„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

29 marca 2026

Małe, brzydkie i cudnie świeci.

 

Ostatnio, na Facebooku, przeczytałam taki tekst.

„100 milionów lat sygnału. Jedno pokolenie wystarczy, żeby go wygasić.

Świetlik świętojański (Lampyris noctiluca) to nie owad dekoracyjny. Larwa przez 2–4 lata poluje w glebie na ślimaki — spożywa 30–70 osobników przez cały swój rozwój. To najbardziej efektywny naturalny środek na ślimaki w ogrodzie, produkowany bezpłatnie przez samą glebę. ?

Zielone światełka w czerwcowej trawie to samice przywabiające samce w locie. Nie latają — siedzą na źdźbłach i świecą. Samce szukają ich z powietrza. Całe zdarzenie trwa kilka tygodni. Zanieczyszczenie świetlne skutecznie je udaremnia.

Jak sprawić, żeby wróciły:

Wyłącz zewnętrzne oświetlenie między 22:00 a 6:00 od maja do września. Jedno jasne zewnętrzne źródło światła wystarczy, żeby samiec nie znalazł samicy w promieniu kilkudziesięciu metrów.

Zostaw pas trawy o szerokości 1 metra nieskoszony — to podpora dla samic i siedlisko larw.

Nie zbieraj liści spod żywopłotu — to łowisko larw i zimowisko jaj.

Zero pestycydów na ślimaki. Larwa świetlika to chrząszcz — ginie razem z celem.

Suche kamienie i wilgotna gleba w cieniu = strefa składania jaj. Murki z kamieni polnych i nietratkowane narożniki ogrodu to najcenniejsze biotopy. ?

Każde zielone światełko w czerwcowej trawie to sygnał stary o 100 milionów lat. Przywrócenie go wymaga tylko wygaszenia jednej żarówki.”

I nagle dotarło do mnie, że już od nastu lat nie widuję w ogrodzie świetlików, a kiedyś w nim były. Wprawdzie nie było ich dużo, ale były. Nie sądzę, że światło zewnętrzne je zniszczyło. Pewnie zadziałało coś innego na ich niekorzyść.

Ale, jak już o świetlikach, to pamiętam, że w lesie przy leśniczówce były ich całe chmary. Coś pięknego- kiedy nocą szło się przez zalesiony kawałek ogrodu, widać tam było pełno „iskierek”,' pływających w powietrzu. Oczywiście, że chcieliśmy je złapać, ale one były nieuchwytne. A kiedy udało się taką iskierkę złapać, to rozczarowanie było wielkie- na dłoni leżał mały szary „motylek”- a tak naprawdę chrząszcz, bo świetlik jest chrząszczem, bez światełka. Żadna atrakcja, dlatego raczej zostawialiśmy je w spokoju.

W dzieciństwie bywałam, na wakacjach, u babci, a babcia, czytała nam książki- przeważnie wieczorem, albo wtedy, gdy zaraz po obiedzie, braliśmy koc i szliśmy „zawiązać sadełko” pod ogromną czereśnią, rosnącą na miedzy przy dziadkowym polu. Były to książki różne- bajki, legendy, klechdy- raczej za nimi nie przepadałam. Od wczesnego dzieciństwa miałam opór przed tego typu fantazjami- baśni oraz bajek, jako dziecko, nie czytałam, legendy niektóre, a fantastyki nie lubię. Jedna z książek, którą przeczytała nam babcia, była o świetlikach. Musiała być na tyle fascynująca, bo nawet tytuł pamiętam-”Świetliki"*. Przypominam sobie też zarys fabuły- to były perypetie rodziny świetlików a na końcu jakieś przesłanie, ponieważ to była książka z tych „moralnie chrześcijańskich”,zaś akcja toczyła się również w kościółku. Przesłania nie zapamiętałam, ale zapamiętałam, że świetliki były przedstawione jako motylki z latarenkami. I to mi tak utkwiło w głowie, że potem, kiedy tylko miałam okazję, leciałam „po ćmoku” oglądać świetliki w naszym lesie oraz na zegrodzie* u dziadków.

Bo na zegrodzie u babci też było pełno świetlików. Wychodzi na to, że w tamtych latach był to owad bardzo często występujący w miejscach zadrzewionych.

I tak teraz sobie myślę, że moja babcia fajną rzecz dla nas robiła- wciągała nas w czytelnictwo. A przecież ona była z pokolenia (urodziła się w pierwszych latach XX wieku), co to raczej prawiło bery i bojki dzieciom, niż czytało im książki.

Trochę wiedzy o tym sympatycznym owadzie.


 

Świetlik świętojański (Lampyris noctiluca) – jeden z trzech gatunków świetlika występujących na terenie Polski, szczególnie na skrajach lasów obficie porośniętych krzewami, zbiorowiskach wysokich bylin, pobrzeżach żywopłotów i parkach. Osobniki obu płci bardzo różnią się wyglądem. Samiec ma ok. 1 cm długości i jest uskrzydlony, podczas gdy przypominająca larwę samica osiąga długość 1,5–2 cm i nie jest uskrzydlona. Płeć żeńska ma na spodzie odwłoka narządy świetlne. 

 


Dorosłe osobniki żyją krótko i nie pobierają żadnego pokarmu. W lipcowe noce świetliki latają, poszukując samic, które, siedząc na roślinach, wabią świeceniem potencjalnych partnerów. Zapłodnione samice składają jaja do ziemi. 


Larwy płci żeńskiej, które potrafią wytwarzać światło, przebywają na powierzchni ziemi, gdzie polują na ślimaki. Przed przepoczwarczeniem zimują dwukrotnie.

Światło wytwarzane przez świetlika świętojańskiego powstaje w wyniku chemiluminescencji dzięki enzymowi lucyferazie. Świetliki mogą dowolnie światło „włączać i wyłączać”. Światłu, które wytwarzają, nie towarzyszy ciepło, a więc ciało chrząszcza nie ulega nagrzaniu.



"Kwiat paproci" (W noc świętojańską), Witold Pruszkowski (1875).
 

