Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, października 12, 2026

Dramat w jednym akcie.

 

Był ptasi dramat. Zawsze nie wiem, jak się ustawić do tego typu historii. Z jednej strony drapol, który jeść musi, z drugiej strony ptasia ofiara, która chętnie pożyłaby jeszcze.

Siedzę przed kompem i słyszę trzask zamykanych drzwiczek samochodowych. Oho, myślę sobie, znów jakiś klient nie potrafi czytać tablic na bramie i pewnie zaraz nachalnie zadzwoni na domowy dzwonek, bo on by chciał... Poza godzinami pracy sklepu, oczywiście, by chciał. Dosyć często mamy takich klientów. Wydaje im się, że jak mieszkamy blisko sklepu, to jesteśmy na każde ich zawołanie.

Nie, to nie tym razem taka sytuacja. Jednak patrzę przez drzwi tarasowe, pomiędzy pniaczkami czerwonego bzu widzę, że coś się na parkingu szamocze. Patrzę uważnie, może to kura od sąsiada przeszła jakimś cudem przez płot. To nie kura- drapol siedzi i dziobem szarpie ptasią ofiarę. 

Dobra, myślę sobie, ptaka już nie uratuję, ale może jakąś ciekawą fotkę strzelę. Ubrałam się, chcę wychodzić, Beza włazi mi pod nogi- ona też...ona też... Nie tym razem. Zamknęłam jej drzwi przed nosem, zostawiając w sieni. Jeszcze na parkingu słyszałam jej głośne pyskowanie. A ja, kiedy podeszłam bliżej, jednak spłoszyłam drapola. Odleciał, ale ptaka nie wypuścił ze szponów.

 


Podleciał kawałek w stronę sosnowej, usiadł i czeka.

 


 Zrobiłam fotkę- był jakieś 15 metrów ode mnie- poderwał się i przysiadł na początku sosnowej, zaczął konsumpcję. Zrobiłam znów fotkę. 

 


Ptak się poderwał- na pewno mnie nie słyszał, a ponieważ nie robiłam gwałtownych ruchów, to coś innego go spłoszyło. I tak rzeczywiście było.

 


 Kot, wielkie czarne kocisko pojawiło mi się w obiektywie. Poniuchało chwilę w miejscu, gdzie siedział ptak i zaczęło zajadać- pewnie to, co zostawił krogulec, bo to był krogulec. Szlag, myślę sobie, drapol się nie najadł, a tłuste kocisko, które ma myszy full wypas, zeżarło mu obiad. Kot w końcu mnie spostrzegł, polazł przez płot w kukurydzę. Z tym niedojedzonym obiadem myliłam się- krogulec dokończył ucztę w połowie sosnowej- znalazłam resztki pierza.

Rozpoczął się jesienny wysyp grzybów w naszym ogrodzie. Ostatnio przeczytałam, że w lasach są dwa wysypy grzybów. Pierwszy letni- od czerwca do końca lipca, drugi jesienny- od września do listopada.

W tym roku u nas letniego nie było z powodu totalnej suszy. A teraz pojawiły się grzyby z wysypu jesiennego. Najpierw znalazłam dosyć dużo maślaków  i od tygodnia, każdego dnia, znajduję, po dwa średni kozoki. Był też większy wysyp tych grzybów. Zdjęcia dotyczą różnych zbiorów.

 




 

Poza tym jest sporo innych grzybów, tych nie trujących, ale niepopularnych na talerzu.

Nadal owocują maliny. Okazało się, że są dwa gatunki- jeden o mniejszych owocach i drugi o owocach dużych. O tym drugim to nawet nie wiedziałam, dopóki nie zaczęły w tym roku owocować. Maliny w połowie października to jest to. 

W miseczce są te większe.


 

Blog

Od pewnego czasu nie mam ochoty na pisanie postów. Może inaczej, nie mam ochoty na wklejanie nowych postów, a kilka już czeka w kolejce.

Jakby mniej mój własny blog mnie absorbuje. Wklejam post, wklejam zdjęcia i na tym kończy się moje zainteresowania tematem.

