiaj natnę nowe gałęzie forsycji i wstawię do wazonu,
niech zakwitną słońcem
W
ogrodzie robię „grabież”, czyli wygrabiam małymi pazurkami
liście spomiędzy roślin. To mogę robić jedną ręką. Jutro
biorę sekator, zaczynam przecinanie wiosenne na tyle, na ile dam
radę.
Od
trzech dni , rano i wieczorem, koncertują drozdy. Wtórują im kosy
i sikory. A dzisiaj ma być zaćmienie księżyca. Może uda mi
się strzelić jakąś fajną fotkę.
Skończyłam
czytać „Aglo...” Rokity. Świetnie napisane. Teraz zabieram się
do czytania reportaży: „Z widokiem na Polskę...”, napisanych
przez reporterów Onetu.
Nie
obejrzałam dotychczas „Ołowianych dzieci” i nie wiem, czy
jeszcze chcę to zobaczyć. Historię „trucia” śląskich miast
przez przemysł, znam od dawna. A po przeczytaniu wielu opinii,
recenzji, opowiadań, wspomnień, porównań, chyba przeszła mi
ochota na oglądanie tej historii w wersji netfliksowej.
Jest
prawdziwe przedwiośnie. Śnieg już zszedł, w ogrodzie i na polach
szaro jeszcze. Wczoraj przeszła ulewa, dzisiaj normalny deszcz. No i
tradycyjnie pojawiła się w piwnicy woda. Nie jest jej dużo, ale
wkurza na maksa. Trzeba będzie małą pompę powierzchniową
uruchomić. Zdjęłam uszczelnienia z piwnicznych okien i dopuściłam
przewiew- niech suszy podłogi.
U
sąsiada pracuje pompa- on też ma wodę w piwnicy. Parę lat temu
zamówił fachowców, którzy ułożyli mu dreny na kawałku pola,
blisko domu. Przed tą imprezą, na tym kawałku, robił się staw.
Po położeniu nowych drenów, woda zaczęła zalewać mu piwnicę, a
niewielki stawek i tak się tworzy. Całe przedsięwzięcie było bez
sensu, bo woda z nowych drenów powinna mieć solidne ujście, a tego
zabrakło. Owszem znalazła sobie sama ujście- do piwnicy sąsiada.
Część wody z tego stawku spływa do piwnicy sister wielkie ucho i
trochę do naszej. Taka sytuacja.
To
ten sam sąsiad, który nadmiar szamba pompuje na własne pole (po
kryjomu wieczorami), bo wybieranie kwartalne jednak nie starcza- duża
rodzina, zbiornik szybko się napełnia. Częstsze wybieranie szamba
puściłoby go z torbami. No, niestety, teraz to kosztuje. I
nareszcie nasza oczyszczalnia jest tańsza w wywozie nieczystości, a
robimy to tylko raz w roku. Tego sąsiada taniej wyniosłoby
zrobienie dużej oczyszczalni, no ale...
Sąsiad
zza płota pogłówkował i w zeszłym roku zrobił taką samą
czyszczalnię (biologiczną z napowietrzaniem), jak nasza (a też
pompował na swoje pole dosyć często) i dodatkowo ma piec do CO na
ekogroszek. No proszę, a ja go uważałam za większego
tradycjonalistę niż ten ze stawkiem na polu.
W
domu zamieszkał super sprzęt AGD- suszarka do prania.
Długo się
wahałam, w sumie rok cały, czy ją kupić. I ten wypadek z palcem
dobił decyzję dechą- kupujemy. Wysuszyłam już trzy prania, w tym 2x koce. Nie
macie pojęcia, jakie mięciutkie pranie z suszarki wyjmuję I nie jest pogniecione, chociaż programu
przeciw zagnieceniom nie włączyłam. Kupiłam
specjalne chusteczki pachnące do suszarek, ale jak je rozpakowałam, to zapach był tak intensywny, że mnie trochę cofnęło. Nie zaryzykowałam i nie dałam do prania suszącego się w suszarce. Powiesiłam jedną na kaloryferze w łazience- robi za odświeżacz.
