piątek, 12 lipca 2024

Młodzież ptasia, czyli koniec (?) lęgów w naszym ogrodzie.

 

Posiedzę sobie tu jeszcze, no i co mi zrobisz?

 

Upał króluje. Uczymy się w nim żyć. Tam, gdzie słońce dociera zasłaniamy okna, spuszczamy rolety, a okna dajemy na rozszczelnienie. Drzwi z sieni na dwór ledwo uchylone, by nie wpuszczać do domu gorącego powietrza. Drzwi na tarasy zamknięte. Beza nocami śpi na kamiennej posadzce w sieni, w dzień również tam śpi. Niechętnie wychodzi przed dom, a na siusiu i coś więcej w lasku, tylko wcześnie rano i późnym wieczorem. Wieczorem i w południe uzupełniam ptakom wodę w poidłach, dostawiłam jeszcze dwa dodatkowe w innych częściach ogrodu. Jedno ma wzięcie, drugie omijane. Chyba znajdę dla niego jeszcze inne miejsce.

Ciepło doskwiera i chociaż w domu jest temp na poziomie 23 stopni, szybko się męczę. Prace domowe raczej tak z doskoku- odkurzam, a potem idę sobie poczytać książkę, gotuję obiad i potem znów do książki… nie powiem, tak mi się nawet podoba. może przenieść taki tryb życia na nieupalne dni?

Przy tak wysokich temperaturach nie ryzykuję pracy w ogrodzie i wkurzona muszę patrzeć, jak powoli znów mi zielskiem grządki zarastają. Jeszcze w poniedziałek, kiedy było pochmurno, zdążyłam przyciąć tuje wzdłuż płotu (nie wszystkie, bo akumulator się rozładował, a potem zaczęło padać).

W zeszłym roku kupiłam fajne narzędzie. Najpierw myślałam, że to taki bzdet i spełniłam swój kaprys, ale kiedy przyszło do wycinania konwalii obok tarasu, by przygotować dostęp do niego majstrom, doceniłam sprzęcik. Tnąc małym sekatorem (akumulatorowy się nie nadaje do tak wiotkich łodyg) umarłabym  ze złości, że to tak długo trwa, a ręka chyba uleciałaby mi z bólu.

 No i w poniedziałek utwierdziłam się w przekonaniu, że kupiłam dobre narzędzie. Nie trzeba martwić się, że nie dam rady przycinać tui z powodu bólu nadgarstka oraz ramienia. Nawet nie wiem, jak to narzędzie nazwać- podręczna wykaszarka (do trawy)? Przycinarka? 

 Tu z nasadką do cięcia trawy, zabezpieczoną nakładką.


A jeszcze dodam, że w pośpiechu, by zdążyć przed deszczem kompletnie zapomniałam, że do formowania żywopłotów jest inna nakładka i przycięłam tuje ta do wykaszania trawy. Nie mam, na razie, pojęcia czy jest jakaś różnica. Mnie tą nakładką do cięcia trawy całkiem dobrze i szybko cięcie szło.

Tu nasadka do formowania żywopłotów. Jeszcze jej nie wypróbowałam.

Podkaszarkę ładuje się, podłączając kabel bezpośrednio do kontaktu (nie ma ładowarki). Wygląda jak zabawka, ale naprawdę jest mocna, a ostrza bardzo ostre.

Nie zamazałam marki- mój prywatny blog, nic nie reklamuję, nikt mnie nie sponsoruje. A kryptoreklamą się nie przejmuję tak, jak miliony ludzi na świecie, pokazując jakieś urządzenia. Wystarczy klepnąć w wyszukiwarkę lub na YT i maszyna sama wyskoczy w kilkunastu odsłonach. Wybór należy do czytających
 

Serial z sowami trwa. Przedwczoraj, wieczorem, Młoda pokazała mi siedząca młodą sówkę na gałązce bzu, przy ogrodzeniu. Niesamowicie wdzięczne stworzenie. Zostawiłyśmy ją w spokoju, ale późnym wieczorem poszłam jeszcze raz zobaczyć, czy sowa siedzi w tym samym miejscu. Była, owszem, siedziała jednak na trawie w ogrodzie, za płotem dzielącym ogród od parkingu. 