Przyczyną nie jest również to, że nie mam o czym pisać, bo dzieje się ciągle u nas na okrągło, dzieje. Ale nie będę pisać o „tu mnie boli, tu mnie rzgo, tu mi świerszczyk w d... gro”, jak mawiała moja świetna ciotka cieszynianka, kiedy ktoś się żalił i wywlekał swoje bolączki na forum. Ciotka to była aparatka, która na wszystko miała różne ludowe powiedzonka, a mówiła je z takim prześmiechem, że nie pozostawało nic innego tylko się pośmiać, a potem zaniechać narzekania.

Bardzo dużo teraz czytam. Dokupiłam książkę Chmielarza do serii o bezimiennym- tom 5. (4 tomy już za mną) i kupiłam trylogię grecką Siembiedy.  

No i wyhaftowałam 3 pawie. Ptaszory leżały rok odłogiem to należało im się wykończenie. 

Paw szampański (od nóżki podobniej do nóżki kielicha do szampana)

Mały pawik. Jakiś cień kładzie się pod haftem okręgu. Normalnie jest niewidoczny. 
Kolorowy Paw, największy.

Jest w planie jeszcze jeden haft z pawiem. 

W sumie wyhaftowałam już 52 ptaszory (na tamborkach). Kolekcja domowa liczy 46 haftów, 6 haftów poszło "do ludzi".  

A teraz tkam rybę. Po prostu rybę. Mam ochotę na gobelin z rybą toi będzie gobelin z rybą. 




sobota, września 26, 2026

„Nudne” jesienne życie „otulone” firanami.

 

W pierwszy dzień jesieni, prawdziwie jesienny z ulewnym deszczem oraz wiatrem, uruchomiliśmy nowy piec CO. I zrobiło się w domu przytulnie, ciepło, sucho. Nasz dom nie jest jakoś specjalnie wilgotny, nie siedzi w nim wilgoć, ale jak zaczyna się czas chłodów i deszczów jesiennych to powietrze w nim jednak jest inne niż latem. Zmieniło się kiedy kupiliśmy suszarkę, bo suszenie na suszkach powodowało lekkie zawilgocenie powietrza, gdzieś ta woda z ubrań musiała przecież zaistnieć.

Piec na razie sprawuje się dobrze, jest mało obsługowy i nie wymaga wielkiego wysiłku- raz na jakiś czas wsypie się do zasypnika węgiel i to wszystko. Idzie na niskiej temperaturze, a i tak to wystarczy. Niższej już nie należy ustawiać, bo przestaje się opłacać grzanie. Tak więc idzie z 50 stopniach temperatury w piecu a w domu są 23 stopnie. Oczywiście trzeba go pilnować i kontrolować co jakiś czas, czy wszystko gra, ale to mały Pikuś. Testujemy pierwszą tonę groszku- o najniższej kaloryczności- na ile wystarczy i jaki daje popiół. Nie macie pojęcia, jak to fajnie teraz rano wstawać w ciepłym domu i nie trzeba po południu lecieć do piwnicy składać ogień. Nie trzeba nosić drewna do piwnicy i ładować do pieca ciężki węgiel, a potem wynosić wiadrami popiół do kubła. Takie niby małe coś, a jak pięknie zrobiło życie ładniejszym.

Niemniej mam teraz problem z doborem ciuchów domowych- w zeszłym roku, przy grzaniu starym piecem, nosiłam bluzy polarowe i ciepłe skarpety, klapki z zakrytymi palcami. Teraz kombinuję- bluzka bawełniana, dosyć cienka, skarpetki bawełniane, klapki otwarte- gorąco. Bluzka letnia, bez skarpet, trochę chłodno....zestawów może być sporo. Wolę, jak jest ciepło, niż wiele warstw ciuchów na siebie wkładać.

Zdążyłyśmy przed deszczami przyciąć trawniki i zastanawiam się, czy to było ostatnie koszenie czy, jak przyjdzie w przyszłym tygodniu, ciepły czas,a ma ponoć przyjść, to trawa buchnie w górę i będzie trzeba jeszcze raz przykosić przed zimą. Zobaczymy. Na razie po deszczach zrobiło się zielono tylko dołem, bo górą drzewa już łapią kolory, a brzozy zaczynają tracić liście. 

