wtorek, 31 sierpnia 2021

Dedykuję

 Wszystkim przemokniętym, zmarzniętym, zniechęconym długim deszczem, a przede wszystkim, nauczycielom, którzy w nowym roku szkolnym muszą się zmierzyć z niebotyczną głupotą ministerialnych "ukazów" 


 

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Dama z kogutem

Dzisiaj tylko to. Na razie próbuję się "odetkać". Ktoś napisał, że tylko jeszcze kotwicy powstańczej brak. Macie pomysł, gdzie by tu ją.....? 

https://www.pudelek.pl/miss-supranational-2021-sukienka-natalii-balickiej-zmiazdzona-przez-internautow-czysty-bareja-6675234250803872a
 

PS.  Już wiem, zamysł był pewnie taki, by to było narodowo- ojczyźniane. Pomijam tandetne wykonanie ptaszora, ale trzeba było uzupełnić cały strój o:

- diadem z Maryjką jako wyraz: "Polska katolicka tylko dla katolików"

- łańcuch z kotwicą, zapięty wokół kostki, ciągnący się po ziemi- symbol uciemiężenia Polski- Mesjasza narodów.

 Najbardziej podoba mi się szłapa ptaszora ze szponami i  jego "wyraz pyska (?)".

 Coś na wzór zasępionego orła z Ulicy Sezamkowej


 

piątek, 20 sierpnia 2021

Smutno

Ogród milczy. W tym roku dołuje mnie taka cisza. Wprawdzie dzisiaj były wilgi- widać nie odleciały jeszcze- on trochę pośpiewał, ona zaskrzeczała. Jest ponuro, pochmurno wilgotno, zimno. Jaskół twierdzi, że odleciały bociany. Może, nie wiem. Nawet czapli przelatujących nad domem teraz nie widuję. Pewnie zmieniły trasy przelotów, a może ktoś  je ”zlikwidował”, bo mu ryby ze stawu wyżerały? Tak, tak, są tutaj tacy barbarzyńcy. Zwłaszcza ci, którzy posiadają stawy hodowlane. Z jednej strony nie dziwię im się, a z drugiej strony, zbić czaplę… to przynajmniej dla mnie, pewnego rodzaju świętokradztwo.

Czaple nie latają, za to coraz więcej samolotów lata, nad domem, z południa na północ.

Dotychczas ten korytarz był pusty. Podobno tak omija się trasę nad Białorusią. Spojrzałam na radar- faktycznie niebo nad Białorusią jest niemal puste. Tak samo jest puste niebo nad wschodnią Ukrainą. Po zestrzeleniu pasażera na tymi terenami, wszystkie samoloty z zachodu  na wschód i odwrotnie, omijają tę przestrzeń.

Na granicy z Białorusią „kapciarze” stawiają ogromne zasieki z drutu kolczastego. Widok uchodźców  „zakleszczonych” pomiędzy mundurowymi białoruskimi i polskimi mundurowymi, jest porażający, bolesny.

Afganistan jeszcze bardziej boli. Tak normalnie, po ludzku. Nie obchodzą mnie spekulacje, kto winien, kto wywołał, kto powinien… Rosja., USA, Polska, inni… Tam giną ludzie, tam są szykany, prześladowania, tam ludzie potrzebują pomocy.

Jak przyjdzie mi tu ktoś z gadką, że uciekają stamtąd tylko młodzi mężczyźni, to bez pardonu wywalę taki komentarz.

Niech najpierw się ogarnie i spojrzy na tę tragedię- obecną tragedię Afganistanu- bez swoich szowinistycznych oraz rasistowskich, a także religijnych naleciałości. Nikt nie ucieka ze swojej ojczyzny, w takich okolicznościach, tylko dlatego, że mu się chce coca coli.


 A mnie, w  latach tego wściekłego socjalizmu, wpajano idee internacjonalizmu. I komu to przeszkadzało?

Miłego dnia.

 

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Czekam na mamuty

 W ogrodzie panuje względna cisza. Wilgi od czasu do czasu przylatywały i śpiewały, ale od paru dni nie widziałam ich w koronach brzóz. To pora, kiedy odlatują. Podobno wilgi wyczuwają zwiększanie się wilgotności w powietrzu i wtedy samica skrzeczy, a potem pojawiają się opady. Na razie skrzeku nie słychać, za to upał z dnia na dzień wzmaga się. 

Właśnie zaczął padać deszcz bez wilgowych zapowiedzi. Chyba odleciały.

Uaktywniły się dzięcioły. Swoim chichotem przyprawiają o dreszcze. Jest ich tu parę  pstrych oraz jeden wielki dzięcioł zielony.

Na tego zielonego poluję od dawna. Niesamowicie jest czujny i płochliwy. W końcu udało mi się go namierzyć na trawie za morwą. Zrobiłam jedno (trochę niewyraźne) zdjęcie- stał spokojnie. Przymierzyłam się do nakręcenia filmu i nagle aparat zakomunikował, że bateria padła. A dzięcioł spokojnie sobie pofrunął na brzozę.