Świetlik świętojański posiada bogatą tradycję kulturową, szczególnie w Polsce, gdzie jest utożsamiany z Nocą Świętojańską, obchodzoną w okolicach przesilenia letniego. Jego blask jest często interpretowany jako symbol magii i tajemnicy dodający wyjątkowy urok letnim wieczorom. W wielu regionach organizowane są specjalne spacery czy festiwale, podczas których obserwacja migotliwego światła staje się atrakcją dla mieszkańców i turystów[2]."

 

Okazuje się, że to samice, które mają postać larwy i nie fruwają, świecą mocnej. 

Dla mnie, dziecka, które nie miało wiedzy o świetlikach, było wszystko jedno, jaka płeć świeci w ciemnościach. We mnie budziło zachwyt samo zjawisko. Pełna magia.

 

 

* Poszukałam w Internecie i znalazłam- "Świetliki", autor Jan Karafiat (czeski duchowny kościoła ewangelickiego-reformowanego).

Książka została opublikowana po raz pierwszy na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku (czeski tytuł  Broučci ). O treści książeczki można przeczytać TU. 

No to teraz wiem, skąd brały się u babci takie umoralniające książeczki dla dzieci. Przez całe moje dzieciństwo babcia próbowała mnie skłonić ku wierze- robiła to delikatnie, nienachalnie, małymi krokami. Nie udało się jej. Kiedy miałam 15 urodziny, podarowała mi zegarek i westchnęła- Miałaś dostać na Konfirmację.... I tu zawiesiła głos, a potem dodała- Noś go na szczęście- taką fajną babcię miałam (tylko ją jedną, niestety miałam).

 

** Zegroda- w gwarze cieszyńskiej sad- u babci rósł na stoku. Był to stary sad, wiosną kwitło w nim pełno żółtych kluczyków (pierwiosnków) i kępy narcyzów.

Napisałam "na zegrodzie", bo to słowo najbardziej mi pasuje do opowieści o moich dziadkach, wakacjach u nich  i do wspomnień z tamtych miejsc. 

Zresztą, zauważyłam, że wplatanie słów z gwary śląskiej czy cieszyńskiej nadaje tekstom kolorytu, robi je pełniejszymi no i bliższymi rzeczywistości opisywanej.  

No, bo jak napiszę: W czasie wielkiej powodzi, kiedy Olza wylała, cały dół dziadkowej zegrody był w wodzie, a my na tej wodzie próbowaliśmy pływać na wasztroku- to chyba lepiej zabrzmi niż poprawnie: W czasie wielkiej powodzi, kiedy Olza wylała,  cały dół dziadkowego sadu był zalany wodą, a my na tej wodzie próbowaliśmy pływać w drewnianej balii do prania. Eeeeee... to drugie w ogóle nie brzmi.

Wasztrok, to wasztrok i zegroda, to zegroda...😁😁😁 

 

Zdjęcia są z podanych stron.

Źródła: 

https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awietlik_%C5%9Bwi%C4%99toja%C5%84ski

https://www.facebook.com/GorkiCzechowskieWZ/posts/kiedy-ostatni-raz-widzieli%C5%9Bcie-%C5%9Bwietliki-czy-wiecie-%C5%BCe-gin%C4%85-w-zastraszajacym-tem/754324113584521/

https://www.gov.pl/web/wiorin-koszalin/swietliki-na-skraju-wyginiecia#:~:text=Bioluminescencja%20%C5%9Bwietlik%

C3%B3w%20jest%20wynikiem%20reakcji,r%C3%B3%C5%

BCnym%20nat%C4%99%C5%BCeniu%2C%20barwie%20i%20cz%

C4%99stotliwo%C5%9Bci.

27 marca 2026

Oszczędziło nas.

 

I stało się, mój kciuk został pozbawiony podpory- szpilki. Kiedy ją bezboleśnie wyjęto (czarujący czarnoskóry doktor Verdi), to przez chwilę miałam wrażenie, że opuszek palca klapnie. Dziwne uczucie. Teraz ciągle czuję mrowienie na linii przecięcia, a góra kciuka słabo reaguje na dotyk. Opuchlizna zeszła, potrafię nawet go zgiąć. Nie dostałam jednak żadnych wskazówek czy go masować, smarować jakąś maścią (skóra sucha, spierzchnięta, popękana), będę sama musiała pokombinować nad przywróceniem go do stanu „używalności” i przyzwoitego wyglądu. 

I to nie był ostatni mój pobyt w tamtej przychodni. W poniedziałek pójdę palec prześwietlić. Trochę to dziwne, bo wydawało mi się, że prześwietlenie powinno być przed wyjęciem szpilki, no ale ja się nie znam. Nie zakładam, że tam coś jest nie w porządku, jednak jakby było, to co by robili? Łamali? Cięli? Na nowo wkręcali szpilkę? Wydaje mi się, że to prześwietlenie jest pro forma- procedura (kasa) musi się zgadzać.

Beza wraca do formy po antybiotyku, ale wyniki badań wątroby są dosyć niepokojące. Jeszcze nie jest to groźne, jednak trzeba zrobić USG. Na razie czekamy, aż znów jej pazurki odrosną, to za jednym zamachem zrobimy i USG, i obcinanie pazurków.

Przyroda zaczyna wiosennie się rozkręcać. Wczoraj słyszałam nawoływania żurawi. Do ogrodu wróciła para wędrownych gołębi,kosy budują gniazda, drozdy drą się już od 5 rano, a wiewiórki (trzy) urządzają wyścigi dookoła pni. Fajne są, ale dlaczego obżerają pąki magnolii rosnącej naprzeciwko tarasu? Ta magnolia jest coraz słabsza, coraz mniej kwitnie, a paskudy rude wcale jej nie pomagają tym obżeraniem.

