Taki gość wprosił nam się do sypialni. Pisałam już, że powoli mieszkańcy ogrodu wyprą nas nawet z domu. Sikora latała po pokoju, potem siadła na parapecie. Więcej zdjęci nie robiłam, by jej jeszcze bardziej nie sfrustrować.
Cały miniony tydzień był „aktywny”. Najpierw szybkie ogarnianie ogrodu przed zapowiedzianymi deszczami, a w piątek i w sobotę wyjazdy (takie troszkę "na wariata").
W środę spadło tyle deszczu, co normalnie przez miesiąc się sumuje. Istne deszczowe szaleństwo. We wszystkich rowkach odwaniających wody na full. Na dole ogrodu, w rowku, wartki strumień. Lało, wiało, burze chodziły dokoła, ale ani jedna o nas nie zahaczyła. Pod naporem gwałtownych strumieni wody z góry, krzewy się przygięły, kępy kwiatów „rozpizdrzyły” na wszystkie strony, piwonie połamały... no bida, panie, bida... teraz wszystko się powoli podnosi do stanu sprzed deszczu. Miałam nosa z tymi podstawkami pod donice na tarasie. Kiedy zaczęło mocno lać, podstawki z donicami, bez jakiegokolwiek większego wysiłku, zjechały pięknie pod dach i pelargonie ocalały.
Piwonie- w ogrodzie jest parę krzaków jasnoróżowych, jeden krzak czerwonej (mały) i jeden krzak ciemnoróżowej. W tym roku słabo kwitły.
W piwnicy, oczywiście, woda. Jednak nie na tyle, by dramatyzować. Trochę pompowaliśmy, by następne deszcze nie dołożyły swojego do tego, co już jest.
Facelia- dwie roślinki wyrosły z nasion, które były w karmie dla ptaków. Podobają mi się i jej kolor oraz kształt kwiatów z długimi pręcikami. Coraz bardziej rośnie we mnie ochota na kupienie nasion faceli oraz inkarnatki i wysianie ich w donicach.
Fajne jest to, że każdy kwiatek jest w innym odcieniu fioletu. Kolory przechodzą od ciemnego fioletu, przez ten bzowy, aż po odcienie niebieskiego. Świetnie to wygląda przy większej ilości kwiatów. Niżej zdjęcie poglądowe (z Internetu)- nie mogłam się oprzeć, by pokazać, o co mi chodzi. Gdyby takie pola były w zasięgu naszych wypadów, to namówiłabym Jaskóła na następne szaleństwo- pojechać tylko po to, by zobaczyć takie pole. A tak nawiasem, wczoraj Jaskół pokazał mi zdjęcie kolegi motocyklisty- jego motocykl a w tle ogromne pole kwitnących na czerwono polnych maków (to jest dopiero 'krwawe pole"). Niestety, pole znajduje się obok Góry św. Anny. Trochę daleko.
Żółte pola rzepaku to już taka norma, że nie ma czym się specjalnie zachwycać. W dodatku uczula mnie jak diabli. No nie kocham kwitnącego rzepaku i już.
Od kiedy zabieramy Bezę na wycieczki, zmniejszył nam się teren do zwiedzania (tak około 1,5 godziny jazdy w jedną stronę). Bałam się, że już nic interesującego nie zobaczymy, bo wiele ciekawych miejsc mamy zaliczone. A tu nadspodziewajka- okazało się, że najbliższa okolica ciągle ma do zaoferowania wiele z tego, co lubimy. Ech... nie dalekie kraje, nie wichry północy i piaski pustyni, ale tu jest bardzo, ale to bardzo interesująco.
Mieszkasz w danym miejscu, wydaje ci się, że już wiele wiesz o bliższej i dalszej „okolicy”, a jednak- ciągle coś nowego odkrywamy i ta wiedza, te wrażenia, te mgnienia, zachwyty oraz przemyślenia, wskakują jak puzzle w ogólną historię całego, dosyć dużego regionu, nas otaczającego.
