Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, września 08, 2026

Planowane szaleństwo przed końcem świata.

 Taka śliczna ważka lata po ogrodzie. Jest duża ma około 10 centymetrów. Najpierw nie potrafiłam jej "upolować", bo lata bardzo szybko, a potem mi pięknie, przez parę minut, pozowała.


Powoli wraca codzienność, ale już nie w takich normach, jak przed półtora tygodniem. Trzeba trochę życie przemeblować, coś ująć, coś dodać, o czymś zapomnieć, a więcej zapamiętać. Trzeba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości.

Jednak nie ukrywam, że przeżyłam ogromny wstrząs emocjonalny. Po raz kolejny dotarło do mnie, że wszystko jest takie kruche- kruche i nieprzewidywalne. Wszystko toczy się normalnie, a tu nagle buch! Prosto w splot, w żołądek, w głowę, jak obuchem- świat się wali i już nic nie jest takie, jak wczoraj.

I tak jestem szczęśliwa, że zakończyło się (??) w miarę dobrze. Mogło być gorzej- tak, o wiele gorzej. I jeszcze raz los dał znać, że nic nie jest wieczne, że może w każdej chwili trzasnąć. Nie potrafię żyć w myśl zasady: „Żyj tak, jakby każdy dzień był ostatnim”. No niby jak ma to wyglądać? Co niby mam ekstra robić? Mogę cieszyć się słońcem, obecnością ludzi bliskich, mogę przytulać psa, mogę łazić po ogrodzie, podglądać pszczoły i ważki, mogę słuchać ptaków, obserwować ich loty, mogę obserwować samoloty (bardzo lubię), mogę- co tam jeszcze? Aha, mogę tkać, haftować, słuchać muzyki, wcinać lody bakaliowe lub z ciasteczkami, po prostu mogę sprawiać sobie drobne przyjemności, łapać te drobniutkie chwile radości i sklejać do kupy. Codziennie. Ale przecież ja to robię i wcale wtedy nie myślę o dniu ostatecznym. Maksyma, którą przytoczyłam jest dla mnie tym, czym trudny wiersz dla ucznia i postawione przez nauczyciela durne pytanie: ”Co autor miał na myśli”. No, co miał, tworząc taką maksymę? Przeciętny człowiek nie będzie codziennie sprawiał sobie przyjemności ponad możliwości, balował, szalał, bo to może być jego dzień ostatni. A na filozoficzne dumania też nie ma czasu. Owszem, może ograniczyć się w fundowaniu sobie ujemnych emocji, może nie zadzierać z ludźmi, może obudzić w sobie empatię itp. Może. Tylko, że te rzeczy powinny być w jego życiu również na porządku dziennym.

Ok, pofilozofowałam sobie, a życie i tak będzie szło swoim torem- jak zechce to znów los rąbnie, a my najczęściej nie będziemy mieli na to wpływu. Ot taki chichot losu.

A jednak, chociażby dzisiaj, w ramach: „Żyj tak, jakby jutro świat się miał skończyć”, opchałam się malinami z krzaka- sama przyjemność. Z nikim się nie podzieliłam- brzydka Jaskółka. To późno owocująca odmiana. Owoce ogromne, soczyste i jest ich na łodydze sporo. Dwa lata maliny nie potrafiły się pozbierać i na zasadzonych 20 krzaczków, przyjęło się parę, w zeszłym roku te parę zaczęło puszczać rozłogi, a w tym roku już jest na nich dosyć dużo owoców.

Ogród powoli szykuje się do jesieni. Martwiłam się o zimowity, a one postanowiły w tym roku zakwitnąć później i dopiero teraz pojawia się coraz więcej kwiatów. W dodatku, co mnie bardzo ucieszyło, wyrosła osobna kępka niedaleko głównej. Jak przekwitnie, przesadzę w bardziej widoczne miejsce. 


Zaczynają kwitnąć jadwiżki- u nas jadwiżki (w rodzinie tak je nazywamy), gdzie indziej marcinki lub michałki, a tak naprawdę to jest aster jesienny. Fajna bylina- łatwa w przesadzaniu, łatwa w utrzymaniu, mało wymagająca i kwitnie wtedy, kiedy inne kwiaty już przestają. 

 

Kiedyś miałam sporo gatunków chryzantem, ponieważ chciałam, by ogród kwitł aż do listopada. Jednak one nie polubiły tutejszej gleby- kilka lat rosły, a potem wymarzły. Ach, i anemony ciągle kwitną. Anemony, moje ulubione wczesno jesienne lub późno letnie kwiaty. Bardzo dekoracyjne i w sumie też łatwe w uprawie.




Kwitną również rozchodniki, które są uwielbiane przez pszczoły. Bardzo miododajny kwiat.


 

Upał przyszedł, kolejny. Tym razem jednak powietrze już inne, zimne ranki i wczesne wieczory łagodzą gorąco. Na tarasie 35 w słońcu, na oknie; w kuchni, w cieniu, tylko 23 stopnie. Szału nie ma.

