Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

12 sierpnia 2026

Ledwo zdążyłam.

 

No i przeszły te okropne upały. A deszcz? Tylko raz porządnie polało ziemię i znów jest sucho. Co drugi dzień polewam ogród wodą z węża. Trochę pomaga, ale ile można lać tej wody?

Podczas porannego spaceru z Bezą w ogrodzie, słyszę gadulenie wilg, siedzących w koronach brzóz. Czasem samiec gwizdnie, czasem samica zaskrzeczy. Jest połowa sierpnia, niedługo wilgi odlecą. W tym roku udało mi się zrobić tylko parę zdjęć.

 

Nad polami słychać pokrzykiwania myszołowów. Nie widzę ich, bo ta cholerna kukurydza na jednym i drugim polu, ogranicza mi widoczność nawet na niebo. A kukurydza w tym roku jest dorodna, wybujała nad miarę, gęsta, ciemnozielona i wkurzająca mnie na maksa. Będzie sobie tak tkwiła, po obu stronach ogrodu, do listopada. Staram się dostrzegać w jej zieleninie jakieś fajne akcenty. No kwitnie i ma już malutkie kolby, które ozdobione są „wąsami” u góry.


 

Jak byłam dziewczynką, to te wąsy zrywałam i zdobiłam nimi głowy lalek- takie piękne świetliste włosy wtedy miały. Natomiast, na jesień, rwało się kolby z rosnących na polu roślin, ściągało się liście z wierzchołka kolb aż do ich nasady i wiązało całe girlandy, po czym te sznury kukurydziane wieszało się na drutach na stryszku nad oborą, by przeschły przed łuskaniem. Na ogół kolby miały ziarno żółte ale zdarzały się i czerwone oraz lekko fioletowe. Łodygi oraz resztę liści szatkowało się i wrzucało do ocembrowanego zbiornika na kiszonkę. I co? No i deptało się toto, deptało, ugniatało, i znów deptało, aż puściło sok. Tak samo robiliśmy z liśćmi z buraków pastewnych. Wszystkie w tym zbiorniku lądowały po czym znów naszym- dzieci- zadaniem było je jak najbardziej udeptać. A zimą ojciec wyciągał widłami z tego zbiornika paskudnie cuchnącą kiszonkę, którą krowy oraz świnie wcinały z apetytem. I wszystko byłoby super, bo w sumie praca niezbyt męcząca (oprócz tego udeptywania), gdyby nie odbywała się w warunkach późnojesiennych, kiedy podczas wiązania liści palce grabiały od zimna i wszystko trwało czasem po dwie trzy godziny. Obrywanie kolb z łodyg też nie było przyjemne, bo trzeba było przedzierać się między tymi łodygami a kolby ładować do kosza, stawianego na ziemi, który potem, ciężki, niosło się na skraj pola, by wysypać kolby na pryzmę lub na przyczepę.

No i wyszedł mi cały elaborat o kukurydzy. Wcale niezamierzony, ale takie fajne (?) wspomnienie się opisało przy okazji narzekania na zasłaniającą świat kukurydzianą ścianę.

Pszenica na polu za drogą została zżęta. Zdążyli przed ulewą, która była potem.


 


 

Urzekają mnie współczesne nowoczesne maszyny rolnicze. Zrobią na polu wszystko od a do z- zetną, wymłócą, zszatkują słomę, ziarno władują do worów. Kombajny kukurydziane robią to samo z kukurydzą (i kombajny dedykowane zrobią to samo z burakami, ziemniakami, rzepakiem)- ta tak w nawiązaniu do zbierania kiedyś kolb jeszcze na polu i dalszego ciągu prac przy kukurydzy.

Na grządkach Młodych, jak co roku, urodzaj ogórków i fasolki szparagowej. Młoda przyniosła mi kilka misek tych dobroci. Najpierw zrobiłam trzy słoje małosolnych, teraz zrobiłam duży słój i chyba to już koniec. 

Słoiki ogórków z obrazem w tle. Obraz malował jeden ze studentów mojej matki- prowadziła seminaria magisterskie na kierunku plastycznym UŚ. Kolorytu "martwej naturze" dodają płyny do dezynfekcji, które postawiłam podczas pandemii i od tego czasu pozostał mi nawyk dezynfekowania rąk po każdym kontakcie z pieniędzmi.  Kontakt mam częsty, bo przecież mamy sklep.
 

Zrobiłam sałatkę do słoików. Najprostszą z prostych. Pierwszą partię zrobiłam trzymając się ściśle przepisu, dałam wszystkiego po 1/4 z całości. Wyszła za słodka.


 Pierwsza partia słoików. 

 

Drugą partię zrobiłam z połowy składników, podanych w przepisie i nie trzymałam się go ściśle przy doprawianiu. Sałatka wyszła lepsza od pierwszej partii, ale octowa. Ostatnia partię zrobiłam, po prostu, doprawiając na bieżąco, kiedy się „przegryzała”. 

 


Fajne słowo- przegryzała. Do tej partii dałam mniej octu, mnie cukru, (przecier pomidorowy jest słodki, więc po co tak dużo cukru dawać, jak jest w przepisie), więcej pieprzu i papryki oraz więcej oleju. I dopiero ta sałatka tak smakuje, jak lubię- ani za słodka, ani zbyt kwaśna i w dodatku olej też zrobił swoje.

W sumie zrobiłam 14 słoików półlitrowych sałatki ogórkowo-fasolkowej.

 Przepis: 

Zimowa sałatka z ogórków i fasolki szparagowej

Składniki (wyjdzie około 7-8 litrów):

  • 2 kg fasolki szparagowej

  • 2 kg ogórków

  • 0,5 kg cebuli białej

  • 0,5 kg marchwi

  • pół szklanki oleju

  • 1 szklanka octu 10%

  • 500 ml koncentratu pomidorowego 

  • 3 łyżki soli

  • 1,5 szklanki cukru

  • pół łyżeczki pieprzu

  • łyżka słodkiej czerwonej papryki w proszku

Wykonanie:

Fasolkę obrać, umyć i gotować w posolonej wodzie przez 20 minut (musi być miękka ale sprężysta). Ja na tą ilość fasolki do 4 litrowego garnka daje łyżkę soli. Odcedzić, pozwolić jej przestygnąć i pokroić na kawałki o długości 3-4 cm.

Ogórki obrać i poszatkować na cienkie plasterki. Jeżeli ogórki są malutkie, to można zostawić je ze skórką. Marchew obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Cebulę obrać i posiekać w cienkie plasterki.


Wszystkie składniki umieścić w dużym naczyniu – do warzyw dodać cukier, ocet itd. Połączyć ze sobą i zostawić na 1-2 godziny do przegryzienia. Co jakiś czas można przemieszać.

Tak przygotowaną sałatkę nakładać do słoiczków, wlewając także trochę sosu. Zakręcać i pasteryzować przez 10 minut we wrzącej wodzie. Wystawić i chłodne zanieść do spiżarni ?

Ale jak napisałam- ja się nie pieszczę z przepisami- zazwyczaj zmniejszam proporcje, a potem doprawiam zalecanymi przyprawami,  według mojego smaku.  Poza tym, taka sałatka może być bazą, do której można dodawać dowolne składniki np. czerwoną paprykę, koperek, żurawinę, rodzynki, prażone pestki słonecznika itp.

