czwartek, 18 kwietnia 2024

A tymczasem rozważania przy krojeniu mięsa, czyli jak ugotować węgierski bogracz.

Taki piękny łan kwitnącego czosnku niedźwiedziego widzę przez okno, siedząc przy komputerze- czosnek w ogrodzie siostry.

 Bogracz gotowałam kilka razy. Ostatni ugotowałam w lutym. Zrobiłam zdjęcia, by wrzucić na blog i pokazać, że nie tylko chińska kuchnia jest w pakiecie moich zainteresowań kulinarnych. Dania z kuchni innych krajów są w nim również.

Niestety, podczas robienia porządków w folderach ze zdjęciami, ten z kulinarnymi dokonaniami Jaskółki, wyleciał w powietrze. Szkoda, bo miałam tam już niezłą dokumentację z gotowania oraz pieczenia fajnych jedzonek. No to apiać cały cykl.


Pierwszy na linię ognia poszedł bogracz- węgierska zupa typu śląski ajntopf (wszystko do jednego gara, byle sycące, byle gęste).

Bogracz gotuje się jak kartoflankę, to dlaczego go nie reklamować?

I teraz moje rozmyślania przy krojeniu mięsa wołowego na zupę. Kawałek wołowiny miał być takim wspaniałym „czystym” mięskiem na bitki lub rolady. Niestety okazał się tylko z góry piękny, bo w środku miał pełno żył i włókien. Zaczynam to chabazie wycinać- nasuwa mi się myśl o wegetarianach i ich krytyce mięsożernych. No, myślę sobie, jak to łatwo krytykować innych, że jedzą zwierzątka, że serca nie mają, że jak tak można, że ekologia, bo hodowla zaśmieca środowisko, truje powietrze… Myślę sobie i wściekam się przy wycinaniu tych żył.  Tak szczerze mówiąc, to częściej spotykam się z krytyką, dotyczącą jedzenia mięsa, uprawianą przez wegetarian, vegan czy jeszcze inne nacje, niż z krytyką wegetarianizmu ze strony mięsożernych. Mało tego, wegetarianie swoją krytykę przeprowadzają za pomocą słownictwa, które ma wbić mięsożercę w  ogromne poczucie winy, takie, że nic tylko iść i zakopać się w piasek, bo odważył się zjeść kotlet, roladę wieprzową czy udko z kurczaka na obiad. A w dodatku żre kiełbachę, szynki, wędzone boczki- bez skrępowania, że właśnie pożera zwierzątko. No…

Tnę to paskudne, oporne mięso na kawałki i dalej mi się myśli snują- jak to jest, że taki krytykant nie popatrzy najpierw sobie do talerza, zanim zacznie na innych wieszać, nomen omen, psy, które też są mięskiem? Nie widzi, że te wszystkie ostrygi, krewetki, rybki, mule, raki i kraby to też mięso? Naprawdę tego nie widzi? A wcina to z apetytem i jeszcze mówi- ja mięsa nie jadam, ale ryby tak. Nie, nie jadam mięsa, ale rybne sushi, mniam, owszem, mógł/mogłabym jeść na okrągło.  A jajeczka, a galaretkę???? Żelatyną robi się z kości wieprzowych i rzadko który wegetarianin zastanawia się, z czego jest zrobiona galaretka, którą na deser wcina. Koń by się uśmiał z takich wegetariańskiej dwulicowości i zakłamania.

Jestem przeciwniczką niehumanitarnego uboju, przeciwniczką uboju rytualnego, przeciwniczką hodowli zwierząt na futra, przeciwniczką bezmyślnego myślistwa, przeciwniczką dręczenia zwierząt dla widzi mi się itp. ale nie mam zamiaru brać udziału w nagonce na ludzi tylko dlatego, że wybrali taki, a nie inny sposób żywienia oraz styl życia. I nie mam zamiaru być ofiarą takiej nagonki. Jakim prawem ktoś, komu wydaje się, że żyje lepiej ode mnie, albo wybrał, według niego, lepszy styl życia, będzie mi narzucał ten styl? Tylko dlatego, że „wydaje mu się”? Jakim prawem obrzuca mnie, mięsożerną, epitetami, wyśmiewa, krytykuje i wpędza w poczucie winy z tego powodu? Jeżeli zechcę „zmieniać” świat, to zrobię to z własnej woli, a nie dlatego, że ktoś pohukuje mi nad głową, jaka to ja jestem zła oraz bezduszna, bo ośmielam się jeść mięso. 