Myślę sobie- trzeba sóweczce pomóc wdrapać się na drzewo tak, jak pokazywali w filmie, by jej jakiś naziemny drapieżnik nie uskutecznił. Wprawdzie raczej w ogrodzie takich nie ma, ale jakieś kocisko od sąsiada, albo tchórz lub kuna napatoczą się i już po pięknej uszatce. Poszłam po rękawice i deskę- pomost do wydrapywania się na pień. Wróciłam- sowy nie ma. Ciemno, ale mocna latarka radziła sobie z ciemnością. Obeszłam dokładnie okolicę, poświeciłam na drzewa- sowy nie ma. No dobra, nie będę się przyrodzie wcinała. Ale to znak, że sówka już potrafi latać. Wczoraj, kiedy zbierałam suche pranie ze sznura (ach to pięknie pachnące wiatrem i nagrzane słońcem suche pranie, żadne suszarki i suszki  nie dokonają tego, co słońce i wiatr), słyszę popiskiwanie sowie. Piski dochodzą z gęstych krzaków obok foliaka- magazynu na narzędzia rolnicze. No kurcze, pewnie znowu na ziemi siedzi, albo zaplątała się w krzaki i trzeba jej jakoś pomóc. Szukałam, zaglądałam, podrapałam się solidnie- sowy nie ma, piski są nadal. Patrzę na drzewa, nic  nie widać. Dobra, zostawiłam. Późnym popołudniem Młoda pokazała mi sowiego smarka- siedział wysoko na gałęzi nad foliakiem. No jak mogłam, melepeta, go nie dostrzec? Jak mogłam? Przecież siedziała i patrzyła z góry, jak się miotam w tych krzaczorach.

 Uszatki nie budują gniazd, ani nie gniazdują w  dziuplach- wykorzystują na lęgi gniazda dużych ptaków. Ta nasza, prawdopodobnie, wykorzystała gniazdo, które kilka lat temu uwił, na wysokiej sośnie nad parkingiem, grzywacz. W tym roku wykluły się w nim małe uszatki- dwie, albo trzy (na pewno z dwóch miejsc było słychać piski podlotów).

Takie piski słyszymy wieczorem


 Ptaszory dostarczają nam pozytywnych (choć nie zawsze) emocji.

 Dzisiaj rano akacja z drozdowym podrostkiem. Siedział przed wejściowymi drzwiami i darł dzioba- dosłownie darł. Beza powąchała go, poszła do domu. My zresztą też, bo takie sprawy drozdowa sama załatwi, wywabi smarkacza dalej w gród. No ale nie, ale NIE. Podlot siedzi, drze się na cały regulator. Wzięłam go i zaniosłam za róg domu i razem z Bezą poszłyśmy na poranny obchód ogrodu. Wracamy, podlot na podeście przed drzwiami drze dzioba. Jaskół mówi, że drozdowa chciała go nakarmić (czyli kręci się niedaleko), ale właśnie przybiegła z ogrodu Beza i ją spłoszyła. Ok., idziemy jeść śniadanie, podlot wrzeszczy, ale jakby z innego miejsca. Mówię do Jaskóła, że chyba spadł na schody do piwnicy i rzeczywiście, siedzi na trzecim schodku nastroszony, obrażony, nadęty- popiskuje. Wzięłam skrzydlaka „pod lotko”, zaniosłam pod krzaki, dalej od drzwi i wróciłam jeść śniadanie. Chwilę trwa cisza i…. co słyszymy? Smark drze dzioba przed drzwiami. Poszłam zobaczyć i trochę nakręciłam akcji, kiedy biedne drozdowe matczysko chce bajtla nakarmić, a ten stroi focha. Filmy nieostre- kręciłam przez szybę w drzwiach. Byłam niewidoczna dla nich, ale i tak chyba stara mnie intuicyjne wyczuła.

 



 Kiedy drozdowa odleciała, wzięłam ptaszorka „za szmaty” i zaniosłam pod krzak, bliżej części ogrodowej. I spokój. Gdzieś go matka wywiodła.

Tak sobie myślę, że te wszystkie stworzenia, mając tu spokój, tak dobrze się czują, że wcale nie mają respektu przed nami.

Ale ja czasami jestem zmęczona tym ogrodowym żywiołem, bo gdzieś w podświadomości mam obraz wszystkich zagrożeń, jakie na zwierzaki czyhają. Chciałabym je ustrzec, ale nie potrafię. I nie pomaga tłumaczenie, że przyroda wszystko reguluje- wiem, no i co z tego?

A teraz pięknie się rozpadało, na razie nie ma burzy, nie ma wichury…pada. Temperatura nadal wysoka.

Majowy kuklik


Niedawno pisałam, że to chyba koniec lęgów, a okazało się, że nie. Myślę, że teraz mogę jeszcze raz stwierdzić- ptaki zakończyły tegoroczne lęgi. Ale kto ich tam wie?

 

środa, 10 lipca 2024

Polski stir-fry z tarasem i jukami w tle


 