Po prawie całym miesiącu pięknej słonecznej pogody oraz temperatury mocno powyżej 10 stopni (w środę było jeszcze 18), spadł przedwczoraj, w nocy, deszcz. Nie były to intensywne opady, nie padał śnieg, jak zapowiadano- padał  jednostajny, średniej gęstości deszcz. I bardzo dobrze, bo już było sucho. Czytam, że w górach napadało śniegu, w Bielsku-Białej jest biało. Wyższe partie gór cały czas były białe, to śniegu tylko dopadało. 

Od Skrzycznego w stronę Baraniej Góry.
Wieża na Skrzycznem.  

A wczoraj  popadywało tak sobie, dzisiaj już nie pada. Ulewy i śniegi nas ominęły ale jest paskudnie zimno. Zaledwie 5 stopni.  Niby nie było tego deszczu dużo, a w mauzerze zebrało się 300 litrów wody, co jest dosyć dobrym wynikiem. Dla mnie jest ważne, że temperatury nie schodzą poniżej zera nawet w nocy. Teraz mróz, to dla roślin tragedia.

Zdążyłam, przed deszczem, zrobić w ogrodzie to, co sobie zaplanowałam. W sumie jest zrobionych 90% prac wiosennych. Potrzebne tylko porządki w dwóch niedużych fragmentach i potem już zostanie koszenie, jakieś niewielkie przesadzanie oraz odchwaszczanie. Jeszcze nigdy nie miałam tak wyprowadzonego ogrodu pod koniec marca.

Dom zostawiam na „po świętach”. W tym roku okna są zadziwiająco mało brudne, mogą jeszcze poczekać. Inne porządki robię na bieżąco. 

Każdej wiosny kępy czosnku niedźwiedziego rozrastają się coraz bardziej. Teraz jest najlepszy czas, by rwać liście na sałatki. Młodzi mają używanie, ja raczej nie jestem amatorką tego typu zieleniny. Za dwa tygodnie kępy zakwitną białymi kwiatami i będzie pachnieć czosnkiem.



 Przekwitają drzewka dereniowe.
To na bocznej miedzy kwitło obficie. To w lasku miało mniej kwiatów i chyba nie będzie z nich owoców. 
Fiołki, fiołki, wszędzie fiołki. Sieją się wszędzie i pełno ich w trawniku,  pod drzewami oraz krzewami. Pojedyncze rośliny, kępy, całe łany fiołków zdobią ogród i lasek.

Są też na grządkach.  




Wilcze łyko. Ten krzaczek wyhodowałam z jednej gałązki lichutkiej. Jeszcze jest nieduże, jednak już dosyć mocno wiosną kwitnie. Był też duży krzak, ale zmarniał. Zastanawiam się, dlaczego niektóre krzewy marnieją- mają dogodne warunki, a jednak ni stąd, ni zowąd taki krzew pada i nic nie jest go w stanie uratować.

Śnieżyczki już przekwitły, ale zanim to się stało, dopadłam takie cudo. Nawet nie wiedziałam, że pośród tylu śnieżyczek, rośnie sobie taka o pełnym kwiatku. W dodatku zakamuflowała się w samym środku gęstego bluszczu- tylko przypadkiem odkryłam jej inność.



Pora na narcyzy. Pierwszy zakwitł dosyć mocno. Pozostałe albo mają po parę pąków, albo wcale. Tylko te pełne zapowiadają obfite kwitnienie. 

Za to szczypiorek nie zawiódł. Posadzony w donicach dobrze przezimował
Dobrze przezimowały również kępy krwawnika. Posadziłam je w donicach w akcie rozpaczy, bo kupiłam roślinki, a potem okazało się, że nie ma dla nich miejsca na grządkach. Już w zeszłym roku zakwitły, a teraz widać, że to miejsce im służy. Jest jeszcze obok jedna wolna donica, w której sadziłam kwiaty sezonowe. Zasadzę w niej dwa inne kolory krwawnika, skoro to miejsce jest dla niego dobre. A pierwszy pęczek szczypiorku poszedł do białego serka. Poczułam wiosnę "w gębie".
Nasze kochane czupiradło. Nie mam pojęcia czy w ogóle kiedykolwiek uporam się z jej niesfornym futrem. Na razie kupiłam mały trymer, by wycia kępki futerka spomiędzy opuszków łapek. 
Uśmiecha się do was uśmiechem numer 3 (już pełniejszy, ale jeszcze nie całym pyskiem- to numer 5). 

24 marca 2026

Kozak i dziewczyna

 Jest wiele wersji tej pieśni. Mnie się najbardziej podoba popowa.

"Topola"

Słowa Taras Szewczenko. 
 

"Topola” to muzyczna reinterpretacja jednego z najbardziej tragicznych 
i poetyckich utworów Tarasa Szewczenki – ballady o tym samym tytule 
autorstwa Kobzara, w nowoczesnym brzmieniu autorstwa SenseMinistry.

W centrum tej opowieści znajduje się młody Taras Szewczenko w postaci 
Kozaka, który zmuszony jest pożegnać się z narzeczoną, aby stanąć 
u boku braci w obronie ojczyzny przed najeźdźcami. 
Ich spotkanie jest czułe i krótkie. Ich miłość szczera i głęboka. 
Ale wojna nie daje mu prawa do długiego szczęścia.

Udaje się tam, gdzie grzmi bitwa, gdzie dym, ziemia i stal łączą się 
w jedną straszną chwilę. 
I tam, w samym wirze walki, umiera jak wojownik, który bronił swoich 
do ostatniego tchnienia.
 
To historia nie tylko o miłości, ale także o stracie, lojalności i pamięci. 
O dziewczynie, która czekała. 
O Kozaku, który nie wrócił. O bólu, który narasta z czasem, niczym samotna 
topola pośrodku bezkresnego pola.
 
Klip jest częściowo wygenerowany cyfrowo. 


19 marca 2026

622 upadki motocykla.

 


Nie ukrywam, że fascynują mnie wyścigi motocyklowe w najcięższej kategorii maszyn.

