sobota, 31 lipca 2021

O liliowcach i gladiolach, co to irysami być miały.

 Koniec lipca oznacza koniec kwitnienia liliowców.  W naszym ogrodzie mamy sporo gatunków tych pięknych kwiatów. Coś około 23, ale dokładnie nie wiem, bo kilka gatunków rozsadziłam, co sprawia wrażenie, że jest ich więcej. 

Sporo o liliowcach  w naszym ogrodzie napisałam  TU

W tym roku też pięknie kwitły.  

Ten kupiłam dwa lata temu. W zeszłym roku pięknie zakwitł, ale zimy nie przetrwał. Zdjęcie zeszłoroczne.

Te zakwitają pierwsze- jeszcze w czerwcu
Ten liliowiec rośnie w towarzystwie bardzo podobnego. Ten ma kwiaty łososiowe ten drugi bardziej pomarańczowe. Ten zakwita pierwszy ( na początku lipca), ten drugi zakwita dużo później.
Większość naszych liliowców ma po kilkanaście lat i tworzą spore kępy.

Też jeden z wcześniej zakwitających liliowców. Ma największe kwiaty ze wszystkich.
To jest ten "drugi" liliowiec o kwiatach bardziej pomarańczowych. Odmiana dosyć pospolita, często spotykana w ogrodach. Bardzo ładnie wyglądają w nasadzeniach szeregowych, tworząc szpalery.



 
To jest najstarszy liliowiec w naszym ogrodzie. Kupiłam go kilkanaście lat temu. Przetrwał wszystkie mroźnie zimy, susze, podmoknięcia i ma się bardzo dobrze, a przecież to odmiana szlachetna i wydaje się być delikatna.
Mamy dwa liliowce o drobnych kwiatach. Jeden z nich.

Łososiowy z czerwoną obwódką u nasady płatków jest prześliczny. Kwitnie bardzo obficie. Jest niewysoki, a kwiaty ma na bardzo sztywnych łodygach.



Ten czerwony pełny ma dwa lata i jest dosyć wysoki. Obok niego rośnie również czerwony pełny, ale jest niski. Jeden z nich jest "oszustwem" ogrodnika. Zamówiłam jeden czerwony pełny i drugi miał być zupełnie inny. Przyszły dwa o jednakowych kwiatach, różniące się tylko długością łodygi. I nie jestem do końca pewna, czy ten niższy nie "dogoni"wzrostem tego wyższego. Piękne są, ale po co mi dwa jednakowe liliowce? A odesłać nie mogłam, bo przecież zakwitły dopiero w następnym roku i wtedy wyszło na jaw oszustwo.

Pełny czerwono-ceglasty- też ma dwa lata i pięknie kwitnie.

 

Bardzo szlachetny liliowiec z żółtym karbowaniem na brzegach płatków i żółtą nasadą płatków. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam jego kwiaty, myślałam, że na coś choruje, ponieważ jego płatki są w liliowe plamki. W każdym razie bardzo oryginalny.

Drugi liliowiec o drobnych kwiatach. Łatwo się rozsadza i też długo kwitnie.

 

Jeden z bardziej szlachetnych, z serii tych z ciemnym spodem płatka.

 

To jest mój ulubiony liliowiec. Nie dość, że piękny, w bardzo intensywnym kolorze pomarańczowym, nie dość, że kwitnie najdłużej ze wszystkich, to jeszcze bardzo łatwo się rozmnaża, ponieważ wypuszcza kłącza, które nie są zbite w karpy.
Na zdjęciu są przekłamane kolory. Ten liliowiec jest w pięknym, jasnym łososiowym kolorze. Kwitnie bardzo obficie, tworząc niesamowicie dekoracyjną kępę kwiatów.

Żółte pełne liliowce są jedynymi, które powtarzają kwitnienie w sierpniu. 

 

 
Następne oszustwo liliowcowe. W ofercie sklepu było napisane, że jest to liliowiec o śnieżnobiałych kwiatach z żółtym środkiem. Tylko ten żółty środek się zgadza. Natomiast kwiaty są kremowe, a do śnieżnobiałych bardzo im daleko. Niemniej jest bardzo ładny.
Czerwony o pięknych dużych kwiatach. Jest jeszcze jeden taki sam, który również jest oszustwem ogrodnika hodowcy. Miał być czerwony pełny, okazał się pusty. Dlatego potem zamówiłam te czerwone pełne, z których jeden także miał być inny. I tak mam jednakowe czerwone puste i dwa jednakowe czerwone pełne, zamiast czterech różnych liliowców



To jest ten czerwony pełny niski (zdjęcie przekłamuje kolory- jest ciemno czerwony- taki sam jak ten wyższy). Bardzo ładny, jednak coś sobie przypominam, że zamawiałam jakiś bardzo ciemny z jasnym środkiem, bo nie mam np. ciemnofioletowych
Jestem fanką liliowców. I pewnie zamawiałbym sobie coraz nowsze odmiany, gdyby nie brak miejsca w ogrodzie i co tu ukrywać, coraz częstsze oszustwa sklepów ogrodniczych.
W ciągu ostatnich trzech lat oszukano mnie trzy razy. Trzy razy przysłano mi zupełnie inny liliowiec niż zamawiałam. 
 