No dobra, pocięłam w końcu to oporne mięso w kostkę i myśli poleciały mi w stronę ekologii, często na nas wymuszanej. Takie segregowanie odpadów w naszej gminie- ja jestem zadowolona, że w ogóle jest, bo przedtem konieczność nakazywała to wszystko palić, nie było gdzie składować. Ale jak weszło segregowanie śmieci, wszedł nakaz mycia słoików, butelek, opakowań np. po jogurtach. No kompletny bezsens, bo wzrosło jednocześnie zużycie wody oraz prądu- zimną wodą tłustego nie wymyjesz. Ale przyszło opamiętanie i ten nakaz zniesiono- ja niektóre opakowania myję, bo trzymamy wory w piwnicy i po kilku dniach byłby straszliwy smród (segregowane odbierają u nas raz w miesiącu). Od dwóch lat gmina odbiera odpady bio- no ludzie, zdziwiłam się- bio na wsi? Ale ma to jednak sens, ponieważ polikwidowano hodowlę świntuchów (ani jednego już się w gospodarstwach nie hoduje- ludzie puścili ziemię w dzierżawę), krów, a kur to teraz w gospodarstwie jest najwyżej kilka, o ile w ogóle one są. Gdzie te resztki dawać? Stary zwyczaj ogrodowy zakłada posiadanie kompostownika. Najpierw mieliśmy taki tradycyjny- odpadki, chwasty na kupie kompostowej. Potem kupiliśmy dwa duże plastikowe pojemniki- kompostowniki, wrzucamy tam resztki jedzenia przesypując je chwastami- robi się piękna ziemia kompostowa. Ale na wsi zwyczaj kompostowania przeminął- odpadki ładuje się do plastikowych kubłów, te wywozi gmina co 2 tygodnie. Do tych kubłów właściciele wrzucają również skoszoną trawę, to mnie jednak bulwersuje, bo skoszona trawa, kiedy się ją zostawi, trawnik nawozi.

No dobra, każdy sobie rzepkę skrobie, ale kiedy zgłosiłam kompostowniki i poprosiłam o ulgę, bo w końcu nie obciążam gminy wywozem odpadków, usłyszałam, że ulga w miesięcznej opłacie za wywóz śmieci wynosi 1 zeta. To samo mają właściciele domów, które ogrzewają gazem- gmina nie wywozi ich popiołu, ale oni muszą za ten wywóz płacić. Podobno są to ogólnokrajowe przepisy i tyle.

I dalej bogracz- poprzednie bez kluseczek. Podobno rasowy bogracz powinien te kluseczki w sobie mieć. No to zrobiłam.

Najpierw o nich, potem o zupie. Kluseczki robi się banalnie prosto: wbijasz do miski jajko, soli, dodajesz tyle mąki, ile jajko zbierze, ale ciasto powinno być miękkie. Wyrobiłam całość ręką, dałam na deskę do krojenia, uformowałam wałeczek i pocięłam go w taki sposób, jak się kroi na kopytka. A potem te kluski do zupy i poczekać aż się ugotują. W przepisie jest rada- jak wypłyną, to znaczy, że ugotowane. Sęk w tym, że bogracz jest gęsty i kluski żadnym sposobem się w nim nie utopią, nic nie wypłynie, bo nie opadnie na dno. Kluseczki można ugotować osobno w osolonej wodzie.

 W ogóle te przepisy są często niedokładne, składniki podawane byle jak, widać, że wiele jest powielanych „bez głowy”. A ja potem gotuję według takiego niedokładnego przepisu i wychodzi klapa. Tak było z czeburakami (tu akurat dobrze, że zdjęcia wyleciały w niebyt- zrobię następne czeburaki, to pokażę)- zrobiłam według wybranego przepisu- wyszły twarde. Potem poszukałam innych przepisów i w nich była zupełnie inna technologia robienia ciasta. Teraz parę razy porównuję przepisy- wybieram ten, który wydaje mi się sensowny. Oczywiście wymagający mało pracy i nie „kosztowny”, oraz nie ma wymyślnych produktów.

 Bogracz- to jeden z symboli madziarskiej tradycji kulinarnej. Węgierska nazwa "bogrács" wywodzi się od tureckiego słowa "bakraç", oznaczającego „ miedziany kociołek”. To prawdopodobnie przybysze z Osmańskiego Imperium,  rozpowszechnili, na terenach nad Dunajem, Drawą oraz Cisą, zwyczaj przyrządzania potraw nad ogniskiem. Miedziane naczynia zastąpiono żeliwnymi, a Węgrzy dalej z umiłowaniem przyrządzają w kociołku nad ogniskiem różne potrawy: halászlé (zupa rybna), paprykarz (potrawa z baraniny lub cielęciny z dużą ilością papryki i śmietany), slambuc (danie z boczku, ziemniaków, cebuli, papryki i łazanek) oraz wszelkie odmiany gulaszu, na czele z tytułowym bograczem.

