Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy kulinarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy kulinarne. Pokaż wszystkie posty

12 sierpnia 2026

Ledwo zdążyłam.

 

No i przeszły te okropne upały. A deszcz? Tylko raz porządnie polało ziemię i znów jest sucho. Co drugi dzień polewam ogród wodą z węża. Trochę pomaga, ale ile można lać tej wody?

Podczas porannego spaceru z Bezą w ogrodzie, słyszę gadulenie wilg, siedzących w koronach brzóz. Czasem samiec gwizdnie, czasem samica zaskrzeczy. Jest połowa sierpnia, niedługo wilgi odlecą. W tym roku udało mi się zrobić tylko parę zdjęć.

 

Nad polami słychać pokrzykiwania myszołowów. Nie widzę ich, bo ta cholerna kukurydza na jednym i drugim polu, ogranicza mi widoczność nawet na niebo. A kukurydza w tym roku jest dorodna, wybujała nad miarę, gęsta, ciemnozielona i wkurzająca mnie na maksa. Będzie sobie tak tkwiła, po obu stronach ogrodu, do listopada. Staram się dostrzegać w jej zieleninie jakieś fajne akcenty. No kwitnie i ma już malutkie kolby, które ozdobione są „wąsami” u góry.


 

Jak byłam dziewczynką, to te wąsy zrywałam i zdobiłam nimi głowy lalek- takie piękne świetliste włosy wtedy miały. Natomiast, na jesień, rwało się kolby z rosnących na polu roślin, ściągało się liście z wierzchołka kolb aż do ich nasady i wiązało całe girlandy, po czym te sznury kukurydziane wieszało się na drutach na stryszku nad oborą, by przeschły przed łuskaniem. Na ogół kolby miały ziarno żółte ale zdarzały się i czerwone oraz lekko fioletowe. Łodygi oraz resztę liści szatkowało się i wrzucało do ocembrowanego zbiornika na kiszonkę. I co? No i deptało się toto, deptało, ugniatało, i znów deptało, aż puściło sok. Tak samo robiliśmy z liśćmi z buraków pastewnych. Wszystkie w tym zbiorniku lądowały po czym znów naszym- dzieci- zadaniem było je jak najbardziej udeptać. A zimą ojciec wyciągał widłami z tego zbiornika paskudnie cuchnącą kiszonkę, którą krowy oraz świnie wcinały z apetytem. I wszystko byłoby super, bo w sumie praca niezbyt męcząca (oprócz tego udeptywania), gdyby nie odbywała się w warunkach późnojesiennych, kiedy podczas wiązania liści palce grabiały od zimna i wszystko trwało czasem po dwie trzy godziny. Obrywanie kolb z łodyg też nie było przyjemne, bo trzeba było przedzierać się między tymi łodygami a kolby ładować do kosza, stawianego na ziemi, który potem, ciężki, niosło się na skraj pola, by wysypać kolby na pryzmę lub na przyczepę.

No i wyszedł mi cały elaborat o kukurydzy. Wcale niezamierzony, ale takie fajne (?) wspomnienie się opisało przy okazji narzekania na zasłaniającą świat kukurydzianą ścianę.

Pszenica na polu za drogą została zżęta. Zdążyli przed ulewą, która była potem.


 


 

Urzekają mnie współczesne nowoczesne maszyny rolnicze. Zrobią na polu wszystko od a do z- zetną, wymłócą, zszatkują słomę, ziarno władują do worów. Kombajny kukurydziane robią to samo z kukurydzą (i kombajny dedykowane zrobią to samo z burakami, ziemniakami, rzepakiem)- ta tak w nawiązaniu do zbierania kiedyś kolb jeszcze na polu i dalszego ciągu prac przy kukurydzy.

Na grządkach Młodych, jak co roku, urodzaj ogórków i fasolki szparagowej. Młoda przyniosła mi kilka misek tych dobroci. Najpierw zrobiłam trzy słoje małosolnych, teraz zrobiłam duży słój i chyba to już koniec. 

Słoiki ogórków z obrazem w tle. Obraz malował jeden ze studentów mojej matki- prowadziła seminaria magisterskie na kierunku plastycznym UŚ. Kolorytu "martwej naturze" dodają płyny do dezynfekcji, które postawiłam podczas pandemii i od tego czasu pozostał mi nawyk dezynfekowania rąk po każdym kontakcie z pieniędzmi.  Kontakt mam częsty, bo przecież mamy sklep.
 

Zrobiłam sałatkę do słoików. Najprostszą z prostych. Pierwszą partię zrobiłam trzymając się ściśle przepisu, dałam wszystkiego po 1/4 z całości. Wyszła za słodka.


 Pierwsza partia słoików. 

 

Drugą partię zrobiłam z połowy składników, podanych w przepisie i nie trzymałam się go ściśle przy doprawianiu. Sałatka wyszła lepsza od pierwszej partii, ale octowa. Ostatnia partię zrobiłam, po prostu, doprawiając na bieżąco, kiedy się „przegryzała”. 

 


Fajne słowo- przegryzała. Do tej partii dałam mniej octu, mnie cukru, (przecier pomidorowy jest słodki, więc po co tak dużo cukru dawać, jak jest w przepisie), więcej pieprzu i papryki oraz więcej oleju. I dopiero ta sałatka tak smakuje, jak lubię- ani za słodka, ani zbyt kwaśna i w dodatku olej też zrobił swoje.

W sumie zrobiłam 14 słoików półlitrowych sałatki ogórkowo-fasolkowej.