Ostatnio, na wiosnę zmawiałam 4 różne  ciemierniki. Owszem, w maju dostałam- dwa w doniczkach (puszczające listki) i dwa zapakowane w folię w postaci korzonków zanurzonych w ziemię (wysuszoną jak diabli). W opisie było, że przysyłają rośliny w doniczkach.
No i dwa się przyjęły, a te korzonki nie ( 20 zeta w plecy). A do do tego dostałam, a jakże, prezent- cebulki irysów. Przynajmniej tak było napisane na etykiecie, na opakowaniu. Od kilku lat nie kupuję i nie sadzę cebul (oprócz narcyzów), bo nie mam siły ich wykopywać i nie mam gdzie ich przechowywać zimą, a tu taka "niespodzianka". Trochę mnie zgrzało, bo dostałam kłopot, a nie prezent- przecież te cebule dawno powinny być w ziemi, by w tym roku jeszcze zakwitnąć. Pomijam fakt, że nawet nie bardzo miałam je gdzie zasadzić. Wsadziłam je do dużej donicy, by przynajmniej do czasu ich wykopywania, siedziały w ziemi- zakwitną to zakwitną, nie, to nie, ale się nie zmarnują w piwnicy.  
No i zakwitły, owszem, a jak, zakwitły, tylko, że to nie są irysy, a drobnokwiatowe gladiole. 
Po cholerę robią takie prezenty i jeszcze "oszukują" na nich? Powiem złośliwie- pozbywają się "w dobroci serca" zapasów, które im zalegają, bo pewnie chętnych na pospolite gladiole nie ma. Dadzą prezent, nabiją jako sklep punktów i według nich wszystko gra. Otóż nie gra, bo teraz będę musiała te gladiole jakoś przechować, potem zasadzić- dla mnie kłopot. Tym bardziej, że ten sam cyrk mam z tygrysówką. Kwitnie ładnie, ale pracy wymaga, a ja już nie chcę się bawić w cebulowe.
Teraz przy każdym zamówieniu będę musiała nieelegancko pisać- "Dziękuję za ewentualne prezenty,  proszę mi przysyłać tylko zmówione rośliny".

Miłego dnia.
 
PS Cebulki w niczym nie przypominały cebulek gladioli. Kiedyś miałam sporo gatunków gladioli (dwie średnie skrzynki cebul corocznie wysadzałam do gruntu) dlatego na myśl mi nie przyszło, że te cebulki mogą być cebulkami gladioli. Poza tym, przeczytałam sobie o irysach cebulkowych i wygląd tych cebul zgadzał się ze zdjęciem oraz  z opisem.
 
 

poniedziałek, 26 lipca 2021

Letnie wieści z ogrodu

A w ogrodzie dzieje się. Pomijam dziki pęd chwastów do zawładnięcia grządkami kwiatowymi, bo to jest każdego roku, ale to, co wyrabiają krzaczyska z przyrostami, to już normalnie szał. Mokro, ciepło toteż rośnie na potęgę zielony busz.

Gdzie mogę, tam przycinam, ale hamuje mnie nadmiar soczystych liści na świeżych przyrostach. Ścięte gałęzie trzeba gdzieś składować, by przeschły przed spaleniem, a ta soczysta zieloność powoduje, że zamiast schnąć, gniją. Krzewów nie można również przycinać przy wysokich temperaturach, a tu upały znów idą. Zostawiam, zatem, to główne, przycinanie na wrzesień. Jednak już wiem, że nie należy tego odkładać na wiosnę. Potem przyjdzie taka mokra i zimna wiosna jak tegoroczna, kiedy nie można było w ogrodzie pracować i krzewy kolejny rok nie przycięte wyrodnieją, tracą urodę. Istnieje kalendarz przycinania kwitnących krzewów. Ale ja dawno przestałam się przejmować, kiedy i co należy przycinać. Na ogół tnę po przekwitnięciu oraz jesienią, tnę mocno, a krzewy kwitną jak głupie, niezależnie od tego, czy powinny być cięte zaraz po przekwitnięciu, czy w następnym roku.

Przyłapałam na brzozie wiewiórkę. Spójrzcie, jak się tym razem zachowywała.

Zupełnie nietypowo w takich sytuacjach. Zamiast znieruchomieć i udawać, że jej nie ma, biegała po konarze, fukała, tupała. W pewnym momencie miałam wrażenie, że się na mnie rzuci. Pewnie gdzieś w pobliżu były młode i tym razem ruda chciała mnie przestraszyć, przegonić z tego miejsca.

Przyleciały wilgi. Pojawiają się zwykle wtedy, kiedy ma padać i samica skrzekliwym głosem zapowiada deszcz ( słychać ją na filmiku z rudą). Jeszcze nie zdarzyło się, by „zapowiedź” nie spełniła się. Spróbowałam zrobić wilgom fotkę. Trochę się udało. 



W oczekiwaniu na przylot tych ślicznych ptaków, wyhaftowałam sobie wilgę do kolekcji.

Więcej TU

Od tygodnia wieczorem słychać popiskiwania młodych uszatek. Denerwują mnie te głosy, bo mam wrażenie, że są bardzo głodne i mam ochotę lecieć im na ratunek.