Często na bogracz mówi się gulasz, ponieważ węgierskie słowo „gulyás” oznacza zupę gulaszową, jaką jest bogracz. Sprawdziłam przepisy na bogracz i na gulasz- prawie niczym się nie różnią. Wynika z tego, że dla Polaków gulasz to zupa, która po węgiersku nosi nazwę bogracz. Ale żeby być sprawiedliwym, należy dodać, że w sposobie przygotowania, gulasz od bogracza różni się tylko tym, iż gulasz zagęszcza się zasmażką, a bogracz pozostaje w postaci gęstej zupy. No i do bogracza można, ale wcale nie trzeba, dodać kluseczki.

Bardzo często w Polsce mówi się "gulasz" na kawałki mięsa w gęstym sosie- "na są obiad ziemniaki z gulaszem i kiszonym ogórkiem".

Pierwotnie podstawowymi mięsami w bograczu były dziczyzna i wołowina. Najczęściej gotuje się go na wołowinie, ale dobór mięsa jest współcześnie dowolny. Charakterystyczny smak tej zupie nadają różne rodzaje papryki, smalec wieprzowy, boczek wędzony oraz ziemniaki. I znów można dodać, że współcześnie w bograczu można znaleźć różne dodatki np. pieczarki, grzyby leśne, inne warzywa niż w podstawowym przepisie, plasterki kiełbasy itp.

No nie wiem, jak chcę ugotować coś, co jest charakterystycznym daniem danego kraju, to staram się gotować pierwszy raz zgodnie z przepisem, a potem, ewentualnie z braku jakiegoś produktu, przepis modyfikować.

Podaję przepis na bogracz tradycyjny. Ugotowanie go zajęło mi około 1,5 godziny.

 Składniki na 4 porządne porcje:

- 500 g mięsa wołowego na gulasz

- 2 łyżki smalcu wieprzowego,

- 100 g boczku wędzonego,

- 1 duża cebula,

- 4 duże ząbki czosnku,

- 2 marchewki,

- 3 papryki kolorowe( zielona, czerwona, żółta),

- 3-4 ziemniaki,

- 1 łyżka papryki suszonej słodkiej ( nie wiem, czy płatek, ja dałam mieloną),

- 4 liście laurowe,

- 6 ziaren ziela angielskiego,

- 1,5 litra wody,

- 1 puszka pomidorów krojonych (400g),

- 1 łyżka koncentratu pomidorowego,

- sól, pieprz do smaku,

- kwaśna śmietana do podania,

- zielona pietruszka do podania,

Tego wyjdzie sporo, czyli potrzebny jest duży rondel lub garnek, no chyba, że ktoś ma ekstra  kociołek i robi bogracz nad ogniem.

Moje uwagi- w przepisie są podane składniki i ich ilość, ale to od indywidualnego podejścia zależy, ile czego dać do zupy. Nie dałam koncentratu, bo bogracz i tak był bardzo pomidorowo- słodki, dałam mniej ziemniaków oraz średnie marchewki, ponieważ nie ma podanej wielkości warzyw. Nie dałam zielonej papryki, ale jak ktoś chce mieć dużo, to należy dodać więcej ziemniaków, paprykę różnokolorową. Podczas gotowania kosztowałam i dodawałam sól oraz pieprz do smaku, bo ciągle było „płone” (ni słone, ni płone- za mało doprawione). 

 

Wykonanie:

  1. Mięso pokroić na nieduże kawałki, posolić.
  2. Roztopić tłuszcz, wrzucić na gorący tłuszcz mięso i smażyć parę minut (smażyłam dosyć długo, bo chciałam mieć pewność, że nie będzie twarde- wołowina jest długo twarda).
  3. Na smażone mięso wrzucić pokrojoną cebulę w kostkę, pokrojony w kostkę boczek oraz straty czosnek (pokroiłam czosnek drobno). Smażyć około 10 minut.
  4. Wrzucić pokrojone w kostkę paprykę oraz marchewkę, dodać słodką paprykę.
  5. Wlać do wszystkiego wodę, dodać liść laurowy, ziele angielskie lekko posolić. Całość gotować na małym ogniu około 30 minut.
  6. Wsyp pokrojone w kostkę ziemniaki.
  7. Kiedy ziemniaki będą prawie miękkie, dodać pomidory i na koniec koncentrat pomidorowy. Gotować wszystko do miękkości mięsa. Jeżeli trzeba, doprawić gotową zupę solą oraz pieprzem. 

Z kluseczkami.

 Można podawać w miseczkach z kluseczkami, z kleksem kwaśnej śmietany i posypane zieloną pietruszką.

 


https://kuchnia.wp.pl/bogracz-jak-zrobic-wegierski-specjal-6596340458732512a

Zdjęcia kociołków :

https://www.kwestiasmaku.com/kuchnia_polska/wolowina/bogracz/przepis.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Bogracz

 

P.S. Proszę tu nie zamieszczać opisów, dotyczących okrutnego traktowania zwierząt i proszę mnie nie przekonywać, że jedzenie mięsa jest złe. Przedstawiłam swoje zdanie na ten temat, moja postawa wobec takiego, a nie innego sposobu żywienia, jest przemyślana i na razie nic jej nie zmieni.


