Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytowania. Pokaż wszystkie posty

03 sierpnia 2026

Kopiec termitów też może być piękny.

 



„Patrząc na zaprojektowane przez niego budynki, czujemy się, jakbyśmy wpadli do baśni, w której mieszają się światy i kultury. Architektura tworzona przez Gaudíego sprawia, że zaciera się granica między wyobraźnią a rzeczywistością zdominowaną przez porządek, ostre kąty i proste linie.

Ákos Moravánszky, szwajcarsko- węgierski architekt i historyk, w króciutkiej biografii Gaudíego stwierdził, że „początkowo projektowane przez niego obiekty traktowano jako bezładne i irracjonalne wymysły zwariowanego artysty żyjącego w świecie snu i halucynacji”. Zabrzmiało jak krytyka, ale przypomina nieco komplement, czyż nie?”

Gaudi, to mój ulubiony architekt, artysta, twórca niesamowitych budowli.

Pewnie nie tylko mnie zachwyca, dlatego myślę, że warto szerzej poznać jego „twórczość”.

Ten post jest pierwszym z kilku o nim, bo mam zamiar przedstawić główne jego projekty, a omówienie ich wymaga więcej miejsca niż w jednym poście.

W zasadzie, powinnam na początku przedstawić życiorys Gaudiego, ale raczej skupię się na jego dorobku, a zamiast nudnych wywodów typu „urodził się...” polecam książkę.


 

I kto by się spodziewał po „marnym studencie” takich sławnych dzieł architektury. Egzamin na studia zaliczył z najniższą notą i ale udało mu się uzyskać dyplom ukończenia uczelni.

„Już w trakcie studiów pierwsze szkice Gaudíego musiały budzić zdziwienie. Zaprojektowana w ramach egzaminu aula uniwersytecka zdradzała skłonność przyszłego architekta do mieszania stylów, a także mnogości dekoracji i detali.

 


 W projekcie uwagę przyciąga centralna część budowli o kopułowatym kształcie, zwieńczona daszkiem osadzonym na kolumnach, jakby wyjętych ze świata starożytnej Grecji. Może to właśnie wymykanie się utartym schematom powodowało, że Gaudí podczas pobytu na uniwersytecie otrzymywał najniższe noty za swoje prace. Już na tym wczesnym etapie sposób myślenia artysty i przekładania na papier pomysłów rodzących się w jego wyobraźni zdradzał, że w przyszłości wyprzedzi swoją epokę.”

Studiując dorabiał sobie jako pomocnik w pracowniach architektonicznych i poznawał tajniki architektury od tej prozaicznej, praktycznej strony.

Jako człowiek dojrzały prowadził ascetyczny tryb życia, stronił od ludzi, nigdy się też nie ożenił. Całe życie poświęcił architekturze- ona wypełniała mu każdy dzień, zajmowała wszystkie myśli.



„Po nauce na uniwersytecie nie podążał szlakami wytyczonymi przez innych architektów, niemniej wiedza zdobyta podczas studiów, szeroka znajomość literatury i nurtów w sztuce stały się dla niego źródłem inspiracji. W jego projektach dostrzegamy wpływy gotyku, secesji, hiszpańskich tradycji ceramicznych, a nawet budownictwa orientalnego.

Najistotniejszą inspiracją była dla niego natura – wraz ze swoimi materiałami, nieregularnościami, falującymi liniami, zaskakującymi formami i bogactwem kolorów. Elementy przyrody można już dostrzec w zaprojektowanym dla niego samego biurku, które wyróżniają duże boczne nadstawki i wykończenia w postaci motywów zwierzęcych i roślinnych.”

I w tym momencie odsuniemy czas, w którym zaczynał wdrażać w życie swoje pierwsze projekty, a skupimy się na jego największym dziele jakim jest bazylika Sagrada Familia w Barcelonie.

Świątynia ta była jego największym osiągnięciem.

„Historia budowy tego kościoła rozpoczęła się w 1882 roku; zlecenie na jej projekt otrzymał wówczas architekt diecezjalny Francisco de Paula del Villar y Lozano, który jednak postanowił odstąpić to zamówienie Gaudíemu. Architekt nie przewidywał, że prace nad świątynią będą nie tylko towarzyszyć mu przez resztę życia, ale trwać jeszcze przez dekady po jego śmierci. Ponad 140 lat później od rozpoczęcia budowy Sagrada Família wciąż nie jest ukończona.”

Kościół zaplanowano jako pokutny, więc miał być budowany z datków. Z tego powodu prace się opóźniały. Bywało, ze Gaudi chodził od domu do domu, zbierając pieniądze na dalszą budowę.

Niżej, na zdjęciu kościół stoi w polu, obecnie jest otoczony miastem. 


„Na mozolny proces budowy Sagrada Família wpływa również sam koncept Gaudíego. Jego projekt zakłada skomplikowane konstrukcje i liczne zdobienia, które mają sprawiać wrażenie ukształtowanych przez siły natury, wymagają więc niezwykłego kunsztu rzeźbiarskiego. Gaudí zdawał sobie sprawę, że jego monumentalna wizja architektoniczna wywrze wpływ na budownictwo w przyszłości. Gdy pytano go, czy Sagrada Família jest jedną z wielkich katedr, odpowiadał: „Nie, to pierwsza z serii zupełnie nowych”

Gaudi temu projektowi poświęcił kilkanaście lat życia. Nie zrażał się nawet wtedy, kiedy spotykał się z negatywnymi opiniami na temat świątyni oraz jego pracy.

Po śmierci pochowano go w krypcie niedokończonej bazyliki.

„„Technologie zrewolucjonizowały nasze procesy operacyjne, w wielu przypadkach realizując pomysły przewidziane bądź rozpoczęte przez Gaudíego” - podkreśla Puig. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech jego techniki jest geometria wnętrza nawiązująca do kształtów występujących w naturze. Efekt ten stworzony został z prostych linii, które zostały umieszczone w taki sposób, że sprawiają wrażenie falowanych kolumn i murów. „Do tworzenia tak wyszukanych projektów geometrycznych Gaudíemu nie wystarczały plany dwuwymiarowe, musiał pracować w trójwymiarze, wykorzystując do tego fizyczne makiety stworzone z gipsu”. Obecnie modelowanie cyfrowe za pomocą programów CAD i BIM ułatwia projektowanie i etap wykonawczy.

Gaudí rozpoczął budowę Sagrady Familii od krypty oraz muru apsydy, stosując przy tym tradycyjne metody architektoniczne, czyli małe kamienie ręcznie dopasowywane przez kamieniarzy. Jednakże na ostatnim etapie swojego życia, który był poświęcony budowie fasady „Narodzenia”, architekt wprowadził nowatorskie, jak na tamte czasy, materiały, takie jak beton w górnych częściach budowy i wykorzystał elementy prefabrykowane. „Obecnie stosujemy tę samą logikę, prefabrykując możliwie największą liczbę części, aby ułatwić pracę na wysokościach” - potwierdza asystent architekta. Bazylika, w momencie zakończenia budowy, będzie o 11 m wyższa od 161-metrowego kościoła w Ulm w Niemczech, który jest obecnie rekordzistą wysokości.

Jak przebiegała cała budowa, jej etapy, jakie materiały wykorzystywano, kto brał udział w „zdobieniu”, można przeczytać w artykule „Logistyka kryjąca się za budową Sagrady Familia w Barcelonie” – adres dałam w przypisach. Warto przeczytać, bo opisane są w nim niesamowite rzeczy, dotyczące budowania katedry. Artykuł jest z tego roku, więc informacje dotyczą aktualnego stanu.