 Robiłam zdjęcia pełni księżyca i nagle nad głową  rozległo się sowie piszczące pandemonium.

Zdjęcia księżyca takie sobie. Robię je zawsze z nadzieją, że tym razem wyjdzie pełnia super. Zdjęcia nie wyszły, ale sówki nagrałam.
 


 Kosy wyprowadziły ostatnie lęgi i teraz pod nogami pełno plączących się podlotów.

Ptaki przestały śpiewać. Wprawdzie od czasu do czasu koncert dają dzwońce lub szczygły, ale to już takie ostatnie trele. 

Też nagrałam, ale wkleję w innym poście.

Rozpoczęły się żniwa. W tym roku spóźnione. Jeszcze nie skoszono rzepaków, a tu już zboże się sypie. Słychać chodzące kombajny. 

Miłego dnia.

 

 

piątek, 23 lipca 2021

Bo była zbyt dobrą sprinterką- o Ewie Kłobukowskiej

Tokio, ach Tokio. Nareszcie odbywają się Igrzyska Olimpijskie, które miały być już rok temu. Wszyscy sportowcy oraz kibice do ostatniej chwili śledzili informacje, czy Japonia potwierdzi, że Igrzyska się odbędą, a kiedy potwierdziła, to w jakim trybie będą przebiegały poszczególne dyscypliny sportowe. Igrzyska Olimpijskie to wielkie sportowe święto, to czas radości, pokojowych zmagań sportowych, to czas triumfu i skrywanych łez porażki.

Ale za kulisami wielkiego sportu nieustająco trwają dramaty sportowców, toczy się walka, ale już nie ta honorowa. Często jest to walka nierówna, a bardzo często przegrywają w niej kobiety.

W 1964 roku  Olimpiada odbywała się również w Tokio. Wtedy to nasze sprinterki zdobyły złoty medal w sztafecie 4X100m. Jedną z nich była Ewa Kłobukowska- jedna z największych naszych sprinterek. W Tokio zdobyła jeszcze brązowy medal na 100 metrów w biegu indywidualnym. A potem... 

„Zostanie wycofana pod pozorem ciężkiej kontuzji”. Jak zniszczono Ewę Kłobukowską

 

Draństwo. Upodlenie. Odarcie z intymności. Z człowieczeństwa. Kiedy złamano Ewie Kłobukowskiej życie, bo chodziło już o to, nie tylko o karierę sportową, lat miała zaledwie 21, a na bieżniach całego świata szybszej od niej nie było. Obawiano się najgorszego. Rehabilitacji mistrzyni olimpijska i rekordzistka świata nie doczekała się do dziś.  

Rok 1967, połowa września, Kijów. Finał lekkoatletycznego Pucharu Europy kobiet.

 Ze wspomnień Teresy Sukniewicz-Kleiber, późniejszej rekordzistki świata w biegu na 100 m przez płotki:

 "Gdy tylko przyjechałyśmy do hotelu, wszystkie polskie lekkoatletki zostały natychmiast zawezwane do kontroli płci. Zgromadziłyśmy się pod drzwiami pokoju, gdzie się to wszystko odbywało. Każda z nas tam kolejno wchodziła, musiała rozebrać się do naga i usiąść na fotelu ginekologicznym rozłożywszy nogi. Wokół nas chodziła bodaj 16-osobowa komisja, przypatrując się anatomicznym szczegółom. O ile pamiętam, do takiej kontroli wzięto jedynie Polki. Wiedziałyśmy już, że to wszystko po to, żeby wyeliminować Ewę, która od lat załatwiała nam zwycięstwo w każdym biegu sztafetowym". 

Kłobukowska do startu dopuszczona nie zostaje. Nie będzie rywalizować z kobietami i już, koniec, kropka.

 Płacze, jest na skraju załamania nerwowego. Koleżanki i trenerzy obawiają się najgorszego, w hotelowym pokoju zamieszkuje z nią zatem Maria Kwaśniewska, 54-letnia wtedy wielka postać światowej lekkoatletyki, brązowa medalistka w rzucie oszczepem igrzysk roku 1936 w Berlinie, miss tamtej imprezy. Zrobione jej wtedy zdjęcie z Adolfem Hitlerem w czasie wojny wykorzysta do ratowania ludzi, wyprowadzając ich z obozu przejściowego w Pruszkowie. Teraz, w Kijowie, jest dobrym duchem reprezentacji. Ewy nie odstępuje na krok. Tłumaczy, że życie nie kończy się na sporcie. Rozmawia, przytula. 

Kłobukowska na bieżni więcej już się nie pojawi. Zostaje zmuszona do zakończenia kariery, zbliżając się do 21. urodzin, kiedy jest najszybsza na świecie.

Tokio 1964- Ewa Kłobukowska wpada na metę. Polki zostają mistrzyniami olimpijskimi.
 

Do kobiecości Kłobukowskiej zastrzeżeń nie było.

 Do szokujących wydarzeń doszło już rok wcześniej w Budapeszcie, tuż przed startem mistrzostw Europy. Do historii przejdą jako "Parada Golasów", choć to określenie oburzające. Nagie stanęły przed komisją medyczną 243 zawodniczki. To tam po raz pierwszy lekkoatletki poddano badaniom ginekologicznym. Do kobiecości Kłobukowskiej zastrzeżeń nie było.