Kolejny dzień remontu tarasu. Powoli zaczyna rysować się całość. Zmieniamy koncepcję- nie będzie desek kompozytowych, będą grube płyty, kładzione na dystansach, a nie klejone. Pokonani zostaliśmy  niemożnością kupna desek kompozytowych takich, jakie chcielibyśmy, ich ceną i kosztem montażu, który wykona firma, polecana przez zakład produkujący deski. Każda usługa takiego producenta kosztuje- wycena, dowóz, wykonanie, co generuje dodatkowe koszty. W marketach budowlanych są deski cienkie, wykonane z lichego tworzywa i w dodatku nie zawsze są na stanie w takiej ilości, jaka jest potrzebna. Koszt tarasu z desek kompozytowych jest też duży ze względu na pierdylion śrubek, podkładek, konieczność kładzenia legarów, desek wykończeniowych. Taras jest duży, deski musiałby być składane (sztukowane), bo nie ma takich długich.  Ale nie tyle cena, co właśnie mały dostęp do kupna tych desek nas zniechęcił. I szantaż- albo kupujemy wszystko w sklepie producenta łącznie z montażem, albo radźcie sobie sami i składajcie do kupy to wszystko, co potrzebne.  No i przyznam- dechy kompozytowe jednak nie są najładniejsze, nie tak bardzo je chciałam. Od początku, czyli gdzieś od trzech lat (tyle trwało poszukiwanie fachowców do remontu), nie widział mi się kompozyt na tarasie. Zwłaszcza, że wtedy wybór kolorów był mały no i te sztuczności… Drewniane w ogóle odpadają, pozostały tak krytykowane płytki. Jednak brat, który wtedy był przy rozmowie o tarasie, zaczął wynokwiać (fajne słówko, nie?), że odpadają, że pękają, że trudno równo lepić (na kleju wtedy się kładło płytki), że fugi… Tak nas zniechęcił, iż w ogóle przestaliśmy o płytkach myśleć. Ale wczoraj, w rozpaczy ciężkiej podczas poszukiwania miejsca, gdzie mamy kupić ten kompozyt, pooglądałam sporo filmów z montażem płytek na tarasach, przeczytałam komentarze pod nimi i doszliśmy do wniosku, że technologia produkcji oraz montażu płytek poszła mocno do przodu- to już nie te pękające, odskakujące kafelki, a porządne płyty w miarę naturalne. Wyobraziłam sobie je na tarasie i decyzja zapadła- będą płyty, osadzane na podkładkach, a nie lepione na kleju.

Codziennie rano budzi mnie śpiew wilg. W ogrodzie są ich dwie pary. Wczoraj samce „przekrzykiwały” się z dwóch miejsc w ogrodzie. Niesamowity koncert. Dzisiaj melodyjnemu zaśpiewowi samców, towarzyszył skrzek samic. Czują wilgoć w powietrzu, będzie deszcz (oby, choć ziemia nie jest jeszcze mocno wysuszona). Na razie nie udało mi się ich dostrzec w koronach drzew. Ze zdjęć nici. A wieczorami, na drzewach przy parkingu, popiskują młode sowy. Dwie, albo trzy.

Upał dokucza (dzisiaj, o 11. 30 stopni z północnej, zacienionej mocno strony), nie mam ochoty na eksperymenty kuchenne, ale ostatnio zrobiłam łazanki z młodą kapustą. Nie przypuszczałam, że to takie dobre. Ten zestaw, bo łazanki z kapustą kiszoną znane mi są od dawna i niespecjalnie je lubię. Jednak te... no miodzio.

Robi się je podobnie jak azjatyckie dania stir- fry, tylko składniki są wybitnie polskie.

Podam składniki z przepisu, ale ja tak ściśle nie trzymam się gramatury – jak ktoś chce mieć więcej makaronu, to go gotuje więcej, jeżeli łazanki mają mieć więcej kapusty, to dajemy jej więcej.

Ilość składników, podanych w przepisie, jest na 4 osoby. Ja zrobiłam z połowy, a i tak było tego po kokardy.

Podam oryginalny przepis.


 

Składniki:

- ½ główki młodej kapusty,

- 80 g makaronu na łazanki,

- 200 g wędzonego boczku,

- 150 g kiełbasy (wiejskiej, podsuszanej, śląskiej itp.),

- 1 mała cebula,

- 1 i ½ szklanki bulionu (mięsnego lub warzywnego, ja daję rosół z kury),

- 1 łyżka oleju lub smalcu,

- pęczek koperku (robi cały smak i bez niego ani rusz),

- 1 mały por,

- 1 łyżka suszonego majeranku (dopełnia smak),

- sól, pieprz do smaku.

Wykonanie.

Najlepiej sobie wszystko wcześniej przygotować: poszatkować kapustę, pokroić boczek i kiełbasę w kostkę, poszatkować koperek, pokroić por i cebulę, przygotować bulion

- ugotować makaron na łazanki, odcedzić, odstawić.

- w garnku podgrzać olej, dodać pokrojony boczek, podsmażyć, dodać pokrojoną cebulę i dalej smażyć wszystko dokładnie mieszając.

  1. - do tego wrzucić pokrojony por, kawałki kiełbasy i wszystko posypać majerankiem, smażyć  około 5 minut często mieszając.
  2. - kiedy wszystko jest już podsmażone, wrzucamy do tego poszatkowaną drobno kapustę, wszystko mieszamy i wlewamy gorący bulion (nie wszystko na raz, powoli, by bulion wciągnęło). Potem można resztę bulionu dolewać, by łazanki nie były suche.
  3. - dodajemy sól, pieprz do smaku i gotujemy do miękkości kapusty (około 20 minut), od czasu do czasu mieszając. Kiedy kapusta jest już miękka, wrzucamy łazanki i jeszcze chwilę wszystko podsmażamy, na wolnym ogniu, bez przykrycia.
  4.  - na koniec wrzucamy posiekany koperek, mieszamy i gotowe.