 Przepis: 

Zimowa sałatka z ogórków i fasolki szparagowej

Składniki (wyjdzie około 7-8 litrów):

  • 2 kg fasolki szparagowej

  • 2 kg ogórków

  • 0,5 kg cebuli białej

  • 0,5 kg marchwi

  • pół szklanki oleju

  • 1 szklanka octu 10%

  • 500 ml koncentratu pomidorowego 

  • 3 łyżki soli

  • 1,5 szklanki cukru

  • pół łyżeczki pieprzu

  • łyżka słodkiej czerwonej papryki w proszku

Wykonanie:

Fasolkę obrać, umyć i gotować w posolonej wodzie przez 20 minut (musi być miękka ale sprężysta). Ja na tą ilość fasolki do 4 litrowego garnka daje łyżkę soli. Odcedzić, pozwolić jej przestygnąć i pokroić na kawałki o długości 3-4 cm.

Ogórki obrać i poszatkować na cienkie plasterki. Jeżeli ogórki są malutkie, to można zostawić je ze skórką. Marchew obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Cebulę obrać i posiekać w cienkie plasterki.


Wszystkie składniki umieścić w dużym naczyniu – do warzyw dodać cukier, ocet itd. Połączyć ze sobą i zostawić na 1-2 godziny do przegryzienia. Co jakiś czas można przemieszać.

Tak przygotowaną sałatkę nakładać do słoiczków, wlewając także trochę sosu. Zakręcać i pasteryzować przez 10 minut we wrzącej wodzie. Wystawić i chłodne zanieść do spiżarni ?

Ale jak napisałam- ja się nie pieszczę z przepisami- zazwyczaj zmniejszam proporcje, a potem doprawiam zalecanymi przyprawami,  według mojego smaku.  Poza tym, taka sałatka może być bazą, do której można dodawać dowolne składniki np. czerwoną paprykę, koperek, żurawinę, rodzynki, prażone pestki słonecznika itp.

Ja tam się do robienia przetworów nie palę i jak nie muszę, to nie robię. Już nie te czasy, kiedy przetwory robiło się, bo rodzina duża, bo taniej, bo z własnego ogrodu. Dla dwóch osób naprawdę nie warto się babrać, ale nie lubię, jak się żywność marnuje, dlatego teraz przetwarzam ogórki i fasolkę. Część fasolki zamroziłam. Zamroziłam też przetarte ogórki małosolne, które zrobiły się „mocno solne”, czyli kiszone.

Rzutem na taśmę sfotografowałam zaćmienie Słońca. Kompletnie o nim zapomniałam a w dodatku sądziłam, że u nas nie będzie tak spektakularne jak na zachodzie Europy. Gdyby nie Młoda, która ze zdziwieniem zapytała: Nie oglądasz zaćmienia?- przeleciałoby mi koło nosa. Zdjęcie zrobione na końcu naszej uliczki, która opada łagodnie w dół, dlatego Słońce jeszcze mogłam złapać nisko nad horyzontem.

 


Układu planet nie zobaczyłam- było zbyt jasno. Taki układ- planety w jednym rzędzie- widziałam kilka lat temu na nocnym niebie. Chyba nawet zdjęcia na blogu zamieściłam. 

Trwają mistrzostwa Europy w LA oraz turniej tenisowy, w którym Iga nareszcie pokazuje na co ją stać. Prawdziwy maraton sportowy zaliczamy.

Dzisiaj spróbuję zobaczyć spadające gwiazdy.  Na razie niebo jest bezchmurne. 
 

 

28 listopada 2025

Z sera i z ziarenek ten chleb.

 

Chleb upiekłam. Pierwszy raz piekłam chleb z sera i z różnych ziarenek. To chyba chleb keto. Przepis dostałam od Młodej. Sposób pieczenia prosty jak drut. Najbardziej obawiałam się zakalca, ale w tym chlebie nie sposób zrobić zakalec, bo chleb sam w sobie jest zbity oraz wilgotny. I super smakuje.

Mam wrażenie, że przepis jest ogólnie znany, ale go tutaj podam. Warto według niego pobawić się w pieczenie chlebka.

Składniku na dwa nieduże chlebki:

  • 0,5 kg twarogu (ja miałam twaróg tłusty),

  • 3 całe jajka,

  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia,

  • 1 łyżeczka soli (chyba należy dać więcej, bo mój chleb wyszedł ciut za płony),

  • 30 dag całych płatków owsianych (górskich- nie instant, nie mielonych),

  • 8 dag siemienia lnianego (może być zwykłe, ja dałam złote siemię lniane),

  • 4 dag łuskanych pestek słonecznikowych,

  • 4 dag łuskanych pestek dyni.

    Wykonanie:

  • ser zblendować na gładką masę,

  • dodać do sera jajka, łyżeczkę soli, łyżeczkę proszku do pieczenia i wszystko dobrze wymieszać,

     

  • osobno wymieszać płatki z ziarnami,

     

  • wrzucić płatki z ziarnami do sera (ja dawałam partiami i za każdym razem dobrze mieszałam) i dobrze wszystko razem wymieszać- ciasto powinno stać się gęste (płatki i ziarna wchłoną wilgoć z sera oraz jajek),

     

  • uformować chlebki i położyć je na blasze do pieczenia- ciasto może być trochę lepkie, jednak nie posypywać go mąka, ani nie sypać mąki na blachę pod chlebki (mąki w ogóle tam nie ma być). Lepiej podzielić ciasto na dwa mniejsze chlebki- przepieką się w środku, upieką się równiej i szybciej,  


     

  • piec w temperaturze 180 stopni aż chleby zbrązowieją. Potem zmniejszyć temperaturę do 150-100 stopni i jeszcze zostawić je w piekarniku na jakiś czas. Można użyć termoobiegu.

Ja piekłam bez termoobiegu i dostałam ochrzan, że można z nim piec. Wybór należy do was. Nie należy jednak wkładać chlebów do jakichkolwiek form- szklanych, metalowych czy silikonowych, bo chleb nie odparuje.  