 

poniedziałek, 15 kwietnia 2024

I tak to wiosennie się kręci

Przed szóstą obudziła mnie Beza. Bardzo zaniepokojona domagała się uwagi. Otworzyłam drzwi wyjściowe, by ją wypuścić na dwór i nagle zrozumiałam jej niepokój. Zagrzmiało, a ona bardzo boi się burzy. Pierwsza burza tej wiosny przechodziła gdzieś bokiem, bo grzmiało gdzieś w oddali. No, ale pies swój instynkt i swój strach ma- obojętnie gdzie, ale jest i ją słychać. Teraz pada niezbyt intensywnie, na termometrze +14 stopni. Czas bardziej majowy niż kwietniowy. To, co kwitnie w maju, rozkwitło teraz. Tylko kasztan jeszcze drzemie. Trochę mi ten deszcz popsuł plany ogrodowe, ale i tak mam już ponad połowę założonych prac zrobionych.

Kwitną rzepaki (w kwietniu?)- cały samochód pokryty żółtym pyłem, a ja kicham oraz płaczę jak bóbr. Jeszcze tylko kwitnące topole doprowadzają mnie do takiego stanu. Ale deszcz oczyścił powietrze, zmył te pyłki.

Wczoraj przesadzałam amarylisy, zimujące w piwnicy. I z nimi klęska totalna. Miesiąc temu zorientowałam się, że coś mi je zżera. Długo nie szukałam- ślimaczyska dostały się do piwnicy i obgryzły młode, wyrastające z cebul, liście. Całe szczęście, że zauważyłam to w porę, posypałam ślimaksem i parę roślin udało mi się uratować. W ogrodzie, po marcowej inwazji małych wredów, na razie innych ślimoli nie widać. Wycięliśmy cały bluszcz osłaniający taras, bo inaczej nie można było by zrobić remont. Trochę mi szkoda tej zielonej ściany, ale teraz widzę, ile on przestrzeni zajmował. Od razu zrobiło się jaśniej i czyściej, weszło na taras więcej słońca. Z jednej strony taki bluszcz jest piękny, latem zielony, jesienią czerwony a potem bordowy. Z drugiej strony strasznie śmieci. Kiedy kwitnie, a kwitnie obficie, pszczoły na nim pracują- przy okazji płatki sypią się na taras. To samo dzieje się z dojrzałymi owocami. Z nimi jest kłopot większy, bo barwią wszystko na fioletowo. Wiecznie się to wnosi do pokoju, wyjmuje ze szklanek, z talerzy, kiedy jemy na tarasie. Bluszcz rośnie szybko, zostawiamy korzeń, jeżeli zdecydujemy, że znów go chcemy na ścianie, nie ma sprawy, puścimy odrosty.

Wstawiłam bez do wazonu- pachnie na cały dom, a wieczorami w całym ogrodzie pachną jego duże krzewy.

Dzisiaj fotki innych kwitnących już krzewów- żółtej veigeli, łososiowej azalii oraz pełnego bzu "Krasawicy Moskwy"- obcięłam mu dwa strzelające w górę pędy i piękny krzak się z niego robi.

 W lasku obłędnie kwitnie czosnek niedźwiedzi- kępy są coraz większe. Młoda zrywa liście na sałatki bez uszczerbku na urodzie roślinom. Ponoć najbardziej wartościowe są jego zielone liście na wiosnę, przed kwitnieniem, potem stają się trochę gorzkie. Muszę w ogóle spróbować tej zieleniny- dotychczas jej nie rwałam, chcąc by rośliny się bardziej  rozrosły.
Mała Fortegilla- kwitnie zanim wypuści liście. Zawsze wiosną wygląda tak rachitycznie, a potem robi się z niej piękny krzaczek.

Judaszowiec w ogrodzie u siostry, zaraz za płotem. Pięknie się odsłonił, kiedy wycięliśmy, w zeszłym roku, połamane tuje. Też najpierw kwitnie, potem wypuszcza liście.
Zrobiłam kilka (12- dwie zakosiła od razu Młoda) bransoletek boho. Szkoda, że w Polsce takie bransoletki uznawane są z „badziewie’ byle jakie, bo ze szmaty, drutu i koralików byle jak skręconych. Na stronach Etsy czy e-Bayu takie rzeczy są wystawiane i nawet trochę kosztują. No cóż, ja mam frajdę, a bransoletki wezmą udział w akcjach charytatywnych, jak to już kilka razy z moimi wytworami zrobiłam.

Więcej zdjęć i więcej o nich na moim drugim blogu ( kliknąć w zdjęcie na pasku).