Juki już przekwitają- teraz, kiedy będę wklejać zdjęcia kwiatów, to często będę pisała „już przekwitły”, tak szybko wszystko kwitnie i przekwita. Robię zdjęcia, ale nie nadążam z pisaniem postów. W tym roku zakwitło mniej kwiatów juki i tylko w kwiatowym. Wszystkie pozostałe kępy, porozrzucane po ogrodzie, nie zakwitły. Cieszę się, że te zakwitły, bo wredne ślimole łaziły po pąkach i wygryzały w nich dziury. Codziennie, przyświecając sobie  latarką, ściągałam z roślin te paskudztwa.


 Przeczytałam książkę o Chrystianie Diorze- przyszło mi na myśl, czytając o powojennym, ale jakże barwnym, Paryżu- jedną z głównych rzeczy, której nie potrafię wybaczyć PRL- owi to jest to, że zamknął nas w „szarym pudle”: najpierw socrealizmu, potem PRL- owskiego siermiężnego dizajnu. To samo chciał zrobić PiS. A świat jest taki różnorodny, kolorowy, pełen niespodzianek, rozgadany, wręcz rozpaplany, rozśpiewany, roztańczony, roześmiany… bez procesji na ulicach, krzyży, protestów z mantrowymi modlitwami   w obronie księży- przestępców czy polityków- przestępców, bez straszliwych plakatów antyaborcyjnych, wyjących pielgrzymek, mowy nienawiści wobec wszystkiego, co inne niż kościółkowi lansują.

Francja jest dla mnie synonimem wolności. Po pierwszej turze wyborów. ogarnęła mnie czarna rozpacz😂, bo taki wynik we Francji nie powinien nigdy zaistnieć. A wynik drugiej tury pozwolił mi odetchnąć i mieć nadzieję, że jednak ta brunatna zaraza nie rozleje się  znów po całej Europie.

Ale wczoraj kibicowałam, jak zwykle, Hiszpanii (a głównie zawodnikom Realu) i JEST!!!!! Przeszli do finału😄😄😄😄



poniedziałek, 1 lipca 2024

Wilgi i ogrodowe różności

 


Upał nareszcie trochę zelżał. Dzisiaj pada przelotnie deszcz. Wczoraj wieczorem przeszły burze, ale jak to u nas bywa, grzmiało gdzieś z boku, była porządna ulewa i to wszystko. Tylko biedna Beza coraz bardziej przeżywa wszystkie burze. Kolejny raz z nerwów zwymiotowała. Bardzo mi jej żal- uspakajamy, wyciszamy, ale nic to nie daje. Na ostatnie siusiu wyszła dopiero o wpół do pierwszej w nocy, kiedy się uciszyło i przestał padać deszcz.

W sobotę było w cieniu 35 stopni, a u nas, akurat w najbardziej gorący czas, panowie zabrali się do remontu tarasu. W piekącym słońcu machali młotem, wycinarką, wiertarkami i skuwali schody oraz zwietrzały beton na tarasie. Bez obijania się, bez przeklinania, wrzasków, fochów, ekstra wymagań i zbędnych dyskusji, wszystko cichutko, porządnie… Hałas był okropny, kurzyło, pyliło, ale ¾ pracy w przygotowaniu do wylewki mają już zrobione.

Musiałam trochę zweryfikować moje oczekiwania oraz przemeblować końcową  wizję tarasu, ale bez jakichś wielkich wyrzeczeń. Myślę, że będzie OK.

W połowie czerwca pojawiły się w ogrodzie wilgi. Uwielbiam ich: śpiew 

(samca) oraz skrzeki (samicy). 

 Przylatują do ogrodu, pośpiewają i odlatuję, by po paru godzinach znów się pojawić. I tak codziennie nas odwiedzają, a trwać to pewnie będzie do połowy sierpnia. 

 

Potem odlatują na południe. Bardzo je lubię i nie wyobrażam sobie letniego ogrodu bez śpiewu wilg tak, jak wiosennego bez śpiewu drozdów.

Dzisiaj je nagrałam, ale nie udało mi się zrobić im zdjęć. Siedzą między listowiem, a że mają kolor dosyć maskujący (żółty gubi się w jasnych liściach brzóz) to trudno je wytropić.

Jakaś awantura między ptakami zaszła. Ten zaniepokojony skrzek, to samica wilgi.


 Inne ptaki ogrodowe przestają wariacko, intensywnie śpiewać, to znak, że lato się rozkręca. Jeszcze rano drozd się odzywa, czasem sikora, ale ogólnie już po wiosennych ptasich śpiewach. W gniazdach siedzą pisklaki z ostatniego, w tym roku, lęgu (chyba). Jedno gniazdo kosy uwiły w bluszczu tuż przy bramce- w nim widać puchate łebki maluchów. Jeszcze tydzień, może ciut dłużej i wyfruną z ciepłego kąta. 