Uszate sówki, po tygodniu popiskiwania, prawie obok okna sypialni (nie macie pojęcia, jak silne mają sówki głosy), przeniosły się w głąb ogrodu. Stare sowy- samiec i samica- karmią młode uszatki około dwóch miesięcy. Potem sówki muszą sobie same radzić. Nasze już fruwają, dlatego jest nadzieja, że jeszcze tydzień, dwa i zamilkną. Jest nadzieja, ponieważ ich silne popiskiwania, takie jęczące, nie dość, że budzą we mnie niepokój, to jeszcze nie dają spać.


 Stara jaszczurka wygrzewająca się na chodniku przed domem.

A młode jaszczurki śmigają po trawie spod nóg. W tym roku jest na nie urodzaj. Z drugiej strony zastanawia mnie spora ilość tych maleńkich gadów- oznacza to, że nie ma ich kto zjadać. Wniosek- zaskrońce wyniosły się z ogrodu, ptaki (kosy) mają nadmiar innego żarcia, jeże, o ile są w ogrodzie, żerują w jego leśnej części.

Do ogrodu zawitał zając. Wczoraj zauważył go Jaskół, ale nie zdążył zobaczyć, czy to stary kicak, czy młody, bo sierściuch dał dyla w krzaki. A ja dzisiaj niemal go podeptałam- przycupnął na grządkach kwiatowych, robiłam tam zdjęcia, nie widziałam go. Prysnął spod nóg i pognał niczym strzała do lasku. To młody zając. Nie martwię się o niego- jak zechce wyjść z ogrodu- wykopie sobie jamę pod płotem. Zastanawiam się, jaki zwierz będzie następnym gościem w naszym ogrodzie- sarna? Dzik? Borsuk? A może mamut?

Na wieczornym spacerze Beza wyczuła intruza i prawie 20 minut buszowła w krzakach leśnych. Uszatego dawno w nich nie było, a biedna Beza dostała zadyszki.

W piwnicy pojawiły się małe żaby. Jedną wyeksmitowałam w wiaderku, ale druga wielkimi susami zwiała pod podest z drewnem. 


To czerwone to gumowiec- chodzę w nim po piwnicy. A żaba tak brykała, że bryknęła do innego środka transportu. Zawsze sprawdzam, przed założeniem, czy nie siedzi w nim robal lub właśnie żaba. Kiedyś Młoda włożyła nogę do gumiaka i natknęła się na zdechłą żabę. Dobrze, że jeszcze nie w rozkładzie i dało się ją wytrząsnąć z gumiaka w jednym kawałku. Brrrrrrrr….

Niepokoi mnie morwa. Ma jeszcze mnóstwo owoców, co jest dziwne, bo zazwyczaj w lipcu spadały wszystkie. Teraz pozostało ich jeszcze dużo na gałęziach i, co dziwne, mało jest ptaków zainteresowanych  nimi. Tylko muchy i pszczoły żerują na owocach.  Podobno drzewa owocują najsilniej wtedy, kiedy czują swój koniec. Nie mam pojęcia, co musiałoby się z morwą stać, bo nie mam zamiaru jej wycinać.


Pomidorki koktajlowe kończą się. Zdjęcie jest robione w lipcu. Jeszcze trochę owoców musi dojrzeć i po wszystkim. W tym roku posadziłam do dużych donic 3 krzaki. Jest to odmiana dosyć wysoka. Młoda kupiła odmianę, która tworzy niskie krzaczki. W przyszłym roku kupię takie- nie trzeba dawać podpór, a owoce są tak samo smaczne, jak u tych wysokich.

Pierwsze grzyby z naszego lasku. Rosły pod brzozami. Na zdjęciu jeden z nich. Był jeszcze drugi, a wczoraj znalazłam trzeciego. Na razie więcej nie urosło.


 


Borówka amerykańska w tym roku bardzo obficie obrodziła. Mamy różne gatunki, dlatego przez cały lipiec i do teraz systematycznie obierałyśmy owoce. Młoda borówki zamroziła, ja zrobiłam z 2 kilogramów galaretki na żelfixie (4 pełne słoiki i trochę wyszło). 


 

Tu dowód, że Jaskółka wie do czego służy pomieszczenie kuchenne i nie daje Jaskółowi przymierać głodem


Jest jeszcze jeden krzak, na którym dopiero teraz borówki dojrzewają. Taki późno letni akcent.

I na koniec brzoskwinie. Niestety, oba drzewka wytniemy. Zainfekowane kędzierzawością  nie do zwalczenia. Co roku pięknie kwitną, potem mają piękne owoce.

Do czasu, bo te owoce gniją już na drzewkach. Nie chcę pryskać chemią- szkoda mojej pracy przy nich i tak nie mieć żadnego dobrego owocu.

Tak wygląda dojrzały owoc brzoskwini- już go mucha nadgryza, w miejscu gdzie zaczął gnić.

Tak się wybarwiają liście miodunki.

 A teraz pomarudzę.

Sierpień, czyli czas sadzenia, przesadzania- ogród nabiera ostatecznego wyglądu.  Powiem Wam, jak kolejny sklep ogrodniczy uszczęśliwił mnie bonusem. Robiąc w nim zamówienie, napisałam (po ostatniej przygodzie z cebulkami irysów, co to gladiolami okazały się), żeby mi nie przysyłano cebulek w bonusie.