Nadal bardzo brakuje porządnego deszczu. Podlałam dzisiaj ogród wodą z węża. I chociaż poranne rosy są obfite, a ulewa, dosyć porządna, która przeszła nad ogrodem tydzień temu, zasiliła glebę na tyle, że jeszcze jest wilgotna (w trawnikach i w grządkach, bo w lasku posucha), to po dzisiejszym upale rośliny oklapły. 


Nie ma również snujących się, o tej porze roku, nitek babiego lata. Coś się w przyrodzie pomerdało. Czekam z niecierpliwością na te babie nitki, które szczególnie w mglisty dzień operlone, są bardzo dekoracyjne. No i pajęczyny w kropelkach wymiatają. 

Barbula- w ogrodzie są dwie.




Jesień też czuć już w domu- muchy stały się ospałe, niektóre same padają na parapet martwe. Do domowego ciepełka pchają się myszy (dobrze, że nie gnomy i trolle). Zrobiliśmy ich odłów- za pierwszym razem do żywołapki weszły trzy w ciągu dwóch godzin. Po kolei, jak jedną Jaskół wyniósł do lasku, właziła druga i potem tak samo było z trzecią. W kolejnym dniu złapały się jeszcze dwie. Wydawałoby się, że to już końcówka, a okazało się, że po domu wędruje jeszcze jedna, a może dwie. I to już jest mysz- mądralińska. Z jednej łapki wyżarła przynęta, drzwiczki się nie zatrzasnęły. Po jakimś czasie sytuacja powtarza się- skwarek mamuciej wielkości zniknął, drzwiczki nie zatrzasnęły się. Mechanizmy w obu pułapkach działają. Stawiamy te łapki codziennie w różnych miejscach i codziennie stwierdzamy, że są puste, a ślady myszycy/myszora, pojawiają się tu i tam. Niefajnie jest, kiedy otwieram drzwi do schowka, a tam mysz sobie spaceruje po słoikach, kiedy mnie spostrzega, to wcale nie panikuje, tylko spokojnie schodzi na podłogę, po czym znika za regałem. Nie znoszę zapachu (smrodu) myszy, dostaję mdłości od niego i mysz wyczuję, jak tylko w domu się pojawi. Z tą przechera też sobie poradzimy- w końcu trafimy w jej gust i znęci ją do pułapki kawałek czegoś dobrego.

Tkam gobelinki na tamborkach. Ot, taki kaprys mnie naszedł, by spróbować utkać coś na okręgu, chociaż tkanie okrągłego dywanika na długi czas mnie do tego zniechęciło.

Taki jest pierwszy. Więcej zdjęć i treści o sposobie tkania na drugim moim blogu.


Nadal maszyna do szycia siedzi w szafie. Nie ma takiego miejsca, by wszystko rozłożyć i zostawić na parę dni. Inaczej- mam takie miejsce- zawsze szyję na stole w pokoju komputerowym, ale wkurza mnie zostawienie „rozbabranego” szycia na dłużej. Bo to i maszyna, i mata do cięcia, pudełko z przyborami, nożyce, igielnik, szpilki, linijki, szmatki, łatki, słonie, łonie i słasice latają po stole oraz okolicznych blatach. Do tego dochodzi deska do prasowania oraz żelazko, nie wspominając już o odstawionych od stołu krzesłach, postawionych w miejscach jeszcze wolnych, czyli w ciągach przelotowych i trzeba je omijać.... brrrrrr....

No i co mówić wtedy o życiu tu i teraz w perspektywie jutrzejszego końca świata? Zawracanie głowy- ja tu mam konkretne problemy do rozwiązania.

Puszczam bardzo fajną muzę.


https://pigletsddeepforest.com/en


sobota, września 05, 2026

Bloger strzelił- o narodowej blogowej tragedii i panice na blogach.


Napisałam post o AI, a w tzw. międzyczasie bloger spłatał figla. Ponieważ prawie nigdzie nie komentuję, napiszę tu, co o tej całej sprawie sądzę, a przy okazji trochę rozwinę temat, dotyczący mojego spojrzenia na blogowanie i komentowanie. Można się z moim zdaniem zgodzić, można nie zgodzić, można się zapluć ze złości, czytając mój post, można też shejtować mnie w blogosferze (wielu nie zna w tym umiaru). Wszystko można, proszę bardzo, czyńcie, co tam chcecie. Jednak nie można mnie obrazić i shejtować na moim blogu i to jest tzw. plus dodatni wyłączonych komentarzy. Zabawne...

No więc (więc i tylko więc, tu pasuje), bloger zablokował wczoraj komentowanie... naprawdę pozwolił sobie na takie faux pas wobec blogerów. Oj, zablokował komentowanie.... oj... i stała się tragedia blogowa... ale nie dla wszystkich, mówię uczciwie, bo są blogerzy, którzy piszą posty nie dlatego, by potem utonąć w komentarzach na ich temat, a dlatego, że mają potrzebę podzielić się z ludźmi czymś ciekawym. Nie tylko ja do nich należę. Jednak są blogerzy, którzy piszą posty po to, by pławić się w komentarzach pod nimi, żyją blogiem i komentarzami, przeżywają tragedię niemal narodową, kiedy coś się w blogerze schrzani.