Na zdjęciu są pisklaki kosa- gniazdo znajduje się w kącie między ścianą domu i tarasu, nad załamaniem rynny, w bluszczu. Każdego roku kosica znosi tam jajka i wychowuje nowe pokolenie ptaków. Obok okna w innym starym gnieździe, były pisklaki jakiegoś małego ptaszka, ale nie chciałam ich niepokoić- gniazdo dosyć wysoko, nie zaglądałam.

Na świerku syberyjskim, naprzeciwko okna, gniazdo uwiły sierpówki. Znalazłam młodziaka gołębiego obok tarasu, siedział tam dwie godziny, a potem go matka wywabiła (głośno „gruchała") w głąb ogrodu.

Gdzieś w pobliżu domu mają gniazdo muchołówki. W pogodny dzień stare kursują, jakby im ktoś pieprzu pod ogonki nasypał. Czasem przysiądą, a potem znów śmigają w pogoni za owadami.


 Pod nogami wałęsają się młode podloty drozdów. Czasem wieczorem spotkam na parkingu jeża. To z tych, co mają siedzibę pod sklepem lub pod magazynami. 

 Widok na ogród z tarasu. Zaczyna kwitnąć trytomia- również sponiewierana przez ślimaki, ale trochę pąków na niej zostało.

No i co jeszcze? Ślimaki buszują, bezczelnie obżerają pąki liliowców, ale nie dadzą rady wszystkich zjeść, bo pąków na kępach dostatek. No właśnie, w tym roku wcześniej kwitną liliowce- nie robię na razie zdjęć, a kto chce zobaczyć, ile jest w ogrodzie ich gatunków, niech kliknie w zakładkę Liliowce i otworzą się posty ze zdjęciami, wcześniej też kwitną juki, dojrzewają też wcześniej borówki amerykańskie.

Żółta róża, która odrodziła się po kilkuletnich moich prośbach, by się jeszcze nie "zwijała" i w końcu się rozkrzewiła. Jest stara, ma 20 lat. Długo wegetował jeden pęd, a teraz zakwitła kilkoma kwiatami. 


 Niedawno miałam wrażenie, że już się lato przetoczyło i jest jego schyłek. Dziwne uczucie, przecież dopiero co zaczęły się wakacje, jeszcze trzy miesiące letniej pogody przed nami. Może to odczucie spowodowane jest tym, że ciepło przyszło już końcem zimy i było go mnóstwo wiosną, a może też przyspieszoną wegetacją roślin? Dojrzałe borówki pod koniec czerwca? Naprawdę?


W tym roku zakwitł tylko jeden amarylis. Nie spodziewałam się lepszego wyniku, jestem i tak zaskoczona, że w ogóle coś zakwitło. Amarylisy trzymam przez zimę w piwnicy, w chłodnym miejscu. Cebule sobie w donicach zimują, tracą liście, od czasu do czasu je tam podlewam, a wiosną, po wyniesieniu na taras, puszczają nowe liście i kwitną- nie wszystkie, ale zdarza się, że parę (jest ich w sumie 10). W tym roku, wiosną, zauważyłam z przerażeniem, że coś wyżarło cebule w miejscu, gdzie powinny puścić liście. No jak to coś? Ślimol, morderca roślin, dostał się jesienią do piwnicy i zrobił spustoszenie w cebulach. Wyniosłam donice do ogrodu, postawiłam przy kompoście z myślą, że co się da uratować, to przesadzę, a co nie- wyrzucę. Okazało się, że wszystkie cebule są dorodne, ładne, tylko te nieszczęsne wierzchołki mają nadżarte. Zaryzykowałam, przesadziłam, bo żal było takie piękne cebule wyrzucić. Wszystkie, dosłownie wszystkie, wypuściły przepiękne nowe liście a ten jeden zakwitł. W tym roku zaniosę donice do piwnicy i, słowo daję, obsypię je szerokim grubym paskiem granulek. Nie będzie ślimol żarł moich amarylisów. Never!

Dzisiaj Międzynarodowe Święto Psa - wszystkim Waszym psiakom życzymy z Bezką jak najlepszych dni.
 
I na koniec posta śliczności ogrodowe.


 


niedziela, 23 czerwca 2024

"Trzej jeźdźcy apokalipsy"

Pierwsze nawałnice, które zalały Bielsko- Białą, ominęły nas szerokim łukiem. Ucierpiały wtedy jeszcze Racibórz oraz Rybnik, a powiat cieszyński ogłosił alarm przeciwpowodziowy- wody w Olzie oraz  w  Wiśle szły wysoko.

Nawałnica, która przeszła w czwartek również nas ominęła- ucierpiała mocno Pszczyna i okoliczne wioski. Wczorajsza poranna nawałnica dopadła nas. O 8 rano przybyli nad nasz ogród „trzej jeźdźcy apokalipsy”- wyładowania (dosyć liche i odlegle), ogromna wichura oraz ulewa, jakiej dawno nie widziałam- niesione porywami wiatru ściany wody. Trwało to chyba z pół godziny, po czym przeszło w spokojny deszcz, a w południe zaczęło się przejaśniać i wyjrzało słońce.