Zamówione roślinki (byliny) przyszły w dobrej kondycji. Wyjmuję doniczki, liczę- jest siedem, miało być sześć. Patrzę na etykiety na donicach, szukam tej nadplanowej i jest. Czytam- o mało mnie szlag nie trafił. Owszem, nie było cebul w bonusie, ale dostałam biały fiołek. Sam fiołek jest śliczny i tworzy piękne białe łany, jednak nie darzę go sympatią.


Dlaczego się wściekłam, choć doceniam, dobre serca i gesty sprzedawców? No, bo ja z tym białym fiołkiem walczę od 10 lat. On ma takie małe kłącza, a poza tym rozsiewa się. I to w taki sposób, że wrasta tymi kłączami w środek rośliny. Tylko nożem można go usunąć, ponieważ trzyma się ziemi i rośliny bardzo mocno. A że jest bardzo ekspansywny, to zanim się spostrzegłam, cały ogród kwiatowy mi zachwaścił. Mam dwa miejsca, w których pozwalam mu rosnąc, natomiast pozostałe młode rośliny bezlitośnie tępię. I dostaję taki kwiatek w bonusie. Napisałam list, że dziękuję, ale może by jednak zastanowili się z tymi bonusami, bo mogą narobić tylko kłopotu zamawiającym. Na co dostałam odpowiedź, że klienci ubiegają się o bonusy, a ten fiołek i Kostrzewa są najbardziej pożądane. No więc wysyłają. Korespondencja była bardzo miła, wymieniliśmy się uwagami i tyle. Po prostu trzeba bardzo uważać oraz zaznaczać, iż nie chce się w ogóle rośliny w bonusie. Ale na myśl mi nie przyszło, iż  trzeba to robić. Zamawiam określoną liczbę roślin- mam tyle miejsca w ogrodzie i takie potrzeby, dostaję zamówione i po sprawie. A co jak nie mam miejsca, nie mam sił (jak z tymi cebulowymi), nie ma odpowiednich warunków dla rośliny i całkiem po prostu nie mam ochoty na dodatkowy kwiatek? Wyrzucić? Nie potrafię wyrzucać roślin, kiedy nie jest to naprawdę konieczne.

No i wyszło mi wypracowanie "na temat"😁😁😁

Miłego dnia.

 

 

niedziela, 15 sierpnia 2021

Samochód elektryczny kontra las


 

Afera z głosowaniem w Sejmie Ustawy Lex-TVN, przyćmiła głosowania nad innymi Ustawami. Już wiadomo, że Pis prowadzi gospodarkę rabunkową kraju. Uchwala ustawy, które pokątnie przynoszą członkom PiSu oraz  ich rodzinom miliony lub inne intratne korzyści.  

Jak dotąd, wszystkie Ustawy, które przegłosował w Sejmie PiS, są godzące w interesy wielu grup społecznych i  działające na niekorzyść środowiska oraz zwierząt.

Oto kolejna Ustawa, którą pisowscy posłowie wraz z rządowymi draniami, przepchnęli w lipcu. Oczywiście większością głosów pisowskich karierowiczów, którzy śmią nazywać się posłami. Nie wierzę, by ich wyborcy godzili się na taką Ustawę.


 

„Ta specustawa rządowa ma ogromne znaczenie przyrodnicze w sensie negatywnym, ponieważ doprowadzi do wycięcia 1250 hektarów lasów- mówiła w sobotę w "Faktach po Faktach" Agata Szafraniuk, prawniczka fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi. - Mamy dziwaczny sposób zarządzania lasami - zauważył Adam Wajrak z "Gazety Wyborczej".

Pod koniec lipca Sejm przyjął specustawę, która da dwa lata na zamianę gruntów Lasów Państwowych w Jaworznie i Stalowej Woli na inne grunty Skarbu Państwa. Chodzi między innymi o to, że na terenie lasów w okolicy Jaworzna ma powstać fabryka polskich samochodów elektrycznych Izera.

Za uchwaleniem ustawy głosowało 241 posłów, przeciw było 202, sześciu wstrzymało się od głosu. Teraz ustawa o szczególnych rozwiązaniach związanych ze specjalnym przeznaczeniem gruntów leśnych trafi po obrady Senatu.

Uchwalenie ustawy oraz jej potencjalne konsekwencje komentowali goście sobotnich "Faktów po Faktach" prawniczka Agata Szafraniuk oraz dziennikarz Adam Wajrak.

Wajrak: Wycinamy las, by produkować samochody elektryczne. To tragedia

- To jest jakaś jedna wielka zapisana tragedia, że my wycinamy las, żeby produkować samochody elektryczne, które de facto będą napędzane węglem. To pokazuje kompletny absurd tej sytuacji, zupełne oderwanie od rzeczywistości - mówił Wajrak.

Dziennikarz zwrócił uwagę, że większość energii elektrycznej w Polsce - m.in. za sprawą tego rządu - jest produkowana z węgla.

- To wszystko pachnie bardzo źle, nie tylko palonym węglem, ale też piłami spalinowymi. Ta ustawa oznacza, że lasy należące do wszystkich obywateli, lasy Skarbu Państwa, będą mogły być przekazywane prywatnym inwestorom - tłumaczył.