Takie piękne gazanie ciągle kwitną na dużym tarasie. 



 

Niesamowite kolory. Ta z zielonymi obwódkami na płatkach kwitła najmniej obficie.

 


Chyba już wyrzucę pelargonie z tarasu. Zrobiły się brzydkie i raczej nie zakwitną. Powoli, po kolei, wszystkie kwiaty i tak trzeba będzie posprzątać. Robią się, po prostu, nieładne.

Pigwowiec w deszczu.

I kalina obok dużego tarasu.


 


Wyjęłam maszynę do szycia-nareszcie- i zaczynam działać. Muszę poszyć nowe obrusiki na stół do kuchni- jest żelazna zasada w naszym domu, nie jada się na gołym blacie żadnego stołu. Że drobnomieszczański zwyczaj? A w nosie to mam, nauczono mnie kultury jedzenia przy stole, kultury nakrywania stołu i tego się trzymam. Jak nie obrus, to przynajmniej serwetki pod filiżanki z kawą czy talerzyki z ciastkami. Brzmi to czasem śmiesznie- „a u państwa nas na obrusach jadano”- a przecież nawet babcia, u której w kuchni, na stole, był obrus ceratowy i nie zdejmowała go nawet, kiedy robiła na stole kluski, przecierała wilgotną ściereczka ten obrus, by był czysty, zanim położyła na nim talerze. Odbieram to jako szacunek dla biesiadników- czysty obrus, czysta zastawa, podawanie na półmiskach, a nie w rondlach. Z tym ostatnim u nas różnie bywa, bo ziemniaki od razu nakładamy, z garnka, na talerze i też nie ma zgrzytu.

Zatem, zabieram się do szycia nowych obrusów, bo stare już się sprały- zmieniam dosyć często, nie znoszę, jak są poplamione, o co jest łatwo, kiedy się codziennie na nich je.

Sprane obrusy wędrują do przytuliska dla zwierząt i tam są, według potrzeb, wykorzystane.

"Firanka" na cisie, a w środku tkacz.



 

Muszę też wymienić firanki w oknach. Tak mam firanki w oknach, ale latem nie wszędzie- nie ma ich na drzwiach tarasowych, mam piękne widoki na ogród i nie przeszkadzają, kiedy są drzwi na tarasy otwarte. Natomiast zimą wieszam wszędzie, bo stanowią doskonałą barierę przed zimnem, bijącym od wielkich tafli szkła. Dlatego latem wieszam długie firanki tylko na oknach tam, gdzie są pod nimi kaloryfery- zasłaniam nieładne żeberka, a zimą wieszam krótkie, by odsłonić kaloryfery i nie zatrzymywać idącego od nich ciepła. I znów stwierdzę- mam firanki i nie zawaham się ich powiesić, chociaż bardzo wielu kręci nosem, że to przeżytek i panie dzieju, kto to widział mieć firanki w oknach we współczesnych czasach. Była, na moim nieistniejącym już blogu, dyskusja na temat firanek. Komentarze takie autorytarne, że jeszcze teraz strach się bać- a to, że kurz, a to, że zasłaniają widok, a to, że ograniczają światło, a to, że „nie lubię”, a to, że obciach, a to, że „u mnie nie będą nigdy wisiały” (Rejtan firankowy- po moim trupie zawieszą)- powodów tysiąc pięćset na NIE. A jakoś żadna z komentujących nie zajarzyła, że to, co jej nie odpowiada, to innym już tak. I jak to bywa, w takich dyskusjach, komentujące podzieliły się na dwa obozy- omal rozdzielać by je trzeba było, bo to nie była już wymiana opinii, a zażarta wojna personalna. Tak się zawzięcie kłóciły, jakby moje firanki były sprawą państwową najwyższej rangi. Kłótnia z powodu głupich firanek, które u mnie w domu wiszą i ośmieliłam się o tym napisać- niesamowite.