 

sobota, 13 kwietnia 2024

Pochodzi z Moraw, mieszka w Libanie, sławna na cały świat

 


Blanka Matragi…. Dopóki nie byłam w parku pałacowym w Petrovicach, nie zdawałam sobie sprawy, że ktoś taki istnieje. No może gdzieś, kiedyś obiło mi się to nazwisko z racji pokazów mody, ale kompletnie nie skojarzyłam, że to ta sama artystka. Poza tym, to egzotyczne brzmiące nazwisko, jak na warunki czeskie…Naprawdę mogło zmylić😄

A tymczasem jest to światowej klasy artystka nie tylko w dziedzinie mody, ale również jako rzeźbiarka. Przy czym, od razu mówię, mnie rzeźba kojarzy się z tą tradycyjną: „rycie” w kamieniu” i cyzelowanie w drewnie. Współczesne rzeźby z różnych materiałów, podciągnęłabym raczej pod miano „instalacja”. Jednak to są moje kryteria. Blanka Matragi jest nazywana tradycyjnie rzeźbiarką.

Jak to się stało, że jej rzeźby zdobią park pałacowy w Petrovicach?

Odpowiedź znajdziemy w wywiadzie, jakiego udzieliła „Denikowi” (2014r.)
 przy okazji pobytu w Petrovicach, związanego z instalowaniem jej rzeźb:
 „Zaprosili mnie tu właściciele zamku, którzy są jednocześnie moimi 
klientami” – zdradziła artystka. W ubiegłym roku na gali mody 
rozmawiała ze współwłaścicielem zamku o jego pomysłach na to, 
jak powinien wyglądać park. "Zapytał mnie, czy mogłabym 
wzbogacić park odrobiną sztuki. Tego wieczoru poszłam zobaczyć jego 
firmę, która między innymi zajmuje się również produkcją półek 
żelaznych. I tak wpadłam na pomysł dmuchania szkła w metalowe 
elementy i umieszczania szklanych artefaktów bezpośrednio na metalu” 
– wspomina Blanka Matragi.”
Właściciel pałacu początkowo zakładał, że Matragi wykona 4 rzeźby. 
Sama Matragi mówi, że zrobiła 50 szkiców do wyboru i jednocześnie 
podkreśla, że miała kilka pomysłów na ich zrealizowanie. W rezultacie 
zrobiła ich 7 i ta siódemka zdobi dziś park.
I dalej w wywiadzie Blanka Matragi mówi o swoich rzeźbach tak: 
„To wyjątkowa i bardzo wymagająca technika, zawsze staram się 
dostarczać moim klientom coś ekskluzywnego, ale dość ciężko na tę 
ekskluzywność zapracowałam”. Rzeźby te to wynik jej  35 lat zbierania 
doświadczeń w tej dziedzinie sztuki.
I tak powstał „Herkules”- symbol siły i zdrowia, stoi obok pracowni 
odnowy biologicznej. 
 

Obok stoi „Feniks”, rzeźba ptaka o smukłej szyi. 

 
W niezwykłych odcieniach zieleni, podkreślanych przez odbijające się 
w elementach słońce, wykonana została rzeźba „Uranosa”. Rzeźba ta jest 
jeszcze z innego powodu fascynująca- tworzywem dla tej „figury” jest 
bardzo rzadkie szkło uranowe, które wytapia się raz do roku.
Na środku stawu jest rzeźba ( nie znalazłam tabliczki z nazwą), 
przedstawiająca dwa splecione węże- tak ja to widzę.
 
Podczas ich montowania nagrano film
Te cztery rzeźby obejrzeliśmy, natomiast trzech pozostałych nie było 
w zasięgu naszego wzroku i na trasie naszego spaceru przez park. 
To, co nas ominęło to rzeźba „Dżungla”. 

Wygodny fotel

 
oraz jeszcze jedna rzeźbach o nieznanej dla nas nazwie.
 
