Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

12 sierpnia 2026

Ledwo zdążyłam.

 

No i przeszły te okropne upały. A deszcz? Tylko raz porządnie polało ziemię i znów jest sucho. Co drugi dzień polewam ogród wodą z węża. Trochę pomaga, ale ile można lać tej wody?

Podczas porannego spaceru z Bezą w ogrodzie, słyszę gadulenie wilg, siedzących w koronach brzóz. Czasem samiec gwizdnie, czasem samica zaskrzeczy. Jest połowa sierpnia, niedługo wilgi odlecą. W tym roku udało mi się zrobić tylko parę zdjęć.

 

Nad polami słychać pokrzykiwania myszołowów. Nie widzę ich, bo ta cholerna kukurydza na jednym i drugim polu, ogranicza mi widoczność nawet na niebo. A kukurydza w tym roku jest dorodna, wybujała nad miarę, gęsta, ciemnozielona i wkurzająca mnie na maksa. Będzie sobie tak tkwiła, po obu stronach ogrodu, do listopada. Staram się dostrzegać w jej zieleninie jakieś fajne akcenty. No kwitnie i ma już malutkie kolby, które ozdobione są „wąsami” u góry.


 

Jak byłam dziewczynką, to te wąsy zrywałam i zdobiłam nimi głowy lalek- takie piękne świetliste włosy wtedy miały. Natomiast, na jesień, rwało się kolby z rosnących na polu roślin, ściągało się liście z wierzchołka kolb aż do ich nasady i wiązało całe girlandy, po czym te sznury kukurydziane wieszało się na drutach na stryszku nad oborą, by przeschły przed łuskaniem. Na ogół kolby miały ziarno żółte ale zdarzały się i czerwone oraz lekko fioletowe. Łodygi oraz resztę liści szatkowało się i wrzucało do ocembrowanego zbiornika na kiszonkę. I co? No i deptało się toto, deptało, ugniatało, i znów deptało, aż puściło sok. Tak samo robiliśmy z liśćmi z buraków pastewnych. Wszystkie w tym zbiorniku lądowały po czym znów naszym- dzieci- zadaniem było je jak najbardziej udeptać. A zimą ojciec wyciągał widłami z tego zbiornika paskudnie cuchnącą kiszonkę, którą krowy oraz świnie wcinały z apetytem. I wszystko byłoby super, bo w sumie praca niezbyt męcząca (oprócz tego udeptywania), gdyby nie odbywała się w warunkach późnojesiennych, kiedy podczas wiązania liści palce grabiały od zimna i wszystko trwało czasem po dwie trzy godziny. Obrywanie kolb z łodyg też nie było przyjemne, bo trzeba było przedzierać się między tymi łodygami a kolby ładować do kosza, stawianego na ziemi, który potem, ciężki, niosło się na skraj pola, by wysypać kolby na pryzmę lub na przyczepę.

No i wyszedł mi cały elaborat o kukurydzy. Wcale niezamierzony, ale takie fajne (?) wspomnienie się opisało przy okazji narzekania na zasłaniającą świat kukurydzianą ścianę.

Pszenica na polu za drogą została zżęta. Zdążyli przed ulewą, która była potem.


 


 

Urzekają mnie współczesne nowoczesne maszyny rolnicze. Zrobią na polu wszystko od a do z- zetną, wymłócą, zszatkują słomę, ziarno władują do worów. Kombajny kukurydziane robią to samo z kukurydzą (i kombajny dedykowane zrobią to samo z burakami, ziemniakami, rzepakiem)- ta tak w nawiązaniu do zbierania kiedyś kolb jeszcze na polu i dalszego ciągu prac przy kukurydzy.

Na grządkach Młodych, jak co roku, urodzaj ogórków i fasolki szparagowej. Młoda przyniosła mi kilka misek tych dobroci. Najpierw zrobiłam trzy słoje małosolnych, teraz zrobiłam duży słój i chyba to już koniec. 

Słoiki ogórków z obrazem w tle. Obraz malował jeden ze studentów mojej matki- prowadziła seminaria magisterskie na kierunku plastycznym UŚ. Kolorytu "martwej naturze" dodają płyny do dezynfekcji, które postawiłam podczas pandemii i od tego czasu pozostał mi nawyk dezynfekowania rąk po każdym kontakcie z pieniędzmi.  Kontakt mam częsty, bo przecież mamy sklep.
 

Zrobiłam sałatkę do słoików. Najprostszą z prostych. Pierwszą partię zrobiłam trzymając się ściśle przepisu, dałam wszystkiego po 1/4 z całości. Wyszła za słodka.


 Pierwsza partia słoików. 

 

Drugą partię zrobiłam z połowy składników, podanych w przepisie i nie trzymałam się go ściśle przy doprawianiu. Sałatka wyszła lepsza od pierwszej partii, ale octowa. Ostatnia partię zrobiłam, po prostu, doprawiając na bieżąco, kiedy się „przegryzała”. 