Od początku budowy, przez 140 lat obiekt łączy funkcje religijną z turystyczną z działalnością budowlaną. Równocześnie prowadzi się prace renowacyjne oraz konserwatorskie. I to również wymaga nie lada logistyki.

Jestem przekonana, że większość, patrząc na katedrę (głównie z zewnątrz), od razu stwierdziłaby- mnie się nie podoba, to taki kicz. Pomijając kwestię gustu, takie bezpardonowe, bezrefleksyjne podejście, zawsze skłania mnie nie tylko do zastanowienia się na tymi słowami, ale również do zastanowienia się nad tym, co ma w głowie człowiek tak beztrosko podchodzący do sztuki. A jeszcze bardziej zastanawia mnie taki człowiek, który upiera się i nadal twierdzi- no, nie podoba mi się, mam do tego prawo. Owszem, masz i może ci się nie podobać, ale oprócz tego pierwszego odbioru, należałoby się jednak zastanowić nad tym, kim był twórca danego dzieła, jakie idee mu przyświecały, a przede wszystkim, ile trudu włożył w pracę nad swoim dziełem. I nawet, jak to dzieło do nas „nie przemawia”, to chyba należy docenić wysiłek twórczy jego autora.

Nie wiem, czy Sagrada Familia mi się podoba? No, po prostu nie wiem. Na pewno nie traktuję jej jako całości oceniając: „podoba mi się- nie podoba”. Ona jest tak różnorodna, że trudno to wszystko ogarnąć. Jedne elementy są dla mnie nie do przyjęcia np. te „kwiatki' na iglicach w kolorach lizaków cukrowych. Z kolei płaskorzeźby, zielone drzwi z płaskorzeźbami fauny i flory, witraże i gotycka strzelistość kolumn, gra światła, zachwycają mnie aż do wstrzymania oddechu. Na pewno mój odbiór byłby bogatszy, a ocena bardziej zdecydowana, gdybym zobaczyła budowlę, z jej wszystkimi elementami, „na żywo”. Nie dane mi było i pewnie już nie zobaczę jej tam na miejscu. Nie, nie jest mi jakoś specjalnie żal.

Sagrada Familia to dla mnie wyraz potęgi ludzkiego umysłu. Gaudi to geniusz, to wizjoner, to człowiek wyprzedzający artystycznie, architektonicznie swoją epokę. Jego pomysły są tak oryginalne, niebanalne, odstające od tego, co przeciętne, że nie można tak sobie ocenić jego dzieł na zasadzie „podoba mi się- nie podoba”, bez uwzględnienia ogromu pracy i trudu włożonego, w swe dzieła, przez Gaudiego.

One zachwycają mnie także z innego względu- odniesienia się w architekturze do przyrody. No bo, dlaczego by nie zamieścić płaskorzeźb jaszczurek, chrząszczy, motyli, kwiatków, chwastów pod rzeźbami np. pastuszków składających dary? Gdzieś jest płaskorzeźba- głowa byka, gdzie indziej „siedzi zając”, jeszcze gdzie indziej płaskorzeźby ptaków w locie. Czy zawsze to muszą być elementy geometryczne, jakieś kwadraty, koła, kratki? A te piękne drzwi w kolorze zieleni, niebieskości? Czyż nie piękne w swoim „listowiu, zwierzątkach i kwiatach”? A sklepienie katedry? Tak pięknego sklepienia- słoneczniki- chyba nigdzie nie ma na świecie.

Sama budowla, w całej okazałości jest niesamowita- „kopiec termitów” jako obiekt sakralny przełamuje wszystkie dotychczasowe wizje jak ma wyglądać kościół, katedra, bazylika.

I tak, ta niezwykłość architektoniczna,to podejście „przyrodnicze”, ten kunszt w detalach, to do mnie najbardziej przemawia w twórczości Gaudiego. I na plan dalszy schodzi, u mnie, „podoba się- nie podoba się”.

Zrobiłam prezentację i , jak zwykle, polecam jej oglądanie na całym ekranie.





https://niezlasztuka.net/o-sztuce/antoni-gaudi-i-jego-basniowa-architektura/

https://www.mecalux.pl/artykuly-logistyczne/sagrada-familia-barcelona-logistyka

Zdjęcia z Internetu.




26 czerwca 2026

W klapkach, spodenkach i źle dopasowanym kasku....

 Marlon Brando i Triumph Thunderbird 6T

Steve Mc Queen ikona motocyklistów

Czytając moje posty o motocyklach, o mojej miłości do nich, o tym, jak jeździłam na rajdy, jak trzeba się zachowywać na motocyklu w roli plecaczka itp, można sobie pomyśleć, że ja to tak sobie a muzom piszę. No nie.... no NIE. To nie są teksty tylko dla rozrywki. Jeżeli ktoś uważnie czyta, to widzi, że na serio dzielę się swoimi doświadczeniami pasażerki na motocyklu. Jazda w roli plecaczka wymaga wielu umiejętności oraz, co tu dużo mówić, trochę wiedzy na ten temat.

Niektórym wydaje się, że siadam na tylnym siodełku i jadę.... ach jak romantycznie.... ach...wiozą mnie...jejku, jejku!

Guzik prawda- najpierw trochę poczytaj, jak to ma wyglądać, co cię czeka, gdzie są miłe niespodzianki, a gdzie jest do d.... Co możesz, a czego nie powinieneś robić, a potem ewentualnie decyduj się, czy wsiadasz z tyłu czy nie.

No i plecaczek nie jest zwolniony od odpowiedzialności za bezpieczeństwo kierującego, jak to się ogólnie myśli. Takie rzeczy to tylko w samochodzie. Na motocyklu oboje jesteście odpowiedzialni za bezpieczeństwo.

I jeszcze raz dla tych, co im wiedza opornie wchodzi do głowy, a uważają, że jazda na motocyklu jako pasażer to bułeczka z masełkiem polewana miodkiem.


DEKALOG PLECACZKA
1. Nawet jeśli jest bardzo gorąco i perspektywa nałożenia na siebie skórzanej kurtki i grubych spodni przyprawia cię o zawrót głowy, nałóż je. Przewiewne biodrówki i buty na obcasie to nie jest najlepszy pomysł. Zapewne wyglądasz w nich ślicznie, ale pomyśl, jak będą wyglądać twoje zgrabne nóżki po spotkaniu z asfaltem.

2. Drogi "plecaczku", wiercić możesz się na kanapie w domu lub w samochodzie. Siedząc na motocyklu nie wykonuj żadnych nieprzemyślanych i nagłych ruchów. Kierowca ma za zadanie utrzymać w ryzach 300-kg "potwora". Nie pomagasz mu jeśli twoje 60 kg wprowadza zamęt na pokładzie.

3. Jeśli motocykl jest na zakręcie, zawsze utrzymuj ten sam kąt nachylenia co kierowca. Nie staraj się , na miłość boską, wychylać w druga stronę! Ty, motocykl i kierowca tworzycie jedna całość, zachowuj się więc jak jej wspólna cześć.

4. Z motocykla wcale nie jest łatwo spaść! Brzmi niewiarygodnie, ale to fakt. Nie trzymaj się zatem kurczowo, przylepiając do pleców kierowcy niczym miś koala, ponieważ to bardzo ogranicza jego płynność ruchów. Usiądź wygodnie, znajdź pozycje najwygodniejszą dla siebie. Możesz przytrzymać się ręką za uchwyt z tyłu motocykla (jeśli takowy jest), możesz wesprzeć się o bak motocykla , okalając ręką kierowcę. Trzymaj się nogami.

