„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwiaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwiaty. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 sierpnia 2025

O budlejach i nie tylko.

 

Letnie upały raczej już za nami. Te sierpniowe były jednak inne od poprzednich. Dni są krótsze, słońce krócej nagrzewa taras i powietrze. Noce są chłodniejsze, a rano jest obfita rosa na roślinach. W domu mamy opuszczone rolety na oknach i zasunięte zasłony przy drzwiach balkonowych, drzwi wejściowe przymknięte, bo tam też słońce sień nagrzewa. Gorąco ma solidną zaporę. W domu chłód. Wczoraj podlałam wodą z węża cały ogród kwiatowy. Jest bardzo sucho. Deszcz ma spaść dopiero w ostatni dzień sierpnia.

Generalnie te sierpniowe upalne dni łatwiej mi było znieść, niż te poprzednie. A na samą myśl, że już takich nie będzie, robi mi się smutno. Mimo wszystko lato jest latem- według mnie, zbyt krótko trwa nawet tutaj na południu. A potem już grubsze ciuchy, wilgoć, palenie w piecu i coraz krótsze dni.

Od tygodnia nie słychać wilg. One odlatują w połowie sierpnia, a tu już tydzień przed nią zrobiło się cicho. Ciągle się łudzę, że może te upały spowodowały, iż wilgi przeniosły się do chłodniejszych lasów i jeszcze przylecą, niemniej chyba się tylko łudzę. Wilgi, potem bociany, szpaki, jaskółki, żurawie, a na koniec gęsi- odlecą i zrobi się późna jesień.  

Ostatnie poranne koncerty wilg. Stałam pod brzozami i prawie nie oddychałam z zachwytu.


 

 Żniwa w tym roku bardzo późne. Jeszcze słychać kombajny na polach, a w niektórych gminach już po dożynkach.

Kombajn na polu za drogą- ależ przeciągnął gospodarz czas koszenia. jeszcze trochę i ziarno zaczęłoby się wysypywać z kłosów.  

Pracujący kombajn- bardzo nowoczesny, bardzo zabudowany, opływowy.

I złote rżysko.
Zdjęcia robiłam o 6,30 rano, kiedy była obfita rosa.


Klamerka wśród liści ogórków, w porannym słońcu, też ładna.

Pierwsze muchomory na dolnej miedzy. Innych grzybów, na razie, nie ma, Jest zbyt sucho.
Resztka trytomii, a obok trawa w porannym słońcu. Lubie robić takie podświetlane zdjęcia. Są bajkowe.

 

Czytałam niedawno, że budleja to krzew inwazyjny i w niektórych krajach jej uprawa jest zakazana.W Polsce można jeszcze ją uprawiać, a niektóre sklepy ogrodnicze oferują sporo gatunków tej rośliny.

Jest to roślina toksyczna- jej liście i nasiona zawieraj glikozydy trujące dla ludzi oraz zwierząt. Kontakt z nimi może powodować podrażnienia skóry.

Ponieważ sypie bardzo lekkimi nasionami, zasięg nowych wysiewów jest duży. Nasiona mogą dostać się dosłownie wszędzie, „zasiać” się w każdej szczelinie i niszczyć mury, powodując ich pęknięcia, niszczenie podłóg w oranżeriach, na tarasach.

Jej system korzeniowy jest włóknisty, nie ma głównego korzenia palowego i właśnie ten system powoduje, że gdzie się zasieje, tam łatwo się rozrasta i „wyżera” wszystkie składniki odżywcze z gleby. Mało wymagająca, szybko się przystosowuje do warunków.

Nie ma wrogów naturalnych i błyskawicznie się rozprzestrzenia. 

Nie planowałam sadzić budlei w ogrodzie, chociaż nie miałam zielonego pojęcia o jej szkodliwości. Chyba 15 lat temu, syn przywiózł z Anglii 2 sadzonki- wtedy ten krzew był u nas rzadkością. Ucieszyłam się, posadziłam Ładnie wyrosły, zakwitły- jeden krzew na biało, drugi na fioletowo. Po czym nie przetrwały zimy, zamarzły, choć je okryłam. Dałam sobie spokój z nowymi nasadzeniami, mając na uwadze wrażliwość tych krzewów na mróz.

W tym roku, na wiosnę, dostałam sadzonkę budlei jako bonus. Nie chciałam tego bonusa, wkurzyłam się, bo widzę, jak u siostry budleje rozrastają się i tworzą duże kępy. O takie.