 


Fajne słowo- przegryzała. Do tej partii dałam mniej octu, mnie cukru, (przecier pomidorowy jest słodki, więc po co tak dużo cukru dawać, jak jest w przepisie), więcej pieprzu i papryki oraz więcej oleju. I dopiero ta sałatka tak smakuje, jak lubię- ani za słodka, ani zbyt kwaśna i w dodatku olej też zrobił swoje.

W sumie zrobiłam 14 słoików półlitrowych sałatki ogórkowo-fasolkowej.

 Przepis: 

Zimowa sałatka z ogórków i fasolki szparagowej

Składniki (wyjdzie około 7-8 litrów):

  • 2 kg fasolki szparagowej

  • 2 kg ogórków

  • 0,5 kg cebuli białej

  • 0,5 kg marchwi

  • pół szklanki oleju

  • 1 szklanka octu 10%

  • 500 ml koncentratu pomidorowego 

  • 3 łyżki soli

  • 1,5 szklanki cukru

  • pół łyżeczki pieprzu

  • łyżka słodkiej czerwonej papryki w proszku

Wykonanie:

Fasolkę obrać, umyć i gotować w posolonej wodzie przez 20 minut (musi być miękka ale sprężysta). Ja na tą ilość fasolki do 4 litrowego garnka daje łyżkę soli. Odcedzić, pozwolić jej przestygnąć i pokroić na kawałki o długości 3-4 cm.

Ogórki obrać i poszatkować na cienkie plasterki. Jeżeli ogórki są malutkie, to można zostawić je ze skórką. Marchew obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Cebulę obrać i posiekać w cienkie plasterki.


Wszystkie składniki umieścić w dużym naczyniu – do warzyw dodać cukier, ocet itd. Połączyć ze sobą i zostawić na 1-2 godziny do przegryzienia. Co jakiś czas można przemieszać.

Tak przygotowaną sałatkę nakładać do słoiczków, wlewając także trochę sosu. Zakręcać i pasteryzować przez 10 minut we wrzącej wodzie. Wystawić i chłodne zanieść do spiżarni ?

Ale jak napisałam- ja się nie pieszczę z przepisami- zazwyczaj zmniejszam proporcje, a potem doprawiam zalecanymi przyprawami,  według mojego smaku.  Poza tym, taka sałatka może być bazą, do której można dodawać dowolne składniki np. czerwoną paprykę, koperek, żurawinę, rodzynki, prażone pestki słonecznika itp.

Ja tam się do robienia przetworów nie palę i jak nie muszę, to nie robię. Już nie te czasy, kiedy przetwory robiło się, bo rodzina duża, bo taniej, bo z własnego ogrodu. Dla dwóch osób naprawdę nie warto się babrać, ale nie lubię, jak się żywność marnuje, dlatego teraz przetwarzam ogórki i fasolkę. Część fasolki zamroziłam. Zamroziłam też przetarte ogórki małosolne, które zrobiły się „mocno solne”, czyli kiszone.

Rzutem na taśmę sfotografowałam zaćmienie Słońca. Kompletnie o nim zapomniałam a w dodatku sądziłam, że u nas nie będzie tak spektakularne jak na zachodzie Europy. Gdyby nie Młoda, która ze zdziwieniem zapytała: Nie oglądasz zaćmienia?- przeleciałoby mi koło nosa. Zdjęcie zrobione na końcu naszej uliczki, która opada łagodnie w dół, dlatego Słońce jeszcze mogłam złapać nisko nad horyzontem.

 


Układu planet nie zobaczyłam- było zbyt jasno. Taki układ- planety w jednym rzędzie- widziałam kilka lat temu na nocnym niebie. Chyba nawet zdjęcia na blogu zamieściłam. 

Trwają mistrzostwa Europy w LA oraz turniej tenisowy, w którym Iga nareszcie pokazuje na co ją stać. Prawdziwy maraton sportowy zaliczamy.

Dzisiaj spróbuję zobaczyć spadające gwiazdy.  Na razie niebo jest bezchmurne. 
 

 

03 sierpnia 2026

Kopiec termitów też może być piękny.

 



„Patrząc na zaprojektowane przez niego budynki, czujemy się, jakbyśmy wpadli do baśni, w której mieszają się światy i kultury. Architektura tworzona przez Gaudíego sprawia, że zaciera się granica między wyobraźnią a rzeczywistością zdominowaną przez porządek, ostre kąty i proste linie.

Ákos Moravánszky, szwajcarsko- węgierski architekt i historyk, w króciutkiej biografii Gaudíego stwierdził, że „początkowo projektowane przez niego obiekty traktowano jako bezładne i irracjonalne wymysły zwariowanego artysty żyjącego w świecie snu i halucynacji”. Zabrzmiało jak krytyka, ale przypomina nieco komplement, czyż nie?”