Ja tam się do robienia przetworów nie palę i jak nie muszę, to nie robię. Już nie te czasy, kiedy przetwory robiło się, bo rodzina duża, bo taniej, bo z własnego ogrodu. Dla dwóch osób naprawdę nie warto się babrać, ale nie lubię, jak się żywność marnuje, dlatego teraz przetwarzam ogórki i fasolkę. Część fasolki zamroziłam. Zamroziłam też przetarte ogórki małosolne, które zrobiły się „mocno solne”, czyli kiszone.

Rzutem na taśmę sfotografowałam zaćmienie Słońca. Kompletnie o nim zapomniałam a w dodatku sądziłam, że u nas nie będzie tak spektakularne jak na zachodzie Europy. Gdyby nie Młoda, która ze zdziwieniem zapytała: Nie oglądasz zaćmienia?- przeleciałoby mi koło nosa. Zdjęcie zrobione na końcu naszej uliczki, która opada łagodnie w dół, dlatego Słońce jeszcze mogłam złapać nisko nad horyzontem.

 


Układu planet nie zobaczyłam- było zbyt jasno. Taki układ- planety w jednym rzędzie- widziałam kilka lat temu na nocnym niebie. Chyba nawet zdjęcia na blogu zamieściłam. 

Trwają mistrzostwa Europy w LA oraz turniej tenisowy, w którym Iga nareszcie pokazuje na co ją stać. Prawdziwy maraton sportowy zaliczamy.

Dzisiaj spróbuję zobaczyć spadające gwiazdy.  Na razie niebo jest bezchmurne. 
 

 

05 lipca 2026

Codzienność też jest interesująca.

 

Zrobiło się normalne fajne lato. Temperatura znośna, opady znośne, tylko kwiatów w tym roku mniej.

Udało mi się wykosić trawniki przed deszczem. Aktualnie pada. Kosiłam na wysokich kołach- trawa ma 15 centymetrów- to info. dla tych, co to uważają za grzech śmiertelny koszenie trawników. Na temat koszenia pisałam kilka razy i nie będę do tego wracać. U nas się kosi na wysoko, a tam, gdzie w ogrodzie „dzikie lasy i przestrzenie”, nie wykaszamy oraz zostawiamy bujnie rosnące pokrzywy oraz inne chwasty (najwięcej siewek dzikiej róży i z nią jednak muszę zrobić porządek). Taki mam kaprys i fantazję- niech sobie dla żywiny rozmaitej stanowią dziki mały świat.

Wycięłam przekwitnięte kwiaty- jedne rośliny zakwitną na nowo, inne już zupełnie zakończyły kwitnienie.

Na kopcu rozsączającym zrobił się busz nie do opanowania. Zresztą zostawiam go teraz na dziko i w tym dzikim chaosie jest piękny- różne iglaki, smotrawa, clematis...i gdzieniegdzie dorodne pokrzywy, do których, na razie, nie mogę się przez tę gęstwinę dobrać.

 Bezę przyzwyczailiśmy- jak szczeniaka- do wychodzenia na siusiu. Ona sama już nie czuje, że musi. Idzie nam to coraz lepiej, coraz mniej mokrych śladów. Nie robi już problemów i wchodzi pod prysznic, by jej umyć pupę (z siuśków, kiedy się jej w domu przydarzy), gdy tylko zobaczy, że biorę jej ręcznik. Ona zawsze wchodziła pod prysznic bez oporów, ale przez ostatnie trzy miesiące tylko podstępem ją tam zwabialiśmy. I nie wiemy dlaczego nagle przestała wchodzić do łazienki z własnej woli, i nie wiemy, dlaczego znów to, bez protestu, robi. Może coś jej dokuczało? Coś, co wiązało się z myciem? Ale ja zawsze ją delikatnie tratowałam, spokojnie i woda była ciepła. Ale teraz jest dobrze, mądra Bezunia, bardzo mądra, zawsze szybko się uczyła i robi to nadal.

 Przywieźli piec CO- ogromny grzmot. Na razie stoi na parkingu przykryty plandeką i czeka na montaż. Kiedy to będzie? Ponoć w lipcu, taka była wstępna umowa. Zobaczymy. Już się cieszę na nowy rodzaj grzania- bez czyszczenia pieca, wynoszenia popiołu i tych wszystkich prac przy utrzymywaniu ognia. Nie były one jakoś mocno uciążliwe, ale jednak noszenie opału do piwnicy wymagało wysiłku i czasu. Ten nowy załaduje się raz na dobę i grzeje, wszystko robi automatyka. W starym rozpalałam (ja, bo to lubiłam i wiedziałam co i jak przy nim robić, opał znosili domowi panowie) po południu, a potem piec powoli wygaszał się przez noc. W związku z tym rano i do południa w domu było chłodno. Nowy piec CO będzie trzymał stałą temperaturę, w całym domu, na okrągło.

Rano będzie ciepło. Ja do porannego wychłodzonego domu jestem przyzwyczajona. Zimą, w leśniczówce, kiedy były jeszcze piece, jak się budziliśmy, to w pokoju było nie więcej niż 10 stopni, a wydaje mi się, że czasami (przy wielkich mrozach) mniej. Pamiętam, że ubrania były lodowate i często ubierałam się pod pierzyną, by się nie wychłodzić. W łazience lodowato, bo komu by się chciało rano rozpalać piecyk, w kuchni grzał tylko piec z blachą. Woda do mycia lodowata... no i znam, no i wiem, no i nie chcę tego więcej, ale poranne zimno mi nie straszne. Nawet, kiedy w leśniczówce założono centralne ogrzewanie, to i tak rano było w pokojach chłodno, bo piec nie trzymał temperatury, jak się do niego, co jakiś czas, nie dokładało węgla. Ale już było lepiej.

Najlepiej było, kiedy mieszkaliśmy w bloku. jednak to był blok budowany za komuny i okna w nim były nieszczelne, ciepło szybko uciekało- upychałam w te szpary gazety. Niemnie kaloryfery grzały cały czas.

Oczywiście, że można było dokładać opał w starym piecu CO cały czas, ale po jednym sezonie takiego grzania, poszlibyśmy z torbami. Bardzo drogie jest takie całodobowe grzanie przy starym typie pieca. Opalanie groszkiem w piecu nowej generacji mieści się cenowo w granicach przeciętnych kosztów ogrzewania domu takiego, jak nasz. Każdy inny sposób ogrzewania- pompa (żre prąd), gaz, czy nawet pelet- staje się kosmicznie drogi.

Przyznam się do czegoś, co może niektórych lekko bulwersować- nawet w największe upały, kiedy była taka lampa, że wszystko w mig schło, robiłam suszenie prania w suszarce. Trochę miałam wyrzut, bo... no, wiem, że pranie zdjęte ze sznura pachnie i jest takie podszyte wiatrem, ale to pranie wyjęte z suszarki wcale nie jest gorsze. A wręcz przeciwnie, jeszcze dodatkowo jest miękkie. Zachwycona jestem ręcznikami, kiedy wyjmę je z suszarki- mięciutkie, puchate, pachnące.

Suszenie na sznurze wymaga trzymania, przy wieszaniu każdej sztuki prania, rąk w górze, a tu już mnie kręgosłup nie puszcza. Myślałam, że może tylko pościel będę suszyła na sznurach, ale i na to odeszła mi ochota. I tak sobie myślę, jak to się wszystko zmienia- kiedyś tęskniłam za dobrą pogodą, kiedy będę mogła wywiesić pranie na sznury w ogrodzie, teraz cieszę się, że po dwóch godzinach suszenia, mam wszystko, oprócz prania do prasowania, ułożone w szafach i nie muszę latać do ogrodu. I to niezależnie od pogody- mogę prać kilka prań nawet jak na dworze leje.