Filmy kręciłam, kiedy wszystko hulało na dobre- bałam się wystawić głowę za tarasowe drzwi, w końcu zrobiłam to, ale miałam wielkiego pietra, że zaraz huknie, a tego tygryski bardzo nie lubią.


 
Wichura narobiła szkód w lasku u siostry- złamała konar orzecha, wykręciła konar tulipanowca i złamała wierzchołek dorodnego modrzewia- drzewa rosną w ogrodzie za płotem, jednak te nieszczęsne połamane  ich szczątki przewiało na naszą stronę. Mamy teraz zatarasowaną jedną miedzę i lekko nadwyrężony płot. Jak na taką wichurę, straty i tak niewielkie. 

 



 



Szkoda tulipanowca- na połamanych gałęziach jest mnóstwo zielonych pąków, miał zamiar kwitnąć obficie. 

 


Deszcz przetrzepał solidnie morwę- pod nią dywan z owoców, na których dzisiaj siedzi chyba parę uli pszczół oraz mnóstwo motyli rusałek pawików. Pachnie, brzęczy i podle puszcza soki pod butami- ech, takie marnotrawstwo, niestety nie do uratowania.

Katalpa straciła swoje piękne kwiaty- nie robiłam jej zdjęć w tym stanie. zamieszczę takie z pełnego jej rozkwitu, czyli z przed 5 dni.

Najgroźniejsze dla naszego ogrodu są burze i wichury ze wschodu, jednak te pojawiają się rzadko. Większość nawałnic idzie od zachodu oraz południowego zachodu i na pierwszej linii napotyka drzewa w lasku siostry- one chronią nasz lasek. I tak się stało wczoraj. Takie burze zdarzają się u nas stosunkowo rzadko- jak już nie raz pisałam- leci wał burzowych chmur od zachodu prosto na nas i zdaje się, że będziemy mieli burzowe piekiełko a przed Karwiną burzowe chmury rozdzielają się- jedne idą na północ, drugie na południowy wschód i tworzy się korytarz, powiedzmy, ciszy, w którym my jesteśmy. Burza jest nad Cieszynem, burza jest nad Jastrzębiem, a u nas ledwo kilka kropel spadnie. Taki mamy, panie, klimat. Dziwny, ale mnie on cieszy.

Taras

Przy umawianiu terminu remontu jakoś wbiło nam się do głów, że druga połowa czerwca oznacza „17 VI wchodzimy  w robotę”. Przed 17 czekamy na telefon od majstra a tu cisza. W poniedziałek cicho, głucho- Jaskół dzwoni wieczorem do pana i słyszy, że jemu się terminy gdzie indziej przesunęły i przed początkiem lipca raczej się nie pojawią. Myślę sobie- mam to w nosie, ileż można czekać, przez ostatnie 20 lat taras się sypał, ratowaliśmy się przed nanoszeniem do pokoju żwirku i cementu kładąc wykładzinę na nim, schodki kruszyły się a jakoś przeżyliśmy, to i teraz przeżyjemy. W końcu nie taras jest najważniejszy. Jednak jest mi przykro i smutno, kolejne przesuwki, uniki, motanie. Po chwili dzwoni majster i mówi, że on tak nie potrafi, nie chce zawodzić klientów, przyjdą pod koniec miesiąca w piątek, skują co trzeba, zaizolują, a potem w miarę wolnego będą robić resztę. Zobaczymy.

Zakładki wykończyłam (w końcu). Wyhaftowałam w marcu i włożyłam do szafki, bo mi się znudziły. Teraz je zszyłam i są do gotowe do pójścia w świat. 



 

piątek, 14 czerwca 2024

I pachnie, i śpiewają, i po ogrodzie się wałęsają...

 

Wczoraj wizyta u weterynarza. Trzeba było Bezę zaszczepić, obciąć jej pazurki i zrobić przegląd zębów. I przy tych ostatnich pojawił się problem- dziąsła przy trzonowych mają już tendencję do zapalenia. Decyzja- pod wpływem tzw. „Głupiego Jasia”, trzeba Bezie zęby wyczyścić, zdrapać kamień, który tam się osadził. Nie na już, nie na za chwilę, ale postanowiliśmy, że pod koniec sierpnia (jak nie będzie upałów) damy te zęby wyczyścić.

Po powrocie do domu wielka niespodzianka dla mnie- usłyszałam pierwszy raz w tym roku śpiew wilgi- mocny, donośny zaśpiew samca. A rano wydawało mi się, że skrzek, który słyszę, to „śpiew” samicy wilgi. Nie byłam jednak tego pewna, no to teraz już wiem- wilgi wróciły do ogrodu i pewnie potowarzyszą nam do końca lipca lub do połowy sierpnia. No i szykuje się moje polowanie na fajne zdjęcia z nimi.