Gaudi, to mój ulubiony architekt, artysta, twórca niesamowitych budowli.

Pewnie nie tylko mnie zachwyca, dlatego myślę, że warto szerzej poznać jego „twórczość”.

Ten post jest pierwszym z kilku o nim, bo mam zamiar przedstawić główne jego projekty, a omówienie ich wymaga więcej miejsca niż w jednym poście.

W zasadzie, powinnam na początku przedstawić życiorys Gaudiego, ale raczej skupię się na jego dorobku, a zamiast nudnych wywodów typu „urodził się...” polecam książkę.


 

I kto by się spodziewał po „marnym studencie” takich sławnych dzieł architektury. Egzamin na studia zaliczył z najniższą notą i ale udało mu się uzyskać dyplom ukończenia uczelni.

„Już w trakcie studiów pierwsze szkice Gaudíego musiały budzić zdziwienie. Zaprojektowana w ramach egzaminu aula uniwersytecka zdradzała skłonność przyszłego architekta do mieszania stylów, a także mnogości dekoracji i detali.

 


 W projekcie uwagę przyciąga centralna część budowli o kopułowatym kształcie, zwieńczona daszkiem osadzonym na kolumnach, jakby wyjętych ze świata starożytnej Grecji. Może to właśnie wymykanie się utartym schematom powodowało, że Gaudí podczas pobytu na uniwersytecie otrzymywał najniższe noty za swoje prace. Już na tym wczesnym etapie sposób myślenia artysty i przekładania na papier pomysłów rodzących się w jego wyobraźni zdradzał, że w przyszłości wyprzedzi swoją epokę.”

Studiując dorabiał sobie jako pomocnik w pracowniach architektonicznych i poznawał tajniki architektury od tej prozaicznej, praktycznej strony.

Jako człowiek dojrzały prowadził ascetyczny tryb życia, stronił od ludzi, nigdy się też nie ożenił. Całe życie poświęcił architekturze- ona wypełniała mu każdy dzień, zajmowała wszystkie myśli.



„Po nauce na uniwersytecie nie podążał szlakami wytyczonymi przez innych architektów, niemniej wiedza zdobyta podczas studiów, szeroka znajomość literatury i nurtów w sztuce stały się dla niego źródłem inspiracji. W jego projektach dostrzegamy wpływy gotyku, secesji, hiszpańskich tradycji ceramicznych, a nawet budownictwa orientalnego.

Najistotniejszą inspiracją była dla niego natura – wraz ze swoimi materiałami, nieregularnościami, falującymi liniami, zaskakującymi formami i bogactwem kolorów. Elementy przyrody można już dostrzec w zaprojektowanym dla niego samego biurku, które wyróżniają duże boczne nadstawki i wykończenia w postaci motywów zwierzęcych i roślinnych.”

I w tym momencie odsuniemy czas, w którym zaczynał wdrażać w życie swoje pierwsze projekty, a skupimy się na jego największym dziele jakim jest bazylika Sagrada Familia w Barcelonie.

Świątynia ta była jego największym osiągnięciem.

„Historia budowy tego kościoła rozpoczęła się w 1882 roku; zlecenie na jej projekt otrzymał wówczas architekt diecezjalny Francisco de Paula del Villar y Lozano, który jednak postanowił odstąpić to zamówienie Gaudíemu. Architekt nie przewidywał, że prace nad świątynią będą nie tylko towarzyszyć mu przez resztę życia, ale trwać jeszcze przez dekady po jego śmierci. Ponad 140 lat później od rozpoczęcia budowy Sagrada Família wciąż nie jest ukończona.”

Kościół zaplanowano jako pokutny, więc miał być budowany z datków. Z tego powodu prace się opóźniały. Bywało, ze Gaudi chodził od domu do domu, zbierając pieniądze na dalszą budowę.

Niżej, na zdjęciu kościół stoi w polu, obecnie jest otoczony miastem. 


„Na mozolny proces budowy Sagrada Família wpływa również sam koncept Gaudíego. Jego projekt zakłada skomplikowane konstrukcje i liczne zdobienia, które mają sprawiać wrażenie ukształtowanych przez siły natury, wymagają więc niezwykłego kunsztu rzeźbiarskiego. Gaudí zdawał sobie sprawę, że jego monumentalna wizja architektoniczna wywrze wpływ na budownictwo w przyszłości. Gdy pytano go, czy Sagrada Família jest jedną z wielkich katedr, odpowiadał: „Nie, to pierwsza z serii zupełnie nowych”

Gaudi temu projektowi poświęcił kilkanaście lat życia. Nie zrażał się nawet wtedy, kiedy spotykał się z negatywnymi opiniami na temat świątyni oraz jego pracy.

Po śmierci pochowano go w krypcie niedokończonej bazyliki.

