W pierwszy dzień jesieni, prawdziwie jesienny z ulewnym deszczem oraz wiatrem, uruchomiliśmy nowy piec CO. I zrobiło się w domu przytulnie, ciepło, sucho. Nasz dom nie jest jakoś specjalnie wilgotny, nie siedzi w nim wilgoć, ale jak zaczyna się czas chłodów i deszczów jesiennych to powietrze w nim jednak jest inne niż latem. Zmieniło się kiedy kupiliśmy suszarkę, bo suszenie na suszkach powodowało lekkie zawilgocenie powietrza, gdzieś ta woda z ubrań musiała przecież zaistnieć.
Piec na razie sprawuje się dobrze, jest mało obsługowy i nie wymaga wielkiego wysiłku- raz na jakiś czas wsypie się do zasypnika węgiel i to wszystko. Idzie na niskiej temperaturze, a i tak to wystarczy. Niższej już nie należy ustawiać, bo przestaje się opłacać grzanie. Tak więc idzie z 50 stopniach temperatury w piecu a w domu są 23 stopnie. Oczywiście trzeba go pilnować i kontrolować co jakiś czas, czy wszystko gra, ale to mały Pikuś. Testujemy pierwszą tonę groszku- o najniższej kaloryczności- na ile wystarczy i jaki daje popiół. Nie macie pojęcia, jak to fajnie teraz rano wstawać w ciepłym domu i nie trzeba po południu lecieć do piwnicy składać ogień. Nie trzeba nosić drewna do piwnicy i ładować do pieca ciężki węgiel, a potem wynosić wiadrami popiół do kubła. Takie niby małe coś, a jak pięknie zrobiło życie ładniejszym.
Niemniej mam teraz problem z doborem ciuchów domowych- w zeszłym roku, przy grzaniu starym piecem, nosiłam bluzy polarowe i ciepłe skarpety, klapki z zakrytymi palcami. Teraz kombinuję- bluzka bawełniana, dosyć cienka, skarpetki bawełniane, klapki otwarte- gorąco. Bluzka letnia, bez skarpet, trochę chłodno....zestawów może być sporo. Wolę, jak jest ciepło, niż wiele warstw ciuchów na siebie wkładać.
Zdążyłyśmy przed deszczami przyciąć trawniki i zastanawiam się, czy to było ostatnie koszenie czy, jak przyjdzie w przyszłym tygodniu, ciepły czas,a ma ponoć przyjść, to trawa buchnie w górę i będzie trzeba jeszcze raz przykosić przed zimą. Zobaczymy. Na razie po deszczach zrobiło się zielono tylko dołem, bo górą drzewa już łapią kolory, a brzozy zaczynają tracić liście.
Takie piękne gazanie ciągle kwitną na dużym tarasie.
Niesamowite kolory. Ta z zielonymi obwódkami na płatkach kwitła najmniej obficie.
Chyba już wyrzucę pelargonie z tarasu. Zrobiły się brzydkie i raczej nie zakwitną. Powoli, po kolei, wszystkie kwiaty i tak trzeba będzie posprzątać. Robią się, po prostu, nieładne.
Pigwowiec w deszczu.
I kalina obok dużego tarasu.
Wyjęłam maszynę do szycia-nareszcie- i zaczynam działać. Muszę poszyć nowe obrusiki na stół do kuchni- jest żelazna zasada w naszym domu, nie jada się na gołym blacie żadnego stołu. Że drobnomieszczański zwyczaj? A w nosie to mam, nauczono mnie kultury jedzenia przy stole, kultury nakrywania stołu i tego się trzymam. Jak nie obrus, to przynajmniej serwetki pod filiżanki z kawą czy talerzyki z ciastkami. Brzmi to czasem śmiesznie- „a u państwa nas na obrusach jadano”- a przecież nawet babcia, u której w kuchni, na stole, był obrus ceratowy i nie zdejmowała go nawet, kiedy robiła na stole kluski, przecierała wilgotną ściereczka ten obrus, by był czysty, zanim położyła na nim talerze. Odbieram to jako szacunek dla biesiadników- czysty obrus, czysta zastawa, podawanie na półmiskach, a nie w rondlach. Z tym ostatnim u nas różnie bywa, bo ziemniaki od razu nakładamy, z garnka, na talerze i też nie ma zgrzytu.
