
W
szkole, w naszej wsi, w której pracowałam przez 16 lat od początku
lat 90. ubiegłego wieku, też powieszono krzyże zaraz po podpisaniu
Konkordatu. Wszędzie, gdzie się dało- od sal lekcyjnych począwszy, na kamerliku dla pań sprzątaczek i kuchni skończywszy. Rodzice?
Jedni byli za, inni przeciw, ale jakiegoś wielkiego protestu nie
było. Od początku krzyż wisiał w sali, która była przydzielona
mojej klasie. Była to pracownia z obudowaną ścianą, na której
tablice były przesuwane. Na szczęście, kiedy pisałam na tablicy,
obudowa zasłoniła mi widok ukrzyżowanego faceta. I tak sobie
pracowaliśmy w tej klasie przez parę lat, do momentu, kiedy jakieś
dziecko zauważyło, że krzyża nie ma nad tablicą. Ja sama braku
nie zauważyłam, choć powinnam, bo mimo wszystko, miałam co
innego do roboty w klasie, niż monitorować codziennie, czy krzyż
wisi. Oczywiście, OCZYWIŚCIE, od razu podejrzenie padło na mnie,
czyli tę ateistkę, która nie wierzy i pewnie krzyż jej
przeszkadzał. Owszem nie jestem wierzącą, owszem, krzyże w salach
w pewnym sensie mnie raziły, bo nie jest przyjemnie patrzeć na
półnagiego męczennika ukrzyżowanego, który wisi nad tablicą,
a ty na tej tablicy musisz często pisać, niefajnie jest stać z
tyłu sali i ciągle mieć ukrzyżowanego przed oczami, niefajnie
jest, kiedy dzieciaki, widząc codziennie tego ukrzyżowanego,
obojętnieją na przekaz, na symbol i walą mokrą gąbką w tego
faceta. Zwracałam im uwagę, że tak nie można, że to symbol,
chyba lepiej niż niejeden katecheta- skoro już ten krzyż wisiał,
to moim zadaniem było go jednak chronić.
No
więc krzyża na ścianie nie było i gwoździa, na którym wisiał,
również. Zaczęło się dochodzenie, co też mogło się z tym
krzyżem stać. Nawet zebranie rodzicielskie było, w tej sprawie, z
rodzicami mojej klasy. Jakoś nie przyszło nikomu do głowy, że nie
tylko moja klasa w tej sali się uczyła i ktoś inny mógł się
„zabawić w zdejmowanie krzyża”. No nie przyszło, bo w tej
szkole tylko ja jedna byłam niewierząca i według innych, tylko ja
miałam interes w zdjęciu tego krzyża. Na szczęście któryś
przytomny rodzic wszedł na drabinę, obejrzał dziurę po gwoździu
i stwierdził, że krzyż pewnie spadł za obudowę tablic. I miał
rację, podczas remontu odsunięto obudowę i znaleziono nadłamany
krzyż. Pewnie któryś z uczniów tak mocno trzepnął gąbką w
„umiłowanego”, że ten z rozpaczy, wraz ze swoim, nomen omen,
krzyżem, postanowił zwiać za obudowę.
Jednak
tu jest wioska ekumeniczna i jedna, i druga „wiara”, pilnują się
mocno, by się religijnie nie wygłupić.
Jestem
zbulwersowana nagonką na nauczycielkę, o której już cała Polska
wie, ale z powodu tego, że jestem niewierząca, doznałam sporo
szykan ze strony wierzących, dlatego nic mnie już nie zdziwi „w
temacie- my biedni katolicy jesteśmy prześladowani, dlatego musimy
robić pikiety, nagonki, zaszczuwać innych- to jest nasza misja”.
