„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liliowce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liliowce. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2024

I tak to sobie płynie...

Mam nowy post o Cziczmanach, ale trzeba go dopracować. Nie mam ochoty na to, na razie, choć to tylko niedużo czasu zajmie. Cziczmany poczekają.

Rośliny w ogrodzie oraz w donicach zachowują się tak, jakby kończyły letnią wegetację. Wszystkie pomidory, zasadzone w doniczkach, szlag trafił- jakaś zaraza je rąbie. Część jeszcze dojrzeje, resztę trzeba wyrzucić. Sadzonki tym razem własne- Młoda wysiała rozsadę. U nich już wszystkie pomidory na kompoście- zaraza szybciej je zniszczyła. Pewnie nasiona zainfekowane były. Szkoda, bo włożyliśmy mnóstwo pracy w te pomidory. 

Odkąd dzieciaki (dawno to było) wybrały „soczki” sklepowe, przestałam robić kompoty i dżemy na zimę. Nie, to nie. Jednak jakieś 10 lat temu zasadziłam trzy krzewy borówki amerykańskiej- wtedy to była nowość i WOW- własne borówki. Krzewy rosły, zaczęły owocować. Najpierw skromnie, toteż doszłam do wniosku, że dosadzę jeszcze trzy krzewy- różne gatunki. A potem zasadziłam jeszcze czerwoną borówkę amerykańską. Krzaczek kwękał, stękał, złamałam mu niechcący jedną porządną gałązkę, odrodził się i nareszcie zaowocował. 


 

Ta fioletowa roślina na dole zdjęcia, to dąbrówka. Niesamowicie ekspansywna, świetnie zadarnia, kosimy ją wraz z trawnikiem, a ona rozrasta się w tempie niesamowitym. Na szczęście z grządki łatwo się ją usuwa i można ją ograniczać- łatwa w wyrywaniu. Polecam na wszystkie "łysiny ogrodowe" lub pod krzewy.


Tyle krzaków borówki w ogrodzie to i mamy teraz full wypas owoców. Starcza na dwie rodziny z zapasem.

 Zrobiłam zdjęcie z góry, ale słoiczki z dżemem są małe. W sam raz na kilka porcji.


Od tygodnia kwitną stare hibiskusy. To także kwiaty jednego dnia. Rano rozwijają pąki, by wieczorem zwinąć się w rulonik i po kilku dniach opaść na ziemię. 

 

Hibiskusy to śmieciuchy, urocze śmieciuchy, zawsze pod krzakami dużo takich zwiędniętych ruloników leży. Te stare hibiskusy kwitną najwcześniej. Posadzone w zeszłym roku krzewy mają mnóstwo pąków jeszcze bardzo zwiniętych.

Nie dość, że mają dekoracyjne kwiaty, to jeszcze przyciągają mnóstwo pszczół i trzmieli.
 

Sówki przestały popiskiwać, pewnie rodzice uznali, że już czas na ich  usamodzielnienie się, albo  odezwał się w młodych instynkt łowny.

Żniwa trwają już od dwóch tygodni. Kombajny „chodzą” na okolicznych polach do późnej nocy. Wczoraj skoszono jęczmień na polu po drugiej stronie ulicy- na tym, które w zeszłym roku podzielili.  Z tyłu rośnie kukurydza.

Tak wyglądało pole pod koniec czerwca. 


Sucho, kombajn kosił, a za nim niósł się tuman pyłu i gdyby nie te wyśmiane wysokie tuje, rosnące na granicy ogrodu z drogą, mielibyśmy „burzę saharyjska” w ogrodzie.

Dygresja- nie wiem, dlaczego te tuje są tak wyśmiewane- najczęściej ludzie nawet nie mają pojęcia, w jakim celu ktoś zasadził tuje, ale muszą je koniecznie skrytykować i obśmiać- taka narodowo- blogowa moda- krytykanctwo, często bezpodstawne wyśmiewanie i meblowanie komuś ogrodu. Nie wiesz, nie krytykuj, nie masz pojęcia o powodach- nie wyśmiewaj.

Ledwo zdążyłam pozbierać pranie ze sznurów. Pył i tak dostał się na ogród przez dużą bramę (niestety, to jedyna wolna przestrzeń, która nie chroni posesji przed czymś takim i przed wiatrami północnymi).  