5. Jeśli kierowca przechyla się mocno do przodu , kładąc się na bak, oznacza to tyle ze należy zrobić dokładnie tak samo.

6. Nie stukaj swoim kaskiem w kask kierującego! Twoja głowa powinna być na tyle daleko, aby oszczędzić mu tych "dzięciołowych" atrakcji.

7. Zanim wsiądziesz na motocykl, uprzedź o tym kierowcę. Jeśli nie będzie przygotowany na nagłe obciążenie z jednej strony możesz go niemile zaskoczyć. Ta sama zasada obowiązuje podczas zsiadania.

8. Jeśli jedziecie zbyt szybko, nie podoba ci się to i boisz się takiej jazdy, powiedz o tym po zatrzymaniu motocykla. Nie wal pięściami w plecy kierowcy! to nie pomoże, a może zaszkodzić. Porozmawiaj z nim na spokojnie i wytłumacz. "Sceny" podczas jazdy to najgorszy pomysł z możliwych.

9. Podstawowa zasada i najczęściej, niestety, popełniany błąd: gdy motocykl hamuje, nie kładź się całą sobą na plecach kierowcy! Przytrzymaj się wspomnianego wyżej uchwytu usytuowanego z tyłu lub oprzyj się ręką o bak motocykla.. nie dokładaj kierującemu dodatkowego ciężaru. To wszystko idzie na jego ręce i kierownicę, a od tego jak sobie z nią poradzi, zależy wasze zdrowie, a nawet życie.

10. Na koniec najważniejsza rada -zaufaj kierowcy. Razem tworzycie zespól. On prowadzi, i wie co robi. Jeśli uważasz, że jest inaczej, nie wsiadaj z nim na motocykl.

"UWAGI DLA PASAŻERÓW MOTOCYKLI

Zajmując miejsce za kierowcą motocykla pamiętaj bezwzględnie o kilku zasadach:

  • bez cienia przesady — powierzasz w czyjeś ręce swoje życie i zdrowie
  • statystycznie rzecz biorąc — w razie wypadku, to ty ucierpisz bardziej niż kierowca
  • nie wolno ci zająć miejsca pasażera, jeśli masz na sobie odzież, która nie zapewnia poziomu bezpieczeństwa równego ubiorowi kierowcy
  • nigdy, ale to nigdy nie wolno ci wsiąść na motocykl, jeśli nie masz zaufania do kierowcy i jego umiejętności
  • trzymaj się obejmując mocno kierowcę — uchwyty z tyłu to tylko dekoracja" 

 Jak się zachowywać w czasie jazdy np, na zakrętach, nierównej nawierzchni itp.  Więcej tu: https://dobresklepymotocyklowe.pl/blogs/wiedza/niebezpieczny-pasazer-motocykla-uwazaj-na-plecaczek

 A teraz o ubraniach na motocykl.

Kiedyś... kiedyś w czasach, kiedy po drogach jeździły WSKi i Junaki, albo MZTki czy inne klasyki, co to pyrkały sobie z prędkością do 120 km/h, zakładało się do jazdy na nich to, co nosiło się codziennie. Były to zwykłe kurtki, grube swetry, buty jak popadło- szpanerzy zakładali oficerki lub męskie kozaki. Kaski jak jajo, bez szyb, byle chroniły łepetynę, spodnie codzienne, znów szpanerzy- dżinsy. Kto był bogatszy, to szył sobie ramoneskę na wzór ramonesek Steva Mc Queen,  Marlona Brando czy  Jamesa Deana. Och tak, Triumphy, Harleye i amerykańscy bohaterzy filmowi na nich... To był odlot. Ja też na początku byłam zapatrzona w taki obrazek, a głównie w Harleye. A potem zobaczyłam Royal Enfielda i przepadłam.

Pamiętam, jak mój poprzedni mąż wkładał pod kurtkę gazety, żeby nie zmarznąć podczas jazdy na motocyklu. Śmieszne? Teraz wydaje się śmieszne, nierzeczywiste, ale w latach 80 tak się motocykliści zabezpieczali przez zimnem.

Ubranie motocyklowe dla mnie, kupiliśmy w 2008 roku. Pamiętam, że był kłopot z jego dopasowaniem, bo ja jestem niska, a spodnie do teraz mam ciut przydługie. O ile dla mężczyzn był już duży wybór takich ubrań, to dla kobiet oferta była jeszcze mizerna. No i materiały jeszcze były sztywne, twarde, wprawdzie były już Gore- Texy (leciutkie, wygodne), ale cena była zaporowa, a na mnie w ogóle takich ubranek nie było. Z czasem pojawiały się coraz cieńsze i bardziej odporne, na skutki upadku motocykla, tkaniny.

Moje ubranie jest sztywne, ma wszystkie ochraniacze i wypinane podpinki- w spodniach i w kurtce. Trochę trudno było się w nim poruszać, ale podczas jazdy czułam się w nim bezpieczna. Gdy było gorąco- wypinałam podpinki, ale tylko w duże upały w tym ubraniu było za ciepło. Podczas jazdy na motocyklu nawet jak jest dosyć wysoka temperatura, to powietrza sprawia, że tego gorąca się nie czuje. Na krótkie trasy ubierałam tylko kurtkę motocyklową, normalne sportowe spodnie, a na kolana zakładałam ochraniacze- kolana można bardzo szybko „przeziębić”. 

 


No i buty motocyklowe oraz rękawiczki, w których, również w wielkie upały, jeździłam. 


 

Prawdziwy wysyp różnorodnych ciuchów motocyklowych wystąpił w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, a teraz to już szał motocyklowych ciał- można oczopląsu dostać, jak się widzi tyle różnorodnych ubranek na motocykl. Pojawiły się ubrania z kevlaru, covecu, z cordury, siateczki mesh, różnego rodzaju membrany. Są ubrania termoaktywne, które można założyć pod ubranie motocyklowe. Są również ubrania motocyklowe ze skóry, ale....One są odporne na tarcie i szpanersko wyglądają, ale....są niepraktyczne no i ta skóra- budzi to teraz we mnie opór.  Jaskół ma porządne ubranie z grubej skóry- dał je sobie uszyć na początku swojej przygody motocyklowej. 

Moja kurtka motocyklowa (S- no tak właśnie tak😁 i pasuje nadal)


Na plecach naszywka- taką wszyscy w naszym nieformalnym klubie mieli naszyte na ciuchy motocyklowe. Piszę w nieformalnym, bo to był klub przyjaciół motocykla marki Royal Enfield, niezrzeszony, nierejestrowany- nie chcieliśmy takich ograniczeń: składki, statut, obowiązkowe rejestracje, jakieś zgłoszenia, milion formalności. Jednak chcieliśmy podkreślić, że taka grupa istnieje, stąd naszywki, proporczyki, naklejki itp. A na każdym zlocie jakieś pamiątki z logo klubu i takim napisem.

Na rękawie kurtki logo naszego klubu


 

Spodni nie demonstruję- - normalne spodnie z tego samego materiału z ochraniaczami. Mają tylko różnego rodzaju zapinki i paski, by je dopasować.