 Wyrok na siebie podpisała prawdopodobnie 4 września 1966 roku o godzinie mniej więcej 16.40. W finale sztafet 4x100 m do rywalizacji jak zawsze ruszała na zmianie kończącej. Znowu zachwyciła, znowu zadziwiła. Pokazała, że niemożliwe w sporcie nie istnieje. Z miejsca ostatniego wyprowadziła Polskę na pierwsze. 

- Rywalki biegły już do mety, a ja jeszcze czekałam na pałeczkę. Gdy ją porwałam, wiedziałam, że muszę wykrzesać z siebie wszystkie siły. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że my możemy przegrać - opowiadała potem w tygodniku "Sportowiec". 

Wykrzesała. Na ostatnich metrach dopadła nawet prowadzącą zawodniczkę z RFN, która wcześniej miała nad nią 10 metrów przewagi. Takiego biegu świat jeszcze nie widział - nikt nigdy na tak krótkim odcinku nie odrobił takiej straty. 

To wtedy szef zachodnioniemieckiego związku lekkoatletycznego Max Danz zaczął szukać sposobu na wyeliminowanie ze świata sportu tej najszybszej z Polek. Badań antydopingowych jeszcze nie było, pozostawało zatem zakwestionowanie kobiecości, czemu przyklasnęli towarzysze radzieccy, bo ich sztafeta od tej biało-czerwonej baty też dostawała. 

Do Budapesztu, na wieść o możliwych badaniach, zawodniczki innych krajów oskarżane o nadmiar męskich hormonów nie pojechały. Kłobukowska tak. Uważała, że nie ma czego się obawiać. Po badaniach sprawa wydawała się być zamkniętą, raz na zawsze.

Tata, inżynier, o bieganiu nie chciał słyszeć.

 Kwiecień 1962. 

Państwo Kłobukowscy nie chcą słyszeć o żadnym sporcie. Regina Morawska, nauczycielka WF-u, przekonuje i przekonuje. Tata, pan Stefan, poważny inżynier, nie zgadza się na to, by jego córka zajmowała się jakimś bieganiem. Mamie, pani Halinie, pomysł też się nie podoba. To prawda, sama jeździła kiedyś na łyżwach, grała w siatkówkę i w tenisa stołowego, ale żeby traktować to aż tak poważnie, poświęcać temu tyle czasu? Nie, nie, nie.

Irena Kirszenstein i Ewa Kłobukowska- na bieżni rywalki, poza nią przyjaciółki
 

Dają się w końcu uprosić i Ewa, mieszkająca w warszawskiej dzielnicy Włochy, jedzie z Morawską do Budowlanego Klubu Sportowego Skra, gdzie trenowaniem młodzieży zajmuje się Józef Iwaniuk. 

Dziewczyną jest nieśmiałą do przesady, skrytą i małomówną. Wstydzi się na stadionie, onieśmielona tymi wszystkimi zawodniczkami i zawodnikami, tak zbudowanymi, tak umięśnionymi, tak skąpo ubranymi. 

Przytakuje - tak, chce tu zostać, chce spróbować. Z nieśmiałością wciąż nie daje sobie rady, na kilka pierwszych treningów odwozi ją zatem pani Regina. Jedzie na obóz do Przesieki, gdzie ze swoją grupą przebywa też Andrzej Piotrowski. Iwaniuk o Ewie już mu opowiadał - że talent nieprawdopodobny, że musi ja zobaczyć. Piotrowski uważnie więc śledzi jej zachowanie.

Przyjmuje Kłobukowską pod swoje skrzydła, ruszają do obóz do Grudziądza. Tam Ewa poznaje starszą o kilka miesięcy Irenę Kirszenstein - później Szewińską - która z Piotrowskim już trenuje. Zaczyna się przyjaźń, choć lata potem Kłobukowska powtarzała, że Irena od początku była dla niej nie tylko wzorem, ale i idolką. Tak, była w nią zapatrzona. 

Trener na jedną i drugą mówi "Mała", inaczej się do nich nie zwraca. 

Kirszenstein o Kłobukowskiej: "W życiu codziennym Ewa okazywała się bardzo koleżeńska, wykazując dużą delikatność w sposobie bycia. Uważałam ją za osobę, na której można polegać. O cokolwiek ją poprosiłam, od razu spieszyła z pomocą". 

Postępy dziewczyny robią piorunujące, dogadują się przy tym bez słów. Jak twierdziła Kłobukowska, atmosfera na treningach była tak wspaniała, że żal było kończyć zajęcia i wracać do domu, gdzie czekało je odrabianie lekcji. Ewa uczyła się w Technikum Ekonomicznym, Irena w Liceum Ogólnokształcącym im. Jarosława Dąbrowskiego w Warszawie.

Ewa Kłobukowska i Irena Kirszenstein (Szewińska) czyli duet K-K w akcji
 

"Tymczasem nasza przyjaźń kwitła - to już wypowiedź Kłobukowskiej. - Muszę przyznać, że bardzo lubiłam Irenę, mająca pogodny, wesoły charakter. Choć tak naprawdę to były dwie różne Ireny. Jedna - w zachowaniu na co dzień, otwarta, zawsze uśmiechnięta, koleżeńska, przyjemna. I druga - w momencie startu skupiona, podekscytowana, wyizolowana z otoczenia już na rozgrzewce". 