Teraz kombajny mają zakaz jeżdżenia po drogach publicznych z zamontowanym zespołem tnącym. Trzeba go zdemontować i na specjalnej przyczepce przewieźć w dane miejsce.

Jeszcze tylko złożyć rurę i można jechać.

I po wszystkim.

Do skoszenia pozostała pszenica jara, rosnąca od wschodu ogrodu. A Sadownik zasadził soję prawie na wszystkich polach, na których rosły sady. Pewnie teraz jest koniunktura na soję. Długo czekałam, aż to zielsko zakwitnie (zresztą nie byłam pewna, że to soja), w końcu obejrzałam film na ten temat- mogłam sobie czekać na te kwiaty i czekać, a i tak bym ich przez płot nie dojrzała. Soja ma schowane malutkie fioletowe kwiatuszki u nasady liści. Z daleka niewidoczne.  

Zdjęcie z internetu.


Muszę umyć okna, zwłaszcza te od strony remontowanego tarasu.

Czekałam aż skończą kucie, mieszanie cementu itp. Strasznie wtedy pyli. Wszystkie zapylone rośliny spłukałam wodą z węża, ale okien tak się nie da.

A po wczorajszych żniwach nawet jestem zadowolona, że wstrzymałam się z tymi oknami- wymyłabym, a tu nowa „powłoka”  do usunięcia.

Upał trochę zelżał, niemniej gorąco ma być do końca lipca. Poza tym, wieczorami robi się chłodniej, a nocą wszystkie okna są na uchył i jest fajny, wymiatający ciepło, kojący  przeciąg.

 Kolejny z moich ulubionych liliowców (ja je wszystkie bardzo lubię)- pełny, pomarańczowy z intensywnie czerwonym środkiem. Wyrasta na 1,50 i tworzy ogromne kępy. Kwitnie bardzo obficie i długo. Bardzo łatwy w rozmnażaniu, toteż posadziłam go we wszystkich wolnych kątach ogrodu. Teraz są takie pomarańczowe akcenty w różnych miejscach. Na tle zieleni wygląda to nieziemsko.

 

 

 

 

wtorek, 16 lipca 2024

A tymczasem o wilgach mogę bez przerwy....

 Mój ulubiony liliowiec

Ostatnie posiedzenie Sejmu strasznie mnie zdołowało. Przygnębiająca jest świadomość, że kobiety w naszym kraju są nikim. I wkurza, że takie dupki żołędne decydują o ich losie. O Prezydenciepożąlsięboże nie chce mi się pisać. Plujka niewydymka oczernia własny kraj.

Przychodzą czasem do naszego sklepu kosmiczni klienci. Jeden o mało nie pobił Jaskóła, taki był zacietrzewiony i za PiSem. Raczej staramy się nie dyskutować o polityce w sklepie, ale klientom gęby nie zamkniesz. Czasem wywodzą takie teorie, iż nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać, ale trzeba trzymać się w pionie i zmilczeć.

No dobra, teraz pochłania mnie remont tarasu, jak już pisałam.

Byliśmy w sklepie firmowym wybrać płytki. Wybór jest duży, ale jak to bywa, mało było z tych, które nam się podobały i miały planowany wymiar. A ceny horrendalne, bo to znana prestiżowa firma. Pooglądaliśmy ekspozycje wystawowe, dobraliśmy wymiar, kolor po czym okazało się, że przy cenie drobnym drukiem była informacja: „Na zamówienie”. Pytamy, jak długo trzeba czekać na realizację. I słyszymy:

- A to zależy czy są w fabryce i ile ich jest, jak są, to do paru tygodni, jak nie ma, to trzeba czekać, kiedy zamówień na daną płytkę będzie tyle, że firmie opłaci się uruchomić linię produkcyjną.

