Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

05 lipca 2026

Codzienność też jest interesująca.

 

Zrobiło się normalne fajne lato. Temperatura znośna, opady znośne, tylko kwiatów w tym roku mniej.

Udało mi się wykosić trawniki przed deszczem. Aktualnie pada. Kosiłam na wysokich kołach- trawa ma 15 centymetrów- to info. dla tych, co to uważają za grzech śmiertelny koszenie trawników. Na temat koszenia pisałam kilka razy i nie będę do tego wracać. U nas się kosi na wysoko, a tam, gdzie w ogrodzie „dzikie lasy i przestrzenie”, nie wykaszamy oraz zostawiamy bujnie rosnące pokrzywy oraz inne chwasty (najwięcej siewek dzikiej róży i z nią jednak muszę zrobić porządek). Taki mam kaprys i fantazję- niech sobie dla żywiny rozmaitej stanowią dziki mały świat.

Wycięłam przekwitnięte kwiaty- jedne rośliny zakwitną na nowo, inne już zupełnie zakończyły kwitnienie.

Na kopcu rozsączającym zrobił się busz nie do opanowania. Zresztą zostawiam go teraz na dziko i w tym dzikim chaosie jest piękny- różne iglaki, smotrawa, clematis...i gdzieniegdzie dorodne pokrzywy, do których, na razie, nie mogę się przez tę gęstwinę dobrać.

 Bezę przyzwyczailiśmy- jak szczeniaka- do wychodzenia na siusiu. Ona sama już nie czuje, że musi. Idzie nam to coraz lepiej, coraz mniej mokrych śladów. Nie robi już problemów i wchodzi pod prysznic, by jej umyć pupę (z siuśków, kiedy się jej w domu przydarzy), gdy tylko zobaczy, że biorę jej ręcznik. Ona zawsze wchodziła pod prysznic bez oporów, ale przez ostatnie trzy miesiące tylko podstępem ją tam zwabialiśmy. I nie wiemy dlaczego nagle przestała wchodzić do łazienki z własnej woli, i nie wiemy, dlaczego znów to, bez protestu, robi. Może coś jej dokuczało? Coś, co wiązało się z myciem? Ale ja zawsze ją delikatnie tratowałam, spokojnie i woda była ciepła. Ale teraz jest dobrze, mądra Bezunia, bardzo mądra, zawsze szybko się uczyła i robi to nadal.

 Przywieźli piec CO- ogromny grzmot. Na razie stoi na parkingu przykryty plandeką i czeka na montaż. Kiedy to będzie? Ponoć w lipcu, taka była wstępna umowa. Zobaczymy. Już się cieszę na nowy rodzaj grzania- bez czyszczenia pieca, wynoszenia popiołu i tych wszystkich prac przy utrzymywaniu ognia. Nie były one jakoś mocno uciążliwe, ale jednak noszenie opału do piwnicy wymagało wysiłku i czasu. Ten nowy załaduje się raz na dobę i grzeje, wszystko robi automatyka. W starym rozpalałam (ja, bo to lubiłam i wiedziałam co i jak przy nim robić, opał znosili domowi panowie) po południu, a potem piec powoli wygaszał się przez noc. W związku z tym rano i do południa w domu było chłodno. Nowy piec CO będzie trzymał stałą temperaturę, w całym domu, na okrągło.

Rano będzie ciepło. Ja do porannego wychłodzonego domu jestem przyzwyczajona. Zimą, w leśniczówce, kiedy były jeszcze piece, jak się budziliśmy, to w pokoju było nie więcej niż 10 stopni, a wydaje mi się, że czasami (przy wielkich mrozach) mniej. Pamiętam, że ubrania były lodowate i często ubierałam się pod pierzyną, by się nie wychłodzić. W łazience lodowato, bo komu by się chciało rano rozpalać piecyk, w kuchni grzał tylko piec z blachą. Woda do mycia lodowata... no i znam, no i wiem, no i nie chcę tego więcej, ale poranne zimno mi nie straszne. Nawet, kiedy w leśniczówce założono centralne ogrzewanie, to i tak rano było w pokojach chłodno, bo piec nie trzymał temperatury, jak się do niego, co jakiś czas, nie dokładało węgla. Ale już było lepiej.

Najlepiej było, kiedy mieszkaliśmy w bloku. jednak to był blok budowany za komuny i okna w nim były nieszczelne, ciepło szybko uciekało- upychałam w te szpary gazety. Niemnie kaloryfery grzały cały czas.