O rzeźbach Blanki Matragi, zainstalowanych w pałacowym parku 
w Petrovicach czytamy:
„Rzeźby od chwili powstania są naładowane jej niesamowitą energią. 
Każda część jest zasadniczo doświadczana już w warsztacie szklarskim 
w chwili urodzenia, a każda pojedyncza część jest dziełem sztuki sama 
w sobie. Wszystkie łączy jedno: niezwykła optyka wewnętrzna, 
wzmocniona także optyką zewnętrznych naklejek. Kochająca wewnętrzną 
grę w dostrajanie odcieni i tonów kolorów, od dziesięcioleci logicznie 
opiera na wszystkim, co stworzyła Blanka Matragi dotychczas. 
Dzięki ostatecznemu złożeniu w duże rzeźby uzyskała efekt dynamiczny 
i zmysłowo powiązany – uwydatnił wszystkie miejsca spotkań 
zakochanych na przestrzeni pokoleń. Tchnęła w to piękne miejsce 
wyjątkowość chwili i swoimi charyzmatycznymi rzeźbami połączyła 
wysiłki właścicieli i prawdziwie światłych inwestorów na poziomie 
europejskim i światowym”.
Blanka Matragi miłość do szkła odziedziczyła po ojcu,
zanim jednak została doceniona w tej dziedzinie, najpierw 
zasłynęła jako projektantka mody. Do pracy ze szkłem wróciła 15 lat 
temu. Uważa, że prawdziwy artysta może stworzyć wszystko, od rzeźby 
po ubrania. 
„Lubię symbolikę, lubię, gdy każdy może odnaleźć się w dziele sztuki, 
gdy dzieło pobudza wyobraźnię widza, ale z drugiej strony
nie bardzo podoba mi się dehumanizacja i przemieszczona rzeczywistość 
w sztuce” – wyjaśnia Matragi. Jak mówi sama artystka, na Ziemi 
Morawsko-Śląskiej zostawia kawałek swojego serca. 
„Region wcale nie jest taki, jak się go postrzega. Nie jest zamknięty 
na sztukę i cieszę się, że mogę pomóc rozwiać ten mit ”
- podsumowuje Matragi.
 

O Blance Matragi
Czeskie imię Blanka i egzotyczne nazwisko Matragi mapują dwa światy, 
pomiędzy którymi porusza się projektantka mody Blanka Matragi: 
Czechy i Liban, gdzie mieszka i pracuje od dwudziestu pięciu lat. 
Wśród książek o sztuce znanych  celebrytów, autobiografia Blanki Matragi 
jest wyjątkowa, ponieważ jest pierwszą biografią czeskiego projektanta 
mody. Od ponad dwudziestu lat artystka projektuje swoje modele dla 
wybranych przedstawicieli wyższych sfer w krajach Zatoki Perskiej, 
a ostatnio także dla wyjątkowej klienteli zamieszkującej ten kraj-członków 
 z rodzin królewskich. Jako jedyna cudzoziemka i Europejka, trafiła do 
ekskluzywnego, całkowicie zamkniętego dla publiczności świata 
tutejszych pałaców.”

 

Blanka Matragi (* 20 lutego 1953 Světlá nad Sázavou ) to czeska projektantka mody i projektantka pracująca w Bejrucie i Pradze . Jest jedną z czołowych osobistości czeskiej branży modowej, znana jest zwłaszcza ze swoich projektów dla rodzin królewskich i żon magnatów naftowych z regionu Zatoki Perskiej. Jej twórczość nie ogranicza się tylko do odzieży, ale obejmuje także biżuterię, rzeźby, kosmetyki i perfumy, wyroby szklane i porcelanowe oraz inne dodatki modowe.


 

Po ukończeniu średniej zawodowej szkoły szklarskiej i średniej szkoły sztuk użytkowych, ukończyła pracownię projektowania ubioru na Uniwersytecie Sztuk Stosowanych w Pradze. Od 1979 roku mieszka w Bejrucie, gdzie w 1982 roku założyła własny salon mody Blanka Haute Couture. Po 1989 roku regularnie powraca do Pragi, gdzie prezentuje swoje prace na wystawach i retrospektywach. Ma swój własny butik w centrum Pragi.


 

Za swoją twórczość otrzymała szereg nagród, m.in. Nagrodę im . Františka Kupki , Międzynarodową Nagrodę im. Salvadora Dalí oraz nagrodę „Wybitna Czeszka na Świecie”.

 

 
Blanka Matragi na Facebooku
https://www.facebook.com/BLANKA.MATRAGI.official/?locale=pl_PL

http://www.ibestof.cz/stripky-ze-spolecnosti/blanka-matragi-zve-na-poutavou-podivanou-do-zamecku-v-petrovicich.html

https://www-blankamatragi-eu.translate.goog/en/about-me/?_x_tr_sl=ar&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

https://cs.wikipedia.org/wiki/Blanka_Matragi
 

 

 

wtorek, 9 kwietnia 2024

Jak to jedziesz "w świat" i nie wiesz, gdzie wylądujesz.

W niedzielę zaliczyliśmy pierwszy upał (+27 w słońcu, na niebie ani jednej chmurki) i kolejną wyprawę samochodową z Bezą.

Postanowiliśmy pojechać do Czech w, zdaniem Jaskóła, urocze miejsce. On wybrał, on rozpoznał i on mnie i Bezę tam zawiózł.

Wybrał docelowo piękne miejsce, ale okazało się, że nie ma tam możliwości spacerowania z psem. No i co było zrobić dalej w takim pięknym dniu? Nie chciało nam się wracać do domu, dlatego kombinowaliśmy, w które miejsce jeszcze pojechać. 

