Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaskółki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaskółki. Pokaż wszystkie posty

06 września 2025

Początek września.

 

Huśtawka pogodowa trwa w najlepsze. Ostatnie trzy dni upał jak jasna cholera, do zdechnięcia, dzisiaj +12 C i leje. Wczoraj musiałam przeprosić się z letnią kiecką (letnie ciuchy położyłam już na górne półki- czekają do wiosny) i nałożyć ją na grzbiet, dzisiaj wypadałoby wciągnąć na siebie polar.

Produkowanie ogórków małosolnych trwa. Wychodzi mi, że zjedliśmy ich już około 4 kilogramów, a jutro robię następne. 

 W tym roku udało mi się zebrać dwie miski jeżyn (chyba z kilogram) z dwóch krzaków jeżyny bezkolcowej. Z tych, z pierwszej miski, ugotowałam kompot, z tych, z drugiej miski, zrobiłam sok. W zeszłym roku jeżyna też pięknie obrodziła, ale owoce zaliczyły najazd much oraz os. Owady spijały z nich sok, powodowały tym samym, ich gnicie. 

 Ładną pogodę wykorzystujemy na zrobienie przedzimowych porządków w obejściu i ogrodzie. Wczoraj wymyliśmy karcherem magazyny i meble ogrodowe (te stare białe, które przywieźliśmy 17 lat temu z Regensburga). Kupiliśmy je na flomarku. Nie wiem, ile wtedy miały lat, ale trzymają się nieźle. Są solidne, nie wyrzucamy ich w ramach zero waste, choć moglibyśmy sobie kupić takie np. modne sztuczne ratanowe (obyrzydlistwo) lub każde inne. Nie kupimy, bo jak coś jeszcze służy, to niech służy nadal.

Zamówiliśmy firmę, która zajmuje się wywożenie gratów, sprzątaniem, przeprowadzkami itp. Za nieduże pieniądze wywiozła gruz, stare plandeki, peszel, przedatowaną chemię i jeszcze parę gratów. Cała impreza, z ładowaniem do busa włącznie, trwała niecałą godzinę. Panowie cisi, sprawni, bez fumów i fochów. Już umówiliśmy się wstępnie na wywóz starego bojlera i rur, kiedy będziemy montować nowy piec do CO.

Teraz czekamy na drwala, ale najpierw musimy załatwić pozwolenie na wycięcie starej wierzby. Do wycięcia jest również ozdobna jabłoń, która rosła na dole ogrodu, pięknie kwitła, ale wiatr połamał jej konary. Jest nie do uratowania, trzeba ją wyciąć. O ile na wycięcie jabłoni nie trzeba mieć pozwolenia, to na wycięcie starej wierzby już tak. A wierzba to cztery metry grubaśnego pnia i kilka zeschniętych gałęzi na jego czubku. Pień jest zmurszały i od dwóch lat szerszenie próbują zrobić w nim gniazda.

Niedawno przeczytałam taką notkę na temat szerszeni.

„Dzień dobry, wszystkim! Z tej strony szerszeń europejski, ten sam, względem którego żywicie raczej chłodne uczucia, postrach ogródków działkowych, osa na sterydach, latający czołg i takie tam. Mam ledwie 3 centymetry długości, a ponoć u was długość nie ma znaczenia, więc to wielkie halo i robienie ze mnie bohatera horroru klasy B to jednak trochę na wyrost.

Prawda jest bowiem taka, że jakoś nie za bardzo mam czas na to, żeby sobie za wami latać i was terroryzować. Mam kupę spraw na głowie, serio. Muszę na przykład zbudować gniazdo z papieru (tak, jestem ekologiczny i ogarniam całkiem nieźle recykling), poluję na muchy i inne bzykacze, które przez was latem są postrzegane jako natręci, no i ogólnie pilnuję tego, żeby w przyrodzie nie zrobił się zbyt duży owadzi chaos. Więc może sobie rozłóżmy na czynniki pierwsze te główne bzdurne mity, którymi tak karmicie narrację o mnie, co?