Ech.... nie chcę się złośliwić i nie będę. Jednak trochę mnie zszokowało, kiedy zobaczyłam, że wstrzymanie przez blogera komentarzy, wywołało u wielu ataki paniki i niemal zatrzymanie akcji serca oraz stwierdzenie, jak teraz będzie blogosfera żyć... no jak blogerze żyć, jak żyć??????????!!. Może mogłabym wziąć za żartowanie, pokpiwanie z tej sytuacji, jednak, gdy na wielu blogach pojawił się ten temat, to uznałam, że blogerzy przeżywają "dramat" na serio. No nie, jeszcze teraz, kiedy to piszę, to śmiać mi się chce, bo naprawdę (o, naprawdę pisze się razem, prawda?) mnie takie podejście rozśmieszyło. Blogowanie uważam za dodatek do realnego życia i dwa dni poślizgu w blogowaniu czy komentowaniu nie zrobiłoby na mnie wrażenia. A tu okazało się, że mimo zarzekanie się blogerów, to jednak wyłączenie komentowania bardzo ich obeszło i zachwiało podstawą sensu ich blogowania. 

 Powtórzę jeszcze raz- wyłączyłam komentowanie z całą świadomością pewnej „straty”. A po czasie zauważyłam, że liczba wejść wcale się nie zmniejszyła, czasem jest większa, często przekracza 100 w danym dniu. Co znamienne, nie piszę też postów, by nabijać licznik- z nikim nigdy nie konkurowałam i sprawdzam tylko dlatego, by zobaczyć, jakie tematy są bardziej lub mnie chodliwe. Mam pewne założenia i kierunki, w jakich chcę mój blog prowadzić i na razie to się sprawdza.

Nie zawsze trzeba pisać o pierdołach, pisać o rzeczach oczywistych, które latają na innych blogach tak często, że aż mdli, pisać o zdrowiu (wiem, trzeba się bólem dzielić i to pomaga- rozumiem, jak pomaga to trzeba to napisać), nie trzeba uprawiać swoistego ekshibicjonizmu i co trzeci post pisać o ogromnym dole, nie trzeba kokietować oraz manipulować innymi, kiedy się jest klasycznym narcyzem i czytający to widzą- kiedy jakichś treści monotematycznych jest w nadmiarze, blog staje się nudny.

Nie trzeba, ale rozumiem ludzkie potrzeby i wiele osób potrafi tylko w ten sposób prowadzić swój blog, mają jakieś osobiste korzyści, w czymś im to pomaga. To jest w myśl hasła latającego w blogosferze: „To mój blog i mogę sobie pisać na nim, co chcę”. Tak, prawda, ale po pewnym czasie taki mono blog przestaje przyciągać, odrzuca swoją powtarzalnością, męczy.

Dlatego w myśl drugiej blogowej zasady- „Jak ci się nie podoba, to nie wchodź, nie czytaj” na takie blogi wchodzę bardzo rzadko, a najcześciej w ogóle wykreślam je z pamięci.

I poruszę sprawę słownictwa, języka używanego w postach. Ludzie, zlitujcie się, po co te zdrobnienia, po co te dziwnie wymyślane neologizmy, po co silenie się na „błędy ortograficzne”, silenie się na językową oryginalność, jakieś lingwistyczne szpanowanie aż do granic śmieszności, ten brak interpunkcji i często prawdziwe błędy ortograficzne, mylenie pojęć, używanie słów nieadekwatnych do sytuacji, język knajacki, że nie powiem wprost- grypsera, wulgaryzmy (znam takie, co najmniej, 4 blogi)? Po co? Prawdopodobnie ma to ubarwić tekst, ale nadużywane, stwarza, że tekst staje się sieczką słowną. Blogi piszą ludzie dorośli, nierzadko wykształceni, mający wiedzę, jak wzbogacić język. I nie czepiałabym się, znów w myśl zasady „mój blog...”, tylko, że ci sami ludzie mają pretensje do innych, że język ubożeje, że staje się chaotyczny, niechlujny. Ci sami ludzie przyzwalają w blogosferze na taki język. Jakiekolwiek próby protestu (między innymi mojego) napotykają na brutalny atak ze strony autorów tych blogów, oraz niewybredne teksty ze strony komentatorów. Gdzie jest granica obłudy? I wczoraj sobie pomyślałam- świetnie- nie będzie komentarzy, nie będzie popleczników, nie będzie hipokryzji, a blogerzy będą musieli się wysilić na dobre posty.

Może bloger powinien w ten sposób oczyścić blogową atmosferę?