Takie to sobie wścibianie nosa i krytykanctwo krąży we wszechświecie. Obrusy? Firanki? Ble!

Hm... chyba nawet popełnię jakieś świętokradztwo stylistyczne, ponieważ skuszę się na kupno nowych. Może takich strojnych z wielką koronkową koroną na dole, albo gipiurowe? A może kupię tzw. makarony? O... makarony... a może jeszcze jakieś strojne takie podpinane i spinane kokardkami? Ech.... no właśnie, kupię najnormalniejsze gładkie i tyle. Nie wyśmiewam tych wymienionych, są wnętrza do których one idealnie pasują, są ludzie, którzy takie lubią np. moja bratowa. Ma tak urządzony dom i mnie nic do niego tak, jak innym nic do mojego domu i robienie wielkich oczu, buźki w wielkie „O” oraz krytykowania firan w oknach kogokolwiek.


Beza złapała zapalenie lewego ucha. Dostała serię lekarstwa do wkraplania. Po kontroli dostała drugą. Na początku o mało nas pogryzła, bo nie chciała sobie dać ucha zakroplić. Musiało ją to bardzo boleć. Teraz już nie ma problemu z zakraplaniem, ucho jest w o wiele lepszym stanie. 


 

Co jeszcze u nas? Ano toczy się normalnie, wychodzimy z kryzysu zdrowotnego, który pozostanie już nie kryzysem, ale stanem wzmożonej uwagi.

Włączyliśmy już lampki w holiku- taka inauguracja początku jesieni- zrobił się wieczorem fajny nastrój. Lampki kojarzą się, przede wszystkim, ze świętami BN, ale my ich nie obchodzimy, a lampki wieszam, bo lubię kolorowe światła. Może jeszcze dokupię więcej?

Wrażeń, zdziwień i radości nie brakuje, i nie trzeba jakichś specjalnych bodźców, by uznać, że jest dobrze. Kiedyś chciałam, by moje życie nie było nudne, monotonne, by było interesujące. I takie było aż nadto. Teraz już mam tego dość. Wystarczy mi tych emocjonalnych huśtawek i nadmiaru bodźców. Cenię sobie to spokojne, normalne życie, nie narzekam na nudę i tyle.





wtorek, września 08, 2026

Planowane szaleństwo przed końcem świata.

 Taka śliczna ważka lata po ogrodzie. Jest duża ma około 10 centymetrów. Najpierw nie potrafiłam jej "upolować", bo lata bardzo szybko, a potem mi pięknie, przez parę minut, pozowała.


Powoli wraca codzienność, ale już nie w takich normach, jak przed półtora tygodniem. Trzeba trochę życie przemeblować, coś ująć, coś dodać, o czymś zapomnieć, a więcej zapamiętać. Trzeba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości.

Jednak nie ukrywam, że przeżyłam ogromny wstrząs emocjonalny. Po raz kolejny dotarło do mnie, że wszystko jest takie kruche- kruche i nieprzewidywalne. Wszystko toczy się normalnie, a tu nagle buch! Prosto w splot, w żołądek, w głowę, jak obuchem- świat się wali i już nic nie jest takie, jak wczoraj.

I tak jestem szczęśliwa, że zakończyło się (??) w miarę dobrze. Mogło być gorzej- tak, o wiele gorzej. I jeszcze raz los dał znać, że nic nie jest wieczne, że może w każdej chwili trzasnąć. Nie potrafię żyć w myśl zasady: „Żyj tak, jakby każdy dzień był ostatnim”. No niby jak ma to wyglądać? Co niby mam ekstra robić? Mogę cieszyć się słońcem, obecnością ludzi bliskich, mogę przytulać psa, mogę łazić po ogrodzie, podglądać pszczoły i ważki, mogę słuchać ptaków, obserwować ich loty, mogę obserwować samoloty (bardzo lubię), mogę- co tam jeszcze? Aha, mogę tkać, haftować, słuchać muzyki, wcinać lody bakaliowe lub z ciasteczkami, po prostu mogę sprawiać sobie drobne przyjemności, łapać te drobniutkie chwile radości i sklejać do kupy. Codziennie. Ale przecież ja to robię i wcale wtedy nie myślę o dniu ostatecznym. Maksyma, którą przytoczyłam jest dla mnie tym, czym trudny wiersz dla ucznia i postawione przez nauczyciela durne pytanie: ”Co autor miał na myśli”. No, co miał, tworząc taką maksymę? Przeciętny człowiek nie będzie codziennie sprawiał sobie przyjemności ponad możliwości, balował, szalał, bo to może być jego dzień ostatni. A na filozoficzne dumania też nie ma czasu. Owszem, może ograniczyć się w fundowaniu sobie ujemnych emocji, może nie zadzierać z ludźmi, może obudzić w sobie empatię itp. Może. Tylko, że te rzeczy powinny być w jego życiu również na porządku dziennym.