 

Po wyjęciu chlebów z piekarnika, położyć je na kratce lub zostawić na blasze, ale podnieść je na chwilę, by spód ewentualnie odparował. Tego typu chleby są wilgotne i nadmiar wilgoci powinien z nich wyjść. Chleb przechowywać w lodówce.

Nie przejmować się tym, że skóra lekko twarda, a środek wilgotny- tak ma być.

 

Myślę, że wszystkie wypieki pieczywa- chlebów, bułek, powinny obywać się bez jakichkolwiek form. Uformowane bułki lub chleb, najlepiej piec na blasze.

Ja piekłam bułeczki w formie silikonowej i nie były zbyt pulchne, choć piekłam z lekkiej mąki- cała wilgoć zostawała w tych bułkach (silikon nie puszczał). Ona powinna podczas pieczenia parować z pieczywa.

Ale ja piekłam pieczywo tylko na proszku do pieczenia i tu mogę się podzielić tego typu uwagami. Natomiast nie wiem, jak zachowuje się pieczywo na zakwasie i na drożdżach.

Śnieg był i prawie się zbył. Strasznie dużo wody w ogrodzie- w piwnicy też. Oczywiście....co tu się dziwić... w piwnicy też, jak zawsze... ale mało. Postanowiłam się nie przejmować tą wodą.  

  Śnieg narobił trochę strat- dwie duże gałęzie z dwóch jarząbów oraz potężna gałąź z sosny „poszły się paść”. Na chodniku zapora ze zwisających gałęzi pigwowców, przytłamszonych mokrym śniegiem- musiałam szybko ciąć sekatorem, by zrobić przejście. Jak tak dalej pójdzie to kolejne zimy załatwią sprawę „niwelowania” ogrodu. Jeden mokry obfity opad śniegu, potem następny, następny- połamie gałęzie, zerwie wierzchołki, nagnie gałęzie do ziemi i po kolei drzewa, krzewy będzie trzeba wyciąć. I nie kraczę bez sensu, bo przecież nie tak dawno musieliśmy wyciąć sporo tui, połamanych przez mokry śnieg. 

Trawnik, zryty przez krety oraz nornice zapada się pod nogami, woda w nim chlupie. Za każdym razem aura i jej skutki, zaskakują mnie. I za każdym razem powtarzam sobie: „Rany, jeszcze czegoś podobnego tutaj nie było”.

W każdym razie nuda mi nie grozi. Pozostaje tylko ćwiczenie cierpliwości oraz zaprzestanie dziwienia się czemukolwiek.

Często posty piszę na raty. To, co wyżej, napisałam wczoraj, dzisiaj zupełnie inaczej wygląda świat. Rano -5 stopni i dosyć mocno przymrożona ziemia w ogrodzie. Na górze, bo na dole woda w rowku normalnie sobie płynie. Góry sino- szare, dobrze widoczne, wróżą pogodę. Idzie pełnia- pełnia zimą, przy bezchmurnym niebie, to mocne mrozy. Niefajnie.

Od wschodu niebo się zaróżowiło- to wszystko o 7 rano. Może nawet lepiej, że trzyma taki mróz- przyhamuje topnienie śniegu, a to z kolei zahamuje napływ wody do piwnicy.

W domu chłodno, ale da się wytrzymać. Przez tę wcześniejszą zimę, obawiam się, że nam zabraknie opału. Palić zaczynamy po południu, by wieczorem było ciepło. Zresztą i tak do południa wszyscy są w ruchu, dlatego zimna nie odczuwamy. Nadal wahamy się, jaki piec CO zamontować- pelet czy groszek i nadal szale tkwią na równym poziomie. Na razie marzną mi tylko wierzchy dłoni. Chyba uszyję sobie mitenki- pełno teraz tutków na YT, jak je uszyć. Bardzo proste i szybkie szycie. Muszę tylko wygrzebać z kredensu jakiś, nadający się na nie, materiał.

Czeka nas też remont schodów zewnętrznych do piwnicy. Kolejna fuszerka przy budowie domu. Ten remont wisi nad schodami już od dawna, ale żadna ekipa dotychczas nie podjęła się go. Schody trzeba skuć do ziemi i zrobić na nowo. A teraz fachowców od groma, ale jak kogoś do konkretu potrzeba, to żaden się nie kwapi. Jaskół wymyślił, że po prostu zrobimy schody na metalowej konstrukcji, zawieszonej nad tymi, co są. Coś na kształt schodów z tarasu. I to jest dobre wyjście, bo nie trzeba nic skuwać. Nowe schody będą prawie leżały na starych (dystans tylko grubości kątowników ze stelaża) i zrobi się je również z desek kompozytowych. Wtedy cały front domu stylistycznie się dopnie. W lutym wrzucimy temat majstrowi, który robił schody z tarasu.



03 lipca 2025

Bardzo długi post bez narzekania

 

Czy należy narzekać na upały w słoneczny lipcowy dzień, kiedy to upały są wpisane w polskie lato? Chyba nie. Trzeba sobie tylko inaczej zaplanować dzień. Wczoraj, świtem, podlałam cały ogród kwiatowy wodą z węża- głównie hibiskusy pod brzozami, bo tam drzewa wypijają roślinom ozdobnym wodę. A skoro lałam wodę tam, to podciągnęłam wąż w inne miejsca i póki był w nich jeszcze cień, lałam obficie wodę pod rośliny. Dzisiaj przerwa, w nocy ma przyjść deszcz. Kiedy już podlałam, to doszłam do wniosku, że przy stosunkowo przystępnej temperaturze, mogę wykosić kolejny kawałek ogrodu. O 9 uznałam- starczy tego nagrzewania się- do wieczora trzeba siedzieć w domu. Dzisiaj rano wycięłam przekwitłe kwiaty i uciekłam przed słońcem do domu. Teraz chyba większość tych, którzy mają domy, przesiaduje na tarasach, bo taras to takie fajne przedłużenie pokoju na czas letni.