Owszem, chcę się dzielić różnymi rzeczami, ale już nie chcę mieć wiedzy „komentatorskiej”. Da się bez niej dobrze funkcjonować, da się spokojnie bloga prowadzić. Ale żeby nie było, że ja jestem taka fajniutka bezkrytyczna w stosunku do siebie- kilka razy chciałam komenty włączyć, kilka razy za nimi zatęskniłam, kilka razy chciałam przeczytać zdanie innych ludzi na temat posta, żal mi też niektórych komentatorów- fajnie komentowali. Jednak czuję w sobie ogromny opór- nie włączę. Bardzo proszę, by moi byli komentatorzy nie odbierali tego jako mój brak zaufania oraz brak szacunku do nich.

Jak huknie cały bloger, odczuję tylko stratę tekstów, ale już nie zdjęć, bo te mam w plikach na dyskach. Już raz straciłam blog i założyłam nowy, dosyć gładko i bez bólu poszło.

Czytam ten tekst- hmmmmm..... tak, wiem, piszę w sposób nudny dla niektórych, zbyt poprawny, ale nie będę na siłę zmieniała mojego stylu pisania po to, by przypodobać się garstce blogerów. W realu mam ogromne poczucie humoru, próbowałam je przerzucić na blog, napisałam jeden tekst, potem drugi... Nie wiem czy pamiętacie taki blog z Pieprzem w tytule, albo inny blog z niepoprawną matką w tytule czy jakoś tak... i doszłam do wniosku, że nie mam takich umiejętności pisarskich, by pisać humorystyczne posty z życia wzięte. Pozostało mi pozostać przy moim stylu i poprawnym (ech niektórych to strasznie dziobie w oczy) słownictwie.

No dobra, Jakółka sobie napisała post niekoniecznie wesoły, a dla was jeszcze coś smutniejszego od mojego tekstu. Wysłuchać, a potem, jak mówił bardzo młody człowiek: „Nie smutać się”, idzie piękna kolorowa jesień (i podobno ma być długo ciepła)

PS. Przypomniało mi się trzecie zdanie krążące na blogach: "Nie mam wpływu na to, jak ktoś odbierze słowa pisane w poście, jak ktoś odbierze je do siebie, to jego sprawa".

Taka sytuacja:)
 

piątek, września 04, 2026

Coś za coś.

 


 


 Myłam okna, kiedy zastanowił mnie głos wokalistki. Najpierw wysłuchałam utworu, który przewinął się mi na liście w YT jako kolejny. Potem zajrzałam, by zobaczyć kto to jest i  jak ona wygląda. Doznałam lekkiego szoku. Tego się nie spodziewałam. Wprawdzie imię i nazwisko sugerują, że pochodzi ona ze Wschodu, jednak coś innego mnie zaintrygowało. Wokalistka często występuje w kebaji i chuście na głowie, wiązanej na modłę arabską.

W dodatku te oczy, z oczami coś nie tak. Poszukałam o niej więcej informacji.

Putri Ariani ma 21 lat i pochodzi z Indonezji. W info. napisano, że śpiewa pop, ale i utwory hard rockowe też ma na swoim koncie.

Wada wzroku wzięła się stąd, że dziewczynka urodziła się w 6 miesiącu ciąży, po czym długo przebywała w inkubatorze. Kiedy opuściła inkubator stwierdzono i niej zaćmę (tę zaraz usunięto) oraz retinopatię wcześniaka, czyli ciężką wadę wzroku. Wprawdzie przeprowadzono operację prawego oka, ale się nie udała i uznano dziewczynkę za całkowicie ślepą.


Jak mówiła moja babcia: „W życiu zawsze jest coś za coś”. Putri Ariani nie widzi, za to jest fenomenalnie uzdolniona muzycznie i ma genialny głos.

Dodatkowo, w trakcie śpiewania, akompaniuje sobie na fortepianie


 

Pierwszy raz publicznie wystąpiła, kiedy miała 7 lat. W świat muzyki i śpiew wprowadziła ją babcia, która pochodziła z Sumatry Zachodniej.

Potem zaczęła uczęszczać do szkoły muzycznej, ale jako specjalność wybrała grę na flecie.

Kiedy miała 17 lat, wystąpiła w amerykańskim „Mam talent” i dotarła do półfinału. Ale to nie był jej pierwszy sukces – wcześnie, kiedy miała 8 lat, wystąpiła w indonezyjskim „Mam talent”, który wygrała. 

 

Podczas amerykańskiej edycji stwierdziła: „Moim największym problemem jest to, że ludzie patrzą na mnie jak na osobę niewidomą, a nie jak na muzyka. Ale kiedy śpiewam, czuję się jak supergwiazda”. Zresztą jej inność powodowała, że w szkole czuła się zastraszana. Nie tylko z powodu braku wzroku, ale i z powodu sylwetki.

W 2024 roku rozpoczęła studia wyższe na Wydziale Prawa w Gadjah Mada University, na kierunku Sztuki wokalne.

 Desert Rose najlepiej śpiewa chyba Sting, przynajmniej mnie się ta piosenka najbardziej podoba  w jego wykonaniu, ale wykonanie Putri Ariani też jest świetne. Urzeka mnie ten niezwykle czysty głos o orientalnym brzmieniu oraz  skala w jakiej operuje wokalistka. 