Kończą się czereśnie, owoce morwy dojrzewają tylko na jej wierzchołku, a na dole ich, w tym roku, nie ma.

 

Dojrzewają maliny- żółte i czerwone, porzeczki- żółte i czerwone, 




borówki amerykańskie,

 malinojeżyny. 

Owoce porzeczek jeszcze w normie, ale owoce malinojeżyny malutkie i suche. Natomiast owoce borówek twarde i kwaśne. Brak wody daje się we znaki. 
W misce wydaje się ich mało, ale dobry kilogram obrałam.

Ugotowałam  z nich kompot. By przełamać kwaskowaty smak porzeczek oraz by nie był zbyt słodki, dałam tylko dwie łyżki cukru. Taki kompot, wyjęty z lodówki, to pychota w letnie dni. 

Natomiast owoce poziomki indyjskiej są dorodne, wabią swą czerwienią. Ładne są, ale to paskudztwo- bardzo szybko zadarnia ogromne połacie ogrodu, kwitnie malutkimi żółtymi kwiatami, a potem ma takie piękne owoce. Jest jadalna, ma podobno mdły smak, bez aromatu, ale ja wolę nie próbować. Niestety, muszę z tymi poziomkami zrobić porządek- wyrwać i na kompost. 

 Kwitnie katalpa (surmia). Piękna jest jej korona, wyglądająca jakby była oblepiona bitą śmietaną.

Widok z tarasu.



Na dużym tarasie zakwitły dwa amarylisy. 


Iga.... no tak... napisałam, że jakoś nie widzę jej nawet w półfinale. Hmmmm.... jest mi przykro, bo jednak to paskudna porażka, jakby nie było, dobrej tenisistki. Co ja mówię, do pewnego czasu najlepszej... ale ona po, wydałoby się chwilowym, załamaniu formy, powinna grać coraz lepiej. Wszak zmieniła po to trenera, a tu.... ech....Rozmawiamy z Jaskółem o grze różnych tenisistek, o przebiegu meczy, typujemy. Co do Igi jesteśmy zgodni, ale nie będę tu o tym pisać, wszak w Internetach pełno jest znawców wszystkiego. Nie będę się mądrzyć, a jednak nasze spostrzeżenia potwierdza gra Igi. Naprawdę przykre. Smutne jest również to, ze Iga zaczyna zachowywać się na korcie arogancko. I to się powtarza.

Nasz kolega motocyklista „rzeźbi” świetne rzeczy z drutu. Ostatnio głównym motywem jego rzeźb, były szczury. To jednak jest temat na osobny post. Gdzieś w czeluściach zakładki tkwią jeszcze nieopisane do końca Cziczmany, a jeszcze głębiej tkwi niedokończony post o wołoskim skansenie w Rożnowie na Morawach i jeszcze do opisania zloty motocyklowe, na których się „działo”. Świat jest piękny z tą niesamowitą ilością interesujących tematów do poznania oraz, być może, do opisania tutaj. Jednak jako następny, będzie post o damach: białej oraz czarnej- duchach pałacu w Baranowicach.

16 czerwca 2026

Zamiast się zmuszać, lepiej dać sobie spokój.

 

Parking w Nowym Jiczinie- "royalek" Szprychy tuli się do motocykla Stefana.

Miałam wkleić post o następnym ślicznym pałacu, ale uznałam, że dwa pałace, jeden po drugim, mogą się „przejeść”. W końcu nie każdy lubi takie historyczne perełki, nawet jak jest o nich sporo interesujących informacji.

Poza tym... no, kto tu przyjedzie zwiedzić te pałace, no kto? Panie.... taki Rzym, Wenecja, Barcelona i inne wielkie miasta, gdzie zabytków po same uszy, panie, to jest atrakcja, no nie?

I ja to rozumiem, ale po to mamy Internet, by zamieszczać w nim, między innymi, teksty i zdjęcia naszych ”malutkich” zabytków. Ot tak, żeby ludzie wiedzieli, że my też mamy perełki architektury z interesującymi historiami. I to wcale nie gorszymi od tych wielkich światowych. Nasze białe oraz czarne damy, rycerze na czarnych ognistych rumakach, upiory i wampiry zamkowe, na pewno dorównują tym z wielkich zamczysk w różnych stronach świata. A ja na pewno nie chciałabym spotkać ani tych naszych, ani tych obcych na swojej drodze.

No dobra, to teraz dalszy ciąg opowieści motocyklowych- jeszcze ciągle jest nieopisanych kilka zlotów. Trochę info. o moim bziku motocyklowym powtórzę, by się tekst skleił z innymi moimi postami o tej tematyce.

Ja jestem z motocyklem oswojona od bardzo dawna. Moi rodzice mieli małe simsony (motorowery)- mama woziła mnie i brata na takim do przedszkola. Ja też dostałam simsona od dziadka- nie jeździłam na nim, nie zdążyłam, bo mi go buchnięto. Potem miałam chłopaka z WSKą. Jeździłam na WSce razem ze szwagrem- nawet spektakularną wywrotkę zaliczyliśmy. Następnie jeździłam z moim poprzednim mężem- najpierw na Panonii, potem na Kobuzie (WSK). 

Nigdy nie bałam się wsiąść na motocykl, ale rozumiem obawy innych. Jeżdżenie na motocyklu nie jest łatwe ani dla motocyklisty, ani dla plecaczka. Prowadzący musi całe to ustrojstwo trzymać „w pionie”, uważać na plecaczka (dodatkowe obciążenie) i jeszcze jechać zgodnie z zasadami ruchu drogowego. Plecaczek musi „wyczuwać” prowadzącego, umieć składać się przy zaliczaniu zakrętu, nie wychylać się, powstrzymywać od gwałtownych reakcji i w ogóle raczej nie brykać tam z tyłu. W tzw. "napinawych sytuacjach", trzymać  dziób zamknięty i nie komentować, a na pewno nie "doradzać".  Para- motocyklista i plecaczek- musi być zgrana. To jest tak samo, jak w samochodzie- jak nie masz zaufania do kierowcy, ciągle go strofujesz, pouczasz, to lepiej nie wsiadaj, albo po prostu zamknij się. Dla motocyklisty (dla kierowcy samochodu zresztą  też) nie ma nic gorszego, jak tego rodzaju plecaczek. 

Jaskół i Jaskółka na Enfieldzie.

I przesympatyczne małżeństwo- do teraz jeżdżą na motocyklu razem. W całej naszej grupie była jedna motocyklistka, która jeździła jako kierowca (miała pseudo "Szprycha") oraz od 4- 6 pań, które jeździły w charakterze "plecaczka".
 

A tu rodzinnie. Można? Można.

 Przy dłuższej jeździe, na tylnym siodle, zaczyna wszystko „ugniatać”, robi się niewygodnie. Nie zawsze można się zatrzymać wtedy, kiedy ma się potrzebę lub kaprys. Trzeba wytrzymać na dziurawych drogach, trzeba wytrzymać niepogodę, kiedy jest się w trasie. Z boku jazda na motocyklu wydaje się taka ot... jedzie sobie luzak. No a plecaczek to już w ogóle ma super. No i ma, jak to lubi, a ja lubiłam i te wszystkie minusy mi nie przeszkadzały. Czy się bałam? Chyba nie, raczej nie, ale czasem tak- były sytuacje, kiedy drętwiałam na siodełku (choćby wtedy, kiedy nam ogromny pies wystrzelił z pobocza i wpakował się w przednie koło). Ale Jaskół jest obcykany w jeździe na motocyklu i potrafił motocykl opanować w każdej nieciekawej sytuacji. Przynajmniej podczas naszych wspólnych jazd tak było. A mimo to, miał swoje wypadki. 