Najpierw oglądałam torowe wyścigi motocyklowe z przerażeniem, chociaż mocno mnie fascynowały. Każdy wyścig wywoływał u mnie napięcie- wywróci się czy nie, a jak wywróci, to przeżyje, czy nie, czy zostanie kaleką? Sama zaś widziałam, że przewraca się taki, szoruje po ziemi z motocyklem kilkanaście metrów, lub koziołkuje, a motocykl obok też koziołkuje, albo wali z impetem w barierę, po czy, po chwili motocyklista jednak wstaje, zbiera kości, zbiera motocykl i usiłuje jechać dalej, to trochę się uspokoiłam. Oczywiście nie zawsze upadek tak się kończy, często motocyklistę zabierają służby ratunkowe, a motocykl służby techniczne. Niemniej stosunkowo mało jest, na torach, wypadków śmiertelnych. Motocykliści uczą się „upadać” na motocyklu przy ogromnej prędkości, wiedzą jak się zachować w sytuacjach niebezpiecznych podczas jazdy, mają bardzo dobre, bezpieczne kombinezony, a same motocykle też maja zabezpieczenia na wypadek upadku.

Jednak upadków na torze jest sporo, bo ten sport jest oparty na ryzyku, pewnego rodzaju bezczelności i przebojowości motocyklistów. I musi być w nim ogromne zaufanie zawodników do konstruktorów maszyn, do obsługi technicznej oraz obsługi taktycznej -”trenerów”. Wielu zawodników z górnej półki ma również talent do jeżdżenia po torze- po prostu czują jazdę, czują maszynę, mają instynkt motocyklowy.

Zaczęłam też poznawać liderów, stajnie, a teraz oglądam wyścigi z emocjami- jak jadą, który lideruje, kto wygrywa..

Niesamowite, jak przy takiej prędkości niektórzy rozgrywają całą trasę taktycznie. Zawodnicy muszą łączyć technikę jazdy na torze z odwagą oraz z umiejętnościami radzenia sobie z ogromnymi przeciążeniami, a także z prędkością (do 350km/h). A wszystko rozgrywają na torach z masą ostrych zakrętów i o różnej nawierzchni oraz długości.




Zobaczcie, jakie spektakularne upadki zaliczają i jak z nich „wychodzą”. Są poturbowani, ale motocyklista to twardziel- leczy kontuzję, naprawiają mu maszynę i znów można zobaczyć go na torze. Kiedy oglądam piłkarzy, co to zostają kopnięci lub popchnięci, padają na trawę, „wiją się w bólach”, to śmiać mi się chce. Robią takie cyrki, jakby za chwilę mieli umrzeć. Potem kulejąc schodzą z boiska i tyle ich widział. Nie twierdzę, że nie czują ogromnego bólu, ale w porównaniu z motocyklistami to pajacują.


 


 

Najlepsi światowi motocykliści torowi:

Marc Márquez: Hiszpan uważany za jednego z najwybitniejszych motocyklistów w historii, wielokrotny mistrz świata MotoGP (siódmy tytuł zdobyty w 2025 roku, m.in. na Ducati).

  • Valentino Rossi: Włoska legenda, nazywany "Doktorem", dziewięciokrotny mistrz świata, powszechnie uznawany za jednego z najlepszych w historii.

  • Jorge Lorenzo: Wielokrotny mistrz świata MotoGP, znany z precyzyjnej jazdy.

  • Casey Stoner: Australijczyk wyróżniający się naturalnym talentem i szybkością.

  • Joey Dunlop: Legenda wyścigów ulicznych i torowych, uznawany za jednego z największych. 

  • Marc Marquez pozostaje w ścisłej czołówce po zdobyciu kolejnego tytułu mistrzowskiego w 2025 roku.

  • W rywalizacji liczą się także tacy zawodnicy jak Jorge Martin oraz Marco Bezzecchi, którzy walczą o najwyższe lokaty.

  • Zawodnicy rywalizują na maszynach takich marek jak Ducati, Yamaha, Honda czy KTM, osiągając na torach prędkości przekraczające 350 km/h



Ten sport to wielki biznes. To kilka motocyklowych „stajen” - producentów motocykli torowych.

Najważniejsze światowe stajnie motocykli torowych:

  • Ducati: Włoska marka uznawana za lidera w zaawansowanej technologii torowej. Modele takie jak Panigale V4 R bezpośrednio wykorzystują rozwiązania z MotoGP. Ducati słynie z doskonałego prowadzenia, potężnych silników V4 i zaawansowanej elektroniki.

  • Yamaha: Japoński gigant, którego model YZF-R1 (oraz mniejsza R6) jest kultowym wyborem na tory wyścigowe na całym świecie. Yamaha stawia na balans, precyzję prowadzenia i niezawodność, osiągając sukcesy w WSBK.

  • Kawasaki: Znana z serii Ninja ZX-10RR, która przez wiele lat dominowała w mistrzostwach World Superbike. To motocykle o bardzo wysokiej mocy, idealne do szybkiej jazdy torowej.

  • Honda: Producent modelu CBR1000RR-R Fireblade, który jest uosobieniem wyścigowej technologii Hondy (technologia MotoGP przeniesiona do motocykla seryjnego). Honda to synonim wysokich obrotów i doskonałej trakcji.

  • Aprilia: Włoska marka, która z modelu RSV4 stworzyła jeden z najlepiej prowadzących się motocykli torowych na rynku. Aprilia RS 660 jest również popularnym wyborem do nauki jazdy torowej.

  • BMW Motorrad: Seria S 1000 RR oraz M 1000 RR to zaawansowane niemieckie konstrukcje, które oferują niesamowitą elektronikę i moc, będąc stałym bywalcem torowych track dayów.

  • KTM: Austriacki producent, który stawia na filozofię "Ready to Race". Model RC 8C to wyczynowa maszyna stworzona wyłącznie na tor, natomiast RC 390 to popularna platforma do mniejszych wyścigów.

  • Suzuki: Choć wycofało się z MotoGP, model GSX-R 1000 oraz mniejsza 600-tka to legendarne, solidne i bardzo szybkie motocykle torowe, cenione przez zawodników. 