 


 Owszem podobają mi się bardzo, ale nie mam już miejsca na duże krewy, zwłaszcza, że takie kwitnące chciałabym widzieć z tarasu. Nasadzenie w jakimkolwiek miejscu, blisko tarasu, przysłoniłoby widok na resztę ogrodu, a tego nie chciałam. Czyli taki bonus pasował mi jak pięść do oka i w dodatku był jakimś wybrakowanym jednopędowym boroczkiem. Nie potrafię wyrzucić rośliny, po wielkich poszukiwaniach miejsca dla niego- wyobrażaniu sobie, ile zajmie przestrzeni i gdzie go będę widziała- wybrałam grządkę na skraju trawnika- roślinkę posadziłam. Potem kupiłam budleję miniaturową (wyrasta do 0,5 m) i posadziłam na skraju długiej rabaty- widzę jej piękne kwiaty z tarasu. Boroczek się wzmocnił, wyrósł dosyć ładnie i zakwitł na fioletowo.

 

Faktycznie, przyrost ma rekordowy. Przetrwa zimę, w przyszłym roku będzie już spory krzaczek.

Mała budleja zakwitła na czerwono, a raczej jest to purpura (rodamina, biskupi). Również ładnie się rozrasta. I bardzo mi się podoba tego koloru kwiatowy akcent w ogrodzie. 
Jakiś tydzień temu przeczytałam, że to są rośliny inwazyjne, szkodliwe, należy je wywalić.

Kurcze... wyrzucić kwitnące rośliny dekoracyjne to dla mnie duży problem. Postanowiłam obcinać przekwitłe kwiaty, zanim się rozsieją. Dzisiaj, chcąc się upewnić, czy to nie blef z tą inwazyjnością, przeczytałam, że faktycznie jest to wielki szkodnik i przeczytałam, że te przekwitłe kwiatostany pod żadnym pozorem nie należy zostawiać w ogrodzie- żaden kompost, żaden kompostownik, najlepiej spalić, albo wyrzucić do kubła z resztkami zmieszanymi. Nie miała baba zmartwień, kupiła se kozę.

A żeby było śmieszniej- siostra posadziła nowy krzaczek zaraz obok naszego płotu, a jej trzy ogromne budleje kwitną jak oszalałe. No i co teraz? Wyrzucić nasze? Zostawić?

Jeszcze rudasek młody, przyłapany na  modrzewiu. Wiewiórka jest z wiosennego miotu, bo widziałam sporo mniejsze, czyli te z ostatniego. 


 W tym roku posadziłam, na dużym tarasie, nową odmianę begonii. Namówiła mnie na nie znajoma ogrodniczka. Miały być "mamucie" no i są. Każda ma po 50 centymetrów wysokości. Kwitną ładnie, ale okropnie śmiecą.


Zdjęcie z samolotem i księżycem zrobiłam wcześnie rano.


 

 





niedziela, 10 sierpnia 2025

Sezon na ogórki i nie tylko.

 

Pierwsze podejście było w miarę udane, ale po przeczytaniu dwóch rozdziałów, odłożyłam księgę. Trochę mnie znudziła. Tydzień temu znowu zabrałam się do czytania historii Galicji i tym razem już poleciało. Tę książkę Davies napisał bardzo przystępnie w porównaniu z inną jego książką „Zaginione królestwa”. Tamtą też przerwałam po przeczytaniu dwóch rozdziałów i na razie nie mam jakoś ochoty do niej wracać. Ciężko przebrnąć przez nazwy staro angielskie, celtyckie, staro walijskie i szkockie. W dodatku tamta jest okropnie naszpikowana informacjami historycznymi w kontekście geograficznym. Doszło też do tego, że książkę czytałam przy otwartych na monitorze starych mapach Anglii i okolic. Na razie wysiadłam. Natomiast „Galicja” jest mi treściowo bliższa no i łatwiejsza w czytaniu. Na razie jestem, w połowie XIX wieku. Wszystko tam się miesza, ale najważniejsze, że wraca język polski do szkół i urzędów. I to jest bardzo znamienny fakt dla historii tych ziem.

Sezon ogórkowo- fasolkowy. Nastawiłam dwa słoiki na małosolne. W fasolce obcinam końcówki, płuczę, porcjuję, a potem porcje owijam w folię spożywczą (przeźroczystą) i w takiej postaci mrożę.