Jak dodał, "ta ustawa to jest strzelba prawna powieszona na ścianie, która wystrzeli jeszcze wielokrotnie". - Otwieramy bardzo złą furtkę. Takie rzeczy nie powinny być załatwiane za pomocą specustaw, a po drugie nie powinniśmy lasów przeznaczać pod tego typu inwestycje – podkreślił

- Mamy dziwaczny sposób zarządzania lasami. Mamy instytucję Lasy Państwowe, która ma takie śmieszne samofinansowanie. Czyli to, ile leśnik zarabia zależy od tego, ile wytnie i ile sprzeda. To, co nam rośnie obecnie w lasach to na pewno powierzchnia zrębów zupełnych, to jest liczba wyciętych kubików i to są pensje leśników. Rzeczywiście wygląda to coraz gorzej - zauważył.

Dodał, że bez naturalnych lasów nie da się zatrzymać katastrofy klimatycznej i "to niestety odbije się na naszym życiu" - System prawny można odbudować, ale stu, dwustuletnich drzew nie doczekamy - dodał

Szafraniuk: ta specustawa ma ogromne znaczenie przyrodnicze

- Ta specustawa rządowa w praktyce ma ogromne znaczenie przyrodnicze w sensie negatywnym, ponieważ doprowadzi do wycięcia 1250 ha lasów, co w przybliżeniu odpowiada powierzchniowo ponad 1700 boiskom piłkarskim. Na tej powierzchni zostaną postawione fabryki, bliżej nieokreślone - mówiła z kolei Szafraniuk.

Prawniczka fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi podkreśliła, że "można będzie nawet, już pod egidą tej ustawy, wyciąć las pod lotnisko i powiedzieć, że będzie to lotnisko niskoemisyjne". - W tej ustawie jest napisane, że mają to być inwestycje służące poprawie jakości powietrza. Wszystko będzie zależało od uzasadnienia danego projektu - kontynuowała.

- W wyniku tej ustawy spółki Skarbu Państwa zyskały dostęp do terenów, do których normalnie nie miałyby dostępu - tłumaczyła.

Jest to bardzo niebezpieczny trend. Dzisiaj Izera, a jutro co? - pytała. „

https://tvn24.pl/polska/specustawa-o-lasach-panstwowych-agata-szafraniuk-i-adam-wajrak-goscmi-faktow-po-faktach-5191877

 


Nie będzie żadnej fabryki samochodów. Nasze, wszystkich obywateli lasy, wytną, a ziemię potem rozparcelują i sprzedadzą  za straszliwe pieniądze. A kto to zrobi? I kto na tym zarobi? No zgadnijcie....

Wszak nim powstał plan budowy mega lotniska, jakimś dziwnym trafem sporo ziemi na tamtych terenach wykupili pisiury. 

Przypadek? Nie sądzę.

Tak za parę lat będą wyglądały, z lotu ptaka, granice Polski. Polska to ten kolor jasnozielony.


 

Miłego dnia.

Zdjęcia z Internetu, zaznaczenia kolorami tekstu moje.

 

 

piątek, 13 sierpnia 2021

Święta kobieta- rzecz o mojej babci


 

Niedawno na Facebooku moja kuzynka wspominała naszą babcię, jaka to była święta kobieta.

Usiadłam na tarasie i zaczęłam przypominać sobie wszystko to, co było z babcią związane.

Dla mnie babcia była dobra, nie powiem, dbała o nas, o mnie i o brata, kiedy byliśmy u nich na wakacjach. A jeździliśmy do dziadków często- w każde wakacje i w każde święta.

Tak, dla nas była dobra, ale czy to była święta kobieta? I przypominam sobie taką scenkę.

Miałam już 12/13 lat- byłam u dziadków w wakacje świąteczne. Na dworze śniegu mnóstwo i duży mróz.  Przetarte w śniegu ścieżki, szerokie na pół metra, a śniegu też usypanego na pół metra. Dom dziadków był wbudowany w dosyć stromy stok- do drewutni trzeba było iść z 30 metrów pod górkę, a do studni gdzieś około 10 metrów i również pod górkę.

Przed drzwiami wejściowymi nie było żadnego podeściku. Wychodziło się ma chodnik z kostek cementowych, który szedł wzdłuż domu po stoku. Szło się od razu albo w dół (w lewo) do piwnicy, albo w górę (w prawo) do szopki i studni. Na wprost szło się w poprzek zbocza. 

U babci całe życie toczyło się w kuchni, gdzie stał piec kaflowy (blacha) na węgiel- na górze miał żeliwne blachy, a z tyłu wysoki przypiecek z tzw. trómbą- piekarnikiem, stół przysunięty do okna z krzesłami, kredyns, w kącie szafka na lawor (miska do mycia się), jakaś szafeczka przy piecu. Na drzwiach przykręcone wieszaki, a na nich kopy okryć różnych- chacek, kapot dziadkowych, zapasek babcinych itp. Pod wieszakiem poukładane zimowe szczewiki.

Scenka wryła mi się w pamięć, bo takiego ataku śmiechu, jaki wtedy miałam już potem nigdy nie przeżyłam i powiem szczerze, sama nie rozumiem siebie, bo przecież patrząc z boku, to wcale nie było do śmiechu, przynajmniej dziadkowi.