„„Technologie zrewolucjonizowały nasze procesy operacyjne, w wielu przypadkach realizując pomysły przewidziane bądź rozpoczęte przez Gaudíego” - podkreśla Puig. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech jego techniki jest geometria wnętrza nawiązująca do kształtów występujących w naturze. Efekt ten stworzony został z prostych linii, które zostały umieszczone w taki sposób, że sprawiają wrażenie falowanych kolumn i murów. „Do tworzenia tak wyszukanych projektów geometrycznych Gaudíemu nie wystarczały plany dwuwymiarowe, musiał pracować w trójwymiarze, wykorzystując do tego fizyczne makiety stworzone z gipsu”. Obecnie modelowanie cyfrowe za pomocą programów CAD i BIM ułatwia projektowanie i etap wykonawczy.

Gaudí rozpoczął budowę Sagrady Familii od krypty oraz muru apsydy, stosując przy tym tradycyjne metody architektoniczne, czyli małe kamienie ręcznie dopasowywane przez kamieniarzy. Jednakże na ostatnim etapie swojego życia, który był poświęcony budowie fasady „Narodzenia”, architekt wprowadził nowatorskie, jak na tamte czasy, materiały, takie jak beton w górnych częściach budowy i wykorzystał elementy prefabrykowane. „Obecnie stosujemy tę samą logikę, prefabrykując możliwie największą liczbę części, aby ułatwić pracę na wysokościach” - potwierdza asystent architekta. Bazylika, w momencie zakończenia budowy, będzie o 11 m wyższa od 161-metrowego kościoła w Ulm w Niemczech, który jest obecnie rekordzistą wysokości.

Jak przebiegała cała budowa, jej etapy, jakie materiały wykorzystywano, kto brał udział w „zdobieniu”, można przeczytać w artykule „Logistyka kryjąca się za budową Sagrady Familia w Barcelonie” – adres dałam w przypisach. Warto przeczytać, bo opisane są w nim niesamowite rzeczy, dotyczące budowania katedry. Artykuł jest z tego roku, więc informacje dotyczą aktualnego stanu.

Od początku budowy, przez 140 lat obiekt łączy funkcje religijną z turystyczną z działalnością budowlaną. Równocześnie prowadzi się prace renowacyjne oraz konserwatorskie. I to również wymaga nie lada logistyki.

Jestem przekonana, że większość, patrząc na katedrę (głównie z zewnątrz), od razu stwierdziłaby- mnie się nie podoba, to taki kicz. Pomijając kwestię gustu, takie bezpardonowe, bezrefleksyjne podejście, zawsze skłania mnie nie tylko do zastanowienia się na tymi słowami, ale również do zastanowienia się nad tym, co ma w głowie człowiek tak beztrosko podchodzący do sztuki. A jeszcze bardziej zastanawia mnie taki człowiek, który upiera się i nadal twierdzi- no, nie podoba mi się, mam do tego prawo. Owszem, masz i może ci się nie podobać, ale oprócz tego pierwszego odbioru, należałoby się jednak zastanowić nad tym, kim był twórca danego dzieła, jakie idee mu przyświecały, a przede wszystkim, ile trudu włożył w pracę nad swoim dziełem. I nawet, jak to dzieło do nas „nie przemawia”, to chyba należy docenić wysiłek twórczy jego autora.

Nie wiem, czy Sagrada Familia mi się podoba? No, po prostu nie wiem. Na pewno nie traktuję jej jako całości oceniając: „podoba mi się- nie podoba”. Ona jest tak różnorodna, że trudno to wszystko ogarnąć. Jedne elementy są dla mnie nie do przyjęcia np. te „kwiatki' na iglicach w kolorach lizaków cukrowych. Z kolei płaskorzeźby, zielone drzwi z płaskorzeźbami fauny i flory, witraże i gotycka strzelistość kolumn, gra światła, zachwycają mnie aż do wstrzymania oddechu. Na pewno mój odbiór byłby bogatszy, a ocena bardziej zdecydowana, gdybym zobaczyła budowlę, z jej wszystkimi elementami, „na żywo”. Nie dane mi było i pewnie już nie zobaczę jej tam na miejscu. Nie, nie jest mi jakoś specjalnie żal.

Sagrada Familia to dla mnie wyraz potęgi ludzkiego umysłu. Gaudi to geniusz, to wizjoner, to człowiek wyprzedzający artystycznie, architektonicznie swoją epokę. Jego pomysły są tak oryginalne, niebanalne, odstające od tego, co przeciętne, że nie można tak sobie ocenić jego dzieł na zasadzie „podoba mi się- nie podoba”, bez uwzględnienia ogromu pracy i trudu włożonego, w swe dzieła, przez Gaudiego.

