Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

08 września 2026

Planowane szaleństwo przed końcem świata.

 Taka śliczna ważka lata po ogrodzie. Jest duża ma około 10 centymetrów. Najpierw nie potrafiłam jej "upolować", bo lata bardzo szybko, a potem mi pięknie, przez parę minut, pozowała.


Powoli wraca codzienność, ale już nie w takich normach, jak przed półtora tygodniem. Trzeba trochę życie przemeblować, coś ująć, coś dodać, o czymś zapomnieć, a więcej zapamiętać. Trzeba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości.

Jednak nie ukrywam, że przeżyłam ogromny wstrząs emocjonalny. Po raz kolejny dotarło do mnie, że wszystko jest takie kruche- kruche i nieprzewidywalne. Wszystko toczy się normalnie, a tu nagle buch! Prosto w splot, w żołądek, w głowę, jak obuchem- świat się wali i już nic nie jest takie, jak wczoraj.

I tak jestem szczęśliwa, że zakończyło się (??) w miarę dobrze. Mogło być gorzej- tak, o wiele gorzej. I jeszcze raz los dał znać, że nic nie jest wieczne, że może w każdej chwili trzasnąć. Nie potrafię żyć w myśl zasady: „Żyj tak, jakby każdy dzień był ostatnim”. No niby jak ma to wyglądać? Co niby mam ekstra robić? Mogę cieszyć się słońcem, obecnością ludzi bliskich, mogę przytulać psa, mogę łazić po ogrodzie, podglądać pszczoły i ważki, mogę słuchać ptaków, obserwować ich loty, mogę obserwować samoloty (bardzo lubię), mogę- co tam jeszcze? Aha, mogę tkać, haftować, słuchać muzyki, wcinać lody bakaliowe lub z ciasteczkami, po prostu mogę sprawiać sobie drobne przyjemności, łapać te drobniutkie chwile radości i sklejać do kupy. Codziennie. Ale przecież ja to robię i wcale wtedy nie myślę o dniu ostatecznym. Maksyma, którą przytoczyłam jest dla mnie tym, czym trudny wiersz dla ucznia i postawione przez nauczyciela durne pytanie: ”Co autor miał na myśli”. No, co miał, tworząc taką maksymę? Przeciętny człowiek nie będzie codziennie sprawiał sobie przyjemności ponad możliwości, balował, szalał, bo to może być jego dzień ostatni. A na filozoficzne dumania też nie ma czasu. Owszem, może ograniczyć się w fundowaniu sobie ujemnych emocji, może nie zadzierać z ludźmi, może obudzić w sobie empatię itp. Może. Tylko, że te rzeczy powinny być w jego życiu również na porządku dziennym.

Ok, pofilozofowałam sobie, a życie i tak będzie szło swoim torem- jak zechce to znów los rąbnie, a my najczęściej nie będziemy mieli na to wpływu. Ot taki chichot losu.

A jednak, chociażby dzisiaj, w ramach: „Żyj tak, jakby jutro świat się miał skończyć”, opchałam się malinami z krzaka- sama przyjemność. Z nikim się nie podzieliłam- brzydka Jaskółka. To późno owocująca odmiana. Owoce ogromne, soczyste i jest ich na łodydze sporo. Dwa lata maliny nie potrafiły się pozbierać i na zasadzonych 20 krzaczków, przyjęło się parę, w zeszłym roku te parę zaczęło puszczać rozłogi, a w tym roku już jest na nich dosyć dużo owoców.

Ogród powoli szykuje się do jesieni. Martwiłam się o zimowity, a one postanowiły w tym roku zakwitnąć później i dopiero teraz pojawia się coraz więcej kwiatów. W dodatku, co mnie bardzo ucieszyło, wyrosła osobna kępka niedaleko głównej. Jak przekwitnie, przesadzę w bardziej widoczne miejsce. 


Zaczynają kwitnąć jadwiżki- u nas jadwiżki (w rodzinie tak je nazywamy), gdzie indziej marcinki lub michałki, a tak naprawdę to jest aster jesienny. Fajna bylina- łatwa w przesadzaniu, łatwa w utrzymaniu, mało wymagająca i kwitnie wtedy, kiedy inne kwiaty już przestają. 