Na obozach, jeżeli pokój był dwuosobowy, zawsze mieszkały razem. 

W 1964 obie wystartowały w Warszawie na Stadionie Dziesięciolecia w pierwszych europejskich igrzyskach juniorów. Zbliżał się wylot do Tokio, gdzie miały debiutować w igrzyskach, zaszczepiono je zatem na cholerę. Kłobukowska gorączkowała, nie znosiła tego najlepiej. Nic to - wygrała, na 100 m uzyskała znakomite 11,6. Irena na dystansie dwukrotnie dłuższym rywalki zdeklasowała, co więcej - czasem 23,6 o 0,1 s poprawiła przedwojenny jeszcze rekord Polski Stanisławy Walasiewicz. 

Tak dużych rozmiarów butów w Japonii niestety nie ma.

 Na igrzyska do Tokio w roku 1964, otwierane przez cesarza Hirohito, obie leciały jako 18-latki. Irena przywiezie stamtąd złoto w sztafecie 4x100 m i dwa srebra - na 200 m i w skoku w dal. Ewa do sztafetowego złota dorzuci brąz w stumetrówce. Będą już znane jako Duet K-K, siejący postrach na stadionach jak świat długi i szeroki.

 Do Japonii lekkoatleci ruszyli 1 października, czyli w dniu, w którym Ewa uzyskała pełnoletniość. Po wejściu na pokład samolotu dostała od załogi tort, odśpiewano jej sto lat, życzono sukcesów.

Tokio 1964 finał sztafety 4x100 metrów, Kłobukowska odbiera pałeczkę od Góreckiej
 

W wiosce olimpijskiej na każdego czekał rowerek, by przemieszczać się na nim chociażby na stadion. Kobiety mieszkały w blokach 10-piętrowych, mężczyźni w niższych. Kobiety mężczyzn odwiedzać mogły, mężczyźni kobiet - nie. Taki regulamin.

 Działały kluby muzyczne, gdzie Irena i Ewa regularnie zaglądały w jednym celu - posłuchać niedostępnych w Polsce płyt. Wyskakiwały na zakupy, choć akurat to bywało uciążliwe, bo wśród miejscowych zainteresowanie wzbudzały gigantyczne - głównie wzrostem, górując nad miejscowymi. Kiedy chciały kupić buty, sprzedawczyni bezradnie rozłożyła ręce - tak dużych rozmiarów w Japonii nie było. 

W finale sztafety biegły na torze czwartym. Zaczynała Teresa Ciepły, od niej pałeczkę odbierała Kirszenstein. Na trzeciej zmianie pędziła Halina Górecka. Ewa kończyła, za rywalkę mając Amerykankę Edith McGuire.

 Na metę wpadła pierwsza. Zerknęła na wynik - 43,6 s, rekord świata.

Złotej pałeczki sędziemu nie oddadzą, sprezentują ją Piotrowskiemu, a ten zabierze ją do domu. Po pół wieku przekaże ją MKOl-owi, a ten Muzeum Sportu i Turystyki. Trener opowie potem, że z tamtego finału zapamiętał tylko Polki i Amerykanki, wpatrywał się tylko w te dwie sztafety. Palił papierosa, o którym z nerwów zapomniał, aż poparzył mu palce. Przed dekoracją medalową Kirszenstein wcisnęła mu aparat fotograficzny, prosząc, by zrobił im zdjęcie na podium. Nie zrobił, nie dał rady, poparzone palce wciąż bolały. 

Po powrocie do Polski Ewa z miejsca wróciła do szkolnej ławy, a Irena rozpoczęła rok akademicki, na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego.

 Na obrady nie wpuszczono profesor ginekologii

 Po upokarzających badaniach z roku 1966 w Budapeszcie wybuchł skandal - krajowe federacje wysyłały protesty i słowa oburzenia do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Władze światowego sportu wprowadziły zatem badania chromosomów, przyjmując, że o płci decydują dwa, więc jeśli są to chromosomy XX, to człowiek jest kobietą, jeśli XY - mężczyzną. Nikt nie przejmował się wtedy tym, że natura jest o wiele bardziej skomplikowana. Że sprawa nie jest tak prosta. "Jeśli wierzyć w badania z lat 60-tych ubiegłego wieku, wzięcie pod mikroskop tej najważniejszej kombinacji chromosomowej wykazało, iż w organizmie Ewy stwierdzono układ mozaikowy, bo w części komórek chromosomy decydujące o płci pozostawały jako XX, w części zaś jako XXY. Oficjele IAAF (Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych, dzisiaj World Athletics - red.) stwierdzili potem, że "Kłobukowska ma o jeden chromosom za dużo" - napisał w książce "Prześcignąć swój czas. Kariera Ireny Szewińskiej od kulis" Maciej Petruczenko.