Zaczynamy.

Babcia gotuje obiad, dziadek czyta gazetę przy stole, ja siedzę na wysokim progu u drzwi, które prowadzą  do zimnej jak jasny gwint sypialni i czytam książkę. Cicho, ciepło, przyjemnie, by nie rzec deczko sennie.

Babcia coś miesza w rondlu i nie odwracając się do dziadka rzuca przez ramię:

- Na dyć stary, drzewa brakło, trza hónym przyniyść, zarozki wygorze pod blachóm.

Dziadek bez słowa podnosi się zza stołu, składa powoli gazetę, ściąga okulary, grzebie w ubraniach, naciąga na plecy kapotę, zapina powoli, nakłada czapkę, potem schyla się po buty- filcowe wysokie, naciąga je i z westchnieniem otwiera drzwi do sieni. Wszystko odbywa się w kompletnej ciszy.

Babcia miesza w garach, ja czytam książkę. Po 10 minutach wraca dziadek z naręczem drewna, zrzuca je obok pieca. Babcia miesza w garach, ja czytam książkę, wszystko w kompletnej ciszy, tylko drewno łomoce. Dziadek ściąga kurtę, buty, czapkę, siada za stołem, rozkłada gazetę,  z westchnieniem nakłada okulary i…odzywa się babcia, nie odwracając się do dziadka, ale zerka do kastlika na węgiel:

- Na dyć stary, trza wónglo przyniyść, bo brakło.

Dziadek w milczeniu składa gazetę, ściąga okulary, wysuwa się zza stołu i powtarza całą ceremonię z ubieraniem się, po czym wychodzi. Wszystko odbywa się w absolutnym milczeniu, ale mnie już zaczynają śmieszki latać po wargach. Babcia energicznie miesza w garach, raz tylko spojrzała na mnie i wszystkie śmiszki zdechły. Cisza. Wchodzi dziadek z wiadrem węgla. Babcia w milczeniu podnosi pokrywki  na garnkach, strzepuje rękę o fartuch. Dziadek przesypuje węgiel do kastlika, wynosi wiadro do sieni, rozbiera się, siada z westchnieniem za stołem, rozkłada gazetę, nakłada okulary. Wszystko w grobowej ciszy. 5 minut spokoju.

Babcia nagle zrywa się od pieca, jakby ją kto igłą dźgnął w pupę, zagląda do wiadra z wodą. W tym momencie parsknęłam, ale pod jej spojrzeniem zmroziło mnie dokumentnie.

- Wody ni ma, trza przyniyść .

Wodę czerpało się ze studni (zamykanej drewnianymi drzwiczkami pod kątem 30 stopni, bo na cembrowinie były umiejscowione) za pomocą tzw. kluki- długiej tyczki z karabinkiem na końcu. Karabinek zaczepiało się o uchwyt wiadra, trzymało się żerdź z wiadrem i spuszczało się wiadro do studni, czerpało wodę ( trzeba było wiadrem zamieszać, by wody nabrać) i wyciągało pełne wiadro chlustającej wody  na górę, odpinało karabińczyk, odkładało klukę, zamykało drzwiczki studni- co najmniej 15 minut na mrozie. I z pełnym wiadrem 10 metrów w dół po stoku do wejścia do domu. A wszystko to zimą, po lodzie.

Dziadek w milczeniu…. Tak, tak, przyniósł wodę bez słowa, uprzednio odbębniwszy całą procedurę ze składaniem gazety, zdejmowaniem okularów, ubieraniem się etc. etc. A wszystko w cmentarnej ciszy, tylko mnie już coraz trudniej było pyszczysko utrzymać.

No więc, kiedy już postawił wiadro z wodą obok półki z laworem, rozebrał się, rozłożył gazetę, nałożył okulary i z westchnieniem ulgi  zaczął czytać, pomyślałam, że chyba teraz  babcia nie ma już powodu, by go ruszyć zza tego stołu. Babcia odcedziła ziemniaki, postawiła garnek na piecu, coś tam jeszcze zamieszała i….

- Na dyć stary…

- Nole babo, niy możesz to zarozki prawić?- dziadkiem ruszyło, szarpnął gazetą i powoli wstawał.

W tym momencie nie wytrzymałam, ryknęłam śmiechem i wpadłam do tej lodowatej sypialni w ucieczce przed ścierą babci. 

 Czego zabrakło tym razem? Niczego, babcia po prostu chciała, by dziadek się przesunął, bo jej zasłaniał drzwiczki do kredensu, a ona chciała wyjąć talerze i nakryć do obiadu.

 Jeszcze przy stole chichotałam, a babcia, gromiąc mnie wzrokiem, mamrotała nad talerzem:

- Yno mie nie nasmolej, bo ci sie zerwie.

Ale trzeba było wiedzieć te iskierki w jej oczach. Tylko dziadek wcinał obiad ze stoickim spokojem nad czymś rozmyślając, nas baby nie uraczywszy nawet jednym spojrzeniem.

Innym razem ta święta kobieta całe przedpołudnie plotkowała przed oknami domu z moją ciotką, która mieszkała w drugiej części tegoż  domu.