No dobra, czyli od czasów, kiedy miałam naście lat, motocykle (a jeszcze wcześniej również samochody) bardzo, ale to bardzo mnie kręcą.

Royal Enfield z bocznym wózkiem  w wojskowych barwach. 

 Kiedy okazało się, że nie mogę jeździć, to Jaskół zaproponował zamontowanie do naszego Enfielda bocznego wózka. No wiecie, taki boczny wózek to jest dla niektórych fajna sprawa. Wsiadasz w korytko, nie musisz niczego pilnować, nie musisz „trzymać pozycji”, jak na tylnym siodełku, może trochę się powiercić w trakcie jazdy. Siedzisz sobie wygodnie i nawet zdjęcia, bez ograniczeń, możesz robić – to było kuszące.

 Kolega wiezie w wózku swoją małą córeczkę- dla dziecka to bardzo fajna alternatywa.

A tu ten sam wózek z różowymi akcentami, wszak podróżowała nim mała dziewczynka.

 Z drugiej zaś strony, jazda w wózku sprowadza się do tego, że siedzisz niżej (prawie szorujesz d... po asfalcie), masz z lewej strony, na wysokości twarzy, but motocyklisty, masz z prawej strony migają ci na wysokości oczu słupki drogowe. Widoki? Zapomnij. Co zobaczysz, jak siedzisz dużo poniżej siodełka motocyklowego? Góry? Pola? Jeziora? Guzik, zobaczysz najwyżej źdźbła pszenicy, trawy i łodygi kukurydzy (i to od dołu) albo oddział mrówek, maszerujący poboczem. 

A jak motocykl wyprzedza np. TIRa, to masz na wysokości oczu wysokie, kręcące się z ogromną prędkością, koła tegoż. Wysiadłabym ze strachu podczas jazdy, o ile spaliny z rury wydechowej tego TIRa, nie zabiłyby mnie prędzej. Zdjęcia, bo ręce wolne i nie ograniczają cię plecy motocyklisty? A czego te zdjęcia, na tej wysokości, miałyby być?

Zamontowanie wózka i jazda w nim na chwilę mnie kusiły, ale potem stwierdziłam, że to nie dla mnie.

- No wiesz- powiedziałam do Jaskóła- Ja w wózku? Jak jakaś emerytka boleściwa mam jechać? Never. Naprawdę nie wyobrażałam siebie w takim miejscu i nawet myśl o wspólnych jazdach nie przebiła mojej niechęci do kosza.

A teraz zastanawiam się- teraz, kiedy jest już za późno, kiedy nie ma Enfielda, a do Szerszenia żadnego bocznego wózka nie da się zamontować, czy moje oburzenie było, w tamtej sytuacji, takie a courant.

Kompletnie wtedy zapomniałam, że to nie tylko mój kręgosłup był przeszkodą, ale i inne ważne okoliczności nie pozwalały mi na jeżdżenie na rajdy. Wtedy wózek znaczył dla mnie to samo, co „patrz babo na co ci przyszło, w wózku cię wożą, a nie na siodełku, co za porażka”. Przy czym obiektywnie patrząc na jazdę w wózku bocznym, to raczej są w niej same plusy, a nie minusy i wiele osób wybiera właśnie wózek, a nie tylne siodełko. No, ale jak się ma czasem, nomen omen, „niezdrowe” ambicje, to miewa się i zaćmienia w spojrzeniu na rzeczywistość. Wózka nie kupiliśmy, Enfielda sprzedaliśmy, Jaskół jeździ na Szerszeniu i jest wszystko OK. Tylko mnie czasem szczypnie na wspomnienie tych jazd.

Rozumiem też niechęć i obawy niektórych- nie będą jeździć, bo się boją i chętnie tej drugiej połowie też by zabroniły. Ja się boję wysokości i mam klaustrofobię, ktoś inny ma niechęć do motocykli (zwłaszcza wypasionych i ekstra szybkich). Nigdy nikogo nie przekonywałam na siłę i nadal nie zamierzam tego robić. I dodam- jeśli ktoś się boi, nie jest przekonany, niech raczej zrezygnuje. Nie ma nic gorszego dla motocyklisty od sztywnego ze strachu plecaczka. Nie wszyscy muszą zaliczać na motocyklu kilometry, by komuś coś, albo sobie na siłę udowadniać. Ja nie musiałam i tyle.

Jednak często denerwowały mnie takie gadki: „I ty też jeździsz? A nie boisz się? Ja bym się bała”- fajnie, tylko, że wypowiedziane jest to z takim dosyć złośliwym przekąsem, jakby jazda na motocyklu była czymś nagannym, nieprzystającym kobiecie. Inne: „I tak mu pozwalasz samemu jeździć? A nie boisz się?” i tu nie wiem, czy chodzi o Jaskóła, o jego bezpieczeństwo i zdrowie, czy o dawanie mu zbyt dużej porcji wolności, czy o moje bezpieczeństwo jako żony, bo przecież na tych zlotach samotny motocyklista... no wiecie.. ech... To jest mniej więcej tak samo, jak głupie chore wyobraźnie żon i matek oraz teściowych, które nie chcą puścić chłopa do sanatorium, bo pewnie się tam już w pierwszym dniu puści.

A ja byłam na zlotach i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że przeważnie tym panom motocyklistom tylko jedno wiruje po głowach- motocykle i jazda na nich. Żadne tam panienki... ale... no stop... a tak... Na takich ogromnych zlotach MC, to się rzeczywiście dzieje nieciekawie- wóda, panienki, ostra jazda i ostra muza. Jednak nie będę plotkowała na temat innych zlotów, bo ja wiem tylko to, co na naszych widziałam. Dobre poczciwe dżentelmeńskie towarzystwo. A i żony, narzeczone, i wręcz motocyklistki, też na nich bywały. 

Nigdy nie miałam problemu z zaakceptowaniem motocyklowej pasji Jaskóła i jego samotnych wyjazdów. Bardziej byłabym wkurzona, gdyby siedział w domu i marudził, bo nie wiedziałby, co z sobą począć. Każdy ma swoje pasje, każdy zasługuje na swoją wolność i chwilę wytchnienia od tej drugiej połówki. Zyskujemy na tym oboje.

Różne wózki boczne, zamontowane do klasycznych motocykli Royal Enfield.

 




Zdjęcia z Internetu.

04 czerwca 2026

Jaskół opowiada.

 

Wynik jeszcze nie końcowy- w sumie Jaskół przejechał ponad 80000 kilometrów w ciągu 20 lat.

 Początek.