Jaskół na bieżąco kupuje sobie różne wygodne, dostosowane do temperatury ciuchy. Gdybym dalej jeździła, pewnie też zmieniłabym ciuchy na lżejsze, wygodniejsze, ale z tymi wszystkimi zabezpieczaniami. Ochraniacze mają teraz nawet stylizowane dżinsy motocyklowe. Fajne czasy dla motocyklistów nastały.

Gdybym dalej jeździła, to na pewno zmieniłabym ubranie na nowocześniejsze, choć mojemu niczego nie brakuje oprócz lekkości.

Moja pierwsza jazda, jako plecaczek, była na rozpoczęcie sezonu motocyklowego w Częstochowie (2009 rok).

To impreza cykliczna, która odbywa się w kwietniu.

Wyjechaliśmy około 7 rano- dzień zapowiadał się piękny, ale kwietniowy poranek był wręcz zimny. Powietrze było lodowate. Jechaliśmy wzdłuż Jeziora Goczałkowickiego, od wody wiało ziąbem. Miałam na sobie porządne ubranie motocyklowe i wcale nie było mi w nim zbyt ciepło. Twarz zasłoniłam szybą z kasku, pod tą szybą miałam na twarzy kominiarkę, a i tak czułam jak mi marzną policzki. Nie lepiej było podczas jazdy przez Puszczę Pszczyńską, o tej porze dnia jeszcze mroczną, wilgotną i mroźną. Potem było coraz lepiej. Wstało słońce i na otwartych przestrzeniach zrobiło cię cieplej. Za Katowicami zaczęły wyprzedzać nas ścigacze- wtedy była na nie moda. Jeden nas mija i co widzę? Z tyłu, na siodełku, prawie leżąca na motocykliście dziewczyna- na ścigaczach tak się jeździ- prawie na leżąco), nogi w cieniutkich leginsach, całe nerki odsłonięte, widać pasek gołej skóry między brzegiem kurteczki i gumą leginsów. Na nogach półbuty na małym obcasie. A ścigacz zapier... jak to ścigacz- ledwo zdążyłam zarejestrować ten widok. Wyobrażam sobie, jak jej było zimno. I te biedne nerki wystawione na lodowaty wiatr. Zrobiło mi się normalnie zimno od samego patrzenia.

Jasne, że na motocyklu można we wszystkim jeździć. Nierzadko widuję panów w tenisówkach, adidaskach, czy wręcz w klapkach, w krótkich spodenkach, letniej koszulce, pędzących na motocyklach. Pewnie oni tak na szybko, na krótko, tylko kawałek... po co się ubierać?

Można, oczywiście, że można. Ale wystarczy kamień wystrzelony spod opony przejeżdżającego samochodu i d... blada. Chyba nie trzeba mówić, z jaką siłą ten kamień ląduje np. na gołej łydce, goleni czy ramieniu motocyklisty. Nawet zderzenie z lecącą muchą albo pszczołą jest bolesne. A i oparzenia spowodowane dotknięciem gołej łydki rozpalonej rury wydechowej też są częste. 

Bartłomiej Słonka

ntrdoeposS17tuc8013imdh12u.o99u343tu4mcl5l181 h1lu3zgl20u9m6  ·

No i pokarało ?

Co prawda buzię widzę w tej łydce, ale nadal tłumik 1 ja 0 ?￰゚マᄏ‍♂️

 

To motocyklista, ale pasażer też może mocno nogę spalić o rurę wydechową.

No, a jak się zdarzy wywrotka? Już widzę tę, do mięsa, zdartą skórę czy otwarte złamania kości. Nie przesadzam. Jaskół miał wywrotkę, był w ubraniu motocyklowym, a i tak miał otwarte złamanie kości przedramienia i żebro złamane, bo miał klucze w kieszeni, które pod wpływem siły uderzenia złamały żebro. Podczas drugiego wypadku- baba w niego wjechała- wszystko przy małych prędkościach, prawie zerowych- doznał przebicia płuca przez żebro i miał pogruchotaną łopatkę- miał na sobie porządne ubranie motocyklowe, a jednak.... To jak to będzie wyglądało, kiedy gościu w koszulce, bermudkach i klapkach, z motocyklem wywali się na asfalt?

Przy decydowaniu się na kupno motocykla, należy liczyć się z tym, że trzeba mieć odpowiednie ubranie do jazdy. Wprawdzie takie ubranie nie zawsze chroni na 100%, ale minimalizuje skutki wypadku. Gdyby Jaskół nie miał ochraniaczy na kolanach, wszytych w spodnie, pewnie i kolana poszłyby w drzazgi.

Buty- widuję motocyklistów w różnych butach- kozakach, oficerkach, adidasach, ale najbezpieczniejsze są buty dedykowane do jazdy na motocyklu. Są one z grubego materiału, z usztywniaczami oraz często nieprzemakalne. Ważne, by buty tak, jak u dziecka, „trzymały kostki” (ochraniały je) i były na tyle wygodne, by dobrze się w nich prowadziło motocykl. Plecaczek nie prowadzi motocykla, ale buty powinien mieć stricte przeznaczone do jazdy na motocyklu. Mam (nadal) bardzo wygodne buty.


 

Zresztą teraz wybór ubrań oraz butów motocyklowych jest ogromny- od tych z przeznaczeniem do jazdy letniej, po te z przeznaczeniem do jazdy zimowej. Rękawice są niezbędne nawet latem (chronią skórę przed zdarciem w razie ewentualnego upadku). Ja mam skórkowe (sztuczne- to info dla tych oburzających się), dosyć cienkie, ale każdy motocyklista może sobie dobrać różne w zależności od potrzeb. Jaskół jeździ dużo i mam tych rękawic sporo.

Można kupić nawet podgrzewane rękawice, zasilane przez bateryjki wewnętrzne lub podłączane za pomocą USB do motocykla. A jeszcze lepiej jest zamontować sobie w motocyklu podgrzewane manetki- właśnie się przymierzamy do czegoś takiego.

O kaskach nie będę pisała dużo- ich wybór jest też ogromny (no i ceny czasem zaporowe)- ja mam kask dołem otwarty, z szybą i blendą, ale kiedyś miałam COBRĘ- kask szczękowy. Tamta chroniła szczęki, ale nie miała blendy, a blenda jest naprawdę doskonała podczas jazdy pod słońce. Teraz można kupić kaski szczękowe również z blendą oraz różnymi innymi bajerami.

 Najważniejsze, by przy zakupie kask ściśle przylegał do głowy, a gąbka okalająca (ta na brzegach kasku) powinna również ściśle przylegać do twarzy (nawet jak czujemy lekki dyskomfort na początku)- podczas użytkowania wszystko się dopasuje i poluźni (gąbka się ugniecie). Luźny kask (nawet ściśle zapięty pod brodą) podczas wypadku może się przesunąć i nie ochroni głowy, nie zamortyzuje uderzenia. Poza tym.... jak pęd powietrza dostaje się, między gąbkę a twarz, pod kask, to chyba można ogłuchnąć- dobry kask chroni również przed hałasem.

Kask, tak jak motocyklowe ubranie, ma zabezpieczać głowę w razie upadku, a nie „wyglądać”. Można sobie dobrać dobry, nieduży (czasza) kask, ale im więcej w nim bajerów, tym czasza musi być większa (gdzieś te bajery trzeba zamocować).

W ogóle, te wszystkie szczuplutkie babeczki na ścigaczach w opiętych skórach, to raczej tak na reklamę, a nie by bezpiecznie dojechać.