Gdzieś około w pól do pierwszej, zorientowały się, że już po połedniu i obiod trza warzyć.

Wujek wracał o drugiej. Równo 15 po drugiej moja babcia mówi do mnie:

- Pódź, idymy do Zosi, muszym jei cosik ważnego rzyc.

Babcia każe, wnuczka idzie, ale coś ta pora tak dziwna była. Tyle się nagadały i jeszcze coś dopowiedzieć?

Poszłyśmy. Wchodzimy do kuchni, cała rodzina przy stole je w spokoju obiad.

Weszłyśmy- łyżki zastygły, oczy ze zdziwieniem w nas wpatrzone, a moja babcia słodziutko w powietrze:

- Na dyć mocie obiod? Celutki dopołednia my drzistały i uwarziłaś?

Po czym babcia się odwróciła, chwyciła mnie za rękę i wyciągnęła z kuchni do sieni.

A trzeba dodać, że wujek miał ciężką rękę i nieraz ciotce się oberwało. Mojej kuzynce i kuzynowi zresztą też.

Święta kobieta to była, nieprawdaż?

 

PS. Oczywiście, że mogłam się zerwać z progu i polecieć po to drewno. Ano właśnie nie mogłam. W domu dziadków było wszystko ustalone i tego się trzymano. Drewno, węgiel i wodę zawsze, ZAWSZE przynosił do kuchni dziadek. Dlatego, nawet gdybym się zerwała i chciała, to babcia i tak zaprzęgłaby do roboty dziadka. Bo… u babci był taki mechanizm- kiedy ona pracowała, dziadek też miał pracować. Żadne gazety, żadne przestoje. Ona pracuje, dziadek ma coś robić i już. Po niej tę cechę odziedziczył mój ojciec. Jak tylko zauważył, że któreś z nas siedzi bezczynnie (czytanie książek to też było zbijanie bąków, chociaż moi rodzice pochłaniali książki i gazety w ogromnej ilości) to od razu wynajdywał nam robotę- zamiatanie placu, wyganianie kur, przynoszenie drewna, nalanie psom wody do misek- wszystkie te prace mogły poczekać, ale nie, my siedzieliśmy bezczynnie to trzeba było już, natychmiast to zrobić. No to co się dziwić, że jak tylko mogliśmy, to wialiśmy do swoich pokoi lub gdzieś w leśny świat. Ale biedny dziadek nie bardzo miał się gdzie schować przed zapędami babci. Zwłaszcza, że była zima i nawet do jego ukochanej szopki- azylu nie mógł pójść.

Nie znalazłam fajnych memów o babciach. Wszystkie jakieś dziwne i złośliwe. 

Te są w miarę urocze.



Memy wzięte z Internetu.

 Miłego dnia.

 

 

 

środa, 11 sierpnia 2021

O poziomkach i darach natury

 

Co jakiś czas wracam do czytania książki polecanej przez Agniechę- „Pieśń ziemi”.

Przeczytałam ostatnio dosyć dobrze „czytające się” książki, ale ta jest zupełnie inna. Niezwykła. Nie czytam jej ciurkiem, czytam etapami, głównie, kiedy muszę złapać oddech (zresztą Agniecha też tak czyta, czyli to taka specyfika tej książki). Słowa autorki wyciszają, uspokajają. Czytam i odnajduję w tekście to, co czuję, kiedy jestem sam na sam z przyrodą.

To powyżej napisałam dwa tygodnie temu. Miałam zamiar napisać post „natchniony”, o dobrodziejstwie przyrody, o Ziemi, o jej trwaniu…O tym, jak pięknie autorka pisze o swoim dzieciństwie, dziejach jej rodu, o pracy ze swoimi uczniami, studentami, a wszystko to wzbogacone o elementy antropologii kultury, elementy ekologii, wiedzę botaniczną i ogólnie przyrodniczą oraz swoistą filozofię.

Na zamiarach się skończyło. Nie potrafię, już tu kiedyś pisałam, tworzyć postów „pod poetyckim napięciem”. No nie potrafię. Lata pracy, która polegała na tworzeniu tekstów zwartych, w naukowym, ale przystępnym języku, „zabiły” to, co kiedyś znalazły we mnie kolejne moje polonistki: „Świetne wypracowania piszesz”, „Powinnaś pisać…. Masz dryg ku temu”.

Ha…było, ale się skończyło. A jak się skończyło, to napiszę wprost.

 

Znalazłam, pod krzakami porzeczek, mnóstwo dojrzałych poziomek i wtedy przypomniał mi się fragment książki, w którym autorka opowiada o niezwykłej, w jej życiu, roli poziomek. Najpierw chciałam od razu zerwać te pachnące owoce, ale potem pomyślałam sobie o tym wszystkim, co przeczytałam, zrobiłam zdjęcie poziomkom i postanowiłam napisać o nich post. Jednak nie miał to być post o ich pięknym kolorze, czy niesamowitym, nasyconym słońcem smaku, a właśnie o roli, jaką dała im natura (w przekazie autorki)

„Poziomki jako pierwsze ukształtowały moje spojrzenie na świat jako miejsce darów leżących u naszych stóp. Dar przychodzi do nas bez jakiegokolwiek naszego udziału, za darmo, nie musimy nawet kiwnąć palcem. Nie jest to nagroda. Ani coś, co można zarobić, przywołać do siebie, co więcej, nie można nawet na to zasłużyć. A mimo to się pojawia. Jedyne co musimy zrobić to mieć otwarte oczy i być obecnym. Dary należą do królestwa pokory i tajemnicy- tak samo jak w przypadku spontanicznych przejawów życzliwości nie znamy ich źródła.