 Pojawiły się też grzyby na dolnej miedzy. Na razie dwa znalazłam, ale to, że się pojawiły dobrze rokuje. Ten jeden miał trzon zjedzony wzdłuż przez ślimole. Kapeluszowi też się dostało. Jednak w tym roku jest tych paskudnych ślinników dużo mniej. Może susza ich przetrzebiła? Mimo sporych deszczów, ziemia jest tylko w miarę mokra i nie są to chyba dobre warunki dla ślimaków. Teraz też mamy już 3. dzień temperatury pod 30 stopni, a zapowiada się jeszcze parę takich gorących dni. Koniec sierpnia oraz wrzesień mają być u nas ciepłe i raczej suche. I dobrze, niepotrzebne mi zimnisko. Ale deszczu to jednak brakuje. W ogrodzie kwitną i przekwitają kolejne kwiaty oraz krzewy. Ketmie (hibiskusy krzewiaste) są wyraźnie spóźnione z kwitnięciem. Te o liliowych kwiatach kwitną na całego, te o kwiatach innego koloru jeszcze nie. 

 Pięknie zakwitła jedyna wysoka pysznogłówka, którą uratowałam przed wyginięciem. A kiedyś miałam ich całe kępy. Może ta się znów rozrośnie?

Coraz obficiej kwitną rutewki. Dosyć trudne w uprawie, wolno rosną, ale efekt świetny- delikatna kwiatowa mgiełka.

Biała.

Liliowa.


Nie jestem w stanie wszystkich kwiatów i krzewów kwitnących pokazać w jednym poście czy w postach bieżących. Zanudziłabym odwiedzających monotonnością, choć ja takich tematów nie uważam za nudne i mogę na okrągło robić oraz pokazywać zdjęcia ogrodu. Jednak zostawię to na jesienne oraz zimowe czasy, kiedy wokół będzie ponuro.

Późnym wieczorem miałam spotkanie z zielonym zwierzem. Siedziała sobie na bramce i pewnie przeszkodziłam jej w dostaniu się na krzew za bramką. Po pół godzinie, kiedy tam wróciłam, zwierza już nie było.

A to inny zwierz. Zwierz wylegujący się na dolnej miedzy i wystawiający pyszczor pod cieplutki, południowy wiatr.
I następne filmiki, przedstawiające nasz ogród po 35 latach jego tworzenia, przekształcania itp.

 Aleja sosnowa

 Idziemy w dół ogrodu w stronę ławeczki i dolnej miedzy. Aleja sosnowa jest od wschodniej strony ogrodu.Mniej więcej w połowie, z prawej strony jest tzw. kompost brudny. Tam się wyrzuca chwasty, które nawet po przekompostowaniu potrafią zapuścić korzenie na grządkach oraz zielone twarde łodygi, gałązki itp. Inne chwaty wrzucamy do kompostowników jak przekładki między resztkami jedzenia. 

Z lewej kukurydza. Co dwa lata mamy taką zieloną ścianę. Teraz jest sucho i są wycięte krzewy, ale kiedyś wzdłuż płotu rosły olbrzymie tawuły i aleja była wiecznie podmoknięta, ponura. No i było tam siedlisko komarów.  Ta aleja ma około 60/70metrów długości od wejścia w nią.

Tam, gdzie stoją kompostowniki. 

Staraliśmy się zrobić z tego kawałka ogrodu przyzwoity zakątek. Kompostowniki zapełniamy na zmianę. Jak jeden jest prawie pełny, wybieramy z drugiego ziemię kompostową i uzupełniamy nią ubytki w grządkach i w trawnikach. Mniej więcej jeden rok starcza na zapełnianie takiego kompostownika.  


Idziemy od strony morwy i ogrodu kwiatowego. Przechodzę między dużą pigwą  (choruje i ma chore owoce, ale kwitnie pięknie) oraz tujami. 
Tu najpierw, od strony płotu, rosły tuje groszkowe. Potem tuje połamał śnieg, trzeba było je wyciąć. Na środku rósł srebrny świerk. Rósł sobie 20 lat a potem zachorował i usechł. Też trzeba było wyciąć. Zrobił się taki pusty słoneczny placyk. Posadziłam dwa rzędy malin, ale sadzonki były liche i przyjęły się tylko niektóre- mamy dwie kępy malin.  Potem dosadziłam wzdłuż płotów krzewy ozdobne, no i jest taki niby dziki a jednak ujarzmiony kąt ogrodowy. Tuje za kompostownikami trzeba było przyciąć do połowy- śnieg czuby połamał. Wycięłam w nich półokrągłe przejście do kompostowników, by nie chodzić do nich naokoło.Tego roku, w miejsce świerka, posadziłam biały bez. I zastawiłam kępy jakichś ostów o pięknych liściach i ciekawych kwiatach. Nie wiem czy je nadal zostawiać, czy jednak wycinać, bo to chwasty są.
W dalszej części filmu idę w stronę sznurów na pranie. Po lewej jest krzak tawułki a pod nim azalie, kwitnący na biało krzew itomii i liliowce- tam kiedyś był stawek. Tam też znajduje się poidło dla ptaków. Nie jest eleganckie, ale spełnia swoje zadanie. Kiedy się odwracam, po lewej mam morwę i miedzę w dół
Wychodzę na przedłużenie tej miedzy i idę w stronę domu. Robię zbliżenie na moją ulubioną akację oraz kawałek namiotu sąsiada. A juki na filmie mają jeszcze pąki. Filmy są są trochę prześwietlone, ale pokazują to, co zamierzałam pokazać.