Ok, pofilozofowałam sobie, a życie i tak będzie szło swoim torem- jak zechce to znów los rąbnie, a my najczęściej nie będziemy mieli na to wpływu. Ot taki chichot losu.

A jednak, chociażby dzisiaj, w ramach: „Żyj tak, jakby jutro świat się miał skończyć”, opchałam się malinami z krzaka- sama przyjemność. Z nikim się nie podzieliłam- brzydka Jaskółka. To późno owocująca odmiana. Owoce ogromne, soczyste i jest ich na łodydze sporo. Dwa lata maliny nie potrafiły się pozbierać i na zasadzonych 20 krzaczków, przyjęło się parę, w zeszłym roku te parę zaczęło puszczać rozłogi, a w tym roku już jest na nich dosyć dużo owoców.

Ogród powoli szykuje się do jesieni. Martwiłam się o zimowity, a one postanowiły w tym roku zakwitnąć później i dopiero teraz pojawia się coraz więcej kwiatów. W dodatku, co mnie bardzo ucieszyło, wyrosła osobna kępka niedaleko głównej. Jak przekwitnie, przesadzę w bardziej widoczne miejsce. 


Zaczynają kwitnąć jadwiżki- u nas jadwiżki (w rodzinie tak je nazywamy), gdzie indziej marcinki lub michałki, a tak naprawdę to jest aster jesienny. Fajna bylina- łatwa w przesadzaniu, łatwa w utrzymaniu, mało wymagająca i kwitnie wtedy, kiedy inne kwiaty już przestają. 

 

Kiedyś miałam sporo gatunków chryzantem, ponieważ chciałam, by ogród kwitł aż do listopada. Jednak one nie polubiły tutejszej gleby- kilka lat rosły, a potem wymarzły. Ach, i anemony ciągle kwitną. Anemony, moje ulubione wczesno jesienne lub późno letnie kwiaty. Bardzo dekoracyjne i w sumie też łatwe w uprawie.




Kwitną również rozchodniki, które są uwielbiane przez pszczoły. Bardzo miododajny kwiat.


 

Upał przyszedł, kolejny. Tym razem jednak powietrze już inne, zimne ranki i wczesne wieczory łagodzą gorąco. Na tarasie 35 w słońcu, na oknie; w kuchni, w cieniu, tylko 23 stopnie. Szału nie ma.

Nadal bardzo brakuje porządnego deszczu. Podlałam dzisiaj ogród wodą z węża. I chociaż poranne rosy są obfite, a ulewa, dosyć porządna, która przeszła nad ogrodem tydzień temu, zasiliła glebę na tyle, że jeszcze jest wilgotna (w trawnikach i w grządkach, bo w lasku posucha), to po dzisiejszym upale rośliny oklapły. 


Nie ma również snujących się, o tej porze roku, nitek babiego lata. Coś się w przyrodzie pomerdało. Czekam z niecierpliwością na te babie nitki, które szczególnie w mglisty dzień operlone, są bardzo dekoracyjne. No i pajęczyny w kropelkach wymiatają. 

Barbula- w ogrodzie są dwie.