One zachwycają mnie także z innego względu- odniesienia się w architekturze do przyrody. No bo, dlaczego by nie zamieścić płaskorzeźb jaszczurek, chrząszczy, motyli, kwiatków, chwastów pod rzeźbami np. pastuszków składających dary? Gdzieś jest płaskorzeźba- głowa byka, gdzie indziej „siedzi zając”, jeszcze gdzie indziej płaskorzeźby ptaków w locie. Czy zawsze to muszą być elementy geometryczne, jakieś kwadraty, koła, kratki? A te piękne drzwi w kolorze zieleni, niebieskości? Czyż nie piękne w swoim „listowiu, zwierzątkach i kwiatach”? A sklepienie katedry? Tak pięknego sklepienia- słoneczniki- chyba nigdzie nie ma na świecie.

Sama budowla, w całej okazałości jest niesamowita- „kopiec termitów” jako obiekt sakralny przełamuje wszystkie dotychczasowe wizje jak ma wyglądać kościół, katedra, bazylika.

I tak, ta niezwykłość architektoniczna,to podejście „przyrodnicze”, ten kunszt w detalach, to do mnie najbardziej przemawia w twórczości Gaudiego. I na plan dalszy schodzi, u mnie, „podoba się- nie podoba się”.

Zrobiłam prezentację i , jak zwykle, polecam jej oglądanie na całym ekranie.





https://niezlasztuka.net/o-sztuce/antoni-gaudi-i-jego-basniowa-architektura/

https://www.mecalux.pl/artykuly-logistyczne/sagrada-familia-barcelona-logistyka

Zdjęcia z Internetu.




26 lipca 2026

Co tu wypić w taki upał? A poza tym... ekologia? No nie, ja wysiadam.

 


We wtorek zamontowali (4 godziny), wczoraj uruchomili, dom nagrzany po kokardy. W sam raz trafiło w te zimniejsze dni, kiedy rano było tylko 15 stopni- a lipiec miał być według prognoz (jeszcze majowych) taaaaaki gorący, fakt, że skończyło się u nas na dwóch ulewach, podczas gdy wokół szalały burze i grad leciał. Ale wczoraj było już gorzej, bo na polu słonecznie, a w domu 24 na blacie. Piec musiał się sam wygasić po spaleniu całego groszku- niepotrzebnie wrzucili dwa wory-trochę to trwało.

Jest wielki jak smok. Jeszcze na parkingu odkręcili wszystkie elementy, które się dało, a i tak sam korpus waży 300 kilo. I ten korpus w ciągu 15 minut wnieśli do piwnicy wąskim zejściem, po paskudnych schodach, z zakrętem 90 stopni, by wejść w drzwi. Ułamali 1 centymetr deski kompozytowej (nie widać) i nadłupali trochę posadzki przy drzwiach do piwnicy- widać, ale i tak musimy posadzkę uzupełnić cementem. Podczas montażu nie poleciała ani jedna „panienka”, panowie mówili do siebie cicho, nie krzyczeli, nie było rubasznych żartów, puścili radio, ale grało cicho.... panowie tak w okolicach 40. Pełna kultura. Montaż bez awarii, bez nerwów, bez biegania i kombinowania. Każdy wiedział, co miał robić. No szacun dla tych panów.

A przy uruchamianiu dokładne wyjaśnienie jak, gdzie, kiedy oraz co „naciskać” ( na panelu), kontrolować, na co uważać, co przypilnować- piec dosyć prosty w obsłudze, ale elektronika lubi płatać figle. Na odchodnym podali numery swoich telefonów, by w razie czego dzwonić, są do dyspozycji. Teraz trzeba zamówić ekogroszek. Ponoć z Kazachstanu najlepszy, ale z podanych polskich kopalni również. Ma być kaloryczny, dawać mało popiołu oraz ma być suchy. No i w miarę tani. I pomyśleć, że np. w Kazachstanie kopie się węgiel bez ograniczeń, podczas gdy u nas zamyka się kopalnie. I może pogodziłabym się z taką polityką, gdyby ludzie nie zostali na lodzie w wyborze sposobu ogrzewania domu. Ma być ekologiczne ogrzewanie, bo TAK! W innych dziedzinach też są przegięcia „ekologiczne”.

Mnie nie wolno wyciąć marnego żywotnika we własnym ogrodzie, podczas gdy wycina się całe aleje starodrzewu i połacie lasów.

Dzisiaj dowiedziałam się, że jeżeli nie wrzucam resztek do kubła, to muszę mieć kompostownik. Owszem, my mamy duże plastikowe kompostowniki, ale wydawało mi się, że popularny kompostownik, to pryzma chwastów przemieszana z resztkami żywności, leżąca na ziemi. No nie.... no NIE, kompostownik dopiero wtedy jest „ważny” i zwalnia z opłat, a raczej mogą ci odjąć od całości opłaty za śmieci złotówkę (przepis krajowy, nie lokalny), kiedy kompostownik ma co najmniej dwie ścianki- ano tak, właśnie TAK- po prostu musi być ograniczony ściankami lub siatką. Formę dyktują urzędy gminne, czyli przepisy lokalne. Jak nie masz takiego kompostownika, nie odliczą ci złotówki od kwoty za śmieci. W sumie zbytek łaski urzędniczej, a zabawy w budowanie kompostownika wiele.