czwartek, 3 lipca 2025

Bardzo długi post bez narzekania

 

Czy należy narzekać na upały w słoneczny lipcowy dzień, kiedy to upały są wpisane w polskie lato? Chyba nie. Trzeba sobie tylko inaczej zaplanować dzień. Wczoraj, świtem, podlałam cały ogród kwiatowy wodą z węża- głównie hibiskusy pod brzozami, bo tam drzewa wypijają roślinom ozdobnym wodę. A skoro lałam wodę tam, to podciągnęłam wąż w inne miejsca i póki był w nich jeszcze cień, lałam obficie wodę pod rośliny. Dzisiaj przerwa, w nocy ma przyjść deszcz. Kiedy już podlałam, to doszłam do wniosku, że przy stosunkowo przystępnej temperaturze, mogę wykosić kolejny kawałek ogrodu. O 9 uznałam- starczy tego nagrzewania się- do wieczora trzeba siedzieć w domu. Dzisiaj rano wycięłam przekwitłe kwiaty i uciekłam przed słońcem do domu. Teraz chyba większość tych, którzy mają domy, przesiaduje na tarasach, bo taras to takie fajne przedłużenie pokoju na czas letni.

Mamy dwa tarasy, ale taras wschodni podczas mocnych upałów jest wyłączony do 14.( wtedy nasuwa się na niego cień) - białe płytki odbijając słońce, oślepiają, a temperatura na nim przekracza 40 stopni. Wyobrażam sobie to piekiełko, gdyby taras był wyłożony dechami kompozytowymi, w dodatku ciemnobrązowymi, jak planowaliśmy- można by na nich ćwiczyć taniec na „rozżarzonych węglach”. Podobno mocno nagrzany kompozyt cuchnie. Nie dane było mi sprawdzić, kafle są ciepłe, w cieniu szybko stygną i ich smrodkiem nie czuć. Nad tarasem jest balkon, dlatego jego część jest jakby zadaszona, ale to nie chroni przed mocnym słońcem. Planowaliśmy kupić roletową markizę, by osłaniała więcej powierzchni. Zrezygnowaliśmy, ponieważ doszliśmy do wniosku, że i tak do południa na tym tarasie nie przesiadujemy, a markiza oszpeciłaby fasadę. Rozwija i zwija się ją za pomocą korby. Wszelkie korby budzą we mnie sprzeciw od kiedy w mieszkaniach królował „jamnik”, z podnoszonym za pomocą korbki blatem, który można było rozkładać. Coś okropnego, większego szkaradziejstwa meblowego nie widziałam i chociaż był on bardzo praktyczny, ta korba traumatycznie utkwiła mi w pamięci jako coś, czego nigdy nie będę miała w pobliżu. No i tym sposobem markiza odpadła w przedbiegach. Możemy jeszcze postawić parasol i tak, od czasu do czasu, robimy. Na tym tarasie trzeba jeszcze pomalować kolumny.