 Putri Ariani śpiewa w kilku językach, komponuje i jest producentką. Działa również charytatywnie- daje datki na budowę meczetu oraz wspomaga finansowo sieroty oraz ludzi ubogich. Finanse czerpie ze sprzedaży każdego wydanego jej albumu.

To bardzo nowoczesna, otwarta osoba, można obserwować ją na Facebooku. 

https://www.facebook.com/putriarianni/

https://tvn24.pl/kultura-i-styl/americas-got-talent-niewidoma-putri-ariani-w-polfinale-simon-cowell-wcisnal-zloty-przycisk-st7166320

https://en.wikipedia.org/wiki/Putri_Ariani

Zdjęcia z Internetu

PS. Tak na marginesie ta uwaga.  Niektórym wydaje się, że jak ktoś napisze rzetelną informację to jest to robota AI. No cóż, dobrze, że tylko wydaje im się i dobrze, że tylko niektórym. Jakieś ogólnospołeczne przewrażliwienie występuje na punkcie AI, a żeby było śmiesznej to ci obłudnicy sami się nią, cichcem, milczkiem, posługują.

Chyba napiszę post na temat AI, ale nie o notkach info., tworzonych przez AI, tylko  jak ja to widzę ogólnie.

Halo, więcej wiary w ludzki umysł, wykształcenie, erudycję i znajomości tematu. Nie wszyscy są głąbami, którzy muszą się posiłkować AI albo z braku wiedzy, albo z braku rozumowania, albo po prostu ze zwykłego lenistwa. 


środa, września 02, 2026

"Jutro o tym pomyślę"

 


Mój instynkt samozachowawczy jest niezawodny. Instynkt, dotyczący oszczędzania nerwów, a może to nie tyle instynkt, co lata doświadczenia w pokonywaniu ogromnych stresów i radzeniu sobie, by nie zaliczyć tego najgłębszego dna. A już blisko do niego było kilka razy.

W zasadzie od dziecka rozładowuję stresy aktywnością, głównie fizyczną. Moje bieganie po lesie, włóczenie się po nim, sprzątanie pokoju, „nadprogramowe” granie na pianinie na full (tak, trzeba było ćwiczyć do lekcji), czy pranie ręczne- sama sobie prałam lżejsze ciuchy, nawet rąbanie drewna oraz oporządzanie zwierząt, to wszystko pomagało mi poradzić sobie z lękami, bólem duszy, niepewnością, poczuciem zagrożenia czy niesprawiedliwości.

I biegiem lat, mój organizm tak się wytresował, że jak tylko był problem, to brałam się do roboty, by poradzić sobie ze stresem, a problem zamieniał się w zadanie do wykonania. Poza tym- na początku z tych słów się śmiałam- spostrzegłam, że ten mechanizm działa i to pozytywnie. Pamiętacie Scarlett O'Hara z „Przeminęło z wiatrem”? Otóż ona, kiedy napotykała na trudności, mówiła spokojnie: „Jutro też jest dzień, zastanowię się jutro”. A przez noc przecież tyle się zmienia, zmieniają się myśli, nastawienie, człowiek inaczej patrzy na świat po przebudzeniu. Często, kiedy nawiedzają mnie czarne myśli, mówię sobie spokojnie: nie teraz,  teraz nie chcę o tym myśleć i szukam w głowie wesołego tematu, pogodnych myśli, jasnych obrazów. Tak samo podchodzę do problemów- nic na siłę, pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł, jutro też jest dzień. I to działa, oba sposoby działają. Nie znaczy to, że uciekam od problemu, po prostu, po nawet krótkim czasie, wygląda on zupełnie inaczej. I jest czas na podejście zadaniowe, wymyślenie wariantów działania. Ale nie zawsze tak było, walka z ujemnymi emocjami jest cholernie trudna i zanim się tego nauczyłam, spaliłam się prawie na węgiel. Niestety mocne osady pozostały, jest tylko pilnowanie, by znów nie dopuścić do pożaru.

I teraz tak samo staram się pokonać stres- od poniedziałku wymyłam wszystkie okna, wykosiłam trawniki, wyprasowałam pranie, wymyłam krzesła i nogi stołu w kuchni- Beza włazi pod stół, a że ma futerko jakie ma, to po pewnym czasie nogi krzeseł i stołu są czarne. Kurcze, wymyłam nawet ściany w sieni do wysokości 50 centymetrów, które też miały smugi w miejscach, gdzie przechodzi Beza. To samo z narożnikami ścian i futryn oraz drzwiami. Wyprałabym również firanki, ale obiecałam solennie "wybyłym" domownikom, że jak będę sama w domu, to nie ma: po pierwsze łażenia po drabinie i po drugie cięcia mechanicznym sekatorem (tu uważam jak diabli, ale go raczej nie odstawiam).

W sumie mają rację, ale wpędziło mnie to w jakąś fobię, bo łażę wszędzie z telefonem, by w razie co....

Niby już jest dobrze, wszystko wraca do normy, ale ten cholerny niepokój, gdzieś tam targa podświadomością.