Jeszcze tydzień i rozpoczną się wakacje. Dla mnie to już termin umowny, bo dawno mnie cała sprawa zakończenia roku szkolnego, rozpoczęcia wakacji nie dotyczy. A kiedy przechodziłam na emeryturę, to w ogóle czas wakacyjny miałam przesunięty o miesiąc i rozpoczęcie roku akademickiego też później było. A jednak… gdzieś tam jeszcze drzemie we mnie to przedwakacyjne napięcie.

Za tydzień z hakiem, zacznie ubywać dnia. Bolesna świadomość dla mnie, która nie przepada za krótkimi dniami. Maj ciągnął się mi w nieskończoność i w tym roku był to wielki pozytyw- ciepło, mało deszczu. A czerwiec leci jak szalony…


Rozkwitły lipy, te, które powinny zacząć kwitnienie pod koniec czerwca. Pachną obłędnie i nie chce się spod nich wychodzić- staję pod drzewem i „ciągnę” ten zapach aż do głębi płuc. Pachną nagrzane słońcem, ale i w pochmurny, mglisty dzień ich zapach niósł się aż na taras.




 

Jeże się uaktywniły. Najpierw ratowałam starą jeżycę, która zaplątała się w plandekę okrywającą palety. Weszła między płachty i szamotała się biedulka. Usłyszałam ten szelest- najpierw myślałam, że kos gdzieś tam łazi, potem, kiedy poruszyłam plandeką zauważyłam, że to w środku coś jest. Podniosłam płachtę lekko do góry i oczekiwałam „wypadu” przestraszonego gryzonia, a tu taki wielki jeż się wytoczył. Zwinęła się w kłębek i tak trwała. Zdążyłam pójść po aparat, ale potem akcja nabrała tempa- jeżowa rozwinęła się, Chwilę postała i szpula pod palety.


 
Małego jeża było łatwiej sfilmować, bo niczym się nie przejmował- spacerował sobie spokojnie między roślinami.

 No i na koniec opowieści o jeżach- wczoraj wieczorem, wynosiłam takie małe kolczaste sprzed drzwi do piwnicy. Pewnie opuścił gniazdo pod tarasem, poszedł w niewłaściwą stronę i spadł pod drzwi. Nic mu się chyba nie stało, wyglądał zdrowo. Wyniosłam go na trawnik koło tarasu.

I tu mam zgryz- w poniedziałek przyjdą panowie remontować taras, prawdopodobnie pod tarasem siedzą małe jeże, dojście tam jest utrudnione, bo nisko, wąsko i ciemno (chyba na brzuchu, na ziemi, się położę, by sprawdzić, co tam jest). Jeżeli okaże się, że siedzi tam rodzina jeży, a tak już bywało, to trzeba je delikatnie ewakuować. Pytanie gdzie? I pytanie, czy cała rodzinka będzie na miejscu. Wiem, wiem, na zapas takie zmartwienie, ale ja lubię mieć wszystko zaplanowane i  ewentualne warianty działania.


Wilgi wilgami, a ja sobie gołębie wyhaftowałam na serwetce. Nie jestem miłośniczką haftów tzw. makatkowych, a ten wzór taki jest, ale chciałam wyhaftować gołębie to je mam. Tym razem nie wyczułam „ciężkości” wzoru i wyszło jak wyszło- haft jest ciężki oraz mały  w stosunku do wielkości serwetki. W oryginale ptaki były haftowane po konturach. To z kolei, wydawało mi się za lekkie w stosunku do ich wielkości. No i się wkopałam w haftowanie, haftowanie, zapełnianie, zapełnianie- tysiące ściegów…

Ta plama z prawej strony to cień:):):):)

Nic się nie nadawało (tasiemki, koronki, wstawki), by zrównoważyć haft na serwetce. Zostawiłam tak, jak jest.

środa, 12 czerwca 2024

Angielski Castle z wątkiem cieszyńskim w tle

 Takie sobie angielskie klimaty w ramach oddechu od klimatów słowackich.


Ten piękny zamek w hrabstwie Kent, wygląda obecnie inaczej niż pierwsza budowla wzniesiona w tym miejscu. Zamek w Leeds istnieje od IX wieku. Jego pierwszym właścicielem był saksoński wódz Leeds lub Led. Pierwszy właściciel wzniósł drewnianą budowlę w pośrodku rzeki Len. Następny właściciel przekształcił ją, w kamienną romańską twierdzę. 

W XII wieku król Edward I przejął budynki zamkowe i  całość znacznie rozbudował. Prawdopodobnie to on zarządził utworzenie jeziora wokół zamku. Leeds castle było ulubionym miejscem pobytu tego króla.


 W 1381 roku zimę na zamku spędziła narzeczona króla Ryszarda II Anna Czeska. Był to jej przystanek w drodze do Londynu, gdzie miał się odbyć jej ślub z królem. 