Taras duży (duży to tylko nazwa, bo oba są spore), południowy, dobrze ocieniony wysokimi świerkami, jest do późnego popołudnia chłodny. Tam sobie można siedzieć do woli w takie upały, ale ja tam nie lubię przebywać, bo za tarasową ścianą urzęduje „wielkie ucho” i nie można czuć się na luzie. Taka sytuacja.  
Schody z dużego tarasu do
ogrodu. Po lewej stronie urzęduje "wielkie ucho" czyli moja siostra z mężem. Schody są systematycznie malowane i systematycznie łuszczą się. Można zeskrobywać stara farbę, szlifować, a i tak nowa farba po jakimś czasie odłazi. Na razie dałam sobie z malowaniem spokój. Na tarasie rower stacjonarny, a za nim mały wędzok (wędzi się w ogrodzie, a nie na tarasie). Na obu tarasach mamy normalne meble- dwa fotele rozkładane (duży taras) i dwa krzesła+ stół (taras mniejszy). Tyle nam do szczęścia- siedzenia, picia herbaty czy soków, jedzenia posiłków i gapienia się na ogród tudzież niebo- potrzeba i na tym poprzestaniemy. 
I trzy skrzynki wzdłuż płotu- zabezpieczenie, by duży pies z sąsiedztwa nie właził do nas. W tej są begonie, w następnych szczypiorek i trzy krwawniki, które po raz trzeci przesadzałam, ratując przed ślimakami. 
Kawałek dużego tarasu.
I jeszcze amarylisy, które zakwitły na dużym tarasie. Zakwitły trzy, a jest ich 10.


Czyli na upały nie narzekamy, a wręcz odwrotnie, to dni, kiedy można się wygrzać przed czasem, kiedy deszcze, śniegi oraz mrozy dokuczają. Oczywiście wygrzać na zasadzie- idę na 10-15 minut na słońce, a potem uciekam do chłodnego domu. Kiedyś jeden z klientów, kiedy narzekałam na upał (o, jak to się moje preferencje temperaturowe z wiekiem zmieniają), powiedział- „Wolę upał, bo przed nim można się schronić, a przed zimnem nie zawsze”. I to jest prawda- jak są mocne mrozy, to nawet w dobrze nagrzanym domu prędko wychładza się, a pod drzewami (fajny cień i chłodek w upał), mróz dokucza tak samo, jak na otwartej przestrzeni. Jednak za upałami nie tęsknie i w sumie nie lubię, kiedy temperatura skacze powyżej 26 stopni. W domu rolety zaciągnięte, porobione uchyły lub rozszczelnienia- jest w nim przyjemny chłód. Tak naprawdę, to najlepiej czyta mi się w chłodnej zacienionej sypialni, w pozycji horyzontalnej, nic tego w upał nie przebije.

Młode sowy przestały nawoływać rodziców, drozdy już tylko rankiem i wieczorem śpiewają i to też na pół gwizdka. Jeszcze muchołówki śmigają za muchami- muszą wykarmić pisklaki, chyba to już ostatni lęg.


 

Udało mi się sfilmować pustułki i sroki na dachu chłodni. Ten dach to jak dobra scena- raz wrony, innym razem pustułki i sroki. Może jeszcze coś się tam podzieje. Filmy kręcone są na dużym przybliżeniu, bo chłodnia jest  odległa od płotu naszego ogrodu o jakieś 200 metrów. No i ręce już nie wytrzymują dłuższego trzymania aparatu w jednej pozycji. 

 

Kupiliśmy sokowirówkę- stara się rozleciała. Jaskół kupił w hurtowni skrzynkę ogromnych jabłek i worek marchwi, a ja teraz przerabiam to witaminowe dobro na sok. Obiady też takie bardziej lajtowe- ziemniaki z kefirem, makaron z serem, racuchy z jabłkami, jakaś zupa- nie chce się jeść w takich wysokich temperaturach.



Poza tym czytam, tkam nowy gobelin (tym razem na największej ramie z wcięciami- ciągle uskuteczniam zaległą włóczkę) i oglądamy Wimbledon.

Podoba mi się aktualne podejście do polityki prof. Gadacza. Taką postawę staram się przyjąć (kiepsko mi to idzie) od przegranych przez Trzaskowskiego wyborów, ale nadal czytam te wszystkie doniesienia o działaniach polityków z różnych opcji. I czytam „analizy”, trafne spostrzeżenia, opisy, opinie na temat tego, „co, kto, jak i po co”.