Oczywiście, że można zrobić rewię mody tak samo, jak na plaży, czy na trasie do Morskiego Oka (klapeczki, krótkie spodenki, szerokie galoty, które mogą się wkręcić w koło- a one w tym roku takie modne są), ale motocykliści, którzy podchodzą poważnie do bezpieczeństwa jazdy, będą bardziej zwracali uwagę na rodzaj tkaniny- jej ścieralność, nieprzepuszczalność wody lub oddychanie, grubość, ochraniacze, a dopiero potem na to, jak w tym wyglądają.

A jak ktoś nie wie, co kupić, to w salonach z odzieżą motocyklową są kompetentni sprzedawcy, którzy dobrze doradzą


Tak to tylko w filmach lub clipach.


P.S. Do tych wszystkich, co to na motocykl mówią motor, motór, motur itp. motor to jest w pralce szanowni państwo, jeździ się na MOTOCYKLACH!

James Dean i jego Triumph.
 

21 czerwca 2026

Z Langwedocji na Śląsk.

 

 Pałac w Baranowicach po przebudowie na początku XIX wieku.

Po obejrzeniu pałacu w Boryni, wróciliśmy do weta, ale jak już pisałam, ludzi z psami było jeszcze więcej niż za naszym pierwszym podejściem. Zrezygnowaliśmy. Wróciliśmy do weta w sobotę, Beza została przebadana i po wizycie pojechaliśmy zobaczyć następny pałac, który znajduje się na obrzeżach Żor. 

Pałac w Baranowicach miał sporo właścicieli (do XIX wieku), a przy ich wypisywaniu, można się naprawdę podłamać, ech te nazwiska niemieckie, austriackie, czeskie i nawet francuskie (straszna pisownia).

W przeciwieństwie do historii pałacu w Boryni, historia tego pałacu jest lepiej udokumentowana, co wprawia mnie w lekką frustrację, jak zawsze, przy sporej ilości informacji oraz zdjęć- nigdy nie wiem, co wybrać, by wciągnęło i nie zanudziło. Dla mnie wszystko jest godne uwagi, ale to jest tylko blog, a jego czytelnicy mają różne zainteresowania, niekoniecznie historyczne, czy podróżnicze. W przypadku Baranowic, więcej informacji dotyczy współczesności, niż jego dawnych dziejów.

Tym razem wkleję cytat mówiący o tym, kto był w posiadaniu obiektu aż do XIX wieku.

„Zanim w Baranowicach powstał Pałac, tereny największej dzielnicy Żor należały do wielu właścicieli. Najwcześniej, bo już od XV wieku ich właścicielką była Helena Korybutówna, żona księcia Jana II. Księżna darowała ziemię rycerzowi Mikundey’owi. W 1436 roku wykupił je Mikołaj Szoszowski, by następnie sprzedać je Jerzemu Osińskiemu. Kolejnym właścicielem został Johann von Trach z Brzezia na Starych Gliwicach, który w 1556 roku za 4650 talarów wykupił majątek 
w Baranowicach i bezludne w tym czasie Szoszowy. Trachowie byli starym szlacheckim rodem i to dzięki nim w XVII wieku powstał tutaj pierwszy murowany dwór (zwany zamkiem). Pozostałości pierwszej budowli można znaleźć w trzech pomieszczeniach na parterze o krzyżowych sklepieniach, które stanowią najstarszą część pałacu.

Rodzina Trachów była właścicielami majątku aż do drugiej połowy XVII wieku. W okresie wojny trzydziestoletniej (1618-1648) dobra zostały poważnie zrujnowane. W późniejszych latach obiekt przechodził z rąk do rąk, a jego właścicielem byli między innymi baronowie Królestwa Czeskiego, cesarski administrator upraw tytoniowych czy też królewski zarządca żup solnych w Brunn. W latach 1803-1811 Pałac należał do Anny Heleny von Czarnetzkiej, po której śmierci posiadłość przeszła na córkę Joannę, wdowę po Henryku baronie von Durant de Sénégas, kapitanie wojsk pruskich. Okres ten zaczyna dzieje baranowickiej linii Durantów. W tym czasie w miejscowości żyło 209 osób.”

Rodzina von Durant pochodziła z Langwedocji. Drugi człon ich nazwiska,

„de Sénégas”, pochodzi od nazwy ich tamtejszych dóbr rodowych- Château de Sénégas w Bas Lanquedoc koło Nimes. Jej członkowie byli hugenotami (ewangelikami). Kiedy za Ludwika XIV, we Francji, zaczęły się prześladowania innych wiar niż katolicka, Durantowie uciekli do Brandenburgii, zostawiając we Francji dwie linie rodowe. W Niemczech ich posiadłością były dobra Strubenberg, a na Górnym Śląsku, od 1811 r. Baranowice, Szoszowy i Osiny, dziś dzielnice Żor. Majątki te, na drodze spadku, otrzymała od swojej matki owdowiała Joanna baronowa Durant de Senegas, z domu von Czarnecka. Oprócz wymienionych miejscowości, rodzina Durantów posiadała również majątki w Nowym Dworze oraz Wielowsi, Błażejowicach oraz Sierotach. W zasadzie główną siedzibą rodu- linii śląskiej, była Wielowieś i o tej linii zostało sporo informacji w dokumentach, które ocalały po wojnach.

Herb rodu von Durant de Sénégas
 

Baranowice wraz z okolicznymi ziemiami odkupił 11 listopada 1827 r. od Joanny von Durant, jej syn, Emil baron von Durant de Senegas. Miał dwóch synów: Hansa i młodszego Emila.

Durantowie byli właścicielami pałacu w Baranowicach około 100 lat. W tym czasie wpływali na życie okolicznych wiosek, ale również na życie miasteczka, jakim były Żory. Emil Henryk Erdmann Konrad von Durant de Sénégas, był jednym z najbardziej wpływowych ludzi rodu, którego król pruski mianował landratem powiatu rybnickiego. Za jego czasów majątek przeżywał koniunkturę i zajmował 6 miejsce w powiecie. To on zarządził przebudowanie dotychczasowego barokowego pałacyku w budynek klasycystyczny. W ramach rozbudowy dobudowano dwa jednopiętrowe skrzydła boczne. Wykonana została również sztukateria w stylu renesansu włoskiego. Wokół pałacu kazał założyć park w stylu angielskim.

Hans, jako pierworodny, odziedziczył po ojcu Baranowice i Szoszowy.

Baron Hans von Durant, drugi z „panów na Baranowicach”, też zasługuje na szczególną uwagę. Był oficerem w 3 gwardyjskim pułku ułanów w Poczdamie. Brał udział w wojnie z Francją. Za wyróżnienie się męstwem, w bitwie pod Sedanem, został odznaczony Żelaznym Krzyżem I klasy.

I tu dygresja- Pałac w Baranowicach był w granicach państwa pruskiego od wojen śląskich- to było normalnie funkcjonujące państwo z prawem pruskim i obywatelami pruskimi jako jego mieszkańcami na tych ziemiach. I to tu było normalne. Najczęściej właścicielami majątków byli Prusacy/Niemcy, a chłopi deklarowali się jako Ślązacy- to tak w uproszczeniu. Nie było jakichś ogromnych niesnasek narodowościowych, bo to funkcjonowało od 1742 roku. Czyli prawie 200 lat- do roku 1922 roku, powiat rybnicki leżał w państwie pruskim (gdzie tu mowa o jakich rzekomych ziemiach polskich?). 