Wszystkiemu winien jest mój starszy brat Janusz. Odkąd pamiętam, miał zamiłowanie do motocykli: to Iż, to Awok, to jakieś BMW R-35.... . Pamiętam, zabrał mnie kiedyś na przejażdżkę „Wołkiem” do Katowic. Najpierw zatrzymała nas Milicja, bo usłyszeli za duży hałas i chcieli wlepić mandat za brak tłumika, ale jak zobaczyli czym jedziemy, to pooglądali z ciekawością i puścili nas wolno. Całe szczęście, bo gdyby nie ta przerwa w jeździe, to pewnie dupa by mi odpadła. Dopiero wtedy zrozumiałem, co znaczy sztywna rama. Potem brat wyprowadził się na Kaszuby. Na cały rok. Niby to niedługo, ale zmienić można wiele. W ciągu tamtego roku odwiedził mnie kilkakrotnie. Raz przyjechał i mówi, że zamienił motocykl na lepszy. Pytam, co to znaczy, a on na to, że ma angielski motocykl, Ariel jakiśtam. Nowszy od „Wołka”, bo z lat 60-tych.

- To fajnie- mówię- że zmieniłeś. Super tak realizować swoje marzenia.

Okazało się, że zwycięstwo było połowiczne. Motocykl był, a jakby go nie było. Prawnie nie istniał– nie miał papierów. W tym czasie (lata 80-te) pracowałem „blisko” Urzędu Miasta. Poszedłem zarejestrować motocykl na dobrze wyprane papiery ze starego Junaka. Pani z Wydziału Komunikacji, widząc „znajomą” twarz, nie była zbyt dociekliwa i wydała papiery na motocykl, który stał przed Urzędem.

Jak już mówiłem, po roku Janusz wrócił do naszego miasta. I jak to niespokojna dusza, znalazł Nortona. Sprzedał więc Ariela i kupił nowego Anglika. Podobno Ariel był 350, a Norton -500. Jechałem na nim kilka razy w charakterze „plecaczka”. Nie powiem- fajnie było.

Raz jechaliśmy do znajomych 8 grudnia.

On- motocyklista- ubrał się po swojemu- ja, żeby nie zmarznąć, wsadziłem na siebie, co się dało. U znajomych rozebrałem się w przedpokoju i przedpokój się wypełnił na full- ortalion, kufajka, dres, buty po nartach- kompletny asortyment dobrze wyposażonego turysty wysokogórskiego. Fajnie nam się razem jeździło. Pewnego razu, ten wariat, wymyślił coś wybuchowego- znalazł dla mnie motocykl. Piękny, tani......tylko, że w worku. NSU 250.....z kurnika. Nie mam zacięcia technicznego, a tym bardziej do czegoś, czego nie widzę. Zamiast jeździć musiałbym czyścić i składać. Po dwóch miesiącach sprzedałem worek.

Minęło kilka lat. Pracowałem sezonowo na basenie, gdzie mnie, któregoś brat odwiedził. Zrobił to z pompą oraz paradą. W tamtych czasach motocykle 4 suwowe nie były tak popularne, jak teraz. Junak, Avo- pod koniec lat 80.- to jednak była rzadkość. Przeważały MZ-ki, CZ-ki, Jawy. Młodzież przyjeżdżała na basen takimi właśnie motocyklami. Stały na parkingu koło budki, w której sprzedawałem lody i zimne napoje. Nagle zrobiło się cicho na basenie – prawie cały męski ludek wyszedł z wody i zgromadził się przy bramie wyjściowej. Będąc w środku budki, dopiero po chwili, usłyszałem dziwny dźwięk- jakieś dziwne głośne i dudniące „mruczenie”. Okazało się, że takie wrażenie, na płci męskiej, zrobił Norton, wjeżdżający na wolnych obrotach przez bramę obiektu. Wtedy pomyślałem, po raz pierwszy, że w tej miłości do motocykli musi coś być.

Lata mijały. Byłem ojcem 16-latka. Któregoś dnia znalazł w starych szpargałach zdjęcia motocykli.

  • Tatuś, co to?

  • Wiesz, Stryj jeździł takimi motocyklami.....

    Stało się- zaczęły się rozmowy mojego syna z moim bratem.

    Bez mojego udziału, bo mnie motocykle nie interesowały. Po pewnym czasie na biurku w pokoju syna stanął „Wołek” w ramce, po nim Ariel oparty o płot na Kaszubach. Zaczęliśmy kupować „Świat Motocykli”.

W pewnym momencie brat zaczął opowiadać o motocyklu, który wzbudzał jego zainteresowanie (był stałym czytelnikiem „Świata Motocykli.”, „Motocykla”,”Classic Motocycles” i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze).

Oczywiście był to „anglik”, tyle, że produkowany w Indiach. Zachwycał się nim przy każdym naszym spotkaniu. Próbowałem go od tego odwieść:

- Coś Ty, motocykl produkowany w Indiach ?– zapomnij- Co Hindusi potrafią?

A On swoje:

- Technologia angielska, a składany w Indiach to będzie tani.

Patrzyłem na to sceptycznie, ale nie chciałem Mu sprawiać przykrości, cóż mnie do tego, przecież nie kupuję motocykla.

W 2003 roku, w listopadzie, namówił mnie na wyjazd do Zamościa, do człowieka, który jakoby najlepiej znał się na motocyklach, pisał książki i artykuły do „Świata...”, a przy tym był dealerem tego hinduskiego „anglika”. Miałem czas, więc wybrałem się z bratem na wycieczkę- po raz pierwszy od wielu lat wyjechaliśmy gdzieś razem. Warto było. Poznałem nową drogę z Frampola do Zamościa (przez Gorajec zamiast Biłgoraj i Zwierzyniec). Piękna widokowo i krótsza.

Ale, przede wszystkim, poznałem Pana Tomasza. Szczupły, niewysoki, lekko przygarbiony. Pooglądaliśmy motocykle stojące w warsztacie: Royal Enfielda Bullet`a niebieskiego, takiego samego czarnego (ale de Lux) i czerwonego Enfielda sixty five- solówkę. 

 


Nie powiem, prezentowały się imponująco. Pan Tomasz odpalił swoją maszynę, rzeczywiście, głos miała piękny. Ten ton słyszałem kilkanaście lat wcześniej- wydobywał się z Nortona. Jako, że listopad nie należy do gorących miesięcy, poszliśmy na herbatkę. I zaczęło się: Janusz pytał, a Pan Tomasz odpowiadał i opowiadał. Widać było, że wie, o czym mówi. I czynił to z pasją. Siedziałem jak na tureckim... nie- jak na hinduskim kazaniu. Dwa razy o coś zapytałem, zaznaczając, że jestem laikiem, że przyjechałem z bratem do towarzystwa. Nasz rozmówca nie zrażał się i odpowiadał mi równie wyczerpująco, jak Januszowi, tylko bardziej przystępnie (chciał pewnie, żebym rozumiał, co do mnie mówi). Stanęło na tym, że Janusz zamówił jeden egzemplarz motocykla. Miał to być czarny Royal Enfield 500 de Lux, z chromowanymi błotnikami. Zaczynał mi się podobać, ale cóż, był tylko jeden. Wróciliśmy do domu. W grudniu Janusz zadzwonił, że sytuacja finansowa nie pozwala mu na zaliczkowanie motocykla (miał być do odbioru na Wielkanoc). Dałem pieniądze na zaliczkę, coraz częściej myśląc o tym, że jak nie weźmie to może ja... ? Wszystko wyjaśniło się w styczniu. Firma, w której mój brat pracował, zaczęła podupadać. Wiadomo, że ktoś, kto ma na utrzymaniu 5 osób, a w perspektywie utratę pracy, nie kupi motocykla. Stanąłem przed nie lada dylematem. Byłem zdecydowany, ale co na to moja Żona? Rozmowa o zakupie motocykla trwała 3 miesiące. Jestem jej wdzięczny za to, że się zgodziła**. Ale najbardziej zadowolony z tego był mój syn. Miał już 17 lat i w bliskiej perspektywie „prawko” na motocykl. Jednak największy wpływ na moją decyzję miał fakt, który zaobserwowałem kilka lat wcześniej- mój brat po sprzedaży motocykla (warunki ekonomiczne) stał się innym człowiekiem. Stał się zgryźliwy, zgorzkniały i taki szary- po prostu zdziadział. 