     

Stajnie wyścigowe wystawiają swoje motocykle na prestiżowe wyścigi np. MotoGP czy World Superbike (WSBK). Podczas wyścigów zbierają doświadczenia do ciągłego udoskonalania swoich maszyn. Motocykle udoskonalane są pod kątem szybkości, aerodynamiki i niskiej wagi.

Stajnie zatrudniają najlepszych torowych motocyklistów.

Najważniejsze tory motocyklowe na świecie

Tory te są uznawane za liderów pod względem prestiżu, trudności technicznej i historii w kalendarzu MotoGP:

  • Mugello (Włochy): Znany z najdłuższej prostej, gdzie motocykle osiągają prędkości przekraczające 360 km/h, oraz niesamowitej atmosfery tworzonej przez fanów.

  • Phillip Island (Australia): Uważany za jeden z najbardziej malowniczych i najszybszych torów, płynny i wymagający ogromnej odwagi od zawodników.

  • Circuit of the Americas (USA): Wyjątkowo nowoczesny i wymagający technicznie obiekt z ogromną różnicą poziomów i słynnym podjazdem do pierwszego zakrętu.

  • Assen (Holandia): Nazywany „Katedrą Motocyklizmu”, jedyny tor, który od początku gościł mistrzostwa świata (z wyjątkiem roku 2020).

  • Nürburgring Nordschleife (Niemcy): Choć nie gości już MotoGP, pozostaje legendarnym „Zielonym Piekłem” i najdłuższym torem wyścigowym świata (ponad 20 km), będącym ostatecznym testem dla każdej maszyny.

     



Informacje statystyczne oraz techniczne z Netu.

14 marca 2026

Zaliczyć kozetkę w Priborze- Royal Enfield Meeting 2013 (cz.2).

 

W sobotę rano, w drugi dzień rajdu, pojechaliśmy do Koprzywnicy, w której znajduje się muzeum Tatry. Wtedy mieściło się ono w jednym budynku, przed którym stały stare parowozy. W tym budynku mieściła się również izba poświęcona czeskiemu sportowcowi Zatopkowi.

Prawdopodobnie nie można było wtedy robić zdjęć, bo nie mamy z tego muzeum ani jednego. Kolega zrobił parę, chyba po kryjomu.

 
Nie mam pojęcia, gdzie wcięło nasze zdjęcia z tamtego zwiedzania, bo nawet sprzed muzeum nie mamy ani jednego.

To zrobił inny kolega.

Kiedy zwiedzaliśmy to muzeum, już tylko z Jaskółem, kilka lat temu, wszystko się kompletnie zmieniło. Obecnie eksponaty znajdują się w trzech miejscach Koprzywnicy, a tam, gdzie pierwszy raz byliśmy, jest tylko muzeum samochodów osobowych. I nie ma już przed budynkiem parowozów oraz nie ma izby poświęconej Zatopkowi (jest w innym miejscu). Przyznam, że za pierwszym razem muzeum Tatry zrobiło na mnie ogromne wrażenie (za drugim razem zresztą też). Nigdy nie widziałam nagromadzonych w jednym miejscu tylu starych samochodów- osobowych, ciężarowych. Jednej marki. Pobyt w tym muzeum opisałam w kilku postach- zakładka Muzeum Tatry.

Po obejrzeniu naprawdę interesujących motoryzacyjnych  eksponatów, pojechaliśmy do Příbora na obiad. Mieliśmy również  planach zobaczyć dom i Muzeum Freuda.

O Freudzie można dużo i namiętnie pisać. Jego koncepcje, w czasach, kiedy żył były nowatorskie, wzbudzały wiele kontrowersji. A i we współczesnych czasach mają one zwolenników oraz przeciwników.

Urodził się  w połowie XIX wieku, w Priborze. Właściwie nazywał się Sigismund Schlomo Freud. Był on austriackim lekarzem żydowskiego pochodzenia. Specjalizował się w neurologii. Stworzył psychoanalizę. Freudowska koncepcje funkcjonowania umysłu ludzkiego, odrzucające racjonalność ludzkich wyborów i zachowań na rzecz czynników irracjonalnych oraz emocjonalnych, miały ogromny wpływ na filozofów, uczonych i artystów przełomu XIX i XX wieku. Koncepcje Freuda znalazły również odzwierciedlenie w naukach o kulturze, religioznawstwie i innych naukach społecznych.

Rodzice Freuda byli Żydami, ale nie przywiązywali wagi do praktyk religijnych. Podobno wieśniaczka przepowiedziała matce Sigismunda, że urodzi wielkiego człowieka. Dziecko przyszło na świat w czepku, co uznano za dobrą wróżbę.

W 1872 roku Freud skrócił swoje imię z Sigismund do Sigmund, a drugim, które nadano mu po dziadku – Szlomo, nigdy się nie posługiwał. Ukończył medycynę na Uniwersytecie Wiedeńskim i został zatrudniony w Laboratorim Fizjologii i Neurologii tej uczelni. Potem studiował w Paryżu i zajął się leczeniem zaburzeń psychicznych. W 1899 opublikował „Objaśnienie marzeń sennych”, gdzie wyjaśnił założenia psychoanalizy

Nie chcę tutaj przedstawiać całej kariery Freuda to można sobie przeczytać w Necie. Koncepcje Freuda miały tyluż zwolenników, co przeciwników. Był chwalony, krytykowany, odsądzany od czci, ale jego teorie zaczęły być omawiane na wielu kongresach, konferencjach, uczeni zaczęli zajmować się ich różnymi aspektami.

Freud cale życie czuł się niedoceniony, a jedyną nagroda jaką otrzymał, była nagroda literacka. Natomiast był wielokrotnie nominowany do Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny oraz literackiej, ostatecznie Nobla nie otrzymał.