Dekoracja złotych medalistek olimpijskich w sztafecie 4x100 m, Tokio, rok 1964
 

Bugała wyjaśniał, że nagonka na Kłobukowską, ale i na Kirszenstein, zaczęła się już po igrzyskach w Tokio. W niemieckich bulwarówkach pytano "Ewa czy Ewald?". - Były to przypuszczenia całkowicie bezpodstawne i szokujące tych, którzy znali obydwie jako sympatyczne, subtelne, stuprocentowe kobiety - mówi trener. Kiedy po Budapeszcie sprawa wydawała się być zamkniętą, w sezonie następnym, czyli 1967, polska reprezentacja lekkoatletyczna zawitała do Wuppertalu na półfinał Pucharu Europy. Tam - prawdopodobnie z dwiema zawodniczkami z innych krajów - Kłobukowska wywieziona została na kolejne badania. A władze europejskiej federacji na jej start w tym półfinale zgodzić się miały pod warunkiem, że zaraz po nim karierę zakończy w trybie natychmiastowym.

Medalistki olimpijskie na 100 m, ( od lewej): Edith McGuire, Wyomia Tyus, Ewa kłobukowska, Tokio, rok 1964
 

Sport nie miał już wtedy znaczenia - teraz decydowała polityka. Na bieżni ścierały się potężne interesy, daleko poza nią wybiegające. O tym, co się w Wuppertalu działo, w autobiografii napisał Jan Mulak, twórca legendarnego Wunderteamu. Po powrocie z Niemiec wręczył Włodzimierzowi Reczkowi, ówczesnemu przewodniczącemu PKOl-u, wyniki badań Kłobukowskiej, które przekazał mu Danz.

"Ustaliliśmy (w Wuppertalu - red.) następujący scenariusz bezszmerowego zejścia naszej Ewy ze światowej sceny sportowej. Wystartuje ona tu bez przeszkód, a następnie weźmie udział w zbliżającym się meczu kobiet Polska - Wlk. Brytania w Szczecinie. Pobiegnie tam tylko pierwszego dnia, po czym zostanie wycofana pod pozorem ciężkiej kontuzji i w ten sposób pożegna się czasowo z czynnym życiem zawodniczym (...). O tym wszystkim powiadomiłem Ewę i zdawało mi się, że akceptuje ona takie rozwiązanie, które było właściwe dla jej zdrowia psychicznego".

 Mulak dodał, tłumacząc sformułowanie "czasowo", że liczy na szybką zmianę przepisów międzynarodowych, po których Kłobukowska mogłaby wrócić na bieżnię. Pisze, że - zgodnie z ówczesnymi standardami sportowymi - wyniki badań Ewy nie pozwoliły jej zakwalifikować ani jako kobietę, ani jako mężczyznę, chociaż psychicznie i fizycznie jest kobietą. "Był to absurd. Zdecydowano jednak, że byłoby odstępstwem od zasady fair play, gdyby dopuszczono ją do startów z kobietami".

 Kłobukowską na finał Puchar Europy do Kijowa jednak wysłano. Przed podjęciem ostatecznej decyzji w tej sprawie Reczek zadzwonił jeszcze do swojego odpowiednika w ZSRR i otrzymał zapewnienie, że problemów nie będzie. Ewa była szczęśliwa, Bugała wyjazd jej odradzał, bo - jak argumentował - "Rosjanom nie wierzy". 

Miał rację. Komisja, w skład której wchodziło trzech lekarzy z ZSRR i trzech z Węgier uznała, że Kłobukowska do startu dopuszczona nie zostanie. Na obrady nie wpuszczono profesor ginekologii Małgorzaty Serini-Bulskiej, którą do Kijowa wysłał PKOl.

Ewa Kłobukowska w biegu indywidualnym sięgnęła w Tokio po brąz w biegu na 100m.
 

"Do dziś nie została zrehabilitowana"

 Maria Kwaśniewska obiecała Ewie, że nigdy nie będzie publicznie na ten temat rozmawiać. - Powiem tylko, że (...) z niedowierzaniem i wstrętem obserwowałam czołowych dziennikarzy sportowych, jak między sobą mówili otwarcie: "patrzcie, idzie ten Ewa Kłobukowski" - wyznała.

 

W roku 1992 MKOl przyznał, że stosowane przez niego kryterium chromosomowe było błędne. W Barcelonie, w czasie trwających wtedy igrzysk olimpijskich, komunikatu tego wysłuchał Petruczenko. 

- Nikt jednak nie przeprosił Ewy Kłobukowskiej, największej ofiary błędu komisji medycznej MKOl, a przecież zrujnowano jej całe życie. Co gorsza, Ewa nie została do dziś zrehabilitowana. Uważam to za największe naruszenie reguły fair play w historii ruchu olimpijskiego - twierdzi Petruczenko. 

Rekordy Kłobukowskiej skasowano, medale jej pozostawiono. 

Skończyła studia ekonomiczne, pracowała w Przedsiębiorstwie Montażu Elektrowni i Urządzeń Przemysłowych "Energomontaż Północ" oraz jako księgowa w polskiej firmie w Czechosłowacji.

 Rehabilitacji przyjaciółki, uczciwości i przyzwoitości w jej sprawie, chciała Szewińska, MKOl odpowiedział jednak, że potrzebne będą nowe badania. Sama Kłobukowska do sprawy wracać nie zamierza. Mieszka w Warszawie, podupadła na zdrowiu po tym, jak w szpitalu zarażono ją żółtaczką. Wywiadów od kilku dekad konsekwentnie nie udziela, nie uczestniczy też w życiu publicznym, wyjątkowo przyjmując zaproszenia kierowane przez PKOl. Ma 74 lata. 