A ja się pytam, czym różni się sama pryzma leżąca na ziemi od tej ogrodzonej (oprócz ogrodzenia)- wszak i tak te odpadki oraz chwasty mieszają się niezależnie od tego, czy są obudowane ściankami, czy nie.

Następny absurd- grill możesz sobie w ogródku odpalić i smrodzić nim, ile wlezie (fuj te wszystkie rozpałki i brykieciki- śmierdzi gorzej niż wydech ze starego Ursusa), ale drewna na ognisku już palić ci nie wolno, jeżeli nie przestrzegasz bezpiecznych odległości i innych ppoż. Bo tak- ogień z ogniska groźny, ale jak się grill wywróci, to ogień z niego nie jest groźny (zwłaszcza jak węgielki spadną na poduchy na fotelu lub ratanową kanapę).

Szamba bezodpływowe (często stare)- nakaz posiadania oraz wypróżniania co kwartał. Ludzie zużywają więcej wody, niż z tych szamb się wybiera ścieków- nadmiar idzie potajemnie, ukrytymi rurami, w glebę. Gdyby rozliczano na zasadzie, ile zużyjesz wody, tyle płacisz za ścieki, to od razu czystsze byłyby wody gruntowe i stawy oraz rzeczki.

Pompy ciepła- ekologiczne, ale zżerają tyle prądu, że ekologia wysiada- z czegoś ten prąd produkują- w Polsce z węgla.

Jednak chyba najbardziej upokarzające są kontrole UG i straszenie karami- nie mieliśmy, ale są takie. Urzędas nachodzi ludzi w domu i sprawdza czy twoja deklaracja jest zgodna ze stanem faktycznym. Zakładając, że większość ludzi jest jednak uczciwa, to taka kontrola jest wkurzająca, nawet, kiedy wiemy, że mamy wszystko w porządku..

I tak po kolei, stosuje się w Polsce ograniczenia oraz narzuca różne rzeczy ze względu na ekologię, a reszta świata ma to w nosie- tony śmieci, dym z kominów wali w niebo, ścieki wprost do rzek....

Szczerze? Ja to też zaczynam mieć w nosie- jedna Jaskółka świata nie zbawi, a reszta ptasząt jakoś nie kwapi się, by żyć ekologicznie.

Oczyszczalnia ścieków, kompostowniki, segregacja śmieci, wysokie koszenie trawników, mnóstwo zieleniny nasadzonej wokół domu, minimum „betonu” na ziemi, łapanie deszczówki... piec CO jest ostatnim z elementów mojego wkładu w ekologię. W więcej „ekologii” nie mam zamiaru się bawić.

Dzisiaj byliśmy z Bezą u wujka weta. Cisza, pusto, sielanka. Przycięto pazurki, podgolono sierść między opuszkami w łapkach, wyciągnięto mikroskopijnego kleszcza spomiędzy opuszek lewej przedniej łapki (coś podobnego- kleszcz w tym miejscu, do głowy by mi nie przyszło tam szukać kleszcza), wygłaskano... full wypas serwis. Więcej nie planowaliśmy, Beza się „unormowała”.

 

Ogród, teraz floksy.

 

Odradzają się powoli ich kępy, bo był czas, kiedy się „traciły” z grządek. Zapach floksów trochę mnie drażni- zbyt słodki, ale kojarzy mi się ze słonecznym letnim dniem. 

Floksy lubią się kolorami mieszać. Z takiej mieszanki miałam jeszcze biały z fioletowym środkiem i jasnoróżowy z fioletowym środkiem. Ślimole je zeżarły w zeszłym roku. 
 

Niezawodny dziurawiec- tnę jesienią do ziemi, a latem jest taki piękny krzew, kwitnący na trawniku. Pod płotem, koło kompostowników rośnie i kwitnie drugi.


Kwitnie fioletowa latria. Na grządkach są dwie kępy. Była również biała, wygniła chyba.


 

 Dla tych, co lubią sobie drinknąć letnią upalną porą.


 

18 lipca 2026

A może borówki do sera?


 

Naleśniki z serem na letnie upały to jest to. A do sera na słodko, którym nadziewam naleśniki, dodałam gniecione borówki amerykańskie. Wyszło razem z naleśnikami super- nie za słodkie, lekko kwaskowate. Aha, no i naleśniki moje to nie są takie typowe cieniutkie placki, tylko ja robię naleśniki z gęstego ciasta, które wylewam na patelnię z dużą ilością oleju (warstwa tak około 1 cm)- wychodzi naleśnik grubszy, z postrzępionymi, chrupiącymi brzegami

I tak sobie myślę, że ser na słodko razem z borówkami amerykańskimi jest także świetnym deserem.