Mamy dwa tarasy, ale taras wschodni podczas mocnych upałów jest wyłączony do 14.( wtedy nasuwa się na niego cień) - białe płytki odbijając słońce, oślepiają, a temperatura na nim przekracza 40 stopni. Wyobrażam sobie to piekiełko, gdyby taras był wyłożony dechami kompozytowymi, w dodatku ciemnobrązowymi, jak planowaliśmy- można by na nich ćwiczyć taniec na „rozżarzonych węglach”. Podobno mocno nagrzany kompozyt cuchnie. Nie dane było mi sprawdzić, kafle są ciepłe, w cieniu szybko stygną i ich smrodkiem nie czuć. Nad tarasem jest balkon, dlatego jego część jest jakby zadaszona, ale to nie chroni przed mocnym słońcem. Planowaliśmy kupić roletową markizę, by osłaniała więcej powierzchni. Zrezygnowaliśmy, ponieważ doszliśmy do wniosku, że i tak do południa na tym tarasie nie przesiadujemy, a markiza oszpeciłaby fasadę. Rozwija i zwija się ją za pomocą korby. Wszelkie korby budzą we mnie sprzeciw od kiedy w mieszkaniach królował „jamnik”, z podnoszonym za pomocą korbki blatem, który można było rozkładać. Coś okropnego, większego szkaradziejstwa meblowego nie widziałam i chociaż był on bardzo praktyczny, ta korba traumatycznie utkwiła mi w pamięci jako coś, czego nigdy nie będę miała w pobliżu. No i tym sposobem markiza odpadła w przedbiegach. Możemy jeszcze postawić parasol i tak, od czasu do czasu, robimy. Na tym tarasie trzeba jeszcze pomalować kolumny.

Taras duży (duży to tylko nazwa, bo oba są spore), południowy, dobrze ocieniony wysokimi świerkami, jest do późnego popołudnia chłodny. Tam sobie można siedzieć do woli w takie upały, ale ja tam nie lubię przebywać, bo za tarasową ścianą urzęduje „wielkie ucho” i nie można czuć się na luzie. Taka sytuacja.  
Schody z dużego tarasu do
ogrodu. Po lewej stronie urzęduje "wielkie ucho" czyli moja siostra z mężem. Schody są systematycznie malowane i systematycznie łuszczą się. Można zeskrobywać stara farbę, szlifować, a i tak nowa farba po jakimś czasie odłazi. Na razie dałam sobie z malowaniem spokój. Na tarasie rower stacjonarny, a za nim mały wędzok (wędzi się w ogrodzie, a nie na tarasie). Na obu tarasach mamy normalne meble- dwa fotele rozkładane (duży taras) i dwa krzesła+ stół (taras mniejszy). Tyle nam do szczęścia- siedzenia, picia herbaty czy soków, jedzenia posiłków i gapienia się na ogród tudzież niebo- potrzeba i na tym poprzestaniemy. 
I trzy skrzynki wzdłuż płotu- zabezpieczenie, by duży pies z sąsiedztwa nie właził do nas. W tej są begonie, w następnych szczypiorek i trzy krwawniki, które po raz trzeci przesadzałam, ratując przed ślimakami. 
Kawałek dużego tarasu.
I jeszcze amarylisy, które zakwitły na dużym tarasie. Zakwitły trzy, a jest ich 10.


Czyli na upały nie narzekamy, a wręcz odwrotnie, to dni, kiedy można się wygrzać przed czasem, kiedy deszcze, śniegi oraz mrozy dokuczają. Oczywiście wygrzać na zasadzie- idę na 10-15 minut na słońce, a potem uciekam do chłodnego domu. Kiedyś jeden z klientów, kiedy narzekałam na upał (o, jak to się moje preferencje temperaturowe z wiekiem zmieniają), powiedział- „Wolę upał, bo przed nim można się schronić, a przed zimnem nie zawsze”. I to jest prawda- jak są mocne mrozy, to nawet w dobrze nagrzanym domu prędko wychładza się, a pod drzewami (fajny cień i chłodek w upał), mróz dokucza tak samo, jak na otwartej przestrzeni. Jednak za upałami nie tęsknie i w sumie nie lubię, kiedy temperatura skacze powyżej 26 stopni. W domu rolety zaciągnięte, porobione uchyły lub rozszczelnienia- jest w nim przyjemny chłód. Tak naprawdę, to najlepiej czyta mi się w chłodnej zacienionej sypialni, w pozycji horyzontalnej, nic tego w upał nie przebije.

Młode sowy przestały nawoływać rodziców, drozdy już tylko rankiem i wieczorem śpiewają i to też na pół gwizdka. Jeszcze muchołówki śmigają za muchami- muszą wykarmić pisklaki, chyba to już ostatni lęg.


 

Udało mi się sfilmować pustułki i sroki na dachu chłodni. Ten dach to jak dobra scena- raz wrony, innym razem pustułki i sroki. Może jeszcze coś się tam podzieje. Filmy kręcone są na dużym przybliżeniu, bo chłodnia jest  odległa od płotu naszego ogrodu o jakieś 200 metrów. No i ręce już nie wytrzymują dłuższego trzymania aparatu w jednej pozycji. 

 

Kupiliśmy sokowirówkę- stara się rozleciała. Jaskół kupił w hurtowni skrzynkę ogromnych jabłek i worek marchwi, a ja teraz przerabiam to witaminowe dobro na sok. Obiady też takie bardziej lajtowe- ziemniaki z kefirem, makaron z serem, racuchy z jabłkami, jakaś zupa- nie chce się jeść w takich wysokich temperaturach.