 


Nie macie pojęcia, ile radochy daje jazda motocyklem (podobno w drugiej ławce też). Mogę to powiedzieć, bo sam doświadczyłem. Ale wrażenia z jazdy będą potem. Teraz trzymajmy się chronologii. No więc przyspieszony kurs podstawowej obsługi motocykla w Zamościu u Tomasza Sałka i motocykl stanął w Tychach, w biurze firmy, na honorowym miejscu.

Z miejsca stał się sensacją– nikt ze znajomych do tej pory nie jeździł i patrzeli na mnie bardziej z politowaniem niż ze zdziwieniem (zachciało się chłopu na starość). Ale ja mam dopiero 48 lat. Wszyscy czekaliśmy, aż puszczą śniegi. Nareszcie. Za radą Janusza zacząłem naukę jazdy na mało uczęszczanym placyku. Kółeczko na jedynce w lewo- przerwa, jeszcze jedno i znów przerwa. Gdy kółeczka wychodziły już bez podpórki, to zacząłem kręcić w prawo. Potem to samo na dwójeczce. Trzeciego dnia wyjechałem na drogę publiczną. Mały ruch (bo to poza miastem), ale już można było wrzucić trójkę i czwórkę- taka pętla 3,5 km. No to potem dwie w lewo i dwie w prawo. A po tygodniu wyjazd do miasta. Byłem lekko zdenerwowany- co zrobię jak zgaśnie na skrzyżowaniu lub na światłach? No cóż, odpowiadam sobie, zepchnę na pobocze albo na chodnik i odpalę znowu. Tak zrobiłem. Podczas pierwszych jazd rzeczywiście kilka razy zadusiłem silnik. Ale uwierzcie, nikt nie trąbił, nie mrugał światłami i nie pukał się się w czoło. Czekali cierpliwie aż dwa „dziadki” odjadą ze skrzyżowania (mam siwą brodę, kask nie pozwala ocenić dokładnie wieku, a jak wygląda Royal Enfield- każdy wie). Pierwsze jazdy wokół miasta nie przynoszą spodziewanych przyjemności i radości z jazdy. Motocykl jest powolny, czasem kichnie, nie za bardzo przyspiesza. Telefon do Pana Tomasza i już wszystko jasne– ten rocznik trzeba dotrzeć, wyregulować i podczas kolejnych wycieczek trzymać usta zamknięte. Dlaczego? Dobrze wiecie. No więc czekało mnie kolejne zadanie. Wyjazd do Zamościa by wyregulować moto. 400 km dla początkującego jeźdźca, w dodatku samotnie, to już, według mnie, coś. Przedtem jednak był mały test. Jazda do Krakowa i z powrotem miała być namiastką tego, co mnie mogło czekać. Motocykl spisał się znakomicie podczas tej wyprawy. 


 Jadę, zatem, do Zamościa! Spakowałem pełną torbę ciepłych ciuchów (bo maj był zimny) i 22-go wyruszyłem w moją pierwszą poważną podróż motocyklem. Słuchajcie, cudownie– słoneczko świeci po raz pierwszy od tygodnia, a ja sobie powolutku, 60-70/h, pomykam na Wschód. Pierwszy postój u brata w Krakowie- kawka, odpoczynek i dalej do przodu. Następny w Zawidzy (za Osiekiem) przy trasie sandomierskiej- obiad. W lesie jest Zajazd pod Dębami, gdzie można dobrze i tanio zjeść- polecam. Słoneczko dalej świeci. Mijam Tarnobrzeg, Stalową Wolę, Nisko i kieruję się na Janów Lubelski. Na podróż motocyklem piękna trasa– mały ruch i dużo lasów po drodze. Z Janowa na Frampol, Biłgoraj (wizyta na cmentarzu u Dziadków i pod Pomnikiem Katyńskim) i przez Szczebrzeszyn do Zamościa. Skończył się piątek a wraz z nim dobra pogoda. W sobotę zaczęło padać- temperatura spadła do +10 stopni. Niestety mam tylko 2 dni wolne– jeden na przegląd motocykla, drugi na powrót do domu. Wbijam się w ciepłe ciuchy i zasuwam do warsztatu Tomasza Sałka. Pan Tomasz to chodząca encyklopedia wiedzy o jednośladach. I chyba pasjonat przez duże „P”. Przegląd przebiega bardzo sprawnie: wymiana oleju, filtra, regulacja gaźnika, zapłonu, rzut oka na sprzęgło. Wszystko gra. Jadę do Hrubieszowa odpocząć przed powrotem do domu. Trzeba wyjechać rano, bo nie wiadomo, co może cię spotkać po drodze. Poranek wita mnie słoneczkiem. Gęba mi się uśmiecha na ten widok, jednak uśmiech zamiera, gdy patrzę na termometr- +6 stopni. Dobrze, że na plusie, nie? (tego dnia wieczorem- po powrocie do domu - stwierdziłem, że motocykl to zabawka dla twardych mężczyzn). Ale komu w drogę.... . Pakuję na siebie wszystko, co mam w torbie: podkoszulek, drugi z długim rękawem, koszulę flanelową i wełniany golf. A na to wszystko „skórę”. Wyglądam i poruszam się jak Ludzik „Michelin”. Ale co mi tam, na motocyklu nie będę biegał, to się nie spocę. Naiwny, siedzisz prawie bez ruchu, to marzniesz i kwita. Motocykl, po przeglądzie, jakiś taki żwawszy, lżejszy, bardziej „wyrywny” do jazdy. Tak jakby cieszył się razem ze mną, że już mu więcej wolno. Ma rację, jedzie się przepysznie. Pierwsze 70 km to poezja. Słońce świeci, „0” ruchu, bo to niedziela rano, a ja sobie jadę. Beztrosko. Miał rację kochany braciszek, że na motocyklu zapomnę o troskach i zmartwieniach – rzeczywiście tak było. Ale tylko częściowo. W Szczebrzeszynie skręcam na Frampol, droga tam wiedzie przez piękną widokowo okolicę. Nie patrzę na mapę, ale mam wrażenie, że to granica pomiędzy Roztoczem a Wyżyną Lubelską. I to wszystko, co było piękne w tym dniu. Zaczyna padać deszcz, a ja w szczerym polu. Do Frampola jakieś 10 km. Nie ma się gdzie schować więc pcham do przodu. Zrobiło się zimno jak jasna cholera. Dojeżdżam do Frampola i „dokuję” na Petrochemii. Ciepło, sucho – pierwszy raz zauważam, że na stacji benzynowej może być tak pięknie. Zrzucam z siebie 2 wierzchnie warstwy i zamawiam 3 herbaty. Boski napój! Po pół godzinie jestem gotów do dalszych zmagań z naturą. Rozgrzany i pokrzepiony wychodzę na słoneczko. Pięknie, ale krótko. Do Janowa Lubelskiego dojeżdżam w beztroskim nastroju. Ale w drodze do Niska (droga piękna, szeroka) znowu zaczyna padać. Teraz muszę uważać na złośliwość kierowców jadących z przeciwka. Na drodze potworzyły się kałuże i jadący z przeciwka wjeżdżając w taką kałużę, robi falę, która może mnie przewrócić. Jadę więc wolniej i prawie poboczem. Deszcz na szczęście ustaje i mogę jechać spokojniej. Ale pogoda nadal nie sprzyja motocyklistom- wieje silny i zimny wiatr. W takiej atmosferze mijam Nisko, Stalową Wolę i Tarnobrzeg. Pora zatankować. Zapomniałem powiedzieć, że jadąc na przegląd (powoli i bez zrywów- 60-65km/h), mój motocykl spalił 2,45 l/100km. No więc dojeżdżam do Łoniowa i skręcam na stację benzynową. Uzupełniam paliwo, idę do kasy. Wiatr jest tak silny, że przewraca motocykl. Pracownik na stacji mówi, że od kilku lat nie było tak silnego wiatru. Pociechą dla mnie jest, że za parę chwil znowu wjadę do Zajazdu Pod Dębami w Zawidzy. Przerwa w podróży to oddech i w tym wypadku gorący obiad. Po godzinnym odpoczynku w „ciepełku”, pełen optymizmu, ruszam w dalszą drogę. Do domu pozostało mi tylko 230 km. Czyli połowa już za mną. I znowu, tak jak rano, świeci słońce, z tą jednak różnicą, że teraz nie ma wiatru. Radość moja nie trwa jednak długo. Po kilkunastu kilometrach tak zaczyna lać tak mocno, że nie zastanawiając się wjeżdżam pod parasole restauracji, w której odbywało się przyjęcie komunijne. Za zdjęcia dzieci na motocyklu, jestem częstowany gorącą herbatą i ciasteczkami. Podbudowany psychicznie i fizycznie wykonuję długi skok do Krakowa. Tam znowu gorąca kawa na stacji benzynowej (bodajże na ul. Włóczków) i ostatni już etap mojej podróży do Tychów. Muszę stwierdzić, że podróż ta była moim chrztem bojowym. Przyznaję, że zmarzłem w tym dniu jak cholera. Dwa razy zsiadałem z maszyny tylko z tego powodu, aby z niej nie spaść. Ale było to cenne doświadczenie– Polska to nie Kalifornia ani Floryda– pogoda bywa u nas różna i teraz, po kilku miesiącach użytkowania motocykla, mogę stwierdzić, że jazda w złych warunkach już mnie nie przeraża, bo to doświadczenie mam już za sobą. Zaopatrzyłem się tylko w akcesoria niezbędne do podróżowania przy różnej pogodzie. Teraz– po zakończeniu sezonu motocyklowego– mojego pierwszego!- mogę powiedzieć, że wdzięczny jestem bratu, iż namówił mnie na tę przygodę. (A tak między nami – mój sezon jeszcze się nie skończył. W suche dni wyjeżdżam na krótkie, kilkudziesięciokilometrowe przejażdżki). JEST WSPANIALE 