Tadeusz Gadacz

Proponuję chętnym stoicki dystans, który mnie osobiście dał ogromną ulgę. Skoro pomimo moich starań prezydentem Polski zostanie alfons, a nie mam już na to wpływu, to niech będzie alfons. Jeśli zatwierdziła jego wybór nielegalna Izba Sądu Najwyższego, to niech robi co chce. Jeśli marszałek Hołownia zwoła Zgromadzenie Narodowe i przyjmie jego przysięgę, to nie moja sprawa. Niech obciąży to jego sumienie i jego karierę polityczną. Jeśli dojdzie do wcześniejszych wyborów, to i tak nie mam na to wpływu. Przestępstwa PiSu nie zostaną rozliczone? Przecież tego nie zmienię. Jeszcze bardziej upadnie praworządność, to niech upada. Gdy za dwa lata dojdą do władzy faszyści, to niech rządzą. Widocznie na nich zasługujemy. I teraz jest mi o wiele lżej. Wszedłem w głębszą relację z naturą. Obserwuję ptaki. Zamierzam wokół domu zamieścić poidełka dla motyli. Powróciłem do nieprzeczytanych książek i do tych, których jeszcze nie dokończyłem pisać. Jest tyle cudownych rzeczy. Szkoda życia, które jest zbyt krótkie, do uczestnictwa w ustawkach polityków. A Polska? Jeśli przyjdzie taki moment, że będzie mnie potrzebować, w co wątpię, to mnie znajdzie. Co za cudowne poczucie wolności.”


 

Racuchy z jabłkami- najprostsze z najprostszych

Składniki:

  • 2 całe jajka

  • 400 ml kefiru

  • 300g mąki

  • łyżeczka sody

  • 3 łyżki cukru

  • 350g jabłek (można mniej, można więcej)

  • olej do smażenia


     

    1. Kefir zmiksować z jajkami, dodać sypkie składniki (dodaję jeszcze trochę cukru wanilinowego, a mniej cukru zwykłego).

    2. Jabłka obrać i zetrzeć na grubej tarce, dodać do ciasta, wymieszać.

    3. Smażyć nieduże placuszki na rozgrzanym oleju. Placki kłaść nieduże i płaskie, bo wyrastają i mogą się nie dopiec w środku, kiedy nałożymy grubą warstwę ciasta na olej.

    4. Można posypać cukrem pudrem po ostygnięciu.

Dochodzi 16 i jest 37 stopni w cieniu, uffffff....


środa, 4 czerwca 2025

Zwrot jak wentyl bezpieczeństwa


 Jedno jest pewne- podczas tych dwóch ostatnich lat- od sprzed wyborów do Sejmu do tych wyborów- fraza „ja pierdolę” utrwaliła mi się na beton i już nawet nie hamuję tego okrzyku przy bulwersujących mnie treściach, a  tych w dwuletnim  okresie był nadmiar.

Nawiasem, ta fraza jest tak soczysta i jeżeli wykrzykniemy ją z odpowiednią intonacją, to już nie musimy nic dodawać na temat targających nas, w danej chwili, emocji. A kiedy wiadomość, widok, czy co tam jeszcze, dobije nas do cna, możemy jeszcze słabym głosem wyszeptać ”Ja pierdolę” i zamilknąć czy to w zachwycie, czy w przerażeniu głębokim.

No dobra, nieelegancko to jest, jednak kto powiedział, że zawsze trzeba być eleganckim, ślicznym i apetycznym. Zawsze ta fraza lepiej brzmi niż „Ku..a mać”, co też nierzadko ciśnie się na jęzor pod wpływem skrajnych emocji.

W każdym razie nie mam zamiaru rezygnować z tak pięknie brzmiącego zwrotu, przynajmniej nie teraz, bo jak już widzę, szykuje nam się dalsza niezła jazda w polityce. Zresztą nie tylko w polityce, bo kiedy czytam niektóre posty i komentarze, to naprawdę ciśnie się mi tylko jeden komentarz- „Ja pierdolę, co tu się wypisuje?????” Skrajności, głupoty, idiotyzmy, sralizmy- margalizmy… No nie da się, nie da się spokojnie. I to wylatuje z prawej strony jak i z deklarowanej (?) lewej strony. Dlatego, być może, pojawią się tu posty z zadomowioną już na moim blogu pierwszą częścią tytułu. No może będzie ona ciut zmieniona, czyli przywrócę jej oryginalną pisownię z pięknie warczącym r.

A jak już wspomniałam o blogach, to nie rozumiem, dlaczego niektórzy blogerzy/ki uważają, że wszystko, co jest napisane na blogach (na wielu blogach, nie tylko na moim), do nich się bezpośrednio odnosi. Ludzie, obok blogosfery toczy się normalne życie. Blogerzy/ki opisują głównie to życie, a nie to, co gdzieś tam  w postach przeczytają i koniecznie  muszą o tym napisać.