Rok 1977, "Lekka Atletyka", wywiad Henryka Sozańskiego. "Sport dał mi tylko to, co mógł dać. Radość, medale, zadowolenie, satysfakcję, ciekawe podróże, emocje". To ostatnia wypowiedź Kłobukowskiej dla mediów. 

Korzystałem z książek: "Olimpijki", Anna Sulińska. "Prześcignąć swój czas. Kariera Ireny Szewińskiej od kulis", Maciej Petruczenko.  

Tekst i zdjęcia:

 https://eurosport.tvn24.pl/lekkoatletyka,128/lekkoatletyka-ewa-klobukowska-jak-wybitnej-sprinterce-zlamano-kariere-i-zycie-zostanie-wycofana-pod-pozorem-ciezkiej-kontuzji-igrzyska-olimpijskie,1061241.html

 

 

 

 

wtorek, 20 lipca 2021

O obrzydliwych ślinikach luzytańskich i jeszcze bardziej obrzydliwych ślinikach wielkich

 

Poradziłam sobie z nimi  parę lat temu (chyba 5/6). Nagle pojawiły się w ilości zatrważającej i zaczęły mi zżerać ogród. Były wszędzie. Znajdowałam je na grządkach, trawniku, w lasku, przy oczku wodnym, na schodach do piwnicy, tarasach, pod donicami, pod samochodami, przyklejone do bramek, pełzające po palikach przy krzewach, na pniach drzew... Wszędzie pełno rudych, obrzydliwych, wielkich ślimaków.

 Najpierw zbierałam i rzucałam kurom na podwórko- kury ich jeść  nie chciały. Od sąsiadki dowiedziałam się, że tych ślimaków nawet jej kaczki nie chcą jeść. Chodzi o gatunek ślimaka nagiego- ślinika luzytańskiego, który jest wielki i rudy w kilku odcieniach. FUJ!

Dosyć szybko zdałam sobie sprawę z tego, że pozbierać wszystkich nie dam rady. Znacie to uczucie bezsilności, kiedy po „nocnych” polowaniach, widzicie, że szkodników wcale nie ubyło, a wręcz, zdaje się, przybyło.

 Ponieważ plaga ślimakowa dotknęła wiele ogrodów i upraw, sklepy zaczęły sprowadzać środek ślimakobójczy- niebieskie granulki, które wabią ślimaki i trują je.

Kupiłam i wysypałam tymi granulkami cały, dosłownie cały, areał ogrodowo-leśny. To, co potem zobaczyłam było wstrętne, obrzydliwe. Co kawałek, na ziemi leżał ślimak skurczony, oblany śluzem. Natykałam się  nawet na kilkanaście strutych osobników w jednym miejscu. Potem  powtórzyłam całą akcję z sypaniem granulek jesienią. I od tej pory, przez dwa, trzy lata, nie uświadczyłam tych ślimaków w ogrodzie. Niedawno znowu się pokazały, ale już w małej ilości. Czy zdawałam sobie wtedy sprawę z tego, że truję i inne zwierzęta? Nie, dopiero później zaczęło do mnie docierać, że być może, zaszkodziłam im, mimochodem. Wtedy ratowałam ogród przed zeżarciem i wcale nie żartuję teraz- tych ślimaków było multum, na trawnikach brązowo, a w lasku horror. Właziły nawet na morwę i obżerały liście oraz owoce. Nie bawiłam się w stawianie miseczek z piwem i z innymi „pułapkami”. Najpierw zbierałam do wiaderka, ale nie wiedziałam, co z tymi zbieranymi zrobić (nie topiłam i nie roztłamszałam- nie byłam w stanie), to zdecydowałam się na granulki

Przeczytałam sporo notek, charakteryzujących ślimaki nagie i wszędzie autorzy piszą o ich naturalnych wrogach. Jednak traktują wszystkie ślimaki jednakowo, czyli nie dzielą ich rodziny. A szkoda, bo ślinik luzytański  nie ma u nas naturalnych wrogów:

Niestety ślinik luzytański nie ma u nas naturalnych wrogów – tłumaczy Miketyński. – Choć to kawał mięcha, nie bywa ulubioną potrawą drapieżników ze względu na swoje pomarańczowe ubarwienie. Podobno czasami zjadają je niektóre ptaki i ropuchy – dodaje.” (https://www.czasswiecia.pl/czas_swiecia/7,88348,26339906,wielki-pomaranczowy-slimak-pozera-nawet-male-ptaki.html?disableRedirects=true)