Historia w obrazkach.
Zamieściłam teraz tylko kilka zdjęć, bo w postach o naszych rajdach będzie ich sporo.

** Ówczesna żona, ja nie miałabym w ogóle oporu, a wręcz piałabym z zachwytu- taki piękny motocykl, to co to za wahanie się.

26 maja 2026

Spojrzenie wstecz.

 

Od paru dni zastanawiam się nad tym, w jaki sposób opisywać nasze zloty motocyklowe. Parę już opisałam- zlot w Sztramberku oraz dwa u nas, ale tych zlotów było sporo, a ja czuję niedosyt w ich przedstawianiu. I chciałabym, by to, co piszę było interesujące, wciągające. 

Oczywiście, że opiszę tylko te zloty, w których brałam udział. Chodzi głównie o długie zloty, trwające od piątku do niedzieli- były one organizowane na Roztoczu oraz organizowane przez nas tutaj, na Ziemi Cieszyńskiej. Robiliśmy z Jaskółem również krótkie wypady, takie jednodniowe i one też są warte opisania. Jaskół jeździł i nadal jeździ na zloty organizowane przez kolegów w różnych częściach kraju. W sumie, jako plecaczek, przejeździłam pięć lat. Później się to skończyło. Pisałam już o moim kręgosłupie, który, niestety, nie pozwala mi na jazdę na motocyklu, ale i inne przyczyny, ważne przyczyny (chora matka, wymagająca stałej opieki, małe szczenię, sklep, który wtedy musiał jeszcze codziennie funkcjonować), spowodowały, że na motocykl mogłam i teraz też mogę sobie tylko popatrzeć i westchnąć do wspomnień.

A te są wspaniałe i dużo ich, bo dużo się na zlotach działo, bardzo dużo. Każdy z nich wymaga kilku postów, aby cały opisać wraz z fajnymi i niefajnymi chwilami, wrażeniami, by poczuć atmosferę, klimat tych motocyklowych spotkań.

Wiele rzeczy muszę sobie przypominać, porządkować zdjęcia, kolejność wydarzeń, drogę tam i z powrotem. Muszę przypomnieć sobie, kto na tych zlotach był, jak się zmieniały motocykle i priorytety zlotowe. Tak priorytety, bo formuła organizowanych przez nas zlotów tutaj, była prosta- trochę zwiedzania, dużo jazdy na motocyklach po fajnym terenie. Natomiast formuła zlotów na Roztoczu ewaluowała w stronę- mało jazdy, dużo zwiedzania. I program II zlotu, w tamtych stronach, był wręcz przeładowany. Nie narzekam, jednak taka ilość miejsc do zobaczenia spowodowała, że wszystko robiliśmy pod presją czasu. Na szczęście III i IV zloty pod tym względem były już o wiele spokojniejsze.

Do czego najbardziej tęsknię? Ano do atmosfery, jaka na naszych spotkaniach panowała. Była ona oparta na spontanie, uważności, serdeczności, oraz wzajemnym zaufaniu. W czasach, kiedy motocykle nie były jeszcze w takiej masie kupowane jak teraz, a modne były głównie ścigacze oraz grupy motocyklowe zarejestrowane w MC, naszą grupę, oprócz miłości do motocykla marki Royal Enfield, cechowało ogromne koleżeństwo (mimo czasem sporych różnic wieku) oraz chęć spotykania się, by wspólnie pojeździć.

No tak, tak było, a Jaskół, który corocznie spotyka się na zlotach z częścią tych ludzi (dochodzą nowi, ale już na różnych motocyklach), twierdzi, że już nie ma takiej atmosfery jak kiedyś. Owszem, jest koleżeńskość, ale brakuje tego czegoś, no nie wiem, jak to nazwać, chyba brakuje w nich Spiritus fraternitatis- ducha braterstwa, a może Spiritus communitatis- ducha wspólnoty?

Po prostu stara gwardia się wykrusza- część sprzedała Enfieldy, część choruje, w ogóle nie jeździ (SKS panie, SKS), paru zmieniło zainteresowania, już ich jazda na motocyklu nie rajcuje.

No trudno, nic nie jest wieczne, ale wspomnienia zostały, świetne wspomnienia i myślę, że warto je przelać na blog.