Opanujcie się przemądrzalcy- świat się nie kręci wokół waszych blogów. A dla mnie, pewnie i dla innych, nie jesteście ani alfą, ani omegą, ja tu mam dosyć wrażeń realnych, dosyć tematów rzeczywistych, by jeszcze blogowe tykać. Nie muszę się podpierać czyimiś wpisami, by tworzyć sobie posty- elaboraty.

Jeszcze raz powtarzam- gdyby komuś zechciało się odnieść do siebie treści z moich postów- opisuję zjawiska, fakty, które zaistniały w moim życiu realnym. A ludzie opisywani? Nie jednemu psu Burek- ludzi o podobnych lub takich samych zachowaniach w określonej sytuacji jest sporo. Zresztą...co tu komu tłumaczyć, kto inteligentny wie, o co chodzi, a kto jest nadętym dupkiem, wszystko przyjmie do siebie i nie ma na to rady.

I jeszcze o imigrantach, bo zamieściłam kilka komentarzy, w różnych miejscach, na ich temat. Oparłam je na podstawie moich rozmów z kumplami z klasy licealnej- połowa mieszka za granicą (w Niemczech, we Francji, mam rodzinę w Anglii). Oni żyją w tamtych realiach i stykają się z różnymi nacjami imigracyjnymi. Różnie się do tematu odnoszą, ale nie jest on dla nich ekstra ważny.

A swoją drogą, z przerażeniem patrzę, jak niektóre blogi zamieniają się w faszyzujące, jak moi realni rozmówcy zaczynają na temat imigrantów pienić się- „raz sierpem, raz młotem w islamską hołotę”, a ludzie wokół jakby tego w ogóle nie pojmowali,  a komentatorzy na blogach jakby tego nie widzieli. Zamiast refleksji doping i utwierdzanie rodzimego "faszysty", że ma rację.  Wszędzie, wokół nas, przyzwolenie na rodzący się faszyzm i rasizm. Jak nie Żydzi, to imigranci różnej maści, są celem niewybrednych ataków z najgorszymi epitetami w tle.

 Straszne. 


 

A tymczasem w ogrodzie wiewióry zdobywają doświadczenia, zajadając sosnowe i modrzewiowe szyszki. Wprawdzie te szyszki wyglądają na twardawe, ale rude widać lubią i takie wyrośnięte. Spotykam je- wiewióry, nie szyszki, chociaż szyszki też, bo leżą pod drzewami- podczas porannych spacerów. Są dwie brązowe i jedna ruda, ognista- wszystkie śliczne, dosyć płochliwe.


Po ostatnich deszczach, wręcz ulewach ogród nabity wodą, pod nogami chlupie i kląska, a powietrzu mnóstwo ciepłej wilgoci. Słońce praży, temperatura się podnosi, robi się letni klimat. Obcinam przekwitnięte kwiatostany bzów, wycinam zeschnięte kwiaty ciemierników i ogławiam kwiatostany azalii. 

W piątek jedziemy z Bezą rwać jej zęby. Czuję już niepokój. Wprawdzie wszystko z wetem omówione, będę mogła być przy niej do czasu, kiedy zadziała narkoza, wszystko ma trwać najwyżej godzinę, wet zna wszystkie zalecenia kardiologów, ale… no boję się i już. Trzeba te zęby wyrwać, ponieważ zżera je próchnica, szkodzą zdrowiu Bezy. Człowiek stoi przed dylematem, bo i tak źle i tak niedobrze.

Busz czeka na ogarnięcie.


 

sobota, 24 maja 2025

"Tulipanowa lambada".

 

 Tkałam go 2 miesiące (w przerwach haftowałam bluzkę w kwiaty). To mój pierwszy gobelin tkany na ramie z gwoździami. Rama ta różni się od ramy z nacięciami gęstością osnowy. Na tej z gwoździami osnowa jest dwa razy gęściejsza niż na tej z nacięciami. Wymusza to kompletną zmianę grubości nitki na osnowę oraz grubości wątku. Dotychczas tkałam na ramie z wcięciami, gdzie osnowa była rzadsza i z grubszej nici, a wątek też był tkany grubszą przędzą. 

W tym gobelinie nie do końca udało mi się dobrać odpowiednie grubości wątku, stąd te falowania tła na górze gobelinu. Wydaje mi się jednak, że one korespondują z łukami płatków i jakoś specjalnie nie rażą. Ale można się pośmiać, że kolory są na rauszu. Można też dać tytuł: "Tulipanowa lambada".

Tu jeszcze na ramie. Te brązowe paski to są  zarobienia,które  będą schowane na lewej stronie gobelinu. 

Gobelin tkałam według wzoru położnego na boku.