Idziemy jeszcze raz wybrać inne płytki- może bardzo jasne, może bardzo ciemne, może takie, siakie…. Imitujące drewno odpadły- piękne były, ale to w końcu imitacja. Jak ma być taras z płytek, to niech raczej imituje kamień. Wybraliśmy takie, które (nie mam pojęcia, dlaczego) omijaliśmy Może dlatego, że ich kolor jest taki nieokreślony- pomieszanie beżu z szarościami i są dosyć ciemne. Cena pewnie też odegrała rolę, bo po podliczeniu różnica była na +2000 złotych za całość. A ja sobie pomyślałam, w końcu tak naprawdę, między tymi najpierw wybranymi, a tymi, które  ostatecznie wybraliśmy nie ma znów takiego rozdźwięku kolorystycznego. W sumie  każde będą dobre, jeżeli chodzi o wygląd, a te, które wybraliśmy są chyba najbardziej praktyczne, bo nawet, jak zdarzy się jakaś plama po donicy, po zapomnianej puszcze, która puści rdzę itp. to kompletnie tego nie będzie na tym kolorze i wzorze widać. A dzisiaj, kiedy słońce odbiło się od prawie białej posadzki samopoziomującej i poraziło mnie w oczy, stwierdziłam, że jasny taras ma także tę wadę. Wprawdzie nie nagrzewa się tak, jak ciemny, ale „odbija” światło słoneczne i razi w oczy.  I nie jest to pocieszanie się, bo naprawdę mogliśmy wybrać te jasne i te drogie, gdyby nie ta cholerna uwaga „Na zamówienie”. Nie mamy czasu czekać, nie chcemy babrać się z tarasem następne pół roku.

Teraz musimy pojechać kupić dechy kompozytowe na schody i na maskowanie boków tarasu (w dół do ziemi). I znowu zagwozdka- zrobić kontrast, czy starać się maksymalnie dobrać pod kolor płytki. Majster podpowiada, że jak wybierzemy wenge, to ten taras górą zrobi się większy, a wizualnie dołem „siądzie” bliżej ziemi. Wenge „zagra’ z kolorem parapetów. Wykończy mnie ten taras, nim go zobaczę gotowy.

Myślałam trochę na temat remontowania domów- doszłam do wniosku, że jak się ma stary dom, to on dyktuje, co możesz w nim zmienić i na ile, nie mówiąc już o materiałach. Do naszego wprowadziłam się równo 34 lata temu, czyli nasz dom jest stosunkowo młody.

Ale nawet on narzuca sposób remontu- taras właśnie narzucił. Każdy chce mieć ślicznie, nowocześnie, bajkowo (lub inaczej), ale wyżej d…. nie podskoczysz. Albo warunki techniczne nie pozwalają, albo kasa, albo całkiem po prostu nie chce się czegoś tam mieć.

I tak sobie patrzę na ten dom, po tylu latach mieszkania w nim, i dochodzę do wniosku, że nie jest tak źle. Jest duży, słoneczny, ciepły, ma wygodny rozkład pomieszczeń, nawet liczne niedociągnięcia nie są aż tak upierdliwe. To raczej kwestia mojej psychiki, bo miałam zupełnie inne wizje na temat własnego domu, a wyszło jak wyszło.

W kwestii zamachu na naczelnego błazna USA- spartolony i tyle.

W kwestii pogody- wpis na Facebooku- „Tam na górze nie potrafią się zdecydować, czy nas ugotować, czy utopić”.

W kwestii „czytane”- skończyłam czytać dwa zeszyty historyczne wydane przez „Politykę”.

 


 Bardzo mi się to przydało, bo w końcu, mniej więcej, mam poukładaną wiedzę (oczywiście, że wciąż niekompletną, tak se ne da), na temat Rosji i na temat Kresów. Polecam zwłaszcza ten o Kresach, bo w nim są rozsupłane prawie wszystkie mity na temat Polski, Kresów, wzajemnych relacji między mieszkańcami (tubylcami oraz osadnikami), polskiego „kolonializmu” itp. Przestałam się dziwić, że Ukraińcy w końcu się wściekli i zrobili na Wołyniu, to co zrobili- nie usprawiedliwiam, ale już się nie dziwię ich motywom, choć było to straszne. Każdy ma w sobie (nomen omen) kres wytrzymałości.

Nie będę tego tematu dalej rozwijała. On jest z tych- przekonanych nie muszę przekonywać, a nieprzekonanych nie przekonam.

Rano przeszła letnia burza. Ulewa była solidna, ale grzmoty z tych bardziej anemicznych. Niemniej Beza znowu przeżywała. A po burzy wilgi dały w ogrodzie koncert. 


 

Udało mi się w końcu sfotografować samca. Płochliwe toto jest okropnie. Przysiadł na brzozie i po chwili już go nie było.


A to moja wilga, wyhaftowana parę lat temu.



 

 P.S.