Po zajęciu Austrii przez hitlerowców, Freud musiał uciekać z Wiednia- przez Francję, wraz z rodziną, dostał się do Londynu, gdzie mieszkał aż do śmierci. Zmarł na nowotwór jamy ustnej we wrześniu 1939 roku. W cierpieniu ulżył mu przyjaciel, który zaaplikował mu trzy zastrzyki z trzech centymetrów morfiny. Po trzech dniach śpiączki Freud zmarł. O spuściznę po zmarłym psychoanalityku dbała jego żona.

Freud był związany z Marthą Bernays i miał z nią trzy córki oraz trzech synów.

Zachowało się około 900 listów korespondencji jaką wymieniał z Marthą w okresie narzeczeństwa. Freud palił najpierw papierosy, potem cygara oraz miewał częste migreny. Migreny leczył kokainą.

Przed domem, w którym się urodził jest pomnik- kanapa. Nawiązuje on do seansów terapeutycznych, jakie przeprowadzał Freud. Od tego czasu terapie kojarzą się z "kanapą- kozetką" 

Nie było silnych, trzeba było kozetkę freudowską zaliczyć (mnie na zdjęciu nie ma).


 


Příbor jest najstarszym miasteczkiem w północno- wschodnich Morawach. Prawa miejskie otrzymało już w 1251, a prawa te nadał Frank z Hückeswagenu. Nazwa miasta brzmiała w tamtych czasach Vriburch (później Freiberg i czeski Przybor).

Bardzo wcześnie władze miasta postawiły na na edukację. Parafialna szkoła podstawowa istniała już od 1541 roku. W 1694 przybyli do miasteczka Pijarzy i założyli w nim gimnazjum. Wykształcenie średnie było w tamtych latach dostępne również dla uczniów klas niższych.

„Poprzez założenie czeskiego instytutu pedagogicznego w 1875 roku miasto zyskało status centrum edukacji północno-wschodnich Moraw. Instytut wykształcił w czasach swojego istnienia – tj. do 1938 roku- szereg wybitnych pedagogów i specjalistów w dziedzinie szkolnictwa i kultury. Příbor słusznie nazywano wtedy ‚morawskim Litomyšlem‘.Příbor jest miejscem narodzin oraz działalności wielu ważnych osobistości, które sprawiły, że stał się znany. Mieszkał tutaj wraz z matką, a potem także chodził tu do szkoły parafialnej św. Jan Sarkander. W lokalnym gimnazjum uczył się, a następnie, jako ksiądz spędził tutaj jedenaście lat późniejszy arcybiskup Antonín Cyril Stojan. Urodził się tu znany historyk, założyciel morawskiej topografii Řehoř Wolný; patriota i filozof Bonifác Buzek; twórca psychoanalizy, honorowy obywatel miasta Příbora dr Zygmunt Freud; rzeźbiarz František Juraň; pisarz Josef Kresta i wielu innych.”


 Ekipa w drodze na obiad.

My sobie wcinaliśmy obiadek, gadu, gadu, a tymczasem na parkingu...


Motocykl Ewy ( w naszej grupie Ewa jeździła na swoim Enfieldzie), wtulił się w motocykl Stefana. Aż strach pomyśleć, gdyby zielonego nie było, upadek motocykla Ewy mógłby mieć nieciekawe konsekwencje.

Po obiedzie wróciliśmy do Sztramberka, zaliczyliśmy rynek, trubę, et cetera, et cetera- zobacz poprzedni post.

A w niedzielę rano obudził nas stukot młotków, to dekarze pokrywali na nowo dach na sąsiednim domu. Żadne tak kościółki, dzwony, świętowanie- była robota do zrobienia, to kończyli w niedzielę.  

Po śniadaniu, które zrobiliśmy sobie w hoteliku, ekipa rozjechała się do domów. 

https://www.lasska-brana.cz/pl/clanek/pribor



12 marca 2026

Miasteczko otulone piernikowym zapachem- Royal Enfield Meeting 2013 (cz.1)

 


 

Od 10 lat nie uczestniczę już w rajdach motocyklowych. Wysiadł mi kręgosłup po jednym z nich, kiedy to cały rajd (około 1000 kilometrów) przejechałam na bardzo twardym, nieodpowiednim siodle (aha- siodło w slangu motocyklowym- siedzisko). Oryginalne w naszym Enfieldzie było raczej niewygodne. Ale zaliczyłam na nim 5 zlotów, zorganizowanych przez nas i 4 zloty zorganizowane w okolicach Zamościa oraz liczne wycieczki po Czechach, Słowacji oraz w naszej okolicy. I na ten ostatni zlot, na który pojechałam, przykręciliśmy siodło, podarowane przez kumpla motocyklistę. Oryginalne do Enfielda, ale młodszego rocznika. Nie będę wnikała w szczegóły- nie pomogła nawet poduszka, którą kupiliśmy już jadąc na zlot, bo siodło było za mało wypełnione, za miękkie i na nierównościach czułam, jak mi się kręgosłup obija oraz kurczy, a na udach robią siniaki. Po przyjeździe do domu długo nie mogłam uspokoić bólu, a uraz pozostał mi do teraz. Wprawdzie kolega zrobił inne siodło specjalnie dla mnie, jednak nie zdążyliśmy go wypróbować, ponieważ z kolei, Jaskół popadł w tarapaty z kolanami. I tak na koniec sprzedaliśmy Enfielda i kupiliśmy Szerszenia (maksi skuter), do którego z trudem się przekonuję. Ale żeby nie było, do samych motocykli nie zraziłam się, nadal je kocham miłością ogromną, nadal chciałabym jeszcze pojeździć jako plecaczek i absolutnie nie boję się jazdy na motocyklu, zwłaszcza z Jaskółem.

Taki przydługi nieco wstęp mi wyszedł, a to dlatego, że zostało mi do przedstawianie na blogu trochę rajdów, w których brałam udział. Szkoda ich zostawić sobie a muzom i nie pokazać, jak wyglądały. Nie będą one w chronologicznej kolejności, ponieważ muszę, na podstawie zdjęć oraz z pomocą Jaskóła, przypomnieć sobie dużo rzeczy, ale wrażenia nadal we mnie są ogromne. To były naprawdę fajne chwile.