Moje ulubione irysy. Są tak niebieskie, że aż oczy bolą. Niebieskie samą głębią niebieskości. I ten kolor jest urzekający, ale na zdjęciu tego nie widać. Były jeszcze białe, bieluteńkie. "Umarły ze starości"- po prostu w zeszłym roku, na wiosnę się nie pojawiły. Wszystkie stare kwiaty, w naszym ogrodzie, tak się zachowują- są a potem znikają.Beza miała być w piątek u wujka weta- szczepienie coroczne, obcinanie pazurków i konsultacje w sprawie psiego moczenia się. W czwartek lało się z niej jak z kranu, nie nadążyłam wycierać podłóg. W piątek ani kropelki, sucho, normalnie. Bardzo pilnuję, by psiny nie było czuć moczem. Od czasu do czasu podcieram ją mokrymi chusteczkami. Nie chcę też, by się zaparzyła w tamtych miejscach. Ale Beza „na starość” coraz częściej „nie życzy sobie”. Przy tym, co kiedyś znosiła ze spokojem, teraz ostro protestuje. A my psa na siłę nie będziemy do niczego zmuszać, póki to nie zagraża jej zdrowiu a nawet życiu. Trzeba podstępem i sposobem „zdobywać” Bezkę. Nawet pod prysznic nie chce już wchodzić. Od kiedy ogłuchła, stała się bardziej ostrożna, bo ufać, to raczej ufa nam nadal. Problemem jest to, by granicy jej zaufania nie przekroczyć, tylko gdzie ona jest?
Jesteśmy jeszcze „w piątku”- podjeżdżamy pod weterynarię i widzimy parking zapchany samochodami oraz dwa auta stojące na chodniku. No jasne, dużo ludzi wzięło sobie w piątek wolne, to ze zwierzakami zaliczają weterynarza na spokojnie. Chwilę stoimy i zastanawiamy się- czekamy, czy odwracamy kolejność punktów w planie. Robimy to drugie. Jedziemy, zatem, na krótką wycieczkę do niedalekiego pałacu, który jakimś cudem, nie został jeszcze przez nas obejrzany.
O pałacu w Boryni będzie w następnym poście- zawsze takie posty są obszerne- nie chcę teraz zanudzać zbyt długim wpisem. Ten mówi tylko o zeszłym tygodniu, który był bardzo bogaty w różne wydarzenia.
Czyli jest jeszcze piątkowe południe.
Kiedy obeszliśmy pałac dokoła, zaczął padać deszcz, decydujemy się wracać z Bezą do weterynarza. Może kolejka będzie mniejsza, a może nie będzie jej w ogóle? O naiwności ludzka, przecież to piątek po dniu wolnym i przed dniami wolnymi- potwierdza się to, co wyżej napisałam- ludziska sobie zaplanowali wykorzystać ten dzień na wizytę u weta. Kiedy podjeżdżamy pod weterynarię, parking jest jeszcze bardziej zapchany, a właściciele spacerują z psami po nim oraz po chodnikach przy ulicy. No nic, wchodzę do środka i pytam, czy w sobotę (w tę sobotę- długi weekend)- pracują- owszem, pracują. Ok, przyjedziemy, zatem, w sobotę. A w sobotę też się działo- będzie kilka postów.
Na koniec taka sobie serowa historia- przestroga, by patrzeć dokładnie, co się kupuje.
Od razu zaznaczam- ceny tych serów są prawie takie same.
Widać, że pudełka różnią się wielkością, ale nie tak bardzo, by od razu to zauważyć.Interesujące jest to, że w tym większym jest mniej sera, niż w tym mniejszym. Ja nie zorientowałam się, Jaskół zauważył. Czy warto się szarpać o 20g? Nie o nie chodzi, ale o manewry producentów- taka sama cena za mniej towaru. Już to przerabialiśmy na maśle, na butelkach z napojami i czort wie na czym jeszcze przerobimy. Takie cichuteńkie podwyżki. Dotychczas zwracałam uwagę, głównie, na datę przydatności, teraz dochodzi sprawdzanie gramatury, która podczas gotowania ma jednak znaczenie.