Zatem, zabieram się do szycia nowych obrusów, bo stare już się sprały- zmieniam dosyć często, nie znoszę, jak są poplamione, o co jest łatwo, kiedy się codziennie na nich je.
Sprane obrusy wędrują do przytuliska dla zwierząt i tam są, według potrzeb, wykorzystane.
"Firanka" na cisie, a w środku tkacz.
Muszę też wymienić firanki w oknach. Tak mam firanki w oknach, ale latem nie wszędzie- nie ma ich na drzwiach tarasowych, mam piękne widoki na ogród i nie przeszkadzają, kiedy są drzwi na tarasy otwarte. Natomiast zimą wieszam wszędzie, bo stanowią doskonałą barierę przed zimnem, bijącym od wielkich tafli szkła. Dlatego latem wieszam długie firanki tylko na oknach tam, gdzie są pod nimi kaloryfery- zasłaniam nieładne żeberka, a zimą wieszam krótkie, by odsłonić kaloryfery i nie zatrzymywać idącego od nich ciepła. I znów stwierdzę- mam firanki i nie zawaham się ich powiesić, chociaż bardzo wielu kręci nosem, że to przeżytek i panie dzieju, kto to widział mieć firanki w oknach we współczesnych czasach. Była, na moim nieistniejącym już blogu, dyskusja na temat firanek. Komentarze takie autorytarne, że jeszcze teraz strach się bać- a to, że kurz, a to, że zasłaniają widok, a to, że ograniczają światło, a to, że „nie lubię”, a to, że obciach, a to, że „u mnie nie będą nigdy wisiały” (Rejtan firankowy- po moim trupie zawieszą)- powodów tysiąc pięćset na NIE. A jakoś żadna z komentujących nie zajarzyła, że to, co jej nie odpowiada, to innym już tak. I jak to bywa, w takich dyskusjach, komentujące podzieliły się na dwa obozy- omal rozdzielać by je trzeba było, bo to nie była już wymiana opinii, a zażarta wojna personalna. Tak się zawzięcie kłóciły, jakby moje firanki były sprawą państwową najwyższej rangi. Kłótnia z powodu głupich firanek, które u mnie w domu wiszą i ośmieliłam się o tym napisać- niesamowite.
Takie to sobie wścibianie nosa i krytykanctwo krąży we wszechświecie. Obrusy? Firanki? Ble!
Hm... chyba nawet popełnię jakieś świętokradztwo stylistyczne, ponieważ skuszę się na kupno nowych. Może takich strojnych z wielką koronkową koroną na dole, albo gipiurowe? A może kupię tzw. makarony? O... makarony... a może jeszcze jakieś strojne takie podpinane i spinane kokardkami? Ech.... no właśnie, kupię najnormalniejsze gładkie i tyle. Nie wyśmiewam tych wymienionych, są wnętrza do których one idealnie pasują, są ludzie, którzy takie lubią np. moja bratowa. Ma tak urządzony dom i mnie nic do niego tak, jak innym nic do mojego domu i robienie wielkich oczu, buźki w wielkie „O” oraz krytykowania firan w oknach kogokolwiek.
Beza złapała zapalenie lewego ucha. Dostała serię lekarstwa do wkraplania. Po kontroli dostała drugą. Na początku o mało nas pogryzła, bo nie chciała sobie dać ucha zakroplić. Musiało ją to bardzo boleć. Teraz już nie ma problemu z zakraplaniem, ucho jest w o wiele lepszym stanie.
Co jeszcze u nas? Ano toczy się normalnie, wychodzimy z kryzysu zdrowotnego, który pozostanie już nie kryzysem, ale stanem wzmożonej uwagi.
Włączyliśmy już lampki w holiku- taka inauguracja początku jesieni- zrobił się wieczorem fajny nastrój. Lampki kojarzą się, przede wszystkim, ze świętami BN, ale my ich nie obchodzimy, a lampki wieszam, bo lubię kolorowe światła. Może jeszcze dokupię więcej?
Wrażeń, zdziwień i radości nie brakuje, i nie trzeba jakichś specjalnych bodźców, by uznać, że jest dobrze. Kiedyś chciałam, by moje życie nie było nudne, monotonne, by było interesujące. I takie było aż nadto. Teraz już mam tego dość. Wystarczy mi tych emocjonalnych huśtawek i nadmiaru bodźców. Cenię sobie to spokojne, normalne życie, nie narzekam na nudę i tyle.