 Hans von Durant, ze związku z baronówną Elly von Hahn, miał dwie córki i trzech synów. Pierworodną była Elsa (o niej napiszę na samym końcu posta, bo była niebanalną kobietą i warto ją bliżej poznać), młodsza miała na imię Frieda. Pomiędzy siostrami było trzech braci: Emil, Charles i Constantin.

Rodzina Durantów- od lewej: Frida, potem chłopcy, ale nie wiem, który jest którym, bo nie podpisano, Else, baronowa Elly i baron Hans.

Emil z marł w wieku 30 lat nie założywszy rodziny, Constantin także nie założył rodziny, natomiast Charles miał dwie córki. Spadkobiercą Hansa był najstarszy Emil, a po jego bezpotomnej śmierci jego młodszy brat Constantin (Charles wyjechał, jego żona była Szwajcarką). Ten w 1914 r. sprzedał majątek przedsiębiorstwu Bergwerksgesellschaft Georg von Giesche’s Erben AG.

Frida, wyszła za mąż, za swego kuzyna Harrego von Durant z linii Durantów, posiadających majątek w Wielowsi niedaleko Gliwic. Rodzina była przeciwna temu małżeństwu ze względu na bliskie pokrewieństwo. Młodzi zostali poddani trzyletniemu okresowi próbnemu. Przetrwali ten okres i zawarli ślub. Ani Frieda, ani Harry nie dziedziczyli rodzinnych posiadłości. Nabyli oni, na Dolnym Śląsku, majątki: Volfshayn (Wilczy Las) oraz Martinwaldau (Szczytnica).

Od czerwca 1914 roku majątek Durantów w Baranowicsch, był już własnością przedsiębiorstwa Bergwerksgesellschaft Georg von Giesche’s Erben AG. Tak, tak, spadkobierców tego Gische, który miała kopalnię „Gische”, a oni wybudowali w Katowicach Giszowiec- osiedle ogród, dla robotników.

I znów dygresja- w czasach, kiedy na ziemiach Kongresówki polscy panowie mieli majątki i niezbyt interesowali się losami chłopów (znów upraszczam), to na tych „okropnych” ziemiach pruskich (na tym okropnym Śląsku), przedsiębiorcy budowli dla robotników swych fabryk osiedla i jako bonus dawali im jeszcze małe ogródki.

Zarządzający przedsiębiorstwem nakazali zaadaptować pałac na ośrodek wczasowy dla pracowników kopalni „Gische”.


„W 1926 r. akcjonariat spółki akcyjnej Giesche w Katowicach, twierdząc, że władze polskie utrudniają jej działalność, sprzedał akcje koncernowi Silesian-American Corporation – SACo.” I tu widać jak polskie władze (poplebiscytowe) podchodziły nawet do tak, wydawałoby się, pozytywnych działań, jakimi było choćby utworzenie domu wczasowego dla robotników, w kontekście własności niemieckiej. W sumie to był trudny czas dla Ślązaków, deklarujących się po stronie albo jednego, albo drugiego państwa. Nigdy nie wiedzieli, z której strony dotkną ich represje.

„Po agresji III Rzeszy na na Polskę, 1940 r. zarząd spółki został usunięty przez okupacyjne władze niemieckie, a macierzysta firma Giesches Erben odkupiła amerykańskie udziały.”

A potem w pałacu się działo i to niekoniecznie fajnie. Zjeżdżali do niego na bibki hitlerowcy (oficerowie różnej rangi), działający w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu.

Podczas okupacji- hotel dla hitlerowców.
 

Czasem polskiej służbie pałacowej udawało się od nich wyciągać informacje na temat więźniów- kilkunastu ludzi ocalono.

Po zakończeniu wojny niemiecka spółkę „Gische” znacjonalizowano, a ziemię należącą do majątku Baranowice, rozparcelowano. Pałac wtedy przeznaczono na budynek kolonijny dla dzieci pracowników śląskich hut.

Od września 1951 roku, w pałacu działała szkoła podstawowa (no właśnie, kolejny pałac jako miejsce dobre na szkołę.) We wczesnych latach powojennych organizowano bardzo dużo tzw. czynów społecznych. Podczas tych czynów podnoszono kraj z ruiny, porządkowano, naprawiano, budowano. Tak też było w szkole w Baranowicach. Uczniowie sami doprowadzili park do porządku, wycinali krzewy, wysypywali ścieżki żwirkiem, stworzyli sobie boisko i posadzili nowe drzewa.

 Mimo dbałości o budynek przez konserwatora zabytków i dyrekcję szkoły, ten zaczął się bezczelnie, jakby na złość władzy ludowej, sypać. Kiedy zawalił się kawał sufitu w sali gimnastycznej, zadecydowano, że dalsza nauka w obiekcie jest niebezpieczna.

Przed remontem czasy współczesne.
 

W 1990 roku miasto wystawiło pałac na sprzedaż. Pierwszy właściciel zbankrutował, a kolejny o budynek nie dbał, pałac popadał w dalszą ruinę, zaczął się walić pałacowy dach i zaczęły pękać ściany. W 2007 roku Żory postanowiły odkupić obiekt, ruszyły prace remontowe w miarę możliwości finansowych miasta. Dopiero po dofinansowaniu z Unii, prace ruszyły na całość i w 2024 roku wyremontowany pałac został udostępniony mieszkańcom miasta oraz gminy. Jest on ośrodkiem kulturalnym, gdzie prowadzi się wiele zajęć w ramach różnych pracowni, a także kółek zainteresowań, organizuje imprezy kulturalne. W pałacu jest również restauracja Charlotta. Więcej o odremontowanym pałacu napiszę w kolejnym poście.

Odrestaurowano i urządzono również park pałacowy- jest on nadal w stylu angielskim.

Wracając do Durantów- Else, pierworodna córka rotmistrza, była koneserką sztuki i w swoich prywatnych zbiorach posiadała obrazy olejne: Vincenta van Gogha („L’Arlesienne, Madame Ginoux”), Paula Cézanne’a („Pejzaż”) i Paula Gauguina („Inwokacja”).

Wyszła za mąż za okulistę Rudolfa Tischnera i odtąd była znana w świecie artystycznym jako Else Tischner von Durant.

Else była artystką malarką- wykształcenie artystycznie zdobyła w Paryżu- tam poznała wielu przedstawicieli francuskiego impresjonizmu oraz studiowała w Monachium w Damen- Akademie. Jedne źródła podają, że na stałe osiadła w Paryżu, inne, że w Monachium (w 1901 roku). W latach 1911-1913 mieszkała we Fryzyndze. Tam urodziła córkę (1913 rok).

We Fryzyndze (Freising) została zapamiętana nie tylko jako malarka, ale również jako właścicielka cennych obrazów oraz promotorka młodych artystów. Francuska sztuka nowoczesna, cieszyła się ogromną popularnością wśród niemieckich koneserów, te dobra stanowiły ponoć ekskluzywny styl życia. Tegoż samego roku rodzina przeprowadziła się do Monachium i dwa lata później zbudowała dom w Icking.

Prawdopodobnie z matką- zdjęcie pochodzi z czasów, kiedy mieszkała jeszcze w Baranowicach.
 

Else była przedstawicielką artystycznej awangardy niemieckiej. Jej dorobek obejmuje około 130 prac malarskich, rysunkowych, graficznych oraz projektów tapiserii. Malowała portrety, pejzaże, martwe natury. Często w technice olejnej. Zachowały się zdjęcia obrazów z motywami Freisinga. Same obrazy spłonęły podczas II wojny. Else funkcjonowała w świadomości społecznej bardziej jako kolekcjonerka dzieł sztuki niż malarka, toteż nie katalogowano jej obrazów. W necie, mimo długich poszukiwań, znalazłam tylko jej dwa obrazy- martwą naturę (panel) oraz portret męża. 