Pierwsza sprawa - że niby szerszeń atakuje bez powodu. No błagam. Czy wy w ogóle zdajecie sobie sprawę z tego ile kalorii pochłania samo latanie? To naprawdę nie ma większego sensu, żeby do tego dokładać sobie jeszcze głupiego marnotrawstwa energii na bezsensowne pościgi za dwunogami. Jeśli więc nie grzebiesz w moim gnieździe, nie machasz rękami jak nawiedzony i nie próbujesz mnie zgnieść klapkami - totalnie mnie nie interesujesz. Poza tym, może to dziwnie brzmi, ale w pewnym sensie jestem w stanie rozpoznać "swojego" człowieka - znaczy się takiego, który mieszka gdzieś blisko mojego siedliska. Rozpoznaję jego zapach i sposób poruszania się. Jest nieszkodliwy, więc przyzwyczajam się do jego obecności i traktuję jak swojego sąsiada. Normalna rzecz.

Sprawa druga - "szerszeń jest groźniejszy niż osa!!". Serio? Bo większy i głośniej bzyczy? Mój jad wcale nie jest bardziej toksyczny niż jad innych osowatych. Że boli? No, boli - mam solidne żądło ale używam go w ostateczności. Ale jak nie masz uczulenia to uwierz mi, nie padniesz trupem po jednym użądleniu (no, chyba że dostaniesz ich kilkanaście naraz, ale to dotyczy każdej osy i akcji w tanich filmach o jakiejś wyimaginowanej apokaliptycznej inwazji owadów). Poza tym, ja serio wysyłam wcześniej znaki ostrzegawcze - jak coś jest nie halo i twoje zachowanie sprawia, że czuję się zagrożony, wówczas zrobię ci ze dwa kółka nad głową, a potem jeszcze o nią pacnę. To mój język komunikacji, a nie agresja. Serio, jestem naprawdę inteligentny. Co prawda nie rozwiążę sudoku ani nie policzę ci reszty w sklepie, ale potrafię uczyć się, zapamiętywać i komunikować sygnałami. A to wcale niemało jak na owada. Wystarczy więc, że zauważysz mój sygnał, a wszyscy będziemy zadowoleni, sytuacja win-win, można tańczyć poloneza i bić brawo.

Dalej - te wszystkie teksty w stylu "po co w ogóle istnieje coś tak okropnego jak szerszeń?!". No cóż, wy macie swoje wilki, które regulują populacje jeleni i dzików. My – szerszenie – jesteśmy takimi trochę wilkami świata owadów. Bez nas mielibyście plagi much i innych nieproszonych gości w kuchni. Same nie jemy ciał owadów - rozdrabniamy je i podajemy larwom. Wychowujemy je bowiem na solidnych białkach, żeby wyrosły na silnych drapieżników. A w tym czasie raczymy się słodkościami. Tak więc, regulacja liczebności wielu owadów, względem których nie pałacie entuzjazmem (w tym i tzw. szkodników rolniczych) oraz naturalna selekcja to właśnie coś, dzięki czemu zachowana jest równowaga biologiczna. Zanim więc sięgniesz po packę na owady – pomyśl może, czy przypadkiem nie wykańczasz swojego sojusznika, co?

Mam więc taką nieśmiałą propozycję - żyjmy w pokoju. Ty pijesz kawkę, ja piję sok z jabłka, wszyscy są szczęśliwi. Co ty na to?

#NaturaNaLuzie

/Biology Insights. 2023. “Are Hornets Aggressive? Behavior and Species Facts.”/ Thermo Fisher Scientific. 2024. “i75 Hornet, European Hornet (Vespa crabro) – Allergen Encyclopedia.”/ Foto aut. Iain H Leach/”

Zdjęcie z Internetu

Z tym brakiem ataku ze strony szerszenia jest coś na rzeczy, bo kilka razy patrolował jeden taki nasz taras, podlatywał, krążył, ale było widać, że jest mało zainteresowany. Pewnie stwierdził „nasi tu są” i sobie odpuścił. My też nie odganiamy szerszeni, tylko spokojnie czekamy, kiedy sobie odlecą.