To co się wyrabiało przez ostatnie pół godziny pozwala mi przypuszczać, że "góra" postanowiła nas jednak utopić. Potoki, rzeki, kaskady leciały z góry, ogród zalany.

poniedziałek, 1 lipca 2024

Wilgi i ogrodowe różności

 


Upał nareszcie trochę zelżał. Dzisiaj pada przelotnie deszcz. Wczoraj wieczorem przeszły burze, ale jak to u nas bywa, grzmiało gdzieś z boku, była porządna ulewa i to wszystko. Tylko biedna Beza coraz bardziej przeżywa wszystkie burze. Kolejny raz z nerwów zwymiotowała. Bardzo mi jej żal- uspakajamy, wyciszamy, ale nic to nie daje. Na ostatnie siusiu wyszła dopiero o wpół do pierwszej w nocy, kiedy się uciszyło i przestał padać deszcz.

W sobotę było w cieniu 35 stopni, a u nas, akurat w najbardziej gorący czas, panowie zabrali się do remontu tarasu. W piekącym słońcu machali młotem, wycinarką, wiertarkami i skuwali schody oraz zwietrzały beton na tarasie. Bez obijania się, bez przeklinania, wrzasków, fochów, ekstra wymagań i zbędnych dyskusji, wszystko cichutko, porządnie… Hałas był okropny, kurzyło, pyliło, ale ¾ pracy w przygotowaniu do wylewki mają już zrobione.

Musiałam trochę zweryfikować moje oczekiwania oraz przemeblować końcową  wizję tarasu, ale bez jakichś wielkich wyrzeczeń. Myślę, że będzie OK.

W połowie czerwca pojawiły się w ogrodzie wilgi. Uwielbiam ich: śpiew 

(samca) oraz skrzeki (samicy). 

 Przylatują do ogrodu, pośpiewają i odlatuję, by po paru godzinach znów się pojawić. I tak codziennie nas odwiedzają, a trwać to pewnie będzie do połowy sierpnia. 

 

Potem odlatują na południe. Bardzo je lubię i nie wyobrażam sobie letniego ogrodu bez śpiewu wilg tak, jak wiosennego bez śpiewu drozdów.

Dzisiaj je nagrałam, ale nie udało mi się zrobić im zdjęć. Siedzą między listowiem, a że mają kolor dosyć maskujący (żółty gubi się w jasnych liściach brzóz) to trudno je wytropić.

Jakaś awantura między ptakami zaszła. Ten zaniepokojony skrzek, to samica wilgi.


 Inne ptaki ogrodowe przestają wariacko, intensywnie śpiewać, to znak, że lato się rozkręca. Jeszcze rano drozd się odzywa, czasem sikora, ale ogólnie już po wiosennych ptasich śpiewach. W gniazdach siedzą pisklaki z ostatniego, w tym roku, lęgu (chyba). Jedno gniazdo kosy uwiły w bluszczu tuż przy bramce- w nim widać puchate łebki maluchów. Jeszcze tydzień, może ciut dłużej i wyfruną z ciepłego kąta. 

Na zdjęciu są pisklaki kosa- gniazdo znajduje się w kącie między ścianą domu i tarasu, nad załamaniem rynny, w bluszczu. Każdego roku kosica znosi tam jajka i wychowuje nowe pokolenie ptaków. Obok okna w innym starym gnieździe, były pisklaki jakiegoś małego ptaszka, ale nie chciałam ich niepokoić- gniazdo dosyć wysoko, nie zaglądałam.

Na świerku syberyjskim, naprzeciwko okna, gniazdo uwiły sierpówki. Znalazłam młodziaka gołębiego obok tarasu, siedział tam dwie godziny, a potem go matka wywabiła (głośno „gruchała") w głąb ogrodu.

Gdzieś w pobliżu domu mają gniazdo muchołówki. W pogodny dzień stare kursują, jakby im ktoś pieprzu pod ogonki nasypał. Czasem przysiądą, a potem znów śmigają w pogoni za owadami.


 Pod nogami wałęsają się młode podloty drozdów. Czasem wieczorem spotkam na parkingu jeża. To z tych, co mają siedzibę pod sklepem lub pod magazynami. 

 Widok na ogród z tarasu. Zaczyna kwitnąć trytomia- również sponiewierana przez ślimaki, ale trochę pąków na niej zostało.