 W życiu prywatnym nie była szczęśliwa. W 1917 roku rozwiodła się. Z powodów ekonomicznych została zmuszona do sprzedaży trzech obrazów ze swej cennej kolekcji. Podczas II wojny światowej, w 1944 roku, mieszkanie baronowej, w Monachium, zostało zbombardowane. W tym samym roku jej córka popełniła samobójstwo.

Po nieszczęściach dwóch wojen, rozwodzie, śmierci córki, na starość przeniosła się do Moosburga, gdzie zamieszkała w prymitywnej chacie z małym ogródkiem. Do samego końca jej życia, odwiedzali ją znani malarze.

W liście do znajomego (1954 rok) pisała: „Nigdy nie przypuszczałam, że stanę się tak biedna. Zmarła w 1958 roku. Obrazy z jej słynnej kolekcji, z roku na rok zyskiwały coraz większą cenę. Paradoksem jest to, że Elsa zmarła jako biedaczka, mając w posiadaniu tak cenne obrazy.

O Else von Durant dowiedziałam się więcej z zagranicznych wpisów w Necie niż z notki w izbie pamięci.

To przetłumaczona przez translator notka, którą znalazłam na stronie „manuskrypty”. Jest to list Franza Marca do Elsy von Durant. Z malarzem łączyła j przyjaźń, ale bardziej wystąpiła w jego życiu jako promotorka jego twórczości. Else kupowała jego dzieła oraz dzieła innych młodych artystów, zanim stali się sławni, wspomagając w ten sposób ich twórczość. W 1916 roku Marc zmarł, ale Else dalej promowała jego malarstwo

„ Z niemieckiego

Malarce i kolekcjonerce sztuki Elsie Tischner-von Durant (1876–1958), która właśnie kończyła swój pobyt w Paryżu, Marc przesyła swoje i Marie Schnür (1869–1934), którą poślubił kilka tygodni wcześniej, „najserdeczniejsze pozdrowienia dla wszystkich pięknych rzeczy, które tam są” i życzy „abyście przeprowadzili się na wieś niedaleko nas tego lata…”. W każdym razie, powinna odwiedzić Marców w ich domu przy Schellingstrasse w Monachium natychmiast po powrocie. Baronowa, urodzona we Wrocławiu, która spędziła pewien czas w Paryżu i uczęszczała do monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych, wyszła za mąż za okulistę Rudolfa Tischnera w 1909 roku, z którym w 1911 roku przeprowadziła się do Fryzyngi. Tischner-von Durant była znaną kolekcjonerką sztuki – posiadała dzieła między innymi Van Gogha, Cézanne'a i Gauguina – a sama była utalentowaną malarką, blisko związaną z Marcem, Schnürem i Jawlenskim. Jej twórczość została ponownie odkryta dopiero niedawno.” 

Po lewej oryginał listu Franza marca, po prawej tłumaczenia-niemieckie i angielskie. W źródłach adres strony, na której to znalazłam. 



Niedawno UM Żory wydał książkę poświęconą tej artystce. Na pewno w niej znajduje się wiele interesujących informacji o życiu tej malarki.

Jak wygląda pałac współcześnie, napiszę w następnym poście o Baranowicach.




https://palacbaranowice.zory.pl/historia/

https://sokoliszlak.cba.pl/?page_id=1163

https://www.facebook.com/wielowies/photos/durantowie-z-wielowsi-to-by%C5%82/1533045863389494/?locale=de_DE

http://www.manuscryptum.de/Kataloge/manuscryptum2021.pdf

https://www-merkur-de.translate.goog/lokales/freising/freising-ort28692/elsa-tischner-von-durant-eine-kuenstlerin-in-freising-9851519.html?_x_tr_sl=de&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://www.sueddeutsche.de/muenchen/freising/vortrag-beim-historischen-verein-van-gogh-in-freising-1.3959813

https://www.arcadja.com/auctions/en/lot/twe4cwlo/


03 kwietnia 2026

"Samoistne twory, zawieszone w przestrzeni..."

 

Magdalena Abakanowicz jest dla mnie artystką- „tajemnicą”. Niby sporo o niej wiem, znam jej różne dzieła, ale zawsze, kiedy o niej myślę, to zastanawiam się nad jej postrzeganiem świata, przedmiotów, ludzi.

Mogłabym tak powiedzieć o większości znanych mi artystów, a jednak dziedzina, w której artystycznie poruszała się Abakanowicz jest niejednoznaczna. Tu się nie da tak wyrazić swego przesłania, jak np. w malarstwie, czy rzeźbie (nie piszę tu teraz o sztuce abstrakcyjnej). Oczywiście można teraz zaprotestować, bo w sztuce przeważnie spotykamy się z brakiem jednoznaczności, z brakiem wyraźnego przesłania, o ile artysta dokładnie nie nazwie swojego dzieła lub dzieło nie jest tak realistyczne, że bez jakiegoś wielkiego wysiłku i domysłów, wiemy o co chodzi.,

Piszę o tkactwie Abakanowicz,które mnie zafascynowało. Ta dziedzina twórczości jest mi coraz bliższa i coraz więcej o niej wiem. Dlatego zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką artystką trzeba być, by tworzyć tkane dzieła sztuki, które zyskały międzynarodową sławę. A nie są to tylko kilimy czy gobeliny, ale dzieła wielowymiarowe o dużej kubaturze.

Ale po kolei.

Magdalena Abakanowicz urodziła się w 1930 roku w Falentach niedaleko Warszawy. Mówiła o sobie, że była inna, była samotnym dzieckiem

„Taka się urodziłam – wyjaśniała Jakubowi Janiszewskiemu w wywiadzie radiowym udzielonym TOK FM. Zanim nauczyłam się posługiwać sprawnie palcami, brałam w dłonie jakieś przedmioty i wiązałam je ze sobą. Tylko ja wiedziałam, dlaczego ten patyk z tym kawałkiem gliny są jedną rzeczą. Bez przerwy grzebałam w ziemi, zajmowałam się lepieniem i tworzeniem przedmiotów o mnie tylko wiadomych znaczeniach. Robiłam w pokoju dziecinnym straszny bałagan, więc rodzice podczas porządków to wszystko wyrzucali, a ja wygrzebywałam ze śmietnika co ważniejsze rzeczy”.

Po ukończeniu szkoły podstawowej zdawała do liceum plastycznego, gdzie już na wstępie powiedziano jej, że na rzeźbę to ona się nie nadaje. Zajęła się malarstwem. Malowała obrazy surrealistyczne.

Na studiach często głodowała, ale trzymała wewnętrzną dyscyplinę, która wpoili jej rodzice i nie myślała, by w tych trudnych warunkach studia przerwać. O sztuce wyrażała się, że jest stanem psychicznym, stanem ducha, przypadłością, z którą trzeba żyć. Traktowała sztukę jako wręcz przywarę, z którą trzeba sobie radzić. Powinna dawać do myślenia, ale nie może być użyteczna.

„Sztuka pozostanie najbardziej zdumiewającą działalnością człowieka, zrodzoną z bezustannych zmagań rozumu z szaleństwem, marzenia z rzeczywistością…” - brzmiał jej artystyczny manifest.