Pola, które pamiętam z dzieciństwa, obdarowywały nas poziomkami, malinami, jeżynami, orzechami hikory, bukietami kwiatów, które przynosiliśmy mamie.”

 Ja też pamiętam z dzieciństwa całe łany poziomek, które rosły na skraju lasu wzdłuż długiej miedzy. Poziomki rosły na niedużym wzniesieniu, w nagrzanej słońcem, lekko suchej trawie. Latem, kiedy dojrzewały, pachniały z daleka. A smaku nagrzanych, dojrzałych, leśnych poziomek nie jestem w stanie zapomnieć. Te ogrodowe, wprawdzie słodkie i pachnące, nie dorównują smakiem tym leśnym.


 

„Choć minęło od tamtego czasu ponad pięćdziesiąt Miesięcy Poziomek, nawet teraz, gdy napotkam polanę pełną tych skarbów, wciąż witam je ze wzruszeniem, poczuciem, że nie zasługuję na tak wiele, oraz wdzięcznością za hojność i życzliwość natury, która przychodzi pod postacią tak nieoczekiwanego daru opakowanego w czerwień o zieleń”.

Tak się złożyło, że w niedzielę pojechaliśmy w miejsce, w którym przeżyłam większość dzieciństwa i nastoletniego życia. Pojechaliśmy do leśniczówki. Co zobaczyłam, jak tam było, co czułam, opiszę w innym poście. Tu powiem tylko tyle- nie ma już takiego skraju lasu, choć miedza została. Nie ma już suchego wzniesienia, nie ma poziomek. Nie czuję żalu, nic nie czuję. Po prostu zmieniło się.

„Doświadczyłam w tamtym czasie świata, który był kulturą darów, „towarów i usług” nie zakupionych, ale otrzymanych w prezencie od ziemi.(…) Dary otrzymywane od natury lub drugiego człowieka ustanawiają szczególną więź, coś na kształt zobowiązania do dawania i przyjmowania, do wzajemności. Ziemia ofiarowała nam prezent, my zaś podarowaliśmy go tacie i próbowaliśmy oddać poziomkom. Po zakończeniu owocowania wypuszczały one bowiem smukłe czerwone rozłogi, z których miały powstać nowe rośliny. Ponieważ byłam zafascynowana jak wędrowały po powierzchni gruntu w poszukiwaniu miejsc, gdzie mogłyby zapuścić korzenie, plewiłam małe skrawki gołej ziemi, na których wylądowały rozłogi. Następnie wyłaniały się z nich małe korzenie i wkrótce było więcej roślin gotowych by zakwitnąć na Miesiąc Poziomek w następnym roku. Nie nauczył nas tego żaden człowiek, ale same poziomki. Ofiarowując nam swój dar, zapoczątkowały między nami długotrwałą relację”.

Dalej autorka prowadzi rozważania na temat różnicy, jaka jest, jej zdaniem, pomiędzy prezentem (darem), a towarem.

Dla mnie istotnym jest pogłębienie w sobie świadomości, pod wpływem tej książki, że często człowiek bierze z natury wszystko, co może, uważając, że mu się to należy, bo jest „za darmo”, „niczyje”. Nie tylko bezrefleksyjnie bierze, ale często biorąc, niszczy. Łamie krzaki jeżyn i malin, wydeptuje ścieżki wśród nich, czesze borówki metalowym „grzebieniem”, dewastując przy tej okazji całe krzewinki, zbiera grzyby jadalne, kopiąc do niejadalnych itp.

Wtedy, w tamtych latach, rwałam poziomki i nie zastanawiałam się na tym, że to przecież mogło się nie zdarzyć. Dostałam poziomki w darze, w prezencie, ot tak sobie. To samo dotyczyło malin, które porastały całe połacie młodników i jeżyn rosnących na nasypach kolejowych. I orzechów laskowych zrywanych z leśnych leszczyn, ale  też pieczarek zbieranych rano na łąkach, czy grzybów leśnych. Dary, dary, dary, prezenty natury, prezenty Ziemi.

Zawsze starałam się żyć w zgodzie z naturą, jest mi bardzo bliska, doceniam to, że jest, ale dopiero teraz, po przeczytaniu fragmentu książki o poziomkach, tak do głębi poczułam, czym natura nas obdarowuje i wdzięczna jestem autorce, za to, że potrafiła to w tak poruszający sposób opisać ( nazwać).

 

Cytaty: Robin Wall Kimmerer: Pieśń Ziemi. Rdzenna mądrość, wiedza naukowa i lekcje płynące z natury, wyd. Znak, Kraków 2020, s. 38-41. 