Ser robię tak- oczywiście, jak zawsze wszystko „na oko”

  • jeden klinek sera (25 dag, wszystko jedno o jakiej zawartości tłuszczu)

  • 1 żółtko

  • duża łyżka cukru (można dać więcej, ale ja chcę jak najmniej słodkie)

  • cukier wanilinowy do smaku

  • gniecione borówki- ilość według uznania

Wszystko razem wymieszać i można stosować do czego się tam tylko chce.

Mam zamiar zrobić takie nadzienie do kopert z ciasta francuskiego.

Robię porządki z dziką różą w ogrodzie. Tnę bez litości, strasznie wszędzie się rozpleniła, a przyrosty ma ponad metrowe i bardzo szybko rośnie.Dwa ogromne krzaczory poszły na kompost. Zrobiło się od razu jaśniej i ziemia się suszy.

Wczoraj, do południa wilgi robiły raban. Siedziały dwie samice na wierzchołkach brzóz i przekrzykiwały się, skrzecząc bardzo głośno. Wprawdzie samiec próbował przebić się przez ten skrzek swoim melodyjnym pogwizdywaniem, ale zapomnij, nie dał rady. A wieczorem lunęło. Burze, na szczęście, przeszły bokiem. Niesamowite, jak wilgi przeczuwają deszcz. Znacznie lepiej niż rzegotki, choć te się też wydzierały.

Montowanie pieca CO przeniesiono na ten tydzień, co będzie (chyba). Niemniej już posprzątaliśmy i przygotowaliśmy piwnicę pod montaż. Przy okazji prawie zalaliśmy drugą piwnicę, bo sprawdzając do czego służy jeden z zaworów, odkręciliśmy go no i usłyszeliśmy jak w piwnicy obok chlusnęło wodą. Co się okazało? Mój brat, melepeta jedna, kiedy zmieniał instalację wodną, odciął rurkę od bojlera przy piecu CO, ale jej nie zaślepił. Zostawił po prostu otwartą rurkę. Odkręciliśmy zawór przy bojlerze, a woda poszła tamtędy wprost na podłogę. Można się wściec. My pilnujemy, żeby piwnicę osuszać, a tu lekki potop. Na szczęście szybko podstawiliśmy wiadro i większych szkód nie ma.

 

Zaczytałam się w serii kryminałów Camilli Lackberg. Lubię takie łączenie fabuły obyczajowej z kryminałem.

Kupiliśmy serię o pracy służb specjalnych, oczywiście zbeletryzowaną. Muszę poczekać, bo teraz Jaskół czyta pierwszą, z pięciu, część. 

A może coś lżejszego? Na przykład te. 


Przeczytam, ale potem żadnych filmów, wolę pozostać przy wersjach książkowych. Cenię swoją wyobraźnię i nie lubię, gdy potem następuje rozczarowanie wizją reżyserską.

Juki.

Też nie kwitły tak obficie, jak w minionych latach.


 

Juka na zdjęciu poniżej, została posadzona dwa lata temu. W tym roku zakwitła pierwszy raz. Juki też dobrze czują się w naszym ogrodzie. Rozsadzone, przyjmują się bez problemu, potem tworzą duże kępy, no i nie lubią ich ślimaki.


 Budleja kompaktowa- kwitnie obficie od połowy lipca do końca sierpnia.

I jeszcze drapol na słupie.


 


14 lipca 2026

Ptak ptakowi wrogiem.

 

W lasku, pod jodłami, spora kupka piór i pierza. Z dużego ptaka została. Nie mam pojęcia, co zeżarło ptaka i co zostało pożarte. Może zjedzona została uszatka, może krogulec, a może wręcz jastrząb. Może żarłokiem okazał się właśnie jastrząb- nie, chyba nie, to się stało w nocy, a jastrzębie w nocy nie polują (ale mógł zapolować o brzasku). Prawdopodobnie myśliwym była kuna. A z drugiej strony, mogła to być inna sowa. Między gatunkami sów wcale nie ma miłości. Sowy uszatki padają ofiarą puchacza, puszczyka- a puszczyki przecież rezydują w pobliskich zagajnikach. W głowie mi się nie mieści, by sowa zeżarła drugą sowę. No cóż. Na razie mogę się tylko domyślać, co było myśliwym, a co jego ofiarą. Nadal popiskują młode uszatki. Aż strach pomyśleć, że ofiarą mogło być któreś z rodziców. A z drugiej strony, te młode są z wiosennego lęgu, czyli powinny już się powoli usamodzielniać. Brakuje im może tygodnia, a może dwóch, by samodzielnie zaczęły polować. Natura zmusi ich do wcześniejszego stania się dorosłym ptaszorem. Bywa.