No i co jeszcze? Ślimaki buszują, bezczelnie obżerają pąki liliowców, ale nie dadzą rady wszystkich zjeść, bo pąków na kępach dostatek. No właśnie, w tym roku wcześniej kwitną liliowce- nie robię na razie zdjęć, a kto chce zobaczyć, ile jest w ogrodzie ich gatunków, niech kliknie w zakładkę Liliowce i otworzą się posty ze zdjęciami, wcześniej też kwitną juki, dojrzewają też wcześniej borówki amerykańskie.

Żółta róża, która odrodziła się po kilkuletnich moich prośbach, by się jeszcze nie "zwijała" i w końcu się rozkrzewiła. Jest stara, ma 20 lat. Długo wegetował jeden pęd, a teraz zakwitła kilkoma kwiatami. 


 Niedawno miałam wrażenie, że już się lato przetoczyło i jest jego schyłek. Dziwne uczucie, przecież dopiero co zaczęły się wakacje, jeszcze trzy miesiące letniej pogody przed nami. Może to odczucie spowodowane jest tym, że ciepło przyszło już końcem zimy i było go mnóstwo wiosną, a może też przyspieszoną wegetacją roślin? Dojrzałe borówki pod koniec czerwca? Naprawdę?


W tym roku zakwitł tylko jeden amarylis. Nie spodziewałam się lepszego wyniku, jestem i tak zaskoczona, że w ogóle coś zakwitło. Amarylisy trzymam przez zimę w piwnicy, w chłodnym miejscu. Cebule sobie w donicach zimują, tracą liście, od czasu do czasu je tam podlewam, a wiosną, po wyniesieniu na taras, puszczają nowe liście i kwitną- nie wszystkie, ale zdarza się, że parę (jest ich w sumie 10). W tym roku, wiosną, zauważyłam z przerażeniem, że coś wyżarło cebule w miejscu, gdzie powinny puścić liście. No jak to coś? Ślimol, morderca roślin, dostał się jesienią do piwnicy i zrobił spustoszenie w cebulach. Wyniosłam donice do ogrodu, postawiłam przy kompoście z myślą, że co się da uratować, to przesadzę, a co nie- wyrzucę. Okazało się, że wszystkie cebule są dorodne, ładne, tylko te nieszczęsne wierzchołki mają nadżarte. Zaryzykowałam, przesadziłam, bo żal było takie piękne cebule wyrzucić. Wszystkie, dosłownie wszystkie, wypuściły przepiękne nowe liście a ten jeden zakwitł. W tym roku zaniosę donice do piwnicy i, słowo daję, obsypię je szerokim grubym paskiem granulek. Nie będzie ślimol żarł moich amarylisów. Never!

Dzisiaj Międzynarodowe Święto Psa - wszystkim Waszym psiakom życzymy z Bezką jak najlepszych dni.
 
I na koniec posta śliczności ogrodowe.


 


niedziela, 30 lipca 2023

Plecie się i przeplata

 

Rozkojarzony ten tydzień niesamowicie. Nie będę jednak zawracać głowy moimi sprawami, bo nie potrafię absorbować ludzi swoimi problemami, a poza tym, są wakacje, nie tego oczekuje się teraz. Tylko czasem zastanawiam się, jak długo jeszcze nerwy wytrzymają to, co się dzieje dokoła.

Muchołówki, jako ostatnie wypuściły w świat swoje podloty.


Majster od tarasu (3 z kolei). Zwodzi nas, nie odpowiada na smes-y. Podziękujemy i znów mamy rok do tyłu. Taras nie zając nie ucieknie, ale przykre to, że tak się „fachowcy’ zachowują. Najpierw przyjdzie, zobaczy, kiwa głową, objaśnia, mądrzy się. Potem ustalamy termin wyceny i zaczynają się schodki- odwlekanie, przesuwanie, zwalanie winy na nas, że mieliśmy się przypomnieć, a jak się przypominamy, to niby za późno (termin na czerwiec, dzwonię w grudniu, potem w styczniu, ale jest „za późno”). I ten ostatni też kombinował, że niby wysłał wycenę sms-em, potem przyznał, że zmienił telefon. Proszę o wycenę na sobotę- cisza… bery i bojki…Z takim majstrem to ja już nie chcę gadać. Przyjdzie rozbabrze robotę, a potem będzie zwlekał.