Oczywiście, że można było dokładać opał w starym piecu CO cały czas, ale po jednym sezonie takiego grzania, poszlibyśmy z torbami. Bardzo drogie jest takie całodobowe grzanie przy starym typie pieca. Opalanie groszkiem w piecu nowej generacji mieści się cenowo w granicach przeciętnych kosztów ogrzewania domu takiego, jak nasz. Każdy inny sposób ogrzewania- pompa (żre prąd), gaz, czy nawet pelet- staje się kosmicznie drogi.

Przyznam się do czegoś, co może niektórych lekko bulwersować- nawet w największe upały, kiedy była taka lampa, że wszystko w mig schło, robiłam suszenie prania w suszarce. Trochę miałam wyrzut, bo... no, wiem, że pranie zdjęte ze sznura pachnie i jest takie podszyte wiatrem, ale to pranie wyjęte z suszarki wcale nie jest gorsze. A wręcz przeciwnie, jeszcze dodatkowo jest miękkie. Zachwycona jestem ręcznikami, kiedy wyjmę je z suszarki- mięciutkie, puchate, pachnące.

Suszenie na sznurze wymaga trzymania, przy wieszaniu każdej sztuki prania, rąk w górze, a tu już mnie kręgosłup nie puszcza. Myślałam, że może tylko pościel będę suszyła na sznurach, ale i na to odeszła mi ochota. I tak sobie myślę, jak to się wszystko zmienia- kiedyś tęskniłam za dobrą pogodą, kiedy będę mogła wywiesić pranie na sznury w ogrodzie, teraz cieszę się, że po dwóch godzinach suszenia, mam wszystko, oprócz prania do prasowania, ułożone w szafach i nie muszę latać do ogrodu. I to niezależnie od pogody- mogę prać kilka prań nawet jak na dworze leje.

Kończą się czereśnie, owoce morwy dojrzewają tylko na jej wierzchołku, a na dole ich, w tym roku, nie ma.

 

Dojrzewają maliny- żółte i czerwone, porzeczki- żółte i czerwone, 




borówki amerykańskie,

 malinojeżyny. 

Owoce porzeczek jeszcze w normie, ale owoce malinojeżyny malutkie i suche. Natomiast owoce borówek twarde i kwaśne. Brak wody daje się we znaki. 
W misce wydaje się ich mało, ale dobry kilogram obrałam.

Ugotowałam  z nich kompot. By przełamać kwaskowaty smak porzeczek oraz by nie był zbyt słodki, dałam tylko dwie łyżki cukru. Taki kompot, wyjęty z lodówki, to pychota w letnie dni. 

Natomiast owoce poziomki indyjskiej są dorodne, wabią swą czerwienią. Ładne są, ale to paskudztwo- bardzo szybko zadarnia ogromne połacie ogrodu, kwitnie malutkimi żółtymi kwiatami, a potem ma takie piękne owoce. Jest jadalna, ma podobno mdły smak, bez aromatu, ale ja wolę nie próbować. Niestety, muszę z tymi poziomkami zrobić porządek- wyrwać i na kompost. 

 Kwitnie katalpa (surmia). Piękna jest jej korona, wyglądająca jakby była oblepiona bitą śmietaną.

Widok z tarasu.



Na dużym tarasie zakwitły dwa amarylisy. 


Iga.... no tak... napisałam, że jakoś nie widzę jej nawet w półfinale. Hmmmm.... jest mi przykro, bo jednak to paskudna porażka, jakby nie było, dobrej tenisistki. Co ja mówię, do pewnego czasu najlepszej... ale ona po, wydałoby się chwilowym, załamaniu formy, powinna grać coraz lepiej. Wszak zmieniła po to trenera, a tu.... ech....Rozmawiamy z Jaskółem o grze różnych tenisistek, o przebiegu meczy, typujemy. Co do Igi jesteśmy zgodni, ale nie będę tu o tym pisać, wszak w Internetach pełno jest znawców wszystkiego. Nie będę się mądrzyć, a jednak nasze spostrzeżenia potwierdza gra Igi. Naprawdę przykre. Smutne jest również to, ze Iga zaczyna zachowywać się na korcie arogancko. I to się powtarza.

Nasz kolega motocyklista „rzeźbi” świetne rzeczy z drutu. Ostatnio głównym motywem jego rzeźb, były szczury. To jednak jest temat na osobny post. Gdzieś w czeluściach zakładki tkwią jeszcze nieopisane do końca Cziczmany, a jeszcze głębiej tkwi niedokończony post o wołoskim skansenie w Rożnowie na Morawach i jeszcze do opisania zloty motocyklowe, na których się „działo”. Świat jest piękny z tą niesamowitą ilością interesujących tematów do poznania oraz, być może, do opisania tutaj. Jednak jako następny, będzie post o damach: białej oraz czarnej- duchach pałacu w Baranowicach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.