Podczas
mojego długiego życia zostałam: kocią wiarą, świnią co to
„przeszła koło broga (kapliczki) nie żegnała pana boga”
(miałam 10 lat); zostałam wyrzucona z salki katechetycznej (miałam
8 lat) przez heksę w habicie, bo nie będzie taka tutaj kalała
świętego miejsca (koleżanka zaprosiła mnie na religię); w
przedszkolu byłam systematycznie wywalana do wygódki przybudowanej
do ściany budynku, zimnej, ciemnej, śmierdzącej z drewnianą deską
klozetową tylko dlatego, że nie chciałam jeść- inne dzieci za to
przewinienie stały w ciepłej sali, w kącie (siostry zakonne
wiedziały kim są moi rodzice- dziecko płaciło za ich brak
chodzenia do kościoła); kiedy zmarł mój przyjaciel (miałam 12
lat), nie pozwolono mi iść za trumną, wywalono mnie na koniec
orszaku (wzięto za rękę i zaprowadzono na tyły), bo przecież nie
może taka wejść do kościoła za trumną, co mi dobitnie
oznajmiono, puszczając moją rękę; już tutaj we wsi, w szkole,
ksiądz powiedział uczniom, że niewierzący śmierdzą- wszyscy
wiedzieli, że chodzi o mnie (kazałam się dzieciom obwąchać, a że
zawsze używałam perfum, żadne się nie skrzywiło- dzieci są
szczere, gdybym im śmierdziała, to złapałyby się za nosy- upadła
teza księżunia- wredy); ta heca z krzyżem na dobitkę. No i
tak... pewnie drobnych szykan było więcej, ale ja je po prostu
wzięłam za normę i przestałam na to zwracać uwagę. Bardziej
przeżywałam je jako dziecko, które nie rozumiało, dlaczego
spotyka je taka niesprawiedliwość. Rodzice mieli na to wydmuchane-
matka nas hartowała, „przygotowywała do życia”, ale z
przedszkola, które prowadziły katolickie mendy (tak, nie waham się
tych sadystek tak nazwać), po moich skargach, wypisała mnie.
Jakoś
kompletnie się katolikom rozjechało- wiara a posłuszeństwo wobec
sekciarzy katolickich. Już nie wspomnę o przykazaniu „Nie
będziesz miał nade mną....”, bo katolicy mają już tak
pomieszane w głowach od tych „kazań”, „przykazań”,
nakazów, zakazów, jedynie słusznej drogi postępowania, dogmatów
itp. sączonych przez klechy, że stracili rozsądek nawet wobec
swojej religii i wiary.
Nauczycielce
bardzo współczuję. Nie jej sposób uczenia, nie jej wiedza, nie
jej stosunek do uczniów, rodziców czy innych nauczycieli był
naganny. Nie sprawy, które w szkole naprawdę są ważne. Jakiś
gadżet- zabawka zaważył na jej karierze, jakieś przesądy,
zacietrzewienie, fanatyzm. Ma wsparcie w rodzicach, innych
nauczycielach (czytałam z nią wywiad
https://www.facebook.com/protestzwykrzyknikiem), ale do końca życia
będzie to w niej siedziało- poczucie, że ktoś ją
niesprawiedliwie skrzywdził i to w miejscu, które lubiła, w którym
pracowała „całą sobą”.
Teraz
czytam, że nie lubiły się z katechetką i że to ta druga nagrała
sprawę, czyli jakaś „prowokacja” z tym krzyżem była. Dla mnie
nieważne, kto to nagrał (a tak się dziwnie składa, że wielu
katechetów, to ludzie roszczeniowi, wyobrażający sobie, że ich
przedmiot i oni sami są najważniejsi w szkole- piszę o własnych z
nimi doświadczeniach i wieściach z okolicznych szkół), dla mnie
jest paskudne to, że ucierpi człowiek, nauczycielka, która nie
miała zamiaru czegokolwiek sprofanować.
A
brać nauczycielska po raz kolejny straciła poczucie bezpieczeństwa,
bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś czegoś w rodzaju tego religijnego
wyskoku, nie „wysmaruje” nauczycielowi, podczas wykonywania pracy
w szkole.
PS. Przeczytałam wywiady z tą nauczycielką, parę artykułów i wpisów o zajściu, i na tej podstawie wypracowałam sobie zdanie. Teraz mam nadzieję, że ktoś panią przeprosi. A gdybym mogła jej coś poradzić, to powiedziałabym- wiej z tej szkoły, bo już nic dobrego cię tu nie spotka. Zawsze będzie nad tobą wisiało to zajście i łata tej, co walczy z krzyżami.