Na starym blogu opisywałam te rajdy systematycznie, ale jak usunęłam blog, to automatyczne poleciały one w kosmos. Szkoda.

Parę postów o naszym Enfieldzie i naszych wyjazdach na nim, już tu opisałam (etykieta- rajdy i wycieczki motocyklowe), jednak jest tego niewiele.

OK.

Jest rok 2011, planujemy rajd u nas. Chcemy pokazać, jak zawsze, fajne okolice i interesujące miejsca do zwiedzania. Trochę opornie nam to idzie, ponieważ te najciekawsze, naszym zdaniem, nie mieszczą się w zaplanowanym czasie, a te bliższe już zaliczyliśmy. No i nasz kolega Adaś wybawia nas z kłopotu

  • Słuchajcie, niedaleko na Morawach jest super miasteczko. Jest co zobaczyć, jest gdzie połazić, a i w okolicy są też ciekawe miejsca. Jak chcecie, to załatwię noclegi, bo mam znajomą Czeszkę, u której już nocowaliśmy.

No dobra, niech będzie Sztramberk (Štramberk).

Zbiórkę zrobiliśmy u nas w domu, w piątek po południu. Do Sztramberka jest tylko 60 kilometrów, a do nas docierali cały dzień motocykliści z dalszych stron Polski, którzy nie znali drogi do tego morawskiego miasteczka. 

Jaskółka- kosmitka. Wtedy jeszcze nie było takich fajnych ubranek motocyklowych, jakie są teraz- lekkie i spełniające wszystkie wymogi bezpieczeństwa. Moja kurtka i spodnie były dosyć ciężkie, ale dobrze ochraniały w razie upadku. Tak samo bezpieczne miałam buty motocyklowe, a rękawic nie ściągałam nawet w czasie wielkiego upału. Czy ktoś wie, jak goi się zdarta skóra na dłoniach? No właśnie. 

Wyjeżdżamy na rajd.
 

Do Sztramberka dojechaliśmy późnym popołudniem, odnaleźliśmy dom, w którym mieliśmy nocować i tu nadspodziewajka- nie ma Adasia i Agnieszki, a przecież to oni nocleg organizowali- mieli na nas czekać na miejscu.

Narada na parkingu, co dalej. W zlocie brało udział 11 Enfieldów oraz dwie Yamahy

 Konfuzja na całego, obchodzimy budynek dookoła, wszystko pozamykane. My ciut zmęczeni dniem i głodni, a tu głucho i żywej duszy. Zeszliśmy trochę niżej do czynnego sklepu- tam nam powiedziano, gdzie mieszka właścicielka- oczywiście po czesku. No dobra, panowie dotarli do właścicielki, przyszła, otworzyła, przydzieliła pokoje i nareszcie mogliśmy zdjąć ciuchy motocyklowe, a te jednak trochę ważą. Adaś z Agnieszką, radośni jak skowronki zameldowali się późnym wieczorem. No... ja tam nie wnikam, ale niektórzy byli ciut wkurzeni. 

Nasz hotelik, widok z truby.

 W sobotę pojechaliśmy do Pribora i Koprzywnicy (opiszę w dalszych częściach) i wróciliśmy do Sztramberka, by zwiedzić rynek oraz starą część miasta, wejść na trubę, kupić słynne sztramberskie uszi no i zaliczyć morawską kolację.

Kiedy wchodziliśmy na rynek, minęła nas kawalkada weselnych samochodów. Para młoda przyjechała takim czerwonym cudem.

 Trochę o miasteczku.

Pierwsza osada powstała 100 lat p.n.e. a artefakty, jakie znaleziono w Sztamberku zalicza się do kultury puchowskiej. Ale okolice Sztramberka były zamieszkałe dużo, dużo wcześniej. W Jaskini Šipka znaleziono atrefakty (ślady ogniska, przedmioty z epoki brązu,kawałek żuchwy dziecka neandertalskiego, a także mnóstwo kości zwierzęcych), które świadczą o tym, że ludzie żyli tam już około 40 tysięcy lat temu.

Sztramberk to urocze miasteczko położone na stromych stokach Beskidów. Wygląda jakby skryło się przed światem i otuliło się stokami Wierzchowiny Sztramberskiej.

Stare domki przylepione są wręcz do skał. Uliczki między nimi są bardzo strome, a idąc uliczką „górną” ma się z jednej strony normalnej wielkości domy, a z drugiej strony przeważnie dachy domów stojących przy równoległej uliczce, biegnącej poniżej. 

Cała grupa- Jaskół i ja robimy zdjęcia. 

 Byliśmy tam pod koniec czerwca i domki dosłownie tonęły w zieleni oraz w kwiatach. Klimat nie do opisania. Tam po prostu trzeba latem być i przejść się tymi uliczkami.

Rynek jest trochę pochyły, otoczony barokowymi kamieniczkami. Przy rynku stoi duży barokowy kościół św. Jana Nepomucena, zbudowany w XVII wieku.

Na środku rynku jest stara fontanna z Hygieją, grecką boginią zdrowia.

Na przeciwległej do kościoła pierzei rynku, znajduje się mały browar, gdzie podają piwo piernikowe. W tym browarze jedliśmy kolację, ale nie pamiętam, jakie dania (prawdopodobnie prażony hermelin, prażeny syr), natomiast pamiętam, że Agnieszka, która zna Morawy, opowiadała o morawskim winie i wtedy pierwszy raz dowiedziałam się, że na Morawach wyrabia się świetne wina np. Morawskie zelene, które dosyć często gościło u nas w domu (od tamtej pory). Od tego czasu kupujemy również prażony syr, za którym raczej nie przepadam. Ponieważ w Sztramberku waży się dobre piwo, jest też możliwość skorzystać z kąpieli piwnych w hotelu, także mieszczącym się na rynku.

Charakterystycznym zapachem, który unosi się nad sztramberskim rynkiem jest zapach pieczonego piernika. W miasteczku jest sporo cukierni oraz piekarni, w których wypieka się kultowe „rożki”- cynamonowe sztramberskie uszi.