Nareszcie nie latam ze
stojącymi suszkami, nie rozkładam i nie składam ich, nie wieszam
mokrego prania, nie zdejmuję go. Suszki nie zagracają mieszkania, a
czasem i trzy stały naraz. No i wilgoci mniej w powietrzu. Z jednego
wsadu, na pół bębna, „wysuszyło” około 2 litrów wody, mimo,
że pranie było mocno odwirowane w pralce. Każdy wkład suszyła o godzinę krócej niż program zakłada- ma
wmontowane inteligentne rozpoznawanie poziomu zawilgocenia. Suszarka
ze średniej półki cenowej, ale bez przesady z programami.
Natomiast z pompą ciepła oraz energooszczędna. No i „dizajn”
ponoć ma nowoczesny, co mi raczej, sorry, wisi, bo urządzenie ma
spełniać, przede wszystkim, swoje zadanie, a dopiero potem
„wyglądać”.
Mam teraz więcej wolnego
czasu- wybieram pranie z pralki, strzepuję, by nie było „skręcone”
itp., wkładam je na płasko do bębna suszarki, nastawiam
program. Po jakimś czasie wyjmuję suche pranie, składam i od razu
ląduje ono w szafach. Co trzeba to pewnie wyprasuję, ale na razie
nie było takiej potrzeby. Od razu też czyszczę filtry. Ile to
trwa? Pół godziny? Chyba nie więcej. A dodatkowo oszczędzam ręce
i kręgosłup.
Suszarka
jest potrzebna na czas jesienny, zimowy oraz wiosenny, bo latem
pewnie, a tam- na pewno, będę wieszała pranie na sznurach (o ile
fizycznie dam radę). Nic nie jest tak cudowne, jak pachnące wiatrem
suche pranie.
A
po głowie, już drugi rok, lata mi robot do mycia szyb. Decyzja do
zakupu powoli dojrzewa. A co będziemy sobie żałować, trzeba sobie usprawnić życie.
Puścimy
taki robot na okno, a kiedy on będzie zaiwaniał, poczytamy sobie
książkę, albo wypijemy herbatę/kawę/czy coś tam, coś tam, na
tarasie.
Zawsze
przedkładałam urządzenia domowe, które usprawniają pracę nad
bajery, ciuchy itp. Ważniejsze jest nasze zdrowie, sprawność,
dobry humor i brak zmęczenia, które będą, jeżeli nie będziemy
obciążeni, co tu wiele mówić, upierdliwymi pracami domowymi.
Tak wyglądał świat w poniedziałek- coś pięknego- ciemne chmury w tle i mokre od deszczu, z tysiącami kropelek wody, podświetlone słońcem drzewa.
Pierwsze kępy śnieżyczek, czekam na resztę, zawsze było ich sporo w ogrodzie, w różnych miejscach.
Pod magnolią- te pierwsze, potem będzie ich tam więcej.
Przy mniejszym tarasie.
Jaskół sprężył się, w sobotę złożył regał. Super, nareszcie zrobiło się, na reszcie półek z książkami, nieco luźniej.
A hiacyntowi zechciało się fiknąć kozła na parapecie i musiałam go oprzeć o ramę. Pojawił się też drugi kwiat. Zapach mają nadal zabójczy.
W piątek idę do kontroli i chyba zdejmą mi szwy z palca. No i wyjmą tę okropną szpilę. Mam nadzieję, że nie będę wieki czekać w poradni, a palec znów znieczulą.
A
jednak jest coś urokliwego w tej śnieżnej zimie. Wczoraj znów
napadało sporo świeżego śniegu. Świat zrobił się czysty,
bielutki i prześliczny. Można się wściekać na trudne warunki,
ale urody to śnieżnej zimie nie odbierze.
Śniegu
spadło sporo i na trasie katowickiej, już przed samym Cieszynem
zrobił się zator samochodowy. Co to jest, że ci tirowcy jeżdżą
tutaj zimą na upartego, chociaż wiedzą, co może ich spotkać, bo
trasa jest pagórkowata. Nie ma roku, by w konkretnym miejscu, pod
wielką górką, nie stanął któryś TIR, a bywa, że więcej naraz
(niektórzy nawet w poprzek jezdni). Teraz tak samo- TIR zablokował
podjazd pod górę, policja kierowała ruchem, a korek sięgał
kilku kilometrów.