I jeszcze trochę o tym, jak zaczęła się cała historia zlotów. To, co teraz napiszę, to są wspomnienia Jaskóła. On kiedyś motocyklami interesował się średnio. Jego brat miał motocykle, zmieniał je co jakiś czas, a jego miłością były motocykle angielskie. Jaskół zrobił prawo jazdy na motocykl i na tym się jego zainteresowanie tymi pojazdami na długi czas skończyło. Owszem, podziwiał pasję brata, podziwiał jego maszyny, ale sam nie miał ochoty na coś takiego. W 2004 roku brat oznajmił, że ma na oku fajny angielski motocykl, jedzie go zobaczyć do Zamościa i zaprosił Jaskóła na wspólną wycieczkę. Motocykl obejrzeli, brat zdecydował się go kupić, ale coś mu się w życiu finansowo spaskudziło- musiał z kupna zrezygnować. Jaskółowi żal zrobiło się takiej fajnej maszyny- klasyk o pięknej linii, na kopa- czemu nie spróbować? No i tak kupił motocykl marki Royal Enfield. A potem już poleciało. Ponieważ Jaskół uznał, że to fajny motocykl oraz warto go popularyzować, pojechał do importera i podjął się sprzedawać te maszyny tutaj na Śląsku. Udało mu się sprzedać w jednym roku 3 motocykle. Tak powstał zalążek grupy miłośników motocykla tej marki. Mój mąż ma zdolności marketingowe, toteż wymyślił, że organizowanie rajdów dla posiadaczy tych pojazdów, będzie doskonałym sposobem na reklamę, a tym samym na podniesienie ich sprzedaży. Trzeba pamiętać, że w połowie dziesięciolecia XXI wieku, motocykli było stosunkowo mało i mało było różnych marek. A jak były, to były te najbardziej znane- Moto Guzzi, Harleye, „japońce”. Royal- Enfield to było coś nowego na rynku- ruszyła jego sprzedaż w całej Polsce. Jaskół miał umowę z Importerem, który go informował gdzie sprzedano każdy motocykl. Potem Jaskół nawiązywał kontakt z tymi ludźmi i tak zaczęła się rozrastać grupa miłośników tej marki. Każdego roku motocykliści przyjeżdżali na zlot, który organizował Jaskół (noclegi, wyżywienie, wycieczka w teren). Baza zlotowa była wówczas w Tychach. Kiedy Jaskół przyprowadził się do naszego domu, zloty przeniósł na ten teren. Potem spotkania royalistów zaczęli organizować inni motocykliści i tak każdego roku grupa (cyklicznie) zalicza spotkanie w różnych miejscach Polski. Średnio takich zlotów jest pięć. Jaskół założył również prywatną stronę internetową dla royalistów- Forum działa do dziś. Tam motocykliści mają możliwość podyskutować w różnych tematycznie działach.

Ja o mojej miłości do motocykli już pisałam- tak spotkały się dwa „waryjoty”, które pokochały ten piękny motocykl oraz motocyklowe wyprawy w teren.

No i na koniec powiem tak- wprawdzie w znanym powiedzonku to Niemiec płakał „jak go sprzedawał”, ale kiedy sprzedawaliśmy naszego Enfielda, to ja ryczałam i długo nie mogłam się z jego sprzedażą pogodzić. W sumie to jeszcze teraz mam ucisk na duszy, jak sobie przypomnę jego wygląd i ten kosmiczny klang to... ech..... Po 20 latach wzajemnej miłości- nasz się stosunkowo mało psuł- ze względów zdrowotnych, musieliśmy ten wspaniały motocykl, sprzedać.

Co jeszcze należy dodać? Ano to, że nasz Enfield produkowany był już w Indiach, ale jeszcze na podzespołach i w technologii angielskiej, potem, kiedy skończyła się angielska licencja, Hindusi zaczęli produkować swoje Enfieldy. Teraz trzepią masową produkcję, zmieniając często dizajn motocykla- jego piękny klasyczny wygląd dużo stracił. No i są na wtrysk (guziczek)- gdzież ten wymóg kopa, który stawiał motocyklistę przed dosyć trudnym zadaniem, ale stwarzający przeżycie przygody- zapali za pierwszym kopem, czy nie zapali. Te nowe modele cieszą się dosyć dużym powodzeniem w naszym kraju.

A Jaskół? No cóż był jednym z pierwszych popularyzatorów tej marki. W grupie został nazwany Komandorem, a kiedy sprzedaliśmy nasz motocykl, jeden z kolegów stwierdził: „Skończyła się pewna epoka”. I to jest fakt- skończyła.

Zaraz po kupnie.


 

No i jeszcze trochę o mnie w tej całej historii muszę jednak opowiedzieć. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz Enfielda normalnie zdębiałam- tak pięknego motocykla „na żywo” nigdy nie widziałam. I moja miłość do tej maszyny była dosłownie „od pierwszego spojrzenia”. Pierwsze jazdy zaliczyłam w normalnych ciuchach i w nowym kasku, bo ten od razu kupiliśmy, kiedy Jaskół upewnił się, że będę z nim jeździła. Kask powinien mieć spuszczaną szybę (uderzenie owada w twarz, przy dużej prędkości, jest bardzo bolesne, oczy też są tym zagrożone) i blendę. Nasi znajomi zainstalowali sobie interkom- my doszliśmy do wniosku, że każde z nas ma prawo do indywidualnego przeżywania jazdy i gadanie podczas niej, jest nam niepotrzebne.

Potem przyszła kolej na ciuchy ekstra motocyklowe oraz motocyklowe buty. Kurtka i spodnie ze specjalnymi wkładkami i z podpinkami, doskonale sprawdziły się podczas jazdy, zarówno w deszczu, tak i w upałach. Podczas upału po prostu wypinałam podpinki a pod spód ubierałam tylko lekkie rzeczy. Wierzcie mi, na motocyklu, w czasie jazdy, szybciej się zmarznie niż przegrzeje. Na plecach kurtek mamy naszywkę z napisem.

 Buty tylko raz mi przemokły, kiedy jechaliśmy podczas ulewy- i przemokły tylko dlatego, że wyprzedzające nas samochody ciągnęły za sobą fontanny wody na wysokości naszych stóp. Odpowiednie ubranie motocyklowe jest konieczne ze względu bezpieczeństwa. Nigdy też nie odważyłam się jeździć bez skórkowych rękawic- jeżeli ktoś widział zdartą skórę na dłoniach, ten przyzna mi rację, że taka ochrona jest potrzebna podczas każdej jazdy.

Motocykl zaliczył kilka przeróbek, ale nie naruszyło to jego ogólnego, klasycznego wyglądu.

Musieliśmy w naszym Enfieldzie podnieść tylne podnóżki oraz kolega dospawał, specjalnie dla, mnie oparcie. Potem były próby z siodłami, jednak tego ekstra dla mnie zrobionego już nie zdążyłam przetestować- uraz kręgosłupa był szybszy.

A w następnym poście będzie dokładna relacja Jaskóła o tym, jak dał się wciągnąć w przygodę z motocyklem, na punkcie którego oszalał- trwało to 20 lat.

Ja to napisałam tak płyciutko, ale jego wspomnienie ze szczegółami, warto przeczytać.

Trochę Indii- tam Enfieldy traktowane są jako narzędzie do przemieszczania się i wożenia dosłownie wszystkiego. Jest to tam popularny środek transportu, który wjedzie nawet na wysokie góry "bez zadyszki", a jest tak skonstruowany, że może go naprawić uliczny "mechanik" za pomocą śrubokręta i młotka. Mieć w Indiach Enfielda oznacza pewną nobilitację. 

Czwórka na Enfieldzie