Gdzieś już pisałam, skąd się wzięła tradycja wypiekania uszi, ale przypomnę, bo historia jest super. Otóż wypieka się je od 1241 roku, kiedy to na miasteczko napadli Tatarzy. Mieszkańcy ukryli się na jednym ze wzgórz, na które przytaszczyli ogromny zbiornik wody, by zatopić obóz tatarski. Ponoć cała operacja udała się. Tatarzy uciekli, a w ich obozie mieszkańcy Sztramberka znaleźli cały worek uszu. Były to uszy niewiernych (chrześcijan) i miały stanowić dowód dla chana tatarskiego, że jego wojska ich zwyciężyły.

Inna wersja historii uszi, mówi, że ich kształt nawiązuje do zamkowej wieży (truby).

Oryginalne uszi robi się z ciasta, które musi być o takiej konsystencji, by je rozwałkować. Podobno niektóre ciastkarnie idą na łatwiznę i pieką uszi jak naleśniki, a potem je zwijają. Jest też stara piekarnia z tradycją pieczenia uszi tak, jak to się od dawna robiło. Tam można zobaczyć cały proces powstawania tych aromatycznych ciastek, bo właściciele piekarni przygotowują je „ na widoku”. Ciasto się wałkuje, potem wycina się z niego okrągłe placuszki jak na pierogi, następnie się te placuszki podpieka i jeszcze ciepłe wkłada do rożków, by nabrały kształtu ucha. Tyle zdołałam się dowiedzieć i zobaczyć. Przepis na ciasto jest tajemnicą, a produkt jest objęty znakiem regionalnym, mogą je wypiekać wyłącznie producenci miejscy.

Piekarnia, w której piecze się uszi tradycyjnie.

 



W starej części Sztramberka zachowały się drewniane domy. Są to zrębowe wołoskie domy, które zbudowano na przełomie XVIII i XIX wieku. O Wołochach, którzy przywędrowali na Morawy pisałam już w paru postach. Domy wołoskie w Sztramberku są zamieszkałe. Stara część miasta, przypomina wołoski skansen.

 Charakterystycznym znakiem rozpoznawczym Sztramberka jest wysoka wieża (truba) którą widać z bardzo daleka. Stoi ona na wzgórzu zamkowym i jest pozostałością po zabudowaniach zamkowych. Zamek zbudowano od koniec XII wieku, ale nic z niego nie pozostało oprócz murów obronnych. Prawdopodobnie był to jeden z zamków, z którego strzeżono szlak handlowy biegnący przez Bramę Morawską. Samo miasteczko zostało założone w połowie XIV wieku i w tym samym czasie nadano mu prawa miejskie. Zamek i miasteczko, zostały zniszczone podczas wojny trzydziestoletniej. Zachowała się jedynie gotycka obronna truba. Ma ona kształt walca i jest 40 metrów wysokości. Oczywiście wyszliśmy na podest widokowy po stromych metalowych, potem drewnianych schodach i na koniec po drabinach. Swój lęk wysokości zadusiłam w zarodku jeszcze na dole, ale chyba nie do końca wyszło mi to duszenie, bo od czasu do czasu wychylał łeb z kieszeni i warczał – zaraz spadniesz, zaraz zlecisz, zaraz się zabijesz... mimo to wyszłam dzielnie na samą górę. I warto było- widoki na okolicę nieziemskie. 

 Już na górze- moja głowa z lewej strony. Fryzura taka bardziej wichrowa.

 Sam widok Sztramberka położonego między wzgórzami zapiera dech.  

A w oddali wzgórza i doliny między nimi dorównuję pięknością miasteczku. Po zejściu z truby, poszliśmy na łąkę obok niej (jesteśmy dalej na wzgórzu) i tam zrobiliśmy sobie mały piknik, a potem zaliczyliśmy starą część miasteczka z domami wołoskimi, obejrzeliśmy jak piecze się uszi, kupiliśmy sobie ich kilka rodzajów (z orzechami, z kokosem itp.) i poszliśmy na kolację ze smażenym syrem oraz morawskim zelenym, tudzież piwem warzonym w browarze sztramberskim. Była jeszcze propozycja, by odbyć leczniczo-relaksacyjną kąpiel w piwie, ale zrobiło się późno, a na drugi dzień wracaliśmy do domów- niektórzy mieli przed sobą trasę około 400 kilometrową.

Nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji turystycznych w Sztraberku, bo nasze zloty polegały głównie na jeździe po interesujących terenach. Na tym zlocie (sobota) zaliczyliśmy jeszcze Pribor i Koprzywnicę.

A wracając do atrakcji w Sztramberku, to można jeszcze zwiedzić: muzeum, Jaskinię Šipka, arboretum, kościół św. Jana Nepomucena z XVIII wieku, miejski browar, zaliczyć kąpiel w piwie (hotel na rynku), ścieżkę edukacyjną- Słoneczny Szlak.

Widoki ze Sztramberka zamieściłam w prezentacji- są na niej nasze zdjęcia oraz zdjęcia z Internetu.


 
Muzyka: Giowani Marradi, "For You" 

zdjęcia- zasoby własne oraz 

https://www.facebook.com/odkryjczechy001/photos/-%C5%A1tramberk-nat%C4%99%C5%BCenie-pi%C4%99kna-odkryj-ba%C5%9Bniowe-miasteczko-kt%C3%B3re-jakby-zatrzyma%C5%82o-cz/1161454012444217/?_rdr 

https://www.beskydyportal.cz/pl/objekt/podgorskie-miasteczko-stramberk# 

https://stock.adobe.com/pl/search?k=stramberk&asset_id=73684749 https://rozmusiaki.pl/stramberk/














To jest przejście- przesmyk do ostatniego rzędu domków  wybudowanych pod stromą skałą,  Na drugiej stronie  ulicy mieliśmy widok na dachy rzędu domków pod nami.




Stroma uliczka, która prowadzi do rynku. Tu jest pokazane zejście- do rynku idzie się w górę