Jesień też czuć już w domu- muchy stały się ospałe, niektóre same padają na parapet martwe. Do domowego ciepełka pchają się myszy (dobrze, że nie gnomy i trolle). Zrobiliśmy ich odłów- za pierwszym razem do żywołapki weszły trzy w ciągu dwóch godzin. Po kolei, jak jedną Jaskół wyniósł do lasku, właziła druga i potem tak samo było z trzecią. W kolejnym dniu złapały się jeszcze dwie. Wydawałoby się, że to już końcówka, a okazało się, że po domu wędruje jeszcze jedna, a może dwie. I to już jest mysz- mądralińska. Z jednej łapki wyżarła przynęta, drzwiczki się nie zatrzasnęły. Po jakimś czasie sytuacja powtarza się- skwarek mamuciej wielkości zniknął, drzwiczki nie zatrzasnęły się. Mechanizmy w obu pułapkach działają. Stawiamy te łapki codziennie w różnych miejscach i codziennie stwierdzamy, że są puste, a ślady myszycy/myszora, pojawiają się tu i tam. Niefajnie jest, kiedy otwieram drzwi do schowka, a tam mysz sobie spaceruje po słoikach, kiedy mnie spostrzega, to wcale nie panikuje, tylko spokojnie schodzi na podłogę, po czym znika za regałem. Nie znoszę zapachu (smrodu) myszy, dostaję mdłości od niego i mysz wyczuję, jak tylko w domu się pojawi. Z tą przechera też sobie poradzimy- w końcu trafimy w jej gust i znęci ją do pułapki kawałek czegoś dobrego.

Tkam gobelinki na tamborkach. Ot, taki kaprys mnie naszedł, by spróbować utkać coś na okręgu, chociaż tkanie okrągłego dywanika na długi czas mnie do tego zniechęciło.

Taki jest pierwszy. Więcej zdjęć i treści o sposobie tkania na drugim moim blogu.


Nadal maszyna do szycia siedzi w szafie. Nie ma takiego miejsca, by wszystko rozłożyć i zostawić na parę dni. Inaczej- mam takie miejsce- zawsze szyję na stole w pokoju komputerowym, ale wkurza mnie zostawienie „rozbabranego” szycia na dłużej. Bo to i maszyna, i mata do cięcia, pudełko z przyborami, nożyce, igielnik, szpilki, linijki, szmatki, łatki, słonie, łonie i słasice latają po stole oraz okolicznych blatach. Do tego dochodzi deska do prasowania oraz żelazko, nie wspominając już o odstawionych od stołu krzesłach, postawionych w miejscach jeszcze wolnych, czyli w ciągach przelotowych i trzeba je omijać.... brrrrrr....

No i co mówić wtedy o życiu tu i teraz w perspektywie jutrzejszego końca świata? Zawracanie głowy- ja tu mam konkretne problemy do rozwiązania.

Puszczam bardzo fajną muzę.


https://pigletsddeepforest.com/en


niedziela, sierpnia 16, 2026

Rodzajów płci pomieszanie.

 

Ostatni dzień upałów tego lata. Podobno. Podobno mają być tylko epizody "upalne", podobno. Ale ranki są chłodne, to teraz upał łatwiej znieść. Wody, deszczu, ulewy nam trzeba. Wczoraj znów podlałam ogród wodą z węża. Nie mogę już patrzeć na te przywiędłe rośliny. Serce boli. Muszę przesadzić hibiskusy, które zasadziłam obok brzozy. Wydawało mi się, że jak mają wystawę zachodnią, to słońce im nie dokuczy. Nie dość, że słońce po południu praży najbardziej (wprost na nie) i temperatura jest wysoka, to jeszcze brzoza spija im wodę. Przesadzę je na wiosnę z nadzieją, że się przyjmą- są już dosyć duże.

Został jeszcze jeden miesiąc lata, a już widzę zbliżającą się jesień. Sosnowa zasypana suchymi listkami. 

 Połowa sosnowej tego ranka.

Na gałęziach też zaczyna się złocić. 


O tej porze zbierałam, na dole ogrodu (używam tego określenia, bo dom stoi na stoku, a koniec ogrodu jest u jego podstawy), grzyby. W tym roku tak sucho, że o grzybach nawet pomarzyć się nie da. A grzybów w lasach podobno sporo. 