Poza tym czytam, tkam nowy gobelin (tym razem na największej ramie z wcięciami- ciągle uskuteczniam zaległą włóczkę) i oglądamy Wimbledon.

Podoba mi się aktualne podejście do polityki prof. Gadacza. Taką postawę staram się przyjąć (kiepsko mi to idzie) od przegranych przez Trzaskowskiego wyborów, ale nadal czytam te wszystkie doniesienia o działaniach polityków z różnych opcji. I czytam „analizy”, trafne spostrzeżenia, opisy, opinie na temat tego, „co, kto, jak i po co”.

Tadeusz Gadacz

Proponuję chętnym stoicki dystans, który mnie osobiście dał ogromną ulgę. Skoro pomimo moich starań prezydentem Polski zostanie alfons, a nie mam już na to wpływu, to niech będzie alfons. Jeśli zatwierdziła jego wybór nielegalna Izba Sądu Najwyższego, to niech robi co chce. Jeśli marszałek Hołownia zwoła Zgromadzenie Narodowe i przyjmie jego przysięgę, to nie moja sprawa. Niech obciąży to jego sumienie i jego karierę polityczną. Jeśli dojdzie do wcześniejszych wyborów, to i tak nie mam na to wpływu. Przestępstwa PiSu nie zostaną rozliczone? Przecież tego nie zmienię. Jeszcze bardziej upadnie praworządność, to niech upada. Gdy za dwa lata dojdą do władzy faszyści, to niech rządzą. Widocznie na nich zasługujemy. I teraz jest mi o wiele lżej. Wszedłem w głębszą relację z naturą. Obserwuję ptaki. Zamierzam wokół domu zamieścić poidełka dla motyli. Powróciłem do nieprzeczytanych książek i do tych, których jeszcze nie dokończyłem pisać. Jest tyle cudownych rzeczy. Szkoda życia, które jest zbyt krótkie, do uczestnictwa w ustawkach polityków. A Polska? Jeśli przyjdzie taki moment, że będzie mnie potrzebować, w co wątpię, to mnie znajdzie. Co za cudowne poczucie wolności.”


 

Racuchy z jabłkami- najprostsze z najprostszych

Składniki:

  • 2 całe jajka

  • 400 ml kefiru

  • 300g mąki

  • łyżeczka sody

  • 3 łyżki cukru

  • 350g jabłek (można mniej, można więcej)

  • olej do smażenia


     

    1. Kefir zmiksować z jajkami, dodać sypkie składniki (dodaję jeszcze trochę cukru wanilinowego, a mniej cukru zwykłego).

    2. Jabłka obrać i zetrzeć na grubej tarce, dodać do ciasta, wymieszać.

    3. Smażyć nieduże placuszki na rozgrzanym oleju. Placki kłaść nieduże i płaskie, bo wyrastają i mogą się nie dopiec w środku, kiedy nałożymy grubą warstwę ciasta na olej.

    4. Można posypać cukrem pudrem po ostygnięciu.

Dochodzi 16 i jest 37 stopni w cieniu, uffffff....


04 grudnia 2024

Wariacje na temat bigosu (cz.1)


O bigosie, jaki gotuję pisałam już TU. Ale o bigosie, jako że to polska  narodowa potrawa, można ciągle pisać. Tak się uważa bigos- potrawa narodowa. Jednak pod warunkiem, że jest to bigos staropolski, czyli taki, jaki gotowano w „starej Polsce”, Polsce szlacheckiej.

Pisał o nim Mickiewicz, który żył w tamtych czasach.

Jak przygotowywano bigos w dawnej Litwie opisał A. Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” (Księga IV „Dyplomatyka i łowy”).

„W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno
Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;
Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,
Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.
Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,
Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.
Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada
Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.
Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,
Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;
Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa
Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;
I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie
I powietrze dokoła zionie aromatem.
Bigos już gotów”. 

 


Bigos gotuję dwa razy w roku. Raz pod koniec zimy, a drugi raz przed świętami BN. Zimą bigos najlepiej mi smakuje. Jest z nim tak samo, jak z karpiem, który najbardziej smakuje w grudniu. Jedzenie karpia czy bigosu w innym czasie to już nie to.

Bigos gotuję taki, jaki gotowała moja mama. Jest sporo przepisów, jednak nie korzystam z nich, bo uważam, że bigos mojej mamy był najsmaczniejszy, jaki jadłam i przy tym przepisie pozostanę. To była mistrzyni w gotowaniu bigosu.

Nie podaję proporcji, boi zawsze robię „na oko”.  Ma być na bogato z wszystkimi tradycyjnymi przyprawami i składnikami jak na bigos staropolski lub myśliwski, jak kto woli, przystało.

 Tym razem dałam więcej kiszonej kapusty. Jeżeli ktoś chce mieć bigos na słodko, powinien dać więcej kapusty świeżej.


Daję do bigosu trzy gatunki mięsa- wołowe bez kości, szynkę wieprzową i udka kurczaka. Dodaję, krojony w kostkę, boczek wędzony, parzony i plastry kiełbasy śląskiej (można dać podsuszaną np. myśliwską, ale koszty bigosu rosną wtedy niebotycznie), można jeszcze dodać plastry wędzonej słoniny, ja nie daję– i to wszystko ma być w nieprzyzwoitych ilościach.

Moja mama dodawała do bigosu dziczyznę, różne jej rodzaje (mięso z dzika, zająca, sarny czy bażanta). Miała do niej dostęp, bo tata był myśliwym.  Wtedy był to prawdziwy staropolski bigos. Cała brać myśliwska, która zjeżdżała do naszej leśniczówki na polowania, była bigosem matki zachwycona.