Coś takiego.
 

Tak będzie wyglądał po podszyciu osnowy i zarobień. Gotowiec będzie miał 41x27 centymetrów.

Ponieważ dopiero uczę się tkać na takiej ramie, musiałam wiele rzeczy po raz pierwszy przepracować i trochę „przecierpieć”- choćby tkanie pod koniec, u góry, to droga przez mękę, bo osnowa jest już bardzo naprężona, twarda i ciężko przewijać przez nią wątek. Większość góry tkałam igłą tkacką, a normalnie tkam tylko za pomocą palców. Również gorzej ubijał się wątek. 

Taki wzór mnie inspirował. Taki grzeczny z równymi łuczkami....no to musiałam to trochę "zepsuć", bo taki ulizany mi się niezbyt podobał. A w ogóle to jest wzór na haft krzyżykowy.

Starałam się dobrać kolory tak, by niektóre w płatkach, w poszczególnych kwiatach, powtarzały się. Trochę zmieniłam ich odcienie. Liściom również zmieniłam kształt- nie jest taki, jak we wzorze. Wzór  był tylko inspiracją, podstawą, a resztę sobie sama dokomponowałam (jak zawsze). Zresztą kolory dobierałam podczas tkania, co podobno kłóci się z zasadami kolejności powstawania gobelinu, gdzie należy sobie mądrze dobrać wzór, potem kolorystykę i tkać wiernie według tego. I jeszcze słyszę głos instruktorki na filmiku: „I pamiętajcie, planowanie wzoru oraz kolorystyki, jest bardzo ważne, należy o tym pamiętać….” OK., jest ważne, ale nie aż tak, by potem sobie czegoś nie zmienić, dodać, ująć, a tu już w „instrukcji” nie ma o tym mowy. Dlatego nawet nie myślę o jakimś kursie tkackim, bo ja chcę czuć się swobodnie podczas tkania, a nie mieć z tyłu głowy frazy instruktorskie- „to tak”, „tego nie”.

 No nie…nie u mnie coś takiego, mnie nie zależy na wiernym odtwarzaniu czyjejś pracy, kiedy wzór znajduję w Internecie. Ja mam swoje wizje i staram się je realizować. Na razie wizja się zrealizowała, ale technicznie jeszcze dużo mi brakuje.

Technikę tkania można też opanować, kupując kurs u pań instruktorek i nie bawić się w poszukiwanie wiedzy oraz potem samodzielnie męczyć się tkając i prując na zmianę. Te kursy często są one line i instruktorka prowadzi krok po kroku. Ale najtańszy kurs zaczyna się od 50 zeta a kończy np. na 4800 zeta, w zależności od tego, czego ma nas nauczyć. To dużo, nawet bardzo dużo. Przejrzałam program kursu i uważam, że jest on wartościowy. Jeżeli ktoś chce się nauczyć profesjonalnie tkać, to pewnie warto w niego zainwestować. Podstawy tkania (zakładanie osnowy, ściegi podstawowe, zarobienie i łańcuszek, równe brzegi gobelinu itp.), mam już, jako tako, opanowane. W grę wchodziłyby te droższe kursy. Ja rozumiem, że panie artystki tkaczki muszą zarobić, to jest ich praca, one sprzedają swoją wiedzę, którą też niemałymi kosztami zdobywały. I tu nie mam żadnego „ale”. To mnie nie stać na takie kursy. Tym bardziej, że tkam dla przyjemności, żadne wystawy w grę nie wchodzą i nie mam też  zamiaru potem zostać instruktorem tkania.  Nie mam również wyolbrzymionych ambicji zostania hiper- super tkaczką. Każde samodzielne przebrnięcie przez trudność sprawia mi ogromną satysfakcję- sama znalazłam wiedzę, pojęłam oraz  przebrnęłam. Zatem, będę tkała nawet niedoskonałe gobeliny, bo mam takie a nie inne możliwości. I będę się tkaniem oraz wynikami mojej pracy cieszyła, choćby było w nich multum błędów. Tak sobie, po prostu, wyobrażam radosną amatorską twórczość.😄

 Bodziszek, który sam się wysiał, kilka lat temu, w ogrodzie. Dbam o niego bardzo, bo ma kwiaty w pięknym kolorze. Bodziszek szlachetny, ogrodowy, jeszcze nie kwitnie.

Następny gobelin utkam na dużej ramie z wcięciami, bo mi brakuje jeszcze kilku do planowanej "narzuty"/parawanu (?).