Mają
łączność, ostrzegają się przez policją, mówią przez CB
którędy szybko i bezpiecznie, a i tak corocznie, jak spadnie
śnieg, albo zrobi się ślisko parę z nich ugrzęźnie w połowie
tej jednej górki- jak nie z jednej to z drugiej strony. A przecież
mają główną trasę- 4 pasową „wiślankę” i potem
taką samą wygodną drogę Bielsko- Cieszyn, aż do granicy. Ale
nie... Ale NIE, to muszą tędy na skróty walić w takich warunkach,
by potem ludziom utrudnić dojazd do domu i trzymać ich w warunkach
zimowych parę godzin w samochodach (ach, skąd ten smog, skąd-
widzicie już te kłęby spalin unoszące się na kilometrowym
odcinku nad samochodami?).
Nigdy
nie zrozumiem tirowców. To jakaś ekstra nacja, co to gna na łeb na
szyję (tu ich ciśnie pracodawca, niestety), wbrew logice, wisi na
tylnym zderzaku, błyska światłami i trąbi, chociaż prędkość
jest ograniczona. Ostatnio pani kierowca TIRa, nie wybrała na
rondzie we wsi i zdemolowała kiosk z kwiatami, który zaraz za
rondem od wielu lat stoi (jeszcze ronda nie, a on tam trwał od
lat 70). Na dobry miesiąc odebrała kwiaciarce pracę i zarobek,
bo.... nie wiadomo, co się stało, ale chyba zagadała się z
koleżanką, która siedziała obok. A że pora była bardzo ranna (4
rano), to gnała sobie pustą szosą i jak zobaczyła rondo, pewnie
za późno hamowała. Co by było, gdyby to była godzina normalnego
ruchu, a w kiosku byli pracownicy i klienci?
No
więc... no więc stały te TiRy w poprzek drogi, a za nimi rząd
osobówek. Ciemno, śnieg wali, zimno...wyobrażam sobie, co mówili
kierowcy.
Tak sypało co chwilę.
To
było przedwczoraj, bo piszę ten post na raty- dzisiaj sobota.
Świeci
słońce, na tarasie już jest 0 stopni po dosyć mroźnej nocy.
Dzisiejsza ma być jeszcze bardziej mroźna. Na razie wieje silny
wiatr, ale zimny. Czekam na halniak, który niesie ciepło i wiosnę.
Ostatnio jakby ich mniej. Cały śnieg z drzew został zdmuchnięty.
Cisy i tuje pochylone. Martwię się o cisa przed oknem komputerowego czy
się wyprostuje. Jak nie to.... ja naprawdę nie chcę już nic
wycinać, ale takiego rozwalonego drzewa nie da rady utrzymać
Oglądam
gimnastykę artystyczną- koło, szarfa... rany, jak te dziewczyny
wywijają. Niesamowite są. Pięknie „tańczą”, bezbłędnie.
Ekstra akrobatyka.
I
oglądam jazdę figurową na IO. Super. Tenisa teraz mniej, bo tych
najlepszych brak a IO zabierają więcej czasu.
Zrobiłam
dwa pasy dzianiny na krośnie, teraz tkam trzeci. Kocyka przybywa.. Poprzedni robiłam co drugi słupek, ten robię na każdym słupku- splot jest gęsty i ładniejszy.
Zmieniam
opatrunek i widzę, jak szpila z palca wysuwa się w górę (jest
wyżej, ale tkwi mocno). Fajnie 😟. Kiedy pytałam lekarza, czy
wyciąganie takiej szpili boli, stwierdził, że często sama
wychodzi. A potem przestrzegł, by jej z powrotem nie wciskać w
palec. Nawet na myśl mi to nie przyszło. Brrrrrrr...
No i jeszcze taki
ambaras- dwaj lekarze na oddziale poinformowali, że zdejmowanie
szwów po trzech tygodniach, a na wypisie jak wół stoi- do zdjęcia
szwów w 14 dobie. Młoda, która była parę razy szyta, radzi iść
po tych dwóch tygodniach, by szwy nie zarosły. No i tak zrobimy.
Najwyżej odeślą bez zdejmowania, tylko to włóczenia się po
szpitalu jest do d..... Wszędzie kolejki, wszędzie czekanie.
Zdjęcie szwów a potem, podobno, jeszcze trzy tygodnie palec w
„łupkach”. I nawet nie mogę sobie powiedzieć „Sam tego
chciałeś Grzegorzu Dyndało....” , bo działanie było koniecznie
a nie, że to był mój kaprys i upór. Jeden palec, a takie
utrudnienia (samochodem te nie mogę jeździć😭)- szlag.