No i  grzyby… grzyby muszą być koniecznie (podgrzybki, prawdziwki itp. grzyby szlachetne, nie pieczarki czy modne  teraz grzyby shitake lub Mum). Grzyby suszone, namoczone przez noc i pokrojone w niezbyt małe kawałki. Ja grzyby kruszę na małe kawałki przed namoczeniem.

 


Z mięsa gotuję rosół (bez jarzyn, ale można z jarzynami), którym później zalewam bigos, podczas kilkukrotnego odgrzewania- bigos nie może być suchy. Rosół gotuję z wszystkimi rosołowymi przyprawami- suszone korzenie lubczyka, liść laurowy, kozieradka (ziarno), angielskie ziele (ziarno) i pieprz czarny (ziarno). Nie można przesadzić z kozieradką i lubczykiem, by rosół nie był gorzki.

W osobnych garach gotuję poszatkowaną surową kapustę (dobrze posoloną) i kapustę kiszoną. Potem do gara z kiszoną, której nie odcedzam (gotować w takiej ilości wody, by tylko przykryła kapustę) dodaję odcedzoną niekiszoną. Do tego wrzucam mięso, grzyby, boczek i kiełbasę oraz mnóstwo gniecionych ziaren jałowca. I jeszcze krojone śliwki suszone (dużo) koniecznie trzeba dodać, bo jak staropolski, to staropolski, a w takim muszą być suszone śliwki.

 


Potem wlewam do całości szklankę czerwonego wytrawnego wina. W tym roku kupiłam małą butelkę wina tylko do bigosu. Można było wprawdzie kupić dużą i resztę wypić pod ten bigos, ale do tego typu dań pasuje jedynie czyściocha. Z ilością wina trzeba uważać, bo jak go będzie za dużo, to bigos może być kwaśny. To moje doświadczenie z winem w bigosie, ale są osoby, które leją całą butlę, twierdząc, że i tak wino odparuje. No nie wiem…

Na sam koniec dodaję przecier pomidorowy. I tu też trzeba uważać, by nie przesadzić, bo efekt będzie ten sam jak przy przelaniu bigosu winem- będzie kwaśny. Kiedyś nie było przecierów, to ich nie dodawano, ja go dodaję w ilościach zależnych od ilości bigosu. 

 A potem stawiam gar na palnik ze średnią temperaturą (w zakresie 1-9 na 6-7) i pozwalam się bigosowi odparować. Najpierw odparowuje się woda po kiszonej kapuście, a potem dolewam rosół- tyle, by było łatwo bigos mieszać, ale by nie pływał. I tak sobie stoi gar na palniku, pyrkocze, dojrzewa- jeden dzień. Na noc wynoszę go na taras- musi być w niskiej temperaturze, bo inaczej skwaśnieje. Na drugi dzień stawiam gar na palnik- bigos się odparowuje, dojrzewa… trzeba tak parę razy- no może przez  trzy dni  wystarczy. Im więcej razy go się odparowuje, tym jest bardziej „przegryziony” i smaczniejszy. Podczas odparowywania należy bigos często i dokładnie mieszać.  Na końcu całego procesu, bigos powinien być brązowy.

Dopiero wtedy dodaję do niego mielony czarny pieprz i ewentualnie go dosalam. I tak bigos nabiera mocy urzędowej w całej okazałości.

I jeszcze jedna uwaga- nie dodaję do bigosu zasmażki, a moja mama nie dodawała do bigosu przecieru pomidorowego ani zasmażki.  Nie dodaję też cebuli, a wszystkie mięsne składniki wrzucam do gara bez uprzedniego ich smażenia.

Gotowanie bigosu mam przećwiczone na wszelkie sposoby. Był czas, że z Jaskółem organizowaliśmy, w naszym ogrodzie, spotkania klasowe (razem z noclegiem). Zjeżdżało się na nie od 15 do 20 osób z naszej klasy licealnej. Zrobiliśmy 5 takich spotkań i na każdym z nich głównym daniem był mój bigos, gotowany w dwóch ogromnych garach.

Mogę twierdzić, że przepis i cały proceder gotowania jest bezpieczny, a bigos wychodzi naprawdę dobry. Pod warunkiem, że będziecie pilnowali, by w trakcie odparowywania, nie przypalić go. Chociaż, z drugiej strony, moja mama twierdziła, że lekko przypalony bigos ma ten niepowtarzalny smaczek. Hmmmmm… wtedy były inne gary i o przypalenie jakiejkolwiek potrawy było łatwo- cienkie emaliowane dna lubiły się przegrzewać, a jedzenie w nich łatwo się przypalało.

Po przestudzeniu dzielę całość na porcje, ładuję do woreczków i wkładam do zamrażarki.

Na koniec, gotowanie bigosu według Kerna.

 

 „Trzeba garnek wziąć.
Dość duży.
Tak nas uczy doświadczenie.
W trakcie bowiem gotowania
I ciągłego próbowania
Bigos kurczy się szalenie.

W ten to garnek
(Jak od dziecka w nas wpajano)
Kilka kapust daje się:
Więc krojoną prosto z główki,
Więc kiszoną,
Tudzież pasteryzowaną.
(Ta ostatnia to są nasze kapuściane głowy,
Co niestety w tej postaci tylko idą jako towar eksportowy).

Co tam mamy z resztek mięsa ładujemy w tę kapustę,
Byle nie ogryzki jakieś,
No i byle nie za tłuste.