No i zmieniliśmy koncepcję- zamiast desek kompozytowych nowa cementowa gładź i malunek, zamiast nowych betonowych schodów- schody metalowe, ażurowe. Dla majstrów to miodzie, bo ich robota ograniczy się do renowacji powierzchni, położenia nowej warstwy betonu, zrobienia okucia wokół i skucia schodów. Tyle. Nie mam sił na jakieś bajery, a drożyzna jest taka, że jak 3 lata temu zmieścilibyśmy się z kompozytową nawierzchnią w 10 tysiącach, to teraz pewnie musielibyśmy wydać 20 tysięcy. Na sam taras. Nie bardzo mi się to uśmiecha. I jak to bywa- zaczynają się „kwaśne winogrona”- kompozyt blaknie, lubi pękać, nie wiadomo czy będzie ładnie ułożony, płytki w ogóle nie były brane pod uwagę, bo zazwyczaj odpadają po kilku latach, dlatego beton, farba i jakieś ładne dywaniki dla ozdoby. I tylko w dwóch miejscach balustrada- przy schodach z jednej strony i od strony, gdzie taras wychodzi na schody do piwnicy (żeby nikt tam nie spadł). A może od tamtej strony postawię duże donice, stwarzając przeszkodę? Nie wiem, jeszcze się zastanowię. Do przyszłego lata mnóstwo czasu.

Za to ogród szaleje. Jest ciepło i pada, pogodowy raj dla roślin. Liliowce już przekwitają. 

 To bonus dodany do innych roślin, które kupiłam wiosną. Pomyślałam sobie- na pewno już taki mam, a tu niespodzianka. Takiego nie miałam, a jest śliczny.


I znów wycinam, przecinam, sprzątam na bieżąco gałęzie, tnę na zrębki….

Świetne urządzenie, tnie gałęzie na drobne i to pocięte można wykorzystać jako ściółkę.

 

Od połowy lipca, codziennie śpiewają wilgi- śpiewa samiec, samica skrzeczy- sama radość. 

Pięknie pozowała. Rankiem usiadła na jednej z brzóz, gdzie poranne słońce ładnie ją oświetliło.

Zaczęły się też żniwa, na pierwszy ogień poszły oziminy i część rzepaków. No i poranki robią się chłodne- lato na półmetku

Jak to mawiał mistrz Gałczyński- "ogórki się w słojach kiszą, wąsy nad kuflami wiszą..."

Kiszenie szybkie na małosolne. Już zjedzone. Proporcja ze starego przepisu- na litr wody jedna kopiasta duża łycha soli niejodowanej, najlepiej kamiennej. Szklanka z wodą jako obciążenie. Nic innego się nie nadawało, bo góra słoika wąska- denko od małego słoiczka, na to szklanka z wodą i super odważnik się zrobił. Ogórki z ogródka Młodych- pięknie im obrodziły.

Latem po domu pałętają się różni, niekoniecznie proszeni, goście. Taki piękny żuk nas odwiedził


 

Przeszukałam sporo stron w Necie, ale do żadnego gatunki chrząszcza ten nie pasuje. Różni się smukłością i kolorami od tych, które znalazłam. Pozostaniemy w niewiedzy:)
Od początku lipca sukcesywnie dojrzewają żółte maliny. 

A na malinach piękny osobnik- wojsiłek

Tu widać charakterystyczny ryjek.
Dwa lata temu posadziłam przy pniu jodły rutewki- białą i liliową. W tym roku trzeba było jodłę wyciąć i drwal zrobił to po mistrzowsku- nie naruszył ani jednego listka rutewek.

Rutewka biała lepiej się przyjęła, tworzy już dosyć duży obłok kwiatów.
 

Rutewka liliowa rośnie wolno i słabo jeszcze kwitnie- ma w tym roku dwie gałązki z niewielkim wiechami

W domu kwitną skrzydłokwiat oraz jeden ze storczyków

 


Obrus sobie wyhaftowałam. Taki motyw miałam wyhaftowany na godecie sukni ślubnej. Suknia była biała, miała godety, a na nich moja mama wyhaftowała polne kwiaty- na każdym godecie ( było ich 6), był inny motyw kwiatowy- maki, margaretki, osty... 

Na obrusie jest z jednej strony góra motywu, a po drugiej dół (był on dosyć wysoki, bo suknia była do ziemi).



Dawno jej tu nie było- Beza idzie "w świat"