 

Kiedyś miałam sporo gatunków chryzantem, ponieważ chciałam, by ogród kwitł aż do listopada. Jednak one nie polubiły tutejszej gleby- kilka lat rosły, a potem wymarzły. Ach, i anemony ciągle kwitną. Anemony, moje ulubione wczesno jesienne lub późno letnie kwiaty. Bardzo dekoracyjne i w sumie też łatwe w uprawie.




Kwitną również rozchodniki, które są uwielbiane przez pszczoły. Bardzo miododajny kwiat.


 

Upał przyszedł, kolejny. Tym razem jednak powietrze już inne, zimne ranki i wczesne wieczory łagodzą gorąco. Na tarasie 35 w słońcu, na oknie; w kuchni, w cieniu, tylko 23 stopnie. Szału nie ma.

Nadal bardzo brakuje porządnego deszczu. Podlałam dzisiaj ogród wodą z węża. I chociaż poranne rosy są obfite, a ulewa, dosyć porządna, która przeszła nad ogrodem tydzień temu, zasiliła glebę na tyle, że jeszcze jest wilgotna (w trawnikach i w grządkach, bo w lasku posucha), to po dzisiejszym upale rośliny oklapły. 


Nie ma również snujących się, o tej porze roku, nitek babiego lata. Coś się w przyrodzie pomerdało. Czekam z niecierpliwością na te babie nitki, które szczególnie w mglisty dzień operlone, są bardzo dekoracyjne. No i pajęczyny w kropelkach wymiatają. 

Barbula- w ogrodzie są dwie.




Jesień też czuć już w domu- muchy stały się ospałe, niektóre same padają na parapet martwe. Do domowego ciepełka pchają się myszy (dobrze, że nie gnomy i trolle). Zrobiliśmy ich odłów- za pierwszym razem do żywołapki weszły trzy w ciągu dwóch godzin. Po kolei, jak jedną Jaskół wyniósł do lasku, właziła druga i potem tak samo było z trzecią. W kolejnym dniu złapały się jeszcze dwie. Wydawałoby się, że to już końcówka, a okazało się, że po domu wędruje jeszcze jedna, a może dwie. I to już jest mysz- mądralińska. Z jednej łapki wyżarła przynęta, drzwiczki się nie zatrzasnęły. Po jakimś czasie sytuacja powtarza się- skwarek mamuciej wielkości zniknął, drzwiczki nie zatrzasnęły się. Mechanizmy w obu pułapkach działają. Stawiamy te łapki codziennie w różnych miejscach i codziennie stwierdzamy, że są puste, a ślady myszycy/myszora, pojawiają się tu i tam. Niefajnie jest, kiedy otwieram drzwi do schowka, a tam mysz sobie spaceruje po słoikach, kiedy mnie spostrzega, to wcale nie panikuje, tylko spokojnie schodzi na podłogę, po czym znika za regałem. Nie znoszę zapachu (smrodu) myszy, dostaję mdłości od niego i mysz wyczuję, jak tylko w domu się pojawi. Z tą przechera też sobie poradzimy- w końcu trafimy w jej gust i znęci ją do pułapki kawałek czegoś dobrego.

Tkam gobelinki na tamborkach. Ot, taki kaprys mnie naszedł, by spróbować utkać coś na okręgu, chociaż tkanie okrągłego dywanika na długi czas mnie do tego zniechęciło.

Taki jest pierwszy. Więcej zdjęć i treści o sposobie tkania na drugim moim blogu.


Nadal maszyna do szycia siedzi w szafie. Nie ma takiego miejsca, by wszystko rozłożyć i zostawić na parę dni. Inaczej- mam takie miejsce- zawsze szyję na stole w pokoju komputerowym, ale wkurza mnie zostawienie „rozbabranego” szycia na dłużej. Bo to i maszyna, i mata do cięcia, pudełko z przyborami, nożyce, igielnik, szpilki, linijki, szmatki, łatki, słonie, łonie i słasice latają po stole oraz okolicznych blatach. Do tego dochodzi deska do prasowania oraz żelazko, nie wspominając już o odstawionych od stołu krzesłach, postawionych w miejscach jeszcze wolnych, czyli w ciągach przelotowych i trzeba je omijać.... brrrrrr....

No i co mówić wtedy o życiu tu i teraz w perspektywie jutrzejszego końca świata? Zawracanie głowy- ja tu mam konkretne problemy do rozwiązania.

Puszczam bardzo fajną muzę.


https://pigletsddeepforest.com/en