W ogrodzie przekwitają kwiaty. Zakwitły ostatnie gladiole- biała, która od razu deszcz połamał oraz ciemnobordowa- piękna.




 

Kwitną wrzosy i czekam na zimowity. Już powinny zakwitnąć, a tu ciągle puste miejsce na grządce. Mam nadzieję, że susza ich nie zniszczyła. Dziwna roślina- na wiosnę ma liście ogromne, potem iście usychają, a jesienią zimowit zakwita już bez liści.



Od paru dni snują się wokół domu dymy, takie dymy, które od razu przywołują wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to palono na polach łęty, a w ogniskach piekły się ziemniaki. Wdycham ten dym z przyjemnością, jest nienachalny, pachnie przyjemnie. Na razie nie zauważyłam babiego lata- nitek pajęczych, snujących się wszędzie. A przecież już czas na nie. Jeszcze dwa tygodnie i rozpocznie się jesień. Najpiękniejsza kolorystycznie pora roku. Urodziłam się jesienią, jestem jesienna, w kolorytach też. Lubię jesień w każdej postaci. Nawet w tej z deszczem albo z mgłami.

Taka przypominajka


 


wtorek, sierpnia 25, 2026

Odeszła "Królowa Country"

 

Dolly Rebecca Parton – amerykańska piosenkarka muzyki country, kompozytorka i autorka tekstów, multiinstrumentalistka, producentka muzyczna, aktorka, pisarka, businesswoman i działaczka społeczna. Ikona muzyki. Odznaczona Narodowym Medalem Sztuki.

Zmarła dzisiaj w wieku 80 lat.

 Do jej największych hitów należały m.in. utwory "Jolene" oraz "I will always love you". Zdobyła 11 nagród Grammy, w tym nagrodę za całokształt twórczości. Prezydent USA Donald Trump poinformował, że w związku ze śmiercią artystki flagi w Stanach Zjednoczonych będą opuszczone do połowy masztu. 

Znana, lubiana... więcej nie napiszę, bo ogarnął mnie ogromny żal.


 


poniedziałek, sierpnia 24, 2026

niedziela, sierpnia 16, 2026

Rodzajów płci pomieszanie.

 

Ostatni dzień upałów tego lata. Podobno. Podobno mają być tylko epizody "upalne", podobno. Ale ranki są chłodne, to teraz upał łatwiej znieść. Wody, deszczu, ulewy nam trzeba. Wczoraj znów podlałam ogród wodą z węża. Nie mogę już patrzeć na te przywiędłe rośliny. Serce boli. Muszę przesadzić hibiskusy, które zasadziłam obok brzozy. Wydawało mi się, że jak mają wystawę zachodnią, to słońce im nie dokuczy. Nie dość, że słońce po południu praży najbardziej (wprost na nie) i temperatura jest wysoka, to jeszcze brzoza spija im wodę. Przesadzę je na wiosnę z nadzieją, że się przyjmą- są już dosyć duże.

Został jeszcze jeden miesiąc lata, a już widzę zbliżającą się jesień. Sosnowa zasypana suchymi listkami. 

 Połowa sosnowej tego ranka.

Na gałęziach też zaczyna się złocić. 


O tej porze zbierałam, na dole ogrodu (używam tego określenia, bo dom stoi na stoku, a koniec ogrodu jest u jego podstawy), grzyby. W tym roku tak sucho, że o grzybach nawet pomarzyć się nie da. A grzybów w lasach podobno sporo. 

 
Jaskółki ćwiczą loty, a potem siadają gromadnie na drutach. One odlatują najpóźniej, jeszcze trochę nimi nacieszę się. 

 


 Podobno bociany już sejmikują. Wilgi oraz drozdy odleciały. Jakoś tak robi się nostalgicznie na myśl, że lato się kończy.

Oglądałam do późna finały w Mistrzostwach Europy w LA. No super, są sukcesy, są medale. A Beza urządziła sobie koncert o 4 rano- przez 15 minut poszczekiwała leżąc w sieni i w nosie miała moje groźne miny oraz grożenie palcem, by się uspokoiła. Jak do psa „przemówić”, kiedy nie słyszy, a hałasuje ponad miarę? W końcu jednak uznała, że jestem zła i się uspokoiła. W zamian za trzymanie paszczęki zamkniętej,  zrobiła mi pobudkę przed 6 rano.

Czekamy na moment, kiedy temperatura unormuje się w okolicach 20 stopni- mamy upatrzony pałacyk do obejrzenia niedaleko Kędzierzyna-Koźla. Bardzo chciałabym go zobaczyć, bo zaczyna mi się historia tutejszych właścicieli i ich pałaców ładnie splatać. Ten pałac, który chcemy obejrzeć, został wybudowany przez tutejszego potentata węglowego- tutejszego, czyli cieszyńskiego. Na razie jest zbyt gorąco, żeby jeździć z Bezą, a i nam taka temperatura raczej nie odpowiada do zwiedzania. Klima w samochodzie jest, ale po wyjściu z niego, to można się ugotować. Dziękuję, nie dla nas łażenie w upale, a tym bardziej dla „sercowego” psa.