W zeszłym roku o tej porze młode uszatki były takie. Ta siedziała na krzaku bzu.


 

Jakieś niemrawe to lato. Więcej teraz siedzę w domu i na tarasie, niż w ogrodzie. Nie chce mi się w nim pracować. W sumie to tej pracy jest coraz mniej. No może przecinanie znowu się szykuje i to duże, ale  z tym się nie spieszy. I pocieszające jest, że rudych ślimoli, bez skorupy, jest mało w tym roku. Natomiast namnożyło się tych małych z kolorową skorupą na grzbiecie. Są mniej żarłoczne i jakby „przyjemniej” usuwa się je z roślin.

Pojawiły się, w ogrodzie, żaby łąkowe i jest więcej rzegotek zielonych.

A ogród zamilkł- nie śpiewa żaden ptak oprócz zięb i „gruchotów” gołębi. Tak milczącego ogrodu, o tej porze roku, nie znam. Nigdy takiego nie było, zawsze coś się odzywało. A teraz nawet wilgi są rzadkością. Częściej słychać skrzek srok- może to jest przyczyną milczenia innych ptaków.

Ale często pojawia się on- dzięcioł zielony, a jego szatański chichot niesie się po ogrodzie. Zdjęcia robiłam przez szybę, trzymając w lewej ręce telefon- rozmawiałam z Jaskółem- w prawej aparat. Całkiem nieźle wyszły.

 




Po dwudniowych ulewach, ziemia jest mokra, ale bez przesady. Rośliny odżyły, znów nabrały masy.

Moja ulubiona wiązówka różowa (jest  też biała, dziko rosnąca nad ciekami wodnymi). W ogrodzie rośnie kilka kęp i mam zamiar jeszcze ją rozsadzić, bo to taka niekłopotliwa, bardzo dekoracyjna, zapchajdziura. A najważniejsze, że ślimole w niej nie gustują.


 

Mój hit ogrodowy- trytomia. Nie spodziewałam się, że tak pięknie, obficie zakwitnie. W zeszłym roku puściła liście gęsto tak, że nie potrafiłam wydostać spomiędzy nich ślimaków, które uwielbiają jej pączki kwiatowe. Jesienią zaryzykowałam i ścięłam wszystko do ziemi, a potem okryłam włókniną. Wiosną długo nie puszczała liści i już się z nią żegnałam, gdy w ciągu kilku dni wystrzeliła w górę. Ślimole też ją w tym roku oszczędziły, bo ich po prostu nie ma. No i zakwitła pięknie.


 

I jeszcze niska oraz wysoka- pysznogłówki.




W Internecie ciągle pokazują się reklamy sklepów ogrodniczych, które kusza pięknymi zdjęciami różnych roślin (nie dajcie się zwieść, te sprzedawane rośliny nigdy nie będą takie piękne, jak te na zdjęciach reklamowych, stworzonych przez AI).

A tu jest „oszustwo sklepowe”. To sklep, w którym kupuję rośliny od lat i zawsze byłam zadowolona. W zeszłym roku zmówiłam hortensję, która miała być taka.

A otrzymałam taką.

Ta nowa jest śliczna, jednak wolałabym taką, którą już mam. Nowa tworzy kwiatowe kule, które wymagają podpórek, bo się pod ciężarem kładą. Nie chciałam kombinować z podporami. Może nie wyrośnie wielka i kwiaty się jakoś w pionie utrzymają. Docelowo ma mieć 1,20 m.

 Na zdjęciu biała, rosnąca przy dużym tarasie, ma z czterech stron ażurowe ścianki, które tworzą ograniczenia dla kwiatów i są podpórkami dla nich.

Jednak, zanim wpadłam na taki sposób podpierania (4 niskie pergole, pospinane zipami, tworzą klatkę na hortensję), przez dwa lata próbowałam różnych podpórek. Wszystkie były do bani.

 

Ta stara, która była wzorem do zakupu takiej samej, tworzy baldachy i pięknie trzyma kwiaty na sztywno.

W tym samym sklepie kupiłam jeszcze dwie hortensje o kwiatach w baldachach, ale one są małe i nawet pąków kwiatowych nie wypuściły w tym roku. Zobaczymy, jakie kwiaty będą miały.

Walczę ze sobą, obiecałam sobie, że już żadnej rośliny nie będę kupowała, że nadal będę ograniczała miejsca do plewienia. 

Obok mniejszego tarasu.


Powoli- a jednak to tempo nie jest zadowalające- kończę tkanie wiosennego gobelinu. Jeszcze tylko zarobienie i utkanie nowego sposobu zawieszenia gobelinu na drążku. Muszę sama wykombinować, jak to zrobić. Widziałam tylko zdjęcie, ale sposobu wykonania już nie ma.