Na przyprawy kolej:
Trochę trzeba wrzucić w tę kapustę angielskiego ziela,
Liść laurowy vel bobkowy,
Jałowcowych jagód (jak mawiano dawniej) małowiela,
Grzybów, co nadadzą bigosowi taki bukiet aromatów,
Że na zapach, to wysiada przy bigosie każdy bukiet kwiatów.
W końcu śliw suszonych parę wrzućmy w pary kłęby,
Pestki przedtem usunąwszy.
Ze względu na zęby.

Gotujemy jak najdłużej.
Tydzień, a czasami nawet dwa.
Kto cierpliwszy ten, rzecz jasna, wiele lepszy bigos ma.
Dobry jestem człowiek więc i tego nie ominę,
Że w ostatniej fazie,
To czerwonym trzeba bigos podlać winem.

Teraz bigos co to jest, jak sądzę, wiecie.
To jest właśnie to, co wszyscy o zimowej porze roku jecie.

Oraz to, co aktualnie dzieje się na świecie.”

 

Ludwik Jerzy Kern: Bigos, w: Przekrój, nr 2686 (50/1996), Kraków: 1996, s. 42 za: http://zwidelcemwsrodksiazek.pl/index.php?title=Z_wizyt%C4%85_w_Soplicowie:_Bigosu_

smak_przedziwny&mobileaction=toggle_view_desktop


Na zdjęciu obraz: Franciszek Kostrzewski, Polowanie, 1863 (Muzeum Narodowe w Kielcach)

 

 

12 sierpnia 2024

Rosja, IO, taras i "Złoto Inków".

Ja wiem, że to bardzo niepolitycznie, nieludzkie i  w ogóle różne  „nie…”, ale bardzo się cieszę, że w końcu Ukraina ruszyła na rusów. Nie można ciągle siedzieć w kącie i dawać walić się po łbie. Z chamami trzeba po chamsku- walnąć w ryjek i rzucić ku…wą. Czytam wieści z ziemi ruskiej- wielka ewakuacja trwa. No i dobrze, jak ruski nie rozumieją, co robią ich sołdaty w Ukrainie, to niech na własnej skórze to poczują.

Olimpiada się skończyła, mam mieszane odczucia. Z jednej strony niedosyt medalowy, a z drugiej strony uważam, że za to, co dostają sportowcy od polskich związków sportowych to i tak wyniki są świetne. I nie chodzi tutaj o pieniądze, a o sposób traktowania sportowców, o związkowe kolesiostwo, kombinowanie, upokarzanie sportowców  oraz ogólną związkową zgniliznę. Od zawsze w polskich związkach liczyli się głównie ich działacze, potem było długo, długo nic, a na szarym końcu byli sportowcy.

Nie będę się dalej nad olimpiadą rozwodzić- „Show Must Go On”- turniej tenisowy goni za turniejem, jest co oglądać.

W ogrodzie zrobiło się paskudnie cicho i wczesnojesiennie. Nie wiem, gdzie te wszystkie skrzydlate się pochowały. Czasem zaśpiewają wilgi, nocami nadal piszczą sowy (a myślałam, że już dorosły) i dzięcioł od czasu do czasu rozdzierająco zachichocze.

Taras zrobiony, ale niewykończony, reszta w rozsypce, panowie zamilkli- ponoć spawają schody i balustrady. Nerwy mam zszarpane i mam serdecznie tego całego cyrku dość. A miało być tak pięknie- szybko, estetycznie, no wprost ślicznie: ”Niech się pani nie martwi, niech mi pani zaufa….”. Tylko, że nie na zaufaniu ma to polegać, a na realizowaniu dokładnie tego, co chcemy, czego panowie nie potrafią zrozumieć i wykonać. I wcale nie chodzi o kwestie techniczne, bo nasze propozycje są najprostsze oraz szybkie w wykonaniu i tak naprawdę nie ma żadnych przeszkód, by zrobić według naszego projektu, ale…”Niech mi pani zaufa….”

No dobra…dalej będzie o komosie ryżowej.

Komosa to taka roślina, która mi się niezmiennie kojarzy z łąką i poboczami dróg. Taki swojski wysoki zielony grubas z multum nasionek- ziarenek o właściwościach leczniczych. Polska komosa to po prostu lebioda. Dawniej, na wsiach, na przednówku, kiedy już skończyło się zboże, a nowego jeszcze nie było, gotowano z niej zupę ( z młodych łodyg i liści).

Natomiast ziarna komosy ryżowej (quinoi)- pseudozboża, wykorzystuje się w kuchni tak, jak kasze, czy ryż.

Quinoę zaczęto uprawiać w Ameryce południowej już 5000 lat temu. Jest ona odporna na niekorzystne warunki klimatyczne i glebowe, a jej zbiory są bardzo wydajne. Ze względu na jej wartości odżywcze nazywana jest „Złotem Inków”. W zależności od koloru ziarna wyróżnia się komosę białą, brązową, czerwoną i czarną.

 

„Komosa ryżowa należy do jednych z najbardziej wartościowych zbóż. Znana jest przede wszystkim jako bogate źródło takich mikroelementów jak magnez fosfor, żelazo, cynk, mangan. Dostarcza również organizmowi witaminy z grupy B – B1, B2 i B3. 100 g ugotowanej komosy ryżowej zapewnia również 10% zapotrzebowania organizmu na błonnik. Ziarna komosy zawierają w swoim składzie wszystkie składniki odżywcze, dlatego jest ona tak unikalna. Szacuje się, że aż 10% suchego ziarna stanowi białko, jest to więc jego doskonałe źródło, także dla osób na diecie wegańskiej i wegetariańskiej.”

Więcej o wartościach komosy ryżowej (a jest ich jeszcze sporo) znajdziecie w artykułach- linki pod postem.

Quinoa jest bezglutenowa. I ma niski indeks glikemiczny. Nie podnosi cholesterolu i nie podnosi poziomu cukru we krwi.