PS. Odnośnie mojego stylu i tych moich tekstów, tak sobie myślę, że chyba nawet nie chciałabym pisać takich ślicznych, apetycznych, potoczystych literackich tekstów. To zobowiązuje, a ja raczej nie mam ochoty na pisanie „wypracowań” na celujący. Tym bardziej, że jak coś mnie ruszy, to po prostu piszę bez ogródek, a wtedy każde cyzelowanie powoduje, że szlag trafia sens i smaczek danych treści.

Zdjęcia poziomek dzikich, które rosną rzeczywiście całym łanem na obrzeżu lasku, pod Rosą Rugosą. Kwiaty mają takie same, jak te jadalne, tylko żółte, natomiast ich owoce są kuliste, ciemnoczerwone. 



 Miłego dnia.

A tak sobie przypomniałam, że w tamtych czasach słuchaliśmy piosenki o poziomkach


 


Nie jestem sentymentalna, piosenka nie w moim typie, ale fajnie się słucha.

 

 

 

poniedziałek, 9 sierpnia 2021

Miesiąc "pod psem"

Ostatni miesiąc upłynął pod tytułem: „Beza i weterynarze”. Zaczęło się od niedrożności gruczołów okołoodbytowych. Bezka miała kłopoty z wypróżnianiem się. To trudno zauważyć, bo pies coś tam sobie załatwia, ale coraz mniej chętnie idzie za potrzebą. I to zauważyliśmy u Bezy. W życiu nie podejrzewałabym, że coś takiego dopada zwierzaki. A tu okazuje się, że to dosyć częsta przypadłość. Pani weterynarz powiedziała, że są pacjenci (koty, psy), którzy mają taką przypadłość, co najmniej, raz w miesiącu. Gruczoły się czyści (niezbyt przyjemnie dla wszystkich) około 5 minut i po sprawie. No niekoniecznie, bo jeszcze musiałam zmienić dietę psinie. Zamiast puszek z karmą dla psów, wieczorem  Bezka dostaje „zupę” jarzynową z kawałkami gotowanego indyka. Proporcja (mniej więcej) 3:1- trzy łychy zblendowanych, gotowanych warzyw i 1 łycha gotowanego, rozdrobnionego mięsa. Warzywa blenduję z wywarem z nich, dlatego karma jest gęsta, ale płynna. Do tego dostaje dwie porcje błonnika (specjalnego dla psów). Najpierw myślałam, że powącha i odejdzie od miski, bo co to za żarcie. Jednak ona jak dopadła prawie jarskiej zupki, to cała aż się trzęsła od tego zachłannego pałaszowania.

Po tygodniu mieliśmy się zgłosić do kontroli, a w ciągu tego tygodnia, odkryłam na brzuszku duży rumień. No to od razu do weta. Diagnoza- odparzenie. Upały, pies śpi na boku, dużo futra i w dodatku Beza podsiusiuje, co sprawia, że kudełki na brzuszku bywają mokre, drażniące. Ja ją dosyć często myję, ale przy upałach to i tak zbyt mało. No to leczenie oxykortem. Fajnie pomogło. Przy okazji odkryliśmy, że na prawym „łokciu” ma jakiś dziwny odcisk, w jednym miejscu zaropiały. Przy kontroli brzuszka, diagnoza łapki- mozela, która jest u psów nagminna, a jest to odcisk, który powstaje podczas leżenia w określonej pozycji. Na zaropiałą część też Oxykord. Ok., podleczyliśmy brzuszek, przed wizytą kontrolną, Beza zaczęła potrząsać łepkiem i drapać prawe ucho. Noż…. Ktoś pomyślałby, że my, jak przy małym dziecku, wydziwiamy… Pojechaliśmy do weterynarza w tym samym dniu- w minioną środę. Pani doktor stwierdziła, że w prawym uchu jest dosyć mocne zapalenie, a w lewym też się zaczyna.  To zagadka, w samochodzie łagodna klima, nie otwieramy okien, by jej nie zawiało a tu zapalenie uszu. Zastrzyk, a w piątek zakropić uszy i przyjechać do kontroli w poniedziałek, czyli dzisiaj.

A dzisiaj szał pod lecznicą. My trzeci w kolejności, ale przed nami wszedł jeszcze kot, ponoć umówiony wcześniej. Państwo kota wyszli, kot został w lecznicy. No my też umówieni, spieszy nam się, bo Jaskół musi jeszcze po towar pojechać, a to daleko. Po kocie był piesek, który faktycznie był przed nami i jeszcze, och… wniesiono dużego psa zawiniętego w koc. Słabo mi się zrobiło, bo taki widok dla mnie oznacza tylko jedno. Na szczęście pies do szycia, bo go ktoś potrącił. Na szczęście…A zaraz po nas, do lecznicy, dwaj panowie wnieśli „biszkopta” ze sparaliżowanymi tylnymi łapami. I znów mi się zrobiło słabo… bo… wiadomo… nie wiem, co z nim dalej. Weszliśmy z Bezką, pan doktor skontrolował uszy, obejrzał brzuszek, obejrzał łapkę i stwierdził, że wszystko OK.

Równy miesiąc jeżdżenia z Bździągwą na leczenie. Passa taka.  Na razie ma limit wyczerpany i mam nadzieję, że taka seria się nie powtórzy.





 Miłego dnia.