Kiedy wyszła za mąż i zamieszkała z mężem w małej kawalerce, zaczęła malować duże obrazy, między którymi się przechadzała- dawało jej to poczucie przestrzeni. To w tych latach zatęskniła za wielowymiarowością, bo obrazy wydawały jej się zbyt płaskie. Zaczęła tkać i zszywać kawałki utkanych tkanin. Powstawały miękkie rzeźby- „antyrzeźby” jak je nazywała.

Te reliefowe płótna nazwała „abakanami” i uważała je za doskonałą przestrzeń do kontemplacji. Była to sztuka innowacyjna- nikt wtedy takich rzeźb nie wykonywał. I te tkane formy przestrzenne, jej artystyczne oryginalne odkrycie, przyjęło nazwę od niej nazwę.

„Abakan jest wymagający. Potrzebuje szczególnej troskliwości i szczególnej ekspozycji. Nie nadaje się na ścianę, do dekoracji. Do niczego się nie nadaje” -twierdziła artystka.

W katalogu jednej z wystaw Magdaleny Abakanowicz, Ewa Hornowska napisała o Abakanach tak: „To samoistne twory, zawieszone swobodnie w przestrzeni, bez ścian w roli tła bądź podpory, zapętlone w środku, a przy tym otwarte, dostępne zmysłom ze wszystkich stron, również od wewnątrz”

Abakany (i inne prace- rzeźby) artystki były wystawiane na wielu wystawach oraz biennale. Jednym, z pierwszych, w których Abakanowicz uczestniczyła, odbyło się w Lozannie w 1962 roku. Zaprezentowała wtedy „Kompozycję białych form”. Były to jeszcze płaskie gobeliny, jednak miały one już elementy reliefowe. Prace wzbudziły zachwyt ale i kontrowersje. Zachwycała nie tylko forma prac, ale również ich kolorystyka- odcienie bieli, beżu, szarości oraz sepii.

Trzy lata później na wystawie w São Paulo, formy przestrzenne Abakanowicz wzbudziły sensacje, a ona sama zdobyła za nie złoty medal. Tym samym otworzyły się przed nią drzwi światowych sal wystawienniczych. Sama zaś stała się artystką rozpoznawalną.

Po okresie tworzenia abakanów, artystka zajęła się tworzenie rzeźb, głównie postaci ludzkich. A po tym etapie tworzyła rzeźby głównie z konarów i pni drzew ściętych przez drogowców. Wykonywała również formy przestrzenne z odlewów żeliwnych.

Na prośbę mieszkańców Hiroszimy, wykonała 40 postaci, odlanych z brązu. Postawiono je na wzgórzu, jako pomnik upamiętniający ofiary wybuchu bomby jądrowej.

Zajęła się także tworzeniem choreografii dla tancerzy polskich oraz japońskich, którzy specjalizowali się w tańcu butoh. I to jeszcze nie koniec działalności Abakanowicz na niwie artystycznej- w ramach uczestnictwa w konkursie, dotyczącym zaplanowania jednej z dzielnic Paryża, zaproponowała nowatorską wówczas koncepcję wybudowania kilku 25 piętrowych budynków, które miałyby kształty nawiązujące do drzew i oplecione byłyby od dołu do góry bujną roślinnością, posadzoną na różnych poziomach fasad. Stąd wzięła się nazwa tej koncepcji- architektura arborealna. Projektu nie zrealizowano z braku pieniędzy, ale jego wizjonerski charakter porównuje się do wizji Gaudiego.

Doceniam w niej tę artystyczną wszechstronność, mnie jednak najbardziej zainteresowała jej twórczość tkacka.

Już na początku zaprezentowania się pierwszych abakanów, powstał problem nazewnictwem, dotyczącym tych form artystycznych.

„W recepcji twórczości Magdaleny Abakanowicz od samego początku powracał ten sam problem – jak właściwie nazwać jej prace. Krytycy prześcigali się w tworzeniu określeń, które pozwoliłyby umieścić jej dzieła poza granicami tradycyjnego tkactwa. Pisano o „anty-tkaninach”, „rzeźbach w tkaninie”, „tkanych obrazach”. Przydawano im kolejne przymiotniki, próbowano uczynić z jej prac obiekty z kategorii „wielkiej sztuki” – obrazy, później rzeźby – ale abakany, choć zapożyczały niekiedy wyrazy z języka rzeźby czy malarstwa, pozostawały tkaninami. Wyjątkowymi, na wskroś nowatorskimi – ale tkaninami. Tylko i aż.

„Sama artystka chciała przede wszystkim uniknąć miana „tkaczki” – z czasem coraz bardziej. Pytana o definicje, unikała jednoznacznych odpowiedzi. W ten sposób otwierała pole do interpretacji – i do dyskusji, która miała ciągnąć się przez następne lata. Abakany były zbyt monumentalne, zbyt cielesne, zbyt przestrzenne, by pozostać w obrębie tkaniny – ale zbyt organiczne, by całkowicie wpisać je w rzeźbę. W tym wszystkim często odmawiano tkaninie prawa do samodzielności – jakby mogła istnieć tylko poprzez odniesienie do innych dziedzin. Abakanowicz była jedną z pierwszych artystek, które tę hierarchię odwróciły. W pewnym momencie problem ten się jednak skończył, o co zadbała sama artystka, zwracając się w połowie lat 70. ku pracom, które już bez cienia wątpliwości odbierane i opisywane mogły być jako rzeźby. (…)

(…) Na początku drogi twórczej Abakanowicz była więc głównie „tkaczką–malarką”, przynajmniej w recepcji krytycznej. Miała jednak uwolnić tkaninę od „niewzruszonej zależności od malarstwa”. Im dalej, odważniej artystka wychodzi w przestrzeń ze swoimi pracami, tym bardziej staje się „tkaczką–rzeźbiarką”.

I trochę o technice tworzenia abakanów.

„Abakan to wyjątkowa forma rzeźbiarska, połączenie tkaniny i rzeźby. Abakany nie są wykonane z twardych materiałów jak klasyczna rzeźba. Nie są również płaskie jak dzieło wykonane z tkaniny. Abakan, potocznie określany jako miękka rzeźba, wykonany jest z grubo tkanych sizalowych splotów. Abakanowicz, przy tworzeniu, dzieliła włókna na cieńsze pasma, następnie barwiła je i suszyła. Potem, tkała z nich na krośnie swoje abakany. Cały ten proces sprawiał, że w trakcie tworzenia przypominały one kształtem gobeliny, czyli płaskie tkaniny. Sposób prowadzenia włókna jest poziomy, równoległy. Wszelkie łączenia materiału są niewidoczne. Po zszyciu wszystkich elementów, Abakanowicz nadawała im przestrzenną formę.

O ile technika tkacka jest dosyć prosta, to nie wyobrażam sobie tkania wątku przędzą sizalową. No nie wiem, w sumie to nie miałam przędzy sizalowej w ręce. Kojarzy mi się ona z przędzą konopną lub jutową, a te są raczej szorstkie. Na pewno sznurek jest nieprzyjemny w dotyku. A z drugiej strony, coraz częściej czytam o ubraniach z tkaniny konopnej, czyli nici powinny być miękkie. A może spróbować?



P.S. Na blogu robótkowym ten sam post.


https://www.tygodnikprzeglad.pl/sztuka-moj-swiat-wyobrazni/

https://niezlasztuka.net/o-sztuce/magdalena-abakanowicz-artystka-osobna/

https://culture.pl/pl/artykul/nieznosny-ciezar-abakanow

https://www.abakanowicz3d.pl/modele-3d/abakan/