Ale uwaga- komosa pokryta jest saponinami i może wywołać reakcję alergiczną- biegunki, nudności, wymioty oraz bóle żołądka.

Komosy nie powinny jeść osoby z wrzodami żołądka oraz kamicą nerkową (posiada szczawiany). Osoby zdrowe mogą jeść komosę codzienne, osoby z dolegliwościami żołądkowymi – rzadziej.

Dłuższe i częste jedzenie quinoi powoduje wypłukiwanie minerałów- magnez, wapń itp. Czyli trzeba sobie dania z komosą dawkować tak, by nie przesadzić. Ale równocześnie quinoa ma działanie przeciwalergiczne.

Jest ona bardzo ława w przyrządzaniu. Stosuje się proporcję 2 części wody na 1 część komosy. U mnie 1 szklanka quinoi to dwie porządne porcje po ugotowaniu ( „puchnie” tak, jak ryż).

Przed gotowaniem można ziarna podprażać, ale ja się w to nie bawię. Natomiast warto komosę dobrze przepłukać zimną wodą, wtedy traci ona goryczkę. Najpierw gotuję wodę, potem do wrzątku wrzucam komosę i solę. Gotuję pod przykryciem- podczas gotowania wydziela zapach, który mnie drażni, ale nie należy się zrażać, bo ten zapach znika po ugotowaniu. Po 10 minutach gotowania, wyłączam palnik i pozwalam ziarnom nabrać objętości już bez gotowania (dokładnie tak, jak przy gotowaniu ryżu)- ziarna muszą wchłonąć całą wodę. Ugotowana komosa jest sypka, lekka, ma białą otoczkę wokół ziarna. Jej smak jest lekko orzechowy.

 

Komosę traktuję tak, jak ryż, ziemniaki lub makaron, czyli jemy ją z różnymi rodzajami mięsa i sałatek.

Na przykład  Bowl z quinoą, kurczakiem w tempurze i sałatką (papryka, ogórek zielony, pomidor, pietruszka, cebula + śmietana z koperkiem)

Ostatnio jedliśmy quinoę ze smażonym kurczkiem i ogórkami kiszonymi. Wydawało by się, że ogórek do komosy nie pasuje, ale wcale tak nie jest. Quinoa jest jednak trochę mdła- ogórek smakowo podbił danie. 

Ponieważ ugotowałam za dużo komosy, zrobiłam z niej kotleciki w sosie kurkowym- lubię mieszać różne jedzonko na pozór nie pasujące do siebie.

Kotleciki z komosy ryżowej.

Składniki z przepisu, ale ja, jak zwykle, dawałam je „na oko”

  • chili mielone - 1 szczypta
  • chleb żytni - 30 g/ (dałam bułkę tartą, którą sama robię z suszonych bagietek)
  • pieprz czarny - 1 szczypta
  • jajko - 2 szt.
  • świeży koperek - 25 g
  • oliwa z oliwek - 1 łyżka
  • parmezan - 80 g- (dałam twardy żółty ser nawet nie wiem jaki)
  • sól - 2 szczypty
  • woda - 375 g
  • komosa ryżowa (quinoa) - 135 g
  • ząbek czosnku - 2 szt.

Do podania

  • jogurt naturalny - 180 
  • świeży koperek - 5 g

1. Komosę ryżową płuczemy na sicie pod bieżącą wodą, odcedzamy, a następnie umieszczamy w garnku i zalewamy gorącą wodą. Dodajemy 1 szczyptę soli i oliwę. Gotujemy ok. 15-20 minut, aż komosa wchłonie całą wodę. Ugotowaną komosę odstawiamy do wystudzenia.

2. Wystudzoną komosę przekładamy do miski. Dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę, parmezan starty na tarce o drobnych oczkach, posiekany koperek, zmiksowany drobno chleb żytni, 1 szczyptę soli, pieprz i chili oraz rozmącone jajka. Całość dokładnie mieszamy, aż składniki się połączą.

3. Z przygotowanej masy za pomocą ringu do wycinania formujemy okrągłe, płaskie kotlety, które następnie smażymy na patelni na rozgrzanym oleju. Kotleciki smażymy ok. 5 minut z każdej strony, aż nabiorą złotego koloru. 

Nie bawię się w żadne „ringi”, tylko normalnie kulkę masy formuję na kotlecik.

 


4. Gotowe kotleciki z komosy ryżowej podajemy z kleksem jogurtu naturalnego. Z wierzchu dekorujemy świeżym koperkiem.


Sos kurkowy

Składniki:

- 250 g kurek świeżych lub mrożonych

- 1 ząbek czosnku,

- 1/2 cebuli

- 1-2 łyżki oleju,

- 1 łyżka masła,

- pęczek posiekanego koperku,

- 200 ml śmietanki słodkiej 18%

- opcjonalnie szczypta kurkumy

Wykonanie

- kurki oczyścić, umyć, pokroić na kawałki,

- w rondlu zeszklić posiekaną cebulę, potem dodać starty czosnek,

- dodać masło, a gdy się roztopi, wrzucić kurki, smażyć około 5minut, doprawić solą i pieprzem

- wlać śmietankę i zagotować, dodać kurkumę (dodaje złotego koloru), dodać posiekany koperek  i gotować jeszcze około 5 minut

 


 Gotowe kotlety z quinoi w sosie kurkowym.

 


https://go4taste.pl/blog/komosa-ryzowa-i-jej-wlasciwosci/

https://mass-zone.eu/komosa-ryzowa-n-236.html

 PS. 3 godziny wklejałam ten post i zdjęcia. Blogger robi okropne trudności, co zniechęca mnie coraz bardziej do prowadzenia bloga. Po raz kolejny odechciewa mi się robić tutaj cokolwiek.