„Jeszcze groźniejsze od pomrowika plamistego są śliniki. Należy tu wymienić przede wszystkim dwa gatunki: ślinika wielkiego o brązowym, brązowo czarnym lub czerwonym zabarwieniu ciała oraz łudząco do niego podobnego ślinika luzytańskiego o zabarwieniu czerwonawym. Obydwa gatunki osiągają wielkość około 15 cm i są bardzo aktywne wiosną. Dlatego im wcześniej zaczniemy z nimi walczyć, tym lepiej. Bardzo ekspansywny jest zwłaszcza ślinik luzytański, przywleczony do krajów Europy Zachodniej pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku z Półwyspu Iberyjskiego. Obecnie zdobywa on coraz więcej stanowisk także w Polsce, głównie na południu kraju. Z poczynionych obserwacji wynika jednak, że ten groźny mięczak może w niedługim czasie opanować także Polskę północną. Sprzyja mu miejscowy brak naturalnych wrogów i sukcesywne ocieplanie się naszego klimatu.” (https://www.mojpieknyogrod.pl/artykul/pelzajaca-plaga-na-grzadkach)

Co zauważyłam w naszym ogrodzie, przez te lata, jeżeli chodzi o ślinika luzytańskiego i ślinika wielkiego- wydaje mi się, że te dwa rodzaje śliników współegzystują, wyżerając wszystko co zielone na ich drodze:

- żywych ślimaków żadne zwierzę nie tyka. Pełza sobie ślimol po trawie, obok skaczą ptaki (kosy, drozdy) i żaden ptak nie jest tym gatunkiem zainteresowany:

- zatrutych ślimaków również żadne zwierzę nie je. Nie sądzę, żeby tego rodzaju padliną zainteresowały się zaskrońce, ponieważ zaskrońce polują tylko na ruszające się zwierzaki (https://www.schronisko.net/art/natura/zaskroniec-zwyczajny/76sk7uwy). Natomiast jeże żywią się padliną tylko w wyjątkowych sytuacjach (http://eko.org.pl/lkp/bociek/2002_2/jeze_tupiace.html). Myślę, że dużą rolę odgrywa tutaj również instynkt zwierzęcia, który każde mu pozostawić zatrutego ślimaka. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że zjedzenie zatrutego ślimaka może zaszkodzić zwierzakowi. Jaka ilość ślimaków jest potrzebna, by np. jeża otruć nawet nie próbuję przewidzieć, ale wydaje mi się, że jeden ślimak mu nie zaszkodzi, a drugiego już nie tknie.

- zatrutych ślimaków nikt nie ruszał. Chodziłam obok nich i nie było widać, by jakieś zwierzę któregokolwiek ruszył. One szybko kurczą się, potem zanikają po kilku dniach.

- od momentu akcji z niebieskimi granulkami, w ogrodzie nadal mieszkały jeże, zaskrońce, żaby i ptaki. Myślę, że żadnego zwierzaka, przy okazji trucia ślimaków, nie zatrułam. Nie wiem, co z myszami lub nornikami, jednak tych nie było by mi żal, bo ryją  pod drzewami, kwiatami i krzakami. Natomiast szkoda było by mi kretów, ale tych akurat jest chyba w nadmiarze, bo co i rusz pojawia się miasteczko kopców w różnych miejscach ogrodu.

- nie znalazłam żadnych padniętych zwierzaków- ogród nie jest znowu taki duży, by padliny nie wyczuć.

Czytam zdanie ekspertów na temat trucia ślimaków i przyjmuję ich argumenty, ale uważam, że jeżeli nie ma innych sposobów, to trzeba granulki sypnąć. Przecież czytam, co ludzie stosują, jakich sposobów się chwytają, by ślimaki zlikwidować- nic na plagę nie pomaga. Jeden ekspert pisze, że trucizna jest niehumanitarna, bo ślimak się męczy, to co jest humanitarne? Wyłapywanie ich i topienie lub miażdżenie?

To, że posadzimy odstraszające rośliny wokół jednych grządek, lub posypiemy wokół nich trociny, nie znaczy wcale, że ślimaki pójdą sobie z ogrodu. One po prostu znajdą inne rośliny do zeżarcia. Ślimolami najmniej bym się przejmowała. Natomiast chciałabym zastosować taki środek, który uskuteczni na amen ślimaki, a ochroni inne zwierzaki.

Nie próbuję stosować żadnych domowych sposobów. Mam pudełko granulek i sypię je po kilka wokół tych roślin, które ślimaki szczególnie lubią i zżerają w pierwszej kolejności. Tak uratowałam aksamitki, ligularię, trytomię. Przesypuję granulkami również kompost (niewielką ilością), tu żadne zwierzę na ślimaka się nie połakomi, a ślimaki nie zdążą znieść jaj.

Jak nie trzeba, to granulek nie sypię.

Teraz naszym ogrodzie spotykam ten gatunek ślimaka dosyć rzadko. Widocznie tamta akcja odniosła skutek na wiele lat.

Nie namawiam do sypania granulek, opisałam, jak sobie poradziłam ze ślinikami luzytańskimi i ślinikami wielkimi, ale każdy sam wybiera rodzaj „walki” z nimi. Oby skuteczny.

A tu jest podobno naturalny sposób  na pozbycie się śliniaków- należy zainwestować i wpuścić do ogrodu kaczki- biegusy indyjskie. (http://hobbydom.pl/kaczki-zjadajace-slimaki/)

Obejrzałam na YT filmiki z kaczkami, zjadającymi rzekomo ślimaki. Nie bardzo mnie te filmy przekonały. Nie widać, czy kaczki jedzą śliniki, czy inne ślimaki.

Miłego dnia


 

PS. Pod podanymi linkami jest więcej informacji na temat tej rodziny ślimaków.