 
Jaskółki ćwiczą loty, a potem siadają gromadnie na drutach. One odlatują najpóźniej, jeszcze trochę nimi nacieszę się. 

 


 Podobno bociany już sejmikują. Wilgi oraz drozdy odleciały. Jakoś tak robi się nostalgicznie na myśl, że lato się kończy.

Oglądałam do późna finały w Mistrzostwach Europy w LA. No super, są sukcesy, są medale. A Beza urządziła sobie koncert o 4 rano- przez 15 minut poszczekiwała leżąc w sieni i w nosie miała moje groźne miny oraz grożenie palcem, by się uspokoiła. Jak do psa „przemówić”, kiedy nie słyszy, a hałasuje ponad miarę? W końcu jednak uznała, że jestem zła i się uspokoiła. W zamian za trzymanie paszczęki zamkniętej,  zrobiła mi pobudkę przed 6 rano.

Czekamy na moment, kiedy temperatura unormuje się w okolicach 20 stopni- mamy upatrzony pałacyk do obejrzenia niedaleko Kędzierzyna-Koźla. Bardzo chciałabym go zobaczyć, bo zaczyna mi się historia tutejszych właścicieli i ich pałaców ładnie splatać. Ten pałac, który chcemy obejrzeć, został wybudowany przez tutejszego potentata węglowego- tutejszego, czyli cieszyńskiego. Na razie jest zbyt gorąco, żeby jeździć z Bezą, a i nam taka temperatura raczej nie odpowiada do zwiedzania. Klima w samochodzie jest, ale po wyjściu z niego, to można się ugotować. Dziękuję, nie dla nas łażenie w upale, a tym bardziej dla „sercowego” psa.

Pamiętam wyprawę z Bezą do Strzybnika- było dosyć zimno, padał deszcz, a mimo to bardzo dobrze nam się łaziło po parku pałacowym i oglądało to, co jeszcze w nim, z pałacu, zostało.

Wrzesień, październik i może listopad, rezerwujemy sobie na wyjazdy z domu.

Gladiol czy gladiola. Ponieważ nazwa pochodzi od łacińskiego słowa miecz, wydawało mi się, że powinien być gladiol- ten miecz, ten gladiol, a tu nadspodziewajka- po polsku „ten” mieczyk, ale „ta” gladiola. No niech będzie (u nas w domu mówiło się wyłącznie na te kwiaty-gladiole tak, jak na pierwiosnki- kluczyki). W każdym razie gladiole, które zasadziłam późną wiosną, kwitną już od pewnego czasu. Po kolei odkrywają kolory. Najpierw zakwitł jasno kremowy, potem zakwitły czerwony oraz ceglasty, następnie zakwitły fioletowe i żółty z białym środkiem. Ostatnie kępy są mieszane kolorami- sadziłam cebule, które mi zostały z różnych kolorów (na początku sadziłam po trzy cebule z jednego koloru, potem mieszałam pozostałe- było po 5 cebul z 5 kolorów i moje zeszłoroczne).

 







 


Rzadko teraz piszę tutaj o polityce, dużo tego i takie jakieś mdławo- gorzko- wrednawe- nie chce się komentować, ale to, co powiedział ćpun dęty, przeszło granice mojej wyobraźni. Muszę odreagować. Flaga- „Bóg, Honor, Ojczyzna”- jeszcze łyknęłam z trudem, bo z trudem, ale łyknęłam, ale to, że Polacy bronili Monte Cassino, to już mnie zatkało na dłuższą chwilę. Ano... no tak... no doktor historii... tak, no...


Komentarze, zamieszczone pod tym, zrekompensowały mi niesmak po „występie” ćpuna dętego. Bezlitośnie go rozjechano, gdyby był obok, śmiechem by go zabito.

Tu można sobie poczytać i ubawić się nieco

https://www.facebook.com/PrzemyslawWiszniewski




„Dopóki mnie nie widzą, nie każą mi być kimś innym”.