Dostałam od Młodej, pięknie pachnie, a drugi pcha się obok niego.
Uszkodziłam
się. Mam wyłączony kciuk w lewej ręce co najmniej na 6 tygodni-
jak dobrze pójdzie. Nie będę opisywała co i jak, bo nie jest w
moim zwyczaju pisać o własnych słabościach na publicznych forach.
Może troszeczkę, ale o tym akurat nie mam zamiaru. W każdym razie
stało się, bo działanie było konieczne, a to był wypadek przy
pracy.
Kciuk
unieruchomiony- szpila, szycie, jedna doba w szpitalu. No i super.
Przeżyłam. Pobyt na SORZE dosyć krótki, przyjęcie szybkie.
Miałam do wyboru- robimy paluch na miejscu, czy decyduję się na
oddział. Wybrałam to drugie. Musiałam mieć pewność, że
przynajmniej przez noc będę pod opieką i nie będziemy kursowali,
jakby się coś działo (nie działo się nic złego, ale ryzyko
było, a sprawa dosyć poważna).
W
szpitalu lekarze i cały personel na wysokim poziomie. Uśmiechnięci,
życzliwi- wszystko sprawnie, ale jednak bolesne. Zachwyciło mnie
podejście do kwestii bólu- domagać się przeciwbólówki, jak
tylko zaboli. Nie skorzystałam, bo byłam nimi nafaszerowana po
kokardy.
W
domu, wczoraj, z pomocą Jaskóła, sama zmieniłam sobie opatrunek.
Przydało się szkolenie sanitarne na „wojsku”, na studiach oraz
dokładna instrukcja przemiłej pielęgniarki. Sam widok rany
nieprzyjemny, ale ratujemy palec, to nie ma się co rozczulać.
Przemyłam, zdezynfekowałam, otuliłam taką fajną otuliną w
bandażu, zabandażowałam kłosowym i wszystko gra. Czy boli? Jasne,
że boli, ale mam dosyć silne przeciwbólowe i kiedy nie potrafię
wytrzymać, to łykam. Nie chcę nadużywać, bo jeszcze antybiotyk,
a żołądek mam dosyć wrażliwy.
Teraz
uczę się życia, pracując prawą ręką. Nie ma tragedii, ale
niektóre momenty mnie wkurzają.
No
dobra. Jak to w dowcipie było? Aha- „Znów spadło to białe
kurestwo...”.
Chyba
z 15 centymetrów spadło białego puchu. Świat wygląda ślicznie,
taki czyściutki, biało-opatrunkowy. Na razie temperatura jest
plusowa, ale dzisiaj w nocy ma być bardzo ujemna. Bardzo. Liczę na
to, że jednak nie będzie to – 12 stopni.
Drapol przylatuje od czasu do czasu i siada teraz na gałęzi orzecha. Jego ulubiony bożodrzew został ścięty.
Ten nie odleci- sister wielkie ucho lubi ozdabiać ogród "wisielcami" różnego asortymentu. One sobie wiszą latami, murszeją, tracą kolory, czasem spadną, częściej straszą.
A tu ciekawostka.
Ciasteczka bez cukru. Sęk w tym, że kiedy zrobiłam pierwszy gryz, to poczułam, że są mega słodkie. Bez cukru i przesłodzone, taka sytuacja. No to do etykietki z tyłu a tam...
Substancja słodząca -maltitol. Czy to cukier?
Za AI " Maltitol to popularny,
naturalny zamiennik cukru (poliol) otrzymywany ze skrobi, o słodkości
75–90% sacharozy i smaku bardzo do niej zbliżonym. Dostarcza ok. 2,4 kcal/g (o połowę mniej niż cukier) i ma niższy indeks glikemiczny (
), co czyni go odpowiednim dla diabetyków, choć nadmierne spożycie może wywołać efekt przeczyszczający."
No niby w porządku, bo cukru nie ma, ale... ja chciałam niesłodkie, po prostu niesłodkie ciasteczka, a nie z zamiennikiem.
Czyli następna lekcja- nawet przy kupnie głupich ciasteczek trzeba uważać i mieć ograniczone zaufanie do tego, co jest napisane na opakowaniach.