Pamiętam wyprawę z Bezą do Strzybnika- było dosyć zimno, padał deszcz, a mimo to bardzo dobrze nam się łaziło po parku pałacowym i oglądało to, co jeszcze w nim, z pałacu, zostało.

Wrzesień, październik i może listopad, rezerwujemy sobie na wyjazdy z domu.

Gladiol czy gladiola. Ponieważ nazwa pochodzi od łacińskiego słowa miecz, wydawało mi się, że powinien być gladiol- ten miecz, ten gladiol, a tu nadspodziewajka- po polsku „ten” mieczyk, ale „ta” gladiola. No niech będzie (u nas w domu mówiło się wyłącznie na te kwiaty-gladiole tak, jak na pierwiosnki- kluczyki). W każdym razie gladiole, które zasadziłam późną wiosną, kwitną już od pewnego czasu. Po kolei odkrywają kolory. Najpierw zakwitł jasno kremowy, potem zakwitły czerwony oraz ceglasty, następnie zakwitły fioletowe i żółty z białym środkiem. Ostatnie kępy są mieszane kolorami- sadziłam cebule, które mi zostały z różnych kolorów (na początku sadziłam po trzy cebule z jednego koloru, potem mieszałam pozostałe- było po 5 cebul z 5 kolorów i moje zeszłoroczne).

 







 


Rzadko teraz piszę tutaj o polityce, dużo tego i takie jakieś mdławo- gorzko- wrednawe- nie chce się komentować, ale to, co powiedział ćpun dęty, przeszło granice mojej wyobraźni. Muszę odreagować. Flaga- „Bóg, Honor, Ojczyzna”- jeszcze łyknęłam z trudem, bo z trudem, ale łyknęłam, ale to, że Polacy bronili Monte Cassino, to już mnie zatkało na dłuższą chwilę. Ano... no tak... no doktor historii... tak, no...


Komentarze, zamieszczone pod tym, zrekompensowały mi niesmak po „występie” ćpuna dętego. Bezlitośnie go rozjechano, gdyby był obok, śmiechem by go zabito.

Tu można sobie poczytać i ubawić się nieco

https://www.facebook.com/PrzemyslawWiszniewski




„Dopóki mnie nie widzą, nie każą mi być kimś innym”.

niedziela, lipca 26, 2026

Co tu wypić w taki upał? A poza tym... ekologia? No nie, ja wysiadam.

 


We wtorek zamontowali (4 godziny), wczoraj uruchomili, dom nagrzany po kokardy. W sam raz trafiło w te zimniejsze dni, kiedy rano było tylko 15 stopni- a lipiec miał być według prognoz (jeszcze majowych) taaaaaki gorący, fakt, że skończyło się u nas na dwóch ulewach, podczas gdy wokół szalały burze i grad leciał. Ale wczoraj było już gorzej, bo na polu słonecznie, a w domu 24 na blacie. Piec musiał się sam wygasić po spaleniu całego groszku- niepotrzebnie wrzucili dwa wory-trochę to trwało.

Jest wielki jak smok. Jeszcze na parkingu odkręcili wszystkie elementy, które się dało, a i tak sam korpus waży 300 kilo. I ten korpus w ciągu 15 minut wnieśli do piwnicy wąskim zejściem, po paskudnych schodach, z zakrętem 90 stopni, by wejść w drzwi. Ułamali 1 centymetr deski kompozytowej (nie widać) i nadłupali trochę posadzki przy drzwiach do piwnicy- widać, ale i tak musimy posadzkę uzupełnić cementem. Podczas montażu nie poleciała ani jedna „panienka”, panowie mówili do siebie cicho, nie krzyczeli, nie było rubasznych żartów, puścili radio, ale grało cicho.... panowie tak w okolicach 40. Pełna kultura. Montaż bez awarii, bez nerwów, bez biegania i kombinowania. Każdy wiedział, co miał robić. No szacun dla tych panów.

A przy uruchamianiu dokładne wyjaśnienie jak, gdzie, kiedy oraz co „naciskać” ( na panelu), kontrolować, na co uważać, co przypilnować- piec dosyć prosty w obsłudze, ale elektronika lubi płatać figle. Na odchodnym podali numery swoich telefonów, by w razie czego dzwonić, są do dyspozycji. Teraz trzeba zamówić ekogroszek. Ponoć z Kazachstanu najlepszy, ale z podanych polskich kopalni również. Ma być kaloryczny, dawać mało popiołu oraz ma być suchy. No i w miarę tani. I pomyśleć, że np. w Kazachstanie kopie się węgiel bez ograniczeń, podczas gdy u nas zamyka się kopalnie. I może pogodziłabym się z taką polityką, gdyby ludzie nie zostali na lodzie w wyborze sposobu ogrzewania domu. Ma być ekologiczne ogrzewanie, bo TAK! W innych dziedzinach też są przegięcia „ekologiczne”.