Ale w tym roku jest mało szerszeni, dużo mniej ślimaków, przez całe lato nie spotkałam w ogrodzie ani jednego jeża i na razie grzybów brak.

 A jakby ktoś pytał, czy zostawiać kwitnącą miętę dla pszczół, to z całą odpowiedzialnością mówię NIE. Nie widziałam ani jednej pszczoły na kwitnącej mięcie. Much było na niej pełno, nawet osa i jeden szerszeń, ale żadnej pszczoły. Te oblegały sąsiedni krzak rozchodnika, dużo ich było na pobliskiej rudbekii i przetacznikach, ale ani jednej na kwitnącej mięcie.


Rozchodnik.
 A specjalnie to dziadostwo zostawiłam dla pszczół, mimo, że mięta wrosła w anemony i zawaliła mi kawał grządki. Strzeżcie się mięty w ogrodzie- jest bardzo ekspansywna, puszcza długie twarde rozłogi i trudno jej się pozbyć. Jeżeli już ją chcecie mieć, to sadźcie w takim miejscu, by wam nie zagłuszyła innych kwiatów. Jednak, trzeba przyznać, kwitnąca wygląda pięknie (nie pachnie).

Kwitną już wrzosy. Powinny też wyjść, spod ziemi, pąki zimowitów, ale na razie ich nie widać.

 

I na koniec... jaskółki odleciały. W tym roku tylko raz zobaczyłam je w gromadzie, kiedy siedziały na drutach. Zaraz potem stadko się zerwało, chwilę krążyło nad polem i ogrodem, a potem nie zobaczyłam już ani jednej jaskółki na niebie.



 

22 czerwca 2023

Ooooo... ja cierpię dolę....czyli o złośliwościach.

Trochę się nam tutaj skomplikowało życie. Miałam wczoraj wkleić II część z samochodami, a tu pogoda zaburzyła cały plan.

To była straszna burza, z ogromniastą wichurą, zadymą, ulewą i zrobiło się ciemno tak, jakby wszystkie moce piekielne postanowiły zatańczyć czardasza nad domem. Drzewa mocno się uginały pod naporem huraganu, lało, błyskało, grzmiało, o dach domu krople bębniły tak mocno, że było je słychać na parterze. Taras spłynął potokami wody, która podeszła aż pod drzwi balkonowe. W powietrzu latały liście, gałązki. Plandeki na drewnie łopotały z ogromną siłą,  potem podwinęły się i zalało połowę drewna. Biedna Beza nie wiedziała, gdzie się schronić. Strasznie mi jest jej wtedy żal, bo nawet łazienka nie jest dobra, tam też się boi.

Trwało to wszystko prawie godzinę. I mimo, iż zjawisko samo w sobie było piękne, nie życzę sobie takiej powtórki.

 Ale najpierw przez dwa dni upały, jak na Saharze, z temperaturą +32 stopnie w dzień i 20 stopni w nocy… duchota, parno no i na koniec gruchnęło.

Po tej dosyć solidnej burzy, doszłam do wniosku, że ja to chyba do końca życia będę: po pierwsze ciągle wycinać drzewa i krzewy w ogrodzie, a po drugie pompować wodę z piwnicy. Widać mi takie atrakcje, co jakiś czas, są pisane. Ot takie złośliwości losowe.