Jechaliśmy "Gdzieś", a dojechaliśmy "Tam", kompletnie jak w czeskim (nomen omen) filmie

Padło na pałac w Petrovicach- takim rzutem na taśmę, bo wiedzieliśmy, że jest tam jakiś hotel, a z kolei nie wiedzieliśmy, czy można wejść na teren z psem.

Pałac w Petrovicach leży trochę na uboczu, ale to jest właśnie jego atutem. Ludzi prawie wcale, samochodów na parkingu kilka. Rowerzystów trochę i to wszystko. Cisza, spokój, ptaki śpiewają.

 Przyznam, że o tym pałacu kompletnie nic nie wiedziałam, żadnej historii, żadnych ciekawostek, nie miałam pojęcia, jak on wygląda. 

Dopiero w domu szukałam w Necie o nim informacji. A szkoda, bo pewnie dokładniej obeszlibyśmy park, więcej zobaczyli, zrobiłabym więcej zdjęć. No i moje podejście było by inne, a tak to weszłam na teren parku na zasadzie  "a co mi tam, zobaczę kolejny pałac". A tam, w tym pałacu ponoć wiele się dzieje, właściciele zrobili z niego ni tylko hotel, ale prężne miejsce kulturalne, doceniają i zapraszają wielu artystów, pisarzy itp.

 


„Miejscowość Petrowice leżąca koło Karwiny – znalazła się w granicach Czechosłowacji w 1920 roku jako Petrovice. W latach 1938-1939 w granicach Polski (Zaolzie). W czasie kampanii wrześniowej zajęta przez wojska niemieckie i włączony do III Rzeszy. Wieś została wyzwolona przez Armię Czerwoną w 1945 roku i ponownie wróciła w granice Czechosłowacji. W 1952 połączono ją z Marklowicami Dolnymi, Pierstną i Zawadą i przemianowano na Piotrowice koło Karwiny.

Petrowicki Zamek w 1796 roku kupił członek starego śląskiego rodu rycerz Wojciech Gussnar z Komornej, od hrabiego Jana Larischa. W środku angielskiego eleganckiego parku wybudował gustowny dwuskrzydłowy zamek w stylu empire. W 1879 roku Gussnarowie sprzedali go z powrotem hrabiom Larischom a w ciągu czterech lat zamek stał się siedzibą Jerzego i Marie Louise Larisch -Mönich, których los na trwałe został zapisany w dziejach Monarchii Austriackiej. 

 


Baronowa Marie Louise z Wallersee była ulubiona siostrzenicą cesarzowej Elżbiety – zwanej Sissi. To ona przedstawiła Marię na wiedeńskim dworze i wkrótce poślubiła hrabiego Jerzego Larisch- Mönicha – bratanka hrabiego Jana Larischa, właściciela majątku w Karwinie. 

 

Maria Luiza Larisch- Monich.

Młoda para obrała za swoją siedzibę właśnie Zamek w Piersnej. Wtedy opisywany był on przez Marie jako “ Miły i przytulny zameczek przypominający pudełko z biżuterią .“ Młoda para mieszkała na Zameczku zaledwie cztery lata. Marie Luisa utrzymywała podczas małżeństwa stały kontakt ze swoim kuzynem arcyksięciem Rudolfem Habsburgiem – następcą tronu. Dopiero w styczniu 1889 roku, kiedy wraz ze swoją kochanką popełnił on samobójstwo w tajemniczych okolicznościach w zamku Mayerling koło Wiednia, została ujawniona jej rola swatki, jaką w całej tragedii miała. Następnie była wydalona z dworu wiedeńskiego a w 1896 roku rozwiodła się z Jerzym i udała do Bawarii. W 1893 roku zamek przeszedł na własność hrabiów Larischów z pobliskiej Karwiny. Podczas podziału gruntów w 1927 roku, a po rekonstrukcji znajdowała się na pierwszym piętrze czeska szkoła podstawowa. 


 

Podczas II wojny światowej zamek był wykorzystywany jako obóz internowania dla Polaków ze Śląska, i jako magazyn amunicji. W 1947 roku nabyli zamek Stepan i Marta Wnuk a po ich śmierci stał się własnością Narodowego Komitetu w Karwinie. Od 1985 roku był własnością spółdzielni Jedność w Czeskim Cieszynie, która prowadziła tutaj restaurację i hotel. W roku 1999 budynek zamku został zwrócony spadkobiercom prawnym. 

 

Zdjęcie z Internetu

W październiku 2012 roku ten piękny zamek wraz z parkiem kupiła firma TRESTLES s.a., został wyremontowany i odnowiony. Dziś zameczek służy jako hotel i restauracja oferuje możliwość korzystania z sal zamkowych i organizacji różnego rodzaju imprez. Jest to obiekt warty zwiedzenia, położony w pobliżu większego miasta czeskiego Karwiny, oraz blisko granicy z Polską położony trochę na peryferiach, widoczny po zjechaniu z głównej drogi prowadzącej do Karwiny a w drugim kierunku do Ostrawy.”

 Pałac jak pałac, trochę mnie rozczarował, ogromna bryła w stylu empire bez spektakularnych ozdób, w sumie nieciekawa.

Za to park, założony na pagórkach, przecinanych jarami, śliczny. Widać, że właściciele dbają o to, by otoczenie pałacu było interesujące.W Parku SPA, wkomponowane w stok, położone nad stawem, rzeźby różnych autorów. 

Kto wykonała te rzeźby, nie wiem, bo nie podchodziliśmy do nich.

Natomiast tę rzeźbę wykonała  Aleksandra Koláčkova. 

Dzieł Alexandry Koláčkovej nie można znaleźć w galeriach i muzeach. 
Ich cel jest inny: ożywić i odświeżyć przestrzeń, w której na co dzień się poruszamy
 i w której możemy spotkać się z dziełami sztuki, bez konieczności szukania wystaw 
instytucjonalnych. Podobnie jak w przyrodzie, nic w sztuce nie rośnie samo, lecz potrzebuje 
własnych zasobów, aby mieć z czego czerpać i później samodzielnie się rozwijać. 
Alexandra Koláčková stopniowo osiągnęła monumentalny wyraz. Po dziesięciu latach pracy
 w pracowni ceramicznej jej pierwsze zlecenie zewnętrzne na architekturę wskazało dalsze
 możliwości rozwoju i tej szansy nie przepuściła.
Prace Alexandry Koláčkovej noszą wyraźnie rozpoznawalny podpis autora: przeważnie okrągłe
 kształty, kontrastujące, jaskrawo nasycone kolory i niezwykłe wymiary. 
Alexandra Koláčková charakteryzuje się niezłomną wolą i uporem. Kiedy trzydzieści lat temu
 zaczęła zajmować się ceramiką, z pewnością nie miała pojęcia, że ​​pewnego dnia jej rzeźby
 zostaną zaprezentowane obok dzieł znanych czeskich artystów. Ale najważniejsze jest to, 
że zainteresowanie jej twórczością jest duże, a jej prace znajdują odzew nie tylko wśród
 klientów, ale przede wszystkim wśród osób, które się z nimi spotykają. Praktycznie nie sposób
 pominąć twórczości tego rzeźbiarza.
„Jej realizacje dla przestrzeni publicznej posiadają specyficznie czytelną sygnaturę autorską
 (mocne kolory, proste i zaokrąglone kształty, poczucie pewnej dozy zabawy), co objawia się
 w kolorowych, wielkoformatowych rzeźbach z betonu i ceramiki”.
 Jeszcze dwie jej rzeźby- zdjęcia z internetu.


 
I to było zaskoczenie- w parku pałacowym, w maleńkiej 
miejscowości Petrovice, tuż przy granicy z Polską, znajduje się rzeźba 
znanej czeskiej artystki.
 Ale tam na miejscu nie wiedziałam, kim byli artyści- wykonawcy 
parkowych rzeźb. 
Na tabliczkach znajdowały się tylko nazwisko i rok wykonania. 
O Blance Matragi, autorce innych, niesamowitych rzeźb, napiszę
w następnym poście, bo warto tej niezwykłej osobie poświęcić więcej 
uwagi. 
No więc 😄😄😄, chodziliśmy sobie wolniutkim krokiem, w samo południe, 
po pałacowym parku i podziwialiśmy jego zagospodarowanie.
Park bardzo wypielęgnowany. Trawniki równiutkie i co fajne, brak tabliczek 
"Nie deptać trawy". Zresztą na zielonych łączkach stały leżaki i zachęcały
 do skorzystania. Wszędzie jakieś altanki, grillowiska, ławeczki, 
miejsca tajemne. A w dolinie klimatyczny staw.
I teraz coś dla Frau oraz wszystkich, którzy chcą ukoić skołatane wyborami
nerwy.

 



 Widok takich pięknych, spokojnie pływających ryb, szum maleńkiego 
wodospadu, śpiew ptaków, zrobiły swoje. Całe tygodniowe zmęczenie 
spłynęło ze mnie. Ten spacer po wiosennym, rozsłonecznionym parku
niesamowicie naładował mi akumulatory.
I razem z Jaskółem doszliśmy do wniosku, że nasza Beza to najchętniej 
uprawia tzw. "francuskie zwiedzanie" czyli na siedzeniu samochodu
 i oglądaniu świata przez jego okna. 
 https://cs-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Alexandra_Kol%C3%A1%C4%8Dkov%
C3%A1?_x_tr_sl=cs&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc


https://tuitam.info/2018/05/13/zameczek-petrovice/