Piątek, 6,30, piękna pogoda, a w ogrodzie dwie paskudy cudnej urody. Jedna siedziała gdzieś w koronach modrzewi i "grzechotała" cichutko (sroki wydają taki głos jakby grzechotką potrząsał), druga siedziała na wierzchołku brzozy. Tę udało mi się "upolować". Siedziała cichutko i rozglądała się wokoło.
Potem obie przeniosły się na modrzew. Chwilę posiedziały razem. I znów się rozdzieliły. Wyraźnie czekały na ofiarę.
A jak mowa o ptasim polowaniu, to udało mi się ocalić gołębia. Kiedy słyszę gęstwinie ogrodzie szamotanie, łopot skrzydeł, szybko lecę, by rozgonić towarzycho. I tym razem tak było. Zaklaskałam kilka razy, pokrzyczałam. Zrobiło się cicho. Po chwili spomiędzy gałęzi świerka „spłynął" majestatycznie jastrząb i pofrunął w pola. No tak, pomyślałam, pewnie rozwalił gniazdo ptasie, albo wiewiórcze. Czekam i widzę lecący od świerka puch ptasi, a potem wykaraskał się na brzeg gałęzi gołąb. Nie miałam czasu dłużej się przyglądać w jakim był stanie. Zresztą cała akcja toczyła się wysoko. Może jastrząb nie zrobił mu większej krzywdy i gołąb przeżył ten atak.
Trochę zdjęć pięknych paskud oraz filmiki. Taki luzik w sam raz na sobotnio-niedzielną labę.