 A straty są takie- dwa wykręcone i to te na samym dole drzewa, tak wykręcone a nie złamane, konary w starej czeremsze, jeden złamany czub w sośnie, wkręcony wierzchołek modrzewia w wierzchołek drugiego, złamany indygowiec- z niego już nic nie będzie- powalony „słup” (służył za niego pień ściętego modrzewia, obrośnięty gęsto bluszczem), na którym umieszczony był kabel do sklepu. „Słup” się zwalił i zatarasował drzwi do obu magazynów.  No i zalana piwnica. Czyli, zamiast wklejać nowy post o Muzeum Tatry, zajęłam się sprzątaniem bałaganu po burzy. I tak- zamówiony już drwal, jutro przyjdzie elektryk, Jaskół rozprawił się częściowo ze „słupem” zawalidrogą, woda z piwnicy wypompowana- tym razem nie szuflowaliśmy, bo sprawę załatwiła mała pompa, którą stawia się w wodzie i ona wysysa wszystko, co pod nią mokre. Niesamowicie usprawnia osuszanie piwnicy. No i ja jestem bardziej spokojna, kiedy zaczyna lać, bo wiem, że włączymy pompę i po sprawie.

Taki gość nas odwiedził


 
I zakwitł tulipanowiec


Dzisiaj znowu +32 stopnie i duszno. Jutro ma padać.

 

02 października 2018

A tak w ogóle to....




Kto może kierownikowi kina zabronić wyświetlić taki, czy inny film? Czytam, że w kolejnym mieście,  w kinach, nie będzie można zobaczyć filmu „Kler”. Uważam, że niedopuszczanie do projekcji jest kompletnym idiotyzmem, bo kino straci- nie będzie opłaty za bilety, a ludzie i tak w ostateczności obejrzą film w Internecie. Dziwię się też mieszkańcom tych miast, bo należałoby „wymusić” na decydentach projekcje. W końcu to jest film dla ludzi, mieszkańcy z podatków utrzymują i kina, i decydentów. Zastanawiam się, kiedy do ludzi dotrze, że to oni mają władzę nad „władzą”, to oni są naprawdę tymi, od których zależy wszystko to, co dzieje się w danej miejscowości. Idą wybory, może „lud” się ocknie.
XXX
Piękny to czas przed wyborami samorządowymi. Walka na obiecanki zacięta. Komentarze „przeciwników” wycinane. Hejt na całego. Od miesiąca czytam, oglądam- dowiaduję się takich rzeczy, które, być może, nigdy nie wyszłyby na światło dzienne. Tu, w powiecie, gminie, wsi. Obecna burmistrz wpuszcza fotki z odbierania jakichś nagród, dyplomów- świetnie, ale nijak to się nie przekłada na realne problemy w gminie. Jej pierwsza kadencja była w miarę dobra- sporo zrobiła. Druga kadencja- burmistrz wygrała, bo nie miała kontrkandydata-  opierała się głównie na pracy mieszkańców gminy „pod patronatem burmistrza”. Jej rola najczęściej ograniczała się do przecinania wstęg, kwiecistej mowy i uśmiechu a’la Zalewska. Jej inwestycje takie trochę nieprzemyślane (np. siłownia pod chmurką, ale żadnego zabezpieczenia przed prażącym słońcem w lecie), rozbabrane, niedokończone, byle powiedzieć, że to i to zrobiła. Poza tym, w pierwszej kadencji startowała z listy SLD, teraz nie ma uroczystości kościelnej, na której zabrakłoby burmistrz, nie ma uroczystości świeckiej, by nie był tam i produkował się ksiądz, o przepraszam, co najmniej dwaj księża- proboszcz i pastor. Taka sobie pchła szachrajka, co to mizdrzy się do chłopów bez zachowania powagi urzędu. Z jej etyką też jest coś nie w porządku. Jako szef dyrektorów szkół, dopuściła, by jeden z nich, po burzliwym romansie ze swoją nauczycielką (romans odbywał się również na terenie szkoły), zwolnił ją dyscyplinarnie, kiedy sprawa się wydała, wykorzystał tym samym stanowisko służbowe, sam nie poniósł żadnych konsekwencji.  Jak tak, to ja mam w nosie babę, która w ten sposób zarządza gminą.

XXX
Pada deszcz, spokojne, bez szału. Potrzebny był, bo ostatnie dni bardzo ciepłe i słoneczne, a ziemia potrzebuje przed zimą dużo wody. Szpaki nadal wyczekują momentu splądrowania bluszczu. Gołębie nie czekają, obżerają z owoców jarząby. Nie widzę już na niebie jaskółek, czyżby odleciały? Gołąb wędrowny jeszcze jest w ogrodzie. Wieczorem odezwała się płomykówka- straszny wrzask, taki jakby zwierzęcia, które coś atakuje. Dla pewności puściłam sobie głos płomykówki na YT, Dokładnie to samo. No to odwiedzają nas już trzy gatunki sów- puszczyk (pójdźka), płomykówka i uszatka ze swoim pohukiwaniem.
 Trochę fotek.
Szpacza horda szykuje się do ataku- pierwsza połówka
druga połówka
Na jesień przylatuje do ogrodu sporo srok. Przez całe lato pojawiają się sporadyczne, a we wrześniu okupują ogrodowe drzewa sporym stadkiem. To jest ulubiona ptasia latarnia- taki przystanek w drodze z pól do ogrodu.

Zbyt późno zorientowałam się, że na lampie siedzi tym razem sroka. Zdążyłam jej zrobić dwie fotki. Na tej drugiej ma genialną sylwetkę- przypomina mi ona biegacza w trakcie startu lub baletnicę.
Usiadła na wysokiej sośnie. Tylko to zdjęcie było w miarę udane.
 
A tak w ogóle to: „…nuda, panie, nuda…”

04 września 2015

Czas na letnie podsumowanie

Idzie jesień, czas podsumować lato w ogrodzie.
Wiewióry- nadal mieszkają na strychu i w tym roku znowu miały młode. Nie wiem ile, ale jedna taka malutka, chudziutka bez przerwy pałęta się po bluszczu. Ostatnio nie wyrobiła i spadła na taras z trzaskiem pazurków o podłogę. Niezgrabnie pozbierała się i powoli, nie zważając na nas, osłupiałych ze zdziwienia, pomaszerowała pod iglaki. Nawet Bezka zamarła, bo pewnie w jej psiej łepetynie nie mieściła się wiewiórcza bezczelność w odstawianiu przed psim nosem takiej demonstracji. Rudasy buszują po całym ogrodzie i wcale nas się już nie boją. Beza od niechcenia poszczeka, ale nawet ich nie goni.
Jeże- tych trochę mniej niż w poprzednich latach, niemniej są i mają się dobrze. Niedawno odkryliśmy pod stertą drewna opałowego gniazdo, a w nim spał sobie smacznie stary jeż. Obudzony podreptał w stronę kompostu. Wczoraj Beza wytropiła jednego obok stosu gałęzi do spalenia. Poszczekała trochę, pomerdała ogonem i dała spokój. Ona doskonale wie, że co mieszka w ogrodzie, tego „nie rusz”.
Gad- miałam nadzieję, że się wyprowadził. Z drugiej strony podejrzewałam, z żalem, że pewnie go coś zeżarło. W każdym razie na wiosnę nic nie wskazywało, że jest. I dobrze. Jakoś nie mam nabożeństwa do gadów, a szczególnie do tych w moim ogrodzie. Do lipca żyłam sobie w błogiej świadomości, że gada nie ma. A w lipcu niemal na niego weszłam. Brrrrrr….. zwinięty wygrzewał się na trawie pod dziką śliwką, którą nazywamy, z racji wielu pni, baobabem. Szok- on, niemniej zszokowany, powoli się rozwinął, po czym majestatycznie wpełznął w jedną z nor pod pniem. Ja, prawie drętwa z przerażenia i wstrętu, ledwo doszłam do kompostu, wyrzuciłam odpadki i nadal drętwa,
przeszłam obok miejsca spotkania. No więc, gad jest w ogrodzie, mieszka w norze pod pniem baobabu- chyba, bo od tamtej chwili nie spotkałam się z nim do tej pory. I dobrze.

Ptaki- tych pełno wszędzie. Mnóstwo kosów się wylęgło i mnóstwo innego ptasiego drobiazgu. Jest też sporo młodych drozdów.
Dzięcioł zielony- pojawia się codziennie, od początku lipca, w ogrodzie, i ubarwia nam życie swym charakterystycznym chichotem.
Dzięcioły pstre- stali mieszkańcy ogrodu. Znowu przybyło kilka młodych. Fajne są z tymi czerwonymi czapeczkami i portkami
Gołąb wędrowny- jak co roku, na dole ogrodu, założył gniazdo. Przez całe lato słyszeliśmy jego gardłowe, grube „gruuuu, gruuuu,gruuu”. Duży ptak i bardzo płochliwy. Jeszcze jest, ale niebawem odleci.
Sierpówki- namnożyło się ich mnóstwo-całe stado. Zmniejsza się jednak, bo to one najczęściej padały łupem krogulców, które od czasu do czasu urządzają sobie w naszym ogrodzie polowania. Jeden tak się zapędził w pościgu za ptaszkiem, że łupnął z całej siły w drzwi balkonowe. Niestety, nie przeżył.
Nie przeżył również takiego zderzenia drozd. Pisałam o nim. Mało mi z żalu serce nie pękło. Drozd, który najpiękniej śpiewał z całego stadka ogrodowych drozdów. Widać i wśród ptaków najwięksi artyści mają dramatyczne zejścia.
Jaskółki- co roku jest ich więcej na niebie. Wczoraj odstawiły prawie godzinny, podniebny taniec. Było ich dużo, całe stado. Może już się zbierają przed odlotem? Próbowałam robić zdjęcia, ale zapomnij. Są tak śmigłe, szybkie, zwrotne, że mało które zdjęcie wyszło jak trzeba.
Wilgi- pojawiły się w ogrodzie na początku sierpnia. Parę dni słychać było ich śpiew, a potem ucichło.
Stawek-oczko wodne- poidło dla ptaków i innych zwierząt. Mieszka w nim żaba. Wydaje mi się, że jest to żaba dalmatyńska. Wprawdzie jest to gatunek rzadki, ale tu na południu Polski występuje, a jej kolor i budowa zgadzają się z opisem gatunku. Ta żaba przesiaduje w wodzie bardzo często. Oprócz niej pojawiają się w oczku jeszcze inne żaby, jednak one częściej wśród traw i w lasku urzędują. Podczas ostatniej suszy wyłowiliśmy z wody, w ciągu paru dni, 6 utopionych myszy. Żal, bo zwierzaki zginęły, a z drugiej strony, mniej szkodników w ogrodzie. Zadziałała selekcja naturalna (no może trochę z ludzką pomocą). W oczku, tego lata, utopiły się, niestety również dwa młode kosy.
Zając- zaplątał się do ogrodu tydzień temu. Pewnie przeszedł przez dziurę w siatce w płocie u sąsiadów i przyszedł do nas przez szerokie oka płotu leśnego. Siedział w lasku, na dole ogrodu. Od paru dni już go nie widuję
Kwiaty ciężko przeżyły suszę. Niektóre w ogóle nie zakwitły. Mam nadzieje, że otrząsną się i w przyszłym roku na nowo pięknie wyrosną. Dobrze suszę przeżyły róże i liliowce, a juki wręcz rewelacyjnie
Owoce- brzoskwinie pięknie owocowały, ale kiedy zaczęły dojrzewać, zaatakowały je stada much i os, ponadgryzały i owoce zaczęły gnić. Trochę uratowałam. Śliwki podczas suszy zeschły, a orzechy włoskie są bardzo małe. Wyschły też ostatnie owoce na borówce amerykańskiej- większość zjedliśmy.
Czereśni nie było, maliny, wiśnie i truskawki w normie.
Drzewa i krzewy- ucierpiały podczas suszy, tracą liście. Dwa konary morwy wyłamała wichura.
Co jeszcze? Ogród kwiatowy zarósł, bo ziemia twarda jak kamień i nie można odchwaszczać. Za to dobrą stroną suszy była mniejsza częstotliwość koszenia trawników.
A teraz wszystko wraca „na swoje miejsce”. Pogoda jest wrześniowa, taka normalna. Trochę popadało, jest w miarę ciepło. Czas się brać za jesienne porządki.
 Jaśminowiec chiński- pięknie kwitnące i szybko rosnące pnącze. Nadaje się na płoty oraz pergole, ale i w donicach wolnostojących ładnie się prezentuje. Niestety nie pachnie
 Nie wiem, jak się nazywa, ale są śliczne. Tworzą kępy o bujnych, na wysokich łodygach kwiatostanach.
 Tygrysówka. W tym roku zasadziłam cebule, które świetnie się przechowały w piwnicy i dokupione (W Biedronce) Pięknie wyrosły i kwitły przez cały sierpień. Kwitły też żółte. Niestety, to kwiat jednego dnia.
 Stary rudas na belce pod dachem. Gdzieś tam ma wejście na strych. Ciekawe, że jak sprawdzałam na strychu, to nigdzie prześwitów nie widać i nie mam zielonego pojęcia, którędy one się przeciskają.
 Jarzębina- zdjęcie robione na początku sierpnia. Teraz jest lekko podsuszona. Generalnie to obficie owocują. Te pospolite i jarząb norweski też.
Wczorajsze jaskółki. Zdjęcia robione o zmierzchu. Z całej serii tylko trzy są do pokazania:(


19 maja 2013

Szczęśliwy to dom, gdzie jaskółki są :)


Rano obudziło mnie świergotanie jaskółki. Dziwnie brzmiało. I z dziwnej strony dochodziło. Na pewno nie zza okna. Hmmmm…… coś gdzieś się dzieje. Wyszłam z łóżka, stanęłam w holiku- wszystkie drzwi przymknięte. Nagle…. Z klatki schodowej dobiegło świergotanie jaskółek. Stanęłam na pierwszym schodku i zadarłam głowę. Na piętrze, na balustradzie siedziały dwie jaskółki. No tak… Jaskół otworzył rano drzwi na pole i ptaszki wleciały, ale nie wiedziały jak wylecieć z powrotem. Po co wleciały? Ano seks, choćby na drutach, seksem, ale rzeczywistość skrzeczy. Trzeba gniazdo budować, bo wynik tego sekszenia się jest oczywisty. Teraz ja poleciałam migiem po aparat z nadzieją, że może uda mi się zrobić im parę fotek. Owszem, zrobiłam, ale są niewyraźne, ponieważ jaskółki śmigały w ogromnym tempie po całej klatce. Poza  tym, w tym miejscu jest dosyć ciemno, a ja nie miałam czasu cokolwiek ustawić w aparacie (przybliżenie też starło ostrość obrazu). Nie chciałam, żeby się ptaki stresowały. I tak były bardzo spłoszone. Zrobiłam parę zdjęć, otworzyłam okno na górze i nawet nie mrugnęłam powieką a jaskółek już nie było. Jeszcze trochę nerwowo polatały przed domem i pooooooszły „w niebo”. Teraz od czasu do czasu  dolatuje do mnie ich świergotanie.
Siedzą na drutach i coś sobie opowiadają.




16 maja 2013

Zaloty na drutach


Przedwczoraj Beza była u swojego weta. Dostała szczepionkę przeciw wściekliźnie i porządne kropelki przeciw kleszczom. Podczas poprzedniego pobytu u wet. również dostała takie krople i nałapała multum kleszczy. Powiedzieliśmy wet., że nie prosimy o krople wabiące kleszcze, a o odstraszające. Roześmiał się i dał, podobno, dużo mocniejsze. Beza wynalazła w samochodzie nowe miejsce do podróżowania. Wdrapała się na półkę nad bagażnikiem z tyłu i miała przepiękne widoki przez wszystkie okna. W drodze powrotnej siedziała jednak na moich kolanach. Pozwala sobie zakładać szelki i na smyczy chodzi spokojnie. Czyli mamy krok do przodu.
Wczoraj i dzisiaj  ciepło, majowo, słonecznie, pachnąco bzami. Byłam na naszym wiejskim cmentarzyku. Przy płocie kwitną przepiękne, stare kasztany. Stałam, patrzyłam na nie i strasznie zachciało mi się mieć taki kasztan w ogrodzie. Mam wprawdzie mały, który sam się zasiał między sosnami i w przyszłym roku go przesadzę na otwarte miejsce, ale mnie się zachciało takiego ogromnego, kwitnącego i pachnącego już, zaraz, natychmiast.
Pierwszy lęg kosów już lata. Pod wieczór siedział taki mały nastroszony na drucie elektrycznym i kurczowo się go trzymał. Nawet się nie poruszył. Dopiero po godzinie przeleciał niezdarnie na brzeg balkonu. W tym roku jest mniej drozdów w ogrodzie. Nie mam pojęcia dlaczego, ale przypuszczam, że kot sąsiadów zrobił swoje. Łazi po naszym ogrodzie i nie ma na niego silnych. Nie chcę go tutaj, ze względu na ptaki i rudasy, ale nie mam pojęcia, jak go zniechęcić do tych wizyt. Nie pomaga straszenie, przeganianie. Przyłazi i robi szkody. Beza na razie boi się go. Natomiast kot jej ani trochę. Czy ktoś zna sposób, żeby kocisko zniechęcić do wizyt w naszym ogrodzie? Nie mam nic przeciw kotom, ale niech sobie siedzą u siebie.
Rzekomo mocniejsze krople przeciw kleszczom wtarliśmy Bezie w futro wczoraj rano. Nie wiem, czy one skuteczniejsze, ale na pewno strasznie śmierdzące. Potem sierściuch szalała na trawniku ze starą rękawiczką. Biegała jak szalona to na trawniku, to po schodach na taras. W pewnym momencie, w ogromnym pędzie, potknęła się o schodek i poleciała na mordkę. Zatrzymała się dopiero w połowie tarasu. Siadła oszołomiona. Widziałam tę akcję i wystraszyłam się, że złamała łapkę. Dokładnie ją obejrzałam, podotykałam. Nic. W porządku, ale Bezę jakby ktoś odmienił. Przestała szaleć, skakać, zmarkotniała, „spoważniała”. No nie ta Beza. Czasem popiskiwała. Baliśmy się, że może te krople ja struły, albo ten upadek coś niedobrego zdziałał. Próbowałam żartować, że namaściliśmy ją kroplami na dorosłość, a ona to wzięła sobie do serca, jednak wcale nie było nam do śmiechu.
Dzisiaj już jest lepiej. Być może to trzepnięcie z ogromną siłą  o schodek organizmem  było tak bardzo traumatycznym przeżyciem, że teraz długo dochodzi do siebie. I tak dobrze, iż łepetyny nie rozbiła.
W dużym przybliżeniu
 Siedziały na drucie dwie i robiły toaletę. Dosyć długo ona trwała. Machały skrzydełkami, dziobem iskały się pod skrzydłem, ogonkiem i na grzebiecie.


Leciutko przy tym świergoląc. Potem  jedna odleciała, by zraz powrócić.
  Ta druga na wiercipiętę nie zwracała uwagi. Robiła swoje
Jaskółek usiadł i zaczął czyścić piórka
 Nagle jaskółek poderwał się do lotu i.....
 I.................
 W sekundę było po wszystkim.
 A potem jaskółka  trochę oszołomiona została sama.