Mnie nie wolno wyciąć marnego żywotnika we własnym ogrodzie, podczas gdy wycina się całe aleje starodrzewu i połacie lasów.

Dzisiaj dowiedziałam się, że jeżeli nie wrzucam resztek do kubła, to muszę mieć kompostownik. Owszem, my mamy duże plastikowe kompostowniki, ale wydawało mi się, że popularny kompostownik, to pryzma chwastów przemieszana z resztkami żywności, leżąca na ziemi. No nie.... no NIE, kompostownik dopiero wtedy jest „ważny” i zwalnia z opłat, a raczej mogą ci odjąć od całości opłaty za śmieci złotówkę (przepis krajowy, nie lokalny), kiedy kompostownik ma co najmniej dwie ścianki- ano tak, właśnie TAK- po prostu musi być ograniczony ściankami lub siatką. Formę dyktują urzędy gminne, czyli przepisy lokalne. Jak nie masz takiego kompostownika, nie odliczą ci złotówki od kwoty za śmieci. W sumie zbytek łaski urzędniczej, a zabawy w budowanie kompostownika wiele.

A ja się pytam, czym różni się sama pryzma leżąca na ziemi od tej ogrodzonej (oprócz ogrodzenia)- wszak i tak te odpadki oraz chwasty mieszają się niezależnie od tego, czy są obudowane ściankami, czy nie.

Następny absurd- grill możesz sobie w ogródku odpalić i smrodzić nim, ile wlezie (fuj te wszystkie rozpałki i brykieciki- śmierdzi gorzej niż wydech ze starego Ursusa), ale drewna na ognisku już palić ci nie wolno, jeżeli nie przestrzegasz bezpiecznych odległości i innych ppoż. Bo tak- ogień z ogniska groźny, ale jak się grill wywróci, to ogień z niego nie jest groźny (zwłaszcza jak węgielki spadną na poduchy na fotelu lub ratanową kanapę).

Szamba bezodpływowe (często stare)- nakaz posiadania oraz wypróżniania co kwartał. Ludzie zużywają więcej wody, niż z tych szamb się wybiera ścieków- nadmiar idzie potajemnie, ukrytymi rurami, w glebę. Gdyby rozliczano na zasadzie, ile zużyjesz wody, tyle płacisz za ścieki, to od razu czystsze byłyby wody gruntowe i stawy oraz rzeczki.

Pompy ciepła- ekologiczne, ale zżerają tyle prądu, że ekologia wysiada- z czegoś ten prąd produkują- w Polsce z węgla.

Jednak chyba najbardziej upokarzające są kontrole UG i straszenie karami- nie mieliśmy, ale są takie. Urzędas nachodzi ludzi w domu i sprawdza czy twoja deklaracja jest zgodna ze stanem faktycznym. Zakładając, że większość ludzi jest jednak uczciwa, to taka kontrola jest wkurzająca, nawet, kiedy wiemy, że mamy wszystko w porządku..

I tak po kolei, stosuje się w Polsce ograniczenia oraz narzuca różne rzeczy ze względu na ekologię, a reszta świata ma to w nosie- tony śmieci, dym z kominów wali w niebo, ścieki wprost do rzek....

Szczerze? Ja to też zaczynam mieć w nosie- jedna Jaskółka świata nie zbawi, a reszta ptasząt jakoś nie kwapi się, by żyć ekologicznie.

Oczyszczalnia ścieków, kompostowniki, segregacja śmieci, wysokie koszenie trawników, mnóstwo zieleniny nasadzonej wokół domu, minimum „betonu” na ziemi, łapanie deszczówki... piec CO jest ostatnim z elementów mojego wkładu w ekologię. W więcej „ekologii” nie mam zamiaru się bawić.

Dzisiaj byliśmy z Bezą u wujka weta. Cisza, pusto, sielanka. Przycięto pazurki, podgolono sierść między opuszkami w łapkach, wyciągnięto mikroskopijnego kleszcza spomiędzy opuszek lewej przedniej łapki (coś podobnego- kleszcz w tym miejscu, do głowy by mi nie przyszło tam szukać kleszcza), wygłaskano... full wypas serwis. Więcej nie planowaliśmy, Beza się „unormowała”.

 

Ogród, teraz floksy.

 

Odradzają się powoli ich kępy, bo był czas, kiedy się „traciły” z grządek. Zapach floksów trochę mnie drażni- zbyt słodki, ale kojarzy mi się ze słonecznym letnim dniem. 

Floksy lubią się kolorami mieszać. Z takiej mieszanki miałam jeszcze biały z fioletowym środkiem i jasnoróżowy z fioletowym środkiem. Ślimole je zeżarły w zeszłym roku. 
 

Niezawodny dziurawiec- tnę jesienią do ziemi, a latem jest taki piękny krzew, kwitnący na trawniku. Pod płotem, koło kompostowników rośnie i kwitnie drugi.


Kwitnie fioletowa latria. Na grządkach są dwie kępy. Była również biała, wygniła chyba.


 

 Dla tych, co lubią sobie drinknąć letnią upalną porą.