I tu się wkrada wątek cieszyński- książę cieszyński, Przemysław Noszak, udzielał się bardzo na dworze króla czeskiego, a zarazem cesarza, Karola IV Luksemburskiego. Na dworze czeskim sprawował funkcje sędziego nadwornego oraz rolę negocjatora podczas waśni między książętami niemieckimi. Dużo podróżował w orszaku Karola Luksemburskiego po całej Europie. Był to książę obyty towarzysko, zaznajomiony z problemami polityki ówczesnych dworów europejskich, toteż król wysłał go z misją do Anglii, by ustalił zasadnicze elementy układu małżeńskiego między królem Ryszardem II a księżniczką czeską Anną. Kiedy wszystko było już ustalone, książę Noszak powrócił na czeski dwór. Ale jego podróże do Anglii nie skończyły się. Król Karol, wysyłając córkę  na dwór angielski, powierzył Noszakowi dbanie o jej bezpieczeństwo w trakcie podróży. Należy dodać, że wśród dworzan, towarzyszących Annie, była również księżniczka cieszyńska- Małgorzata, córka księcia Noszaka, która była najbliższą Annie dwórką. Po przebyciu Kanału Angielskiego, cały orszak zatrzymał się w zamku Leeds, gdzie spędził Boże Narodzenie.

Podczas królewskiego ślubu:

"Cieszyński książę i jego córka byli tym samym jedynymi członkami dynastii Piastów, którzy mieli okazję na własne oczy podziwiać wnętrza katedry Westminster.


Byli także jedynymi Piastami uczestniczącymi w trwającym cały miesiąc królewskim weselu. W Londynie odbywały się wówczas bankiety, przedstawienia teatralne, występy muzyków z całej Europy, a także turnieje rycerskie. Według angielskiego kronikarza Geoffreya Chaucera rycerze czescy z orszaku nowej królowej brali czynny udział we wspomnianych turniejach, popisując się umiejętnościami. Możemy jedynie przypuszczać, iż w jednym z takich turniejów wziął udział książę cieszyński Przemysław I Noszak, nazywany przez Chaucera szwagrem czeskiego króla (sic!). Na stoły serwowano najwyśmienitsze specjały tamtej epoki. Do nich należało niewątpliwie popisowe danie na dworze Ryszarda II, czyli Sauce Madam'e
 
Choć znaczna część gości weselnych do końca lutego 1382 roku wróciła do swoich zamków, to książę Przemysław I Noszak, wraz ze świtą pozostał na Wyspach, z bliżej nieznanych powodów, nieco dłużej. W czasie tego pobytu wydał za mąż swoją córkę Małgorzatę za Szymona z Felbrigg, chorążego króla Ryszarda II. Tego samego, który w sierpniu 1381 roku przybył wraz z księciem cieszyńskim do Pragi. Już na zawsze pozostanie tajemnicą, czy Małgorzata i Szymon poznali się w czasie długiej drogi z Pragi do Londynu, towarzysząc przyszłej królowej w jej orszaku ślubnym, czy może Przemysław I Noszak chciał zapewnić swojej córce dobrą przyszłość, wiedząc, że więcej jej nie zobaczy, toteż postanowił wybrać dla niej wysoko postawionego na dworze urzędnika.

Przemysław I Noszak na pewno przebywał w Anglii jeszcze w sierpniu 1382 roku. Termin ten ostatecznie wyznacza dokument znajdujący się w londyńskim Archiwum Królewskim.Choć książę cieszyński opuścił Wyspy Brytyjskie w 1382 roku, to pozostawił tam swoją córkę Małgorzatę. Z małżeństwa Małgorzaty i Szymona z Felbrigg przyszły na świat trzy córki – Elżbieta, Anna i Alena. Ich potomkowie przez kilka następnych stuleci pamiętali o Małgorzacie, szczycąc się swym pochodzeniem od czeskich królów i przekazując z pokolenia na pokolenie informacje o historycznym orszaku czeskich możnowładców, towarzyszących przyszłej królowej Anglii, którym przewodniczył ich wielki przodek – Przemysław I Noszak, książę cieszyński. Wjechał on bowiem do Londynu, niczym potężny władca z dalekiego, kontynentalnego kraju."
 
Tyle o Księciu cieszyńskim w kontekście zamku Leeds, natomiast w XVI wieku król Henryk VIII przeznaczył zamek na mieszkanie dla swojej żony Katarzyny Aragońskiej.
W następnych wiekach zamek zmieniał właścicieli, był wielokrotnie przebudowywany.
 

Obecny wygląd uzyskał pod koniec lat 20. XX wieku, kiedy jego właścicielką była lady Baillie. Zarządziła ona, by po jej śmierci, co stało się w 1974 roku, zamek przeszedł w ręce Leeds Castel Fundation. 
Jest to zabytek klasy I o znaczeniu międzynarodowym i służy wielu celom społecznym. 

Niedziela w Leeds Castle







Sobota nad Morzem Północnym



Zdjęcia i filmy autorstwa mojego syna.

 http://www.principatusteschinensis.pl/2020/01/slady-ksiazat-cieszynskich-na-zielonych.html

 https://en-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Leeds_Castle?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc