Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

piątek, sierpnia 28, 2026

Uprawiać "sztukę dla sztuki" , "szokować mieszczucha" i "niech żyje absolutna wolność twórcza".

 


Miał być post solidny z dawką porządnej wiedzy o bohemie, ale... czy ja wiem, przecież na pewno (????) większość z czytających kojarzy, o co chodzi.

 

Poza tym wiedza ogromna, dużo informacji, szmat czasu obejmuje jej występowanie- prawie 100 lat od pierwszej połowy XIX wieku do II wojny, a i potem grupy artystyczne, które można nazwać bohemą, istniały i nadal istnieją.

Pewnie są i współczesne grupy artystyczne, środowiska artystyczne, ale czy przyjmują one styl życia, jaki przyjęli artyści w latach wczesnej „bohemy” i potem aż do początku II wojny światowej, a jeszcze po niej w latach 50 (Paryż, Warszawa...), nie wiem. Pewnie te, po II wojnie, wczesne powojenne środowiska, podobnie jak przedwojenna bohema, przyjmowały np. postawy dekadenckie, zgadzali się z ideami egzystencjalizmu, krytykowali zasady życia drobnomieszczańskiego itp.

Na pewno zmieniały się np. style oraz kierunki malarskie, architektoniczne (np. wejście stylu socrealistycznego w Polsce). Zastanawiałam się również, ale to tak na marginesie, czy ruch hippisowski można by zaliczyć do bohemy lat 60. Miał on sporo cech, jakie charakteryzowały środowiska bohemy w różnych okresach jej istnienia, od początku jej zdefiniowania. Ale jedno na pewno różni hippisów od bohemy w tradycyjnym pojęciu- radość życia, śpiew, taniec, czyli zupełne zerwanie z egzystencjalizmem. Ruch hippisowski to obraz pełni życia, tu i teraz, na maksa.

Świat bohemy, świat artystyczny, zawsze mnie fascynował. Może z racji wykształcenia, a może dlatego, że to świat niebanalny, nie dający się zaszufladkować, świat pełen interesujących indywidualności, a może dlatego też, że ten świat artystyczny, wychodzący poza różne ogólnie przyjęte konwencje, wydawał się bliski mojemu niepokornemu charakterowi? Bunty, pogranicza, dociskanie do dechy, dochodzenie do ściany, naciąganie struny... oj kusiło, zwłaszcza w młodości. Ale Bozia nie dała dostatecznego talentu artystycznego (dała talent sportowy w zamian), dlatego pozostała mi fascynacja twórczością oraz życiem artystycznej bohemy.

Ponieważ materiału, na ten temat, jest bardzo dużo, opiszę tylko niektóre wątki (i to też tak raczej jako zasygnalizowanie czegoś ważnego lub interesującego).

Bohema (z francuskiego la bohème- cyganeria)- to środowisko artystyczne, którego członkowie wzbudzali kontrowersje zarówno pod względem obyczajowym jak i pod względem awangardowego podejścia do sztuki. Po raz pierwszy określenia cyganeria (la bohème) użyto w latach trzydziestych XIX wieku we Francji. Były to czasy romantyzmu, ale  grupy cyganerii, przede wszystkim, tworzyły się w późniejszym modernizmie (głównie Berlin) oraz po II wojnie światowej, w czasach egzystencjalizmu (Paryż).

Artyści, należący do cyganerii, manifestowali pogardę do panujących norm obyczajowych, demonstrowali bunt przeciwko stylowi i wartościom drobnomieszczańskim. Tworząc, łamali zasady przyjętych dotychczas norm estetycznych oraz reguł twórczości artystycznej.

Co więcej, by podkreślić swoją przynależność do bohemy, ubierali się ekscentrycznie, celowo zachowywali się swobodnie i niekonwencjonalnie, stawiając, tym samym, świadome wyzwanie rzucone opinii społecznej. Profesor Tomasz Weiss w "Literatura polska. Przewodnik encyklopedyczny" pisze tak:

„Środowiska cyganeryjne były charakterystycznym elementem życia artystycznego szczególnie u schyłku XIX i w początkach XX wieku, w okresie modernizmu, kiedy głównymi ośrodkami międzynarodowej cyganerii stały się Wiedeń i Berlin. Cyganeria jest przede wszystkim zjawiskiem socjologicznym, występującym zwykle w dobie przemian społecznych i obyczajowych, kryzysów i fermentów ideowych i artystycznych (jak np. XIX-wieczny dekadentyzm), przy czym dziedzina sztuki nie stanowi jedynego, a często nie jest najważniejszym polem jej aktywności. Cechą zasadniczą cyganerii jest postawa demonstracyjnej negacji – obojętności, protestu, buntu, prowokacji wobec konserwatywnego społeczeństwa, wobec przymusów i nawyków pospolitego bytowania, którym cyganie przeciwstawiają mgliste, zazwyczaj marzycielsko-utopijne idee przebudowy świata, jego rewolucyjnej przemiany, odnowy sztuki itp. To bliżej nieokreślone przeświadczenie o własnym prekursorstwie i awangardowości splata się w ich świadomości z poczuciem społecznego wykorzenienia: czują się i są traktowani jak outsiderzy, którzy nie tylko utracili kontakt z zachowawczym społeczeństwem, ale w ogóle nie pragną jego nawiązania. Stąd znamienne dla cyganerii poczucie niestabilności czy nawet tragizmu własnej sytuacji, przejawiające się w sferze psychologicznej i w stylu życia, np. programową abnegacją czy ekstrawagancją zachowania i stroju.”

Natomiast o polskiej bohemie, Weiss pisze tak:

„W Polsce najbardziej znanymi ugrupowaniami cyganeryjnymi były romantyczna Cyganeria warszawska z lat czterdziestych XIX wieku i cyganeria młodopolska z przełomu XIX i XX wieku skupiona w Krakowie wokół Stanisława Przybyszewskiego. Przeszczepił on na grunt krakowski obyczaje międzynarodowej cyganerii berlińskiej, wśród której jako "genialny Polak" odgrywał znaczną rolę. Przybyszewski dobierał sobie kompanów nie tyle wśród uznanych artystów, ile wśród ludzi skłóconych z mieszczańskim otoczeniem (uosobionym w pogardzanej i wyszydzanej postaci "filistra" i "kołtuna"). Niektórzy z nich znaleźli się później w gronie inicjatorów i wykonawców programu kabaretu Zielony Balonik, ostatniego już przejawu aktywności młodopolskiej cyganerii, a zarazem świadectwa jej schyłku: obyczaj cyganeryjny uległ tu nie tylko teatralnej konwencjonalizacji, ale także bywał przedmiotem parodii i kpiny. Wśród licznych wspomnień poświęconych cyganerii, osobom jej przywódcy i uczestników, miejscom spotkań (kawiarnie Paon, Jama Michalikowa, siedziba Zielonego Balonika) pozycję szczególną zajmują szkice Tadeusza Boya-Żeleńskiego (zwłaszcza ze zbioru "Znaszli ten kraj?…"), dzięki któremu cyganeria młodopolskiego Krakowa przeszła do legendy literacko-obyczajowej swej epoki.

Cyganeria była fenomenem kulturowo- towarzyskim, które w Polsce najmocniej utrwaliło się w legendzie.


Artystyczna Bohema całą swą „filozofię życia” oparła na dekadentyzmie.

Dekadentyzm- nurt filozoficzny, kulturowy i artystyczny, który wyrażał pesymistyczny światopogląd i tęsknotę za pięknem, a jednocześnie był krytyką racjonalizmu, industrializacji i materializmu. Dekadenci postrzegali świat jako zmierzający ku degeneracji, szukając ucieczki w sztuce, estetyzacji życia i refleksji nad przemijaniem.”

Dekadentyzm zapoczątkowała twórczość Charles'a Baudelaire'a, który w połowie XIX wieku, we Francji wydał tomik wierszy „Kwiaty zła”. Poezja Charles'a Baudelaire'a była manifestem nowego spojrzenia na życie i sztukę.

Cyganeria- świat artystów, dekadencki świat, który tonął w oparach alkoholu absurdu i przeświadczenia, że tylko taki sposób na życie- narkotyki, alkohol, włóczęga po knajpach i negowanie wartości- stworzy warunki do docenianej twórczości. Nic bardziej mylnego. Wielu z tych, zapowiadających się nawet dobrze, artystów nigdy się ponad poziom nie wybiło. Ci, którzy się wybili ponadprzeciętność, mieli opinie pijaków i narkomanów, drogo też zapłacili za hulaszczy tryb życia- zbyt wczesna śmierć, reszta życia w przytułku, samobójstwa itp.

Artyści zaliczani do Cyganerii XIX oraz tworzący do czasów II wojny światowej, chętnie sięgali po morfinę, kokainę, opium. Nie gardzili meskaliną oraz eterem. Z alkoholi najczęściej pili absynt oraz czyste wódki, chociaż i wino lało się strumieniami także.

Interesujący eksperyment z narkotykami prowadził Witkacy. Polegał on na tym, że Witkacy zażywał dany narkotyk, po czym malował pod jego wpływem, a potem opisywał jak ten narkotyk wpływa na twórczość. Na każdym namalowanym, pod wpływem narkotyku, obrazie (malował głównie portrety), zapisywał informacje- data, narkotyk. Witkacy zapisywał również informacje na dziełach malowanych po alkoholu oraz podczas tworzenia których, palił papierosy. Nawet te, powstałe w czasie, kiedy niczego nie zażywał i nie palił, miały odpowiednie adnotacje. Całość wyników tego eksperymentu opisał w zbiorze esejów „Narkotyki”.

Do czego zmierzał Witkacy, tak eksperymentując? Chciał on sprostować krążącą o nim opinię, że rzekomo jest narkomanem, oraz chciał się podzielić swoimi doświadczeniami, dotyczącymi wpływu używek na twórczość artystyczną.

„Kwestia substancji psychoaktywnych korespondowała według niego z nienasyceniem związanym z samym faktem istnienia – skłonność do przyjmowania ich miała zaś wyrastać z tych samych potrzeb, co szukanie w religii, sztuce i filozofii przeżycia metafizycznego. Długotrwałe przyjmowanie tych środków prowadzi jednak do degeneracji wskutek zamknięcia się we własnej, hermetycznej rzeczywistości, czego następstwem jest utrata zdolności do porozumiewania się z innymi. Zaspokojenie w ten sposób uczuć metafizycznych jest więc niemożliwe – przede wszystkim ze względu na to, że prowadzi do przytępienia, a następnie całkowitego zaniku tego rodzaju stanów. Zdaniem Witkacego, po narkotyki mieli też sięgać coraz młodsi ludzie, co miało się przyczyniać do wyniszczania najzdolniejszych jednostek – obdarzonych największą wrażliwością, najsilniej odczuwających owo metafizyczne nienasycenie .”

I jeszcze:

„Witkacy zaliczał do „narkotyków” tytoń i alkohol. Nikotyna miała umożliwiać stworzenie pewnego rodzaju mechanizmu psychicznego stanowiącego „doskonały wstęp” do wszelkiego rodzaju uzależnień. Nałóg ten miał skutkować wyrabianiem postawy charakteryzującej się unikaniem realnych problemów, czego następstwem była dezorganizacja woli. Z kolei alkohol miał pomagać przy tworzeniu pewnych kombinacji w malarstwie i muzyce (w mniemaniu Witkacego zawodził natomiast tam, gdzie potrzeba było najwyżej sprawności w operowaniu pojęciami). Podobnie jak w przypadku nikotyny, nadużywanie alkoholu miało stanowić ucieczkę od odpowiedzialności – co więcej zaś – skutkowało niemożnością adekwatnej oceny i zdolności wartościowania moralnego. Za bardzo niebezpieczną uznawał także kokainę, dostrzegając zagrożenia jakie niesie za sobą nałogowy kokainizm. Przyznawał jednak, że dzięki zintensyfikowaniu rzeczywistości jest ona szczególnie atrakcyjna dla artystów. Sam stosował wyłącznie małe dawki tej substancji, niemal zawsze w połączeniu z alkoholem .

Witkacy opisał również działanie pejotlu- wyciągu z kaktusa. Artysta uważał, że pejotl nie tylko nie uzależnia, ale może być stosowany jako środek wspomagający odwyk od innych narkotyków.

Jak wpływał pejotl na twórczość malarską Witkacego?

„Właściwe wizje uzyskane po spożyciu kaktusa charakteryzowały się ciągłym i płynnym przetwarzaniem jednych kształtów w drugie oraz olbrzymią i szybką zmiennością przekształcanych obrazów (przy jednoczesnym zachowaniu niezwykłej wyrazistości, a także tej samej ostrości widzenia na bliskich i dalszych planach). Poszerzyła się także optyka Witkiewicza – przywidzenia nie tylko objęły całe widzialne pole, artysta pisał bowiem o odczuwanym przez niego dziwnym zjawisku „widzenia plecami”. Oprócz tego doświadczał także „spuchnięcia czasu” – miał wrażenie, że minuty trwają tyle, co tygodnie. Zwrócił także uwagę na fakt, że użycie pejotlu niezwykle sprzyja słowotwórstwu. Innym charakterystycznym motywem wizji pejotlowych było doznanie spoglądających nań ze wszystkich stron oczu .
Co prawda doświadczenie pejotlowe nie zrewolucjonizowało twórczości Witkacego, jednak niewątpliwie pogłębiło ową dziwność, która miała cechować Czystą Formę w sztuce. Dzięki niemu artysta rozwinął wątki obecne już wcześniej w jego twórczości. Właściwe dla omawianych wizji było niezwykłe zagęszczenie widzianych form i kształtów – w tym potworów, takich jak zwierzęce hybrydy oraz mieniące się, różnokolorowe węże. Dorobek Witkiewicza poszerzył się wówczas o motyw głów w locie – szybujących na skrzydełkach bądź oderwanych całkowicie od korpusu, przypominających kosmiczny dryf na barwnych smugach. Innym charakterystycznym malarskim wątkiem są ludzkie głowy wyrastające z roślin lub zwierzęcych ciał; często skorpiona, jaszczurki bądź jakiegoś morskiego stworzenia.
W odróżnieniu od innych tego typu środków, które zdaniem Witkacego „potęgowały rzeczywistość”, pejotl miał być „narkotykiem metafizycznym” dającym poczucie dziwności Istnienia. Dlatego wyraźnie wywyższał pejotl ponad inne substancje psychoaktywne – w jego opinii kaktus był specyfikiem jakościowo daleko doskonalszym, a podróż do świata Świętej Rośliny (za jaką uważają go rdzenni mieszkańcy Ameryki Środkowej) dawała „pewien bezpośredni sposób widzenia siebie i swoich przeznaczeń, dając po jednorazowym użyciu drogowskazy na dalekie przestrzenie przyszłości .

Wizyjne działanie uświadamiające, o którym wspomina Witkiewicz w odniesieniu do działania pejotlu, ma związek z podróżą do, jak go nazywa, „własnego Hadesu”. W trakcie szczegółowo opisanego doświadczenia pod wpływem rzeczonego kaktusa, miał on bowiem ujrzeć w spotworniałym wydaniu wszystkie popełnione dotychczas błędy oraz komplet swoich wad. Podczas trwania pejotlowego seansu artysta kilkukrotnie powtarza za Indianami, że rośliny nie można przyjmować w stanie niegodnym i każdy ma takie wizje, na jakie zasłużył – kaktus „każe winnych”. Na wstępie do sporządzanego wówczas protokołu wspomina, że na kilka dni przed rozpoczęciem eksperymentu przyjmował kokainę i spożywał alkohol . Nadmienić należy, że społeczności tradycyjne, w których pejotlu używa się w celach sakralnych, sam akt spożycia Świętej Rośliny poprzedzony jest długim okresem abstynencji i duchowego oczyszczenia.”

Sami przyznacie, że to, co opisał Witkacy o swoich eksperymentach z narkotykami, jest bardzo interesujące.

Mimo, iż Witkacy bronił się przed opiniami, że jest narkomanem, tłumaczył zażywanie używek eksperymentem, to ja nie jestem przekonana do tych tłumaczeń. Jeżeli ktoś zna proces uzależniania się od używek, ten wie, że każdy uzależniony (obojętnie czy alkoholik, czy narkoman, czy seksocholik, czy zakupoholik, czy inny „-holik”) twierdzi, że nim nie jest. U Witkacego sam fakt opisania przez niego wpływu określonego narkotyku na dane dzieło, może być genialnym wybiegiem- usprawiedliwieniem nałogu, w którym najnormalniej w świecie artysta tkwił. A w tamtych czasach ludzie nie znali jeszcze całego procesu uzależnienia, dlatego przyjmowano tłumaczenia artysty jako prawdziwe, ba, nawet uznano je za wartościowe. No.... wartościowe to one pewnie są pod względem procesu twórczego, ale według mnie, raczej nie jest to dobry przykład na tworzenie. I jeszcze zaznaczę, że w tamtych czasach te wszystkie używki wchodziły dopiero w obieg, ludzie nie znali ich działania, dlatego łatwo było tłumaczyć nałóg eksperymentowaniem.

Pod wpływem pejotlu. 

Przyznam, że prawie wszystkie obrazy Witkacego do mnie przemawiają. Równocześnie zastanawiam się, czy gdyby nie narkotyki, alkohol i papierosy, tworzyłby na takim samym poziomie jak pod „wpływem”? Czy warto było niszczyć sobie zdrowie, reputację, by zaistnieć artystycznie? A z drugiej strony trudne dzieciństwo, człowiek po przejściach, dekadencki tryb życia... i pewnie to „coś”, co go pchało, by tworzyć nieprzeciętnie, jakaś ambicja, chęć wybicia się, niepokorny charakter- popuszczały hamulce i pchały, by eksperymentować, ryzykować.

Dla mnie to postać kontrowersyjna i nie da się ukryć, chyba najbardziej charakterystyczna w całej polskiej przedwojennej Cyganerii. No może jeszcze Przybyszewski był równie kontrowersyjny, ale z innych przyczyn.

No dobrze, to może dam już spokój Witkacemu, chociaż przyznam, że jest to niezwykła postać w polskiej historii nie tylko sztuki malarskiej ale również w historii polskiego teatru (teatr czystej formy, do którego nie mam przekonania).

Nie tylko Witkacy opisywał swoje doświadczenia z używkami i ich wpływ na twórczość. Tym problemem zajmowali się choćby amerykański ruchu Beat Generation, William S. Burroughs, Jack Kerouac, Allen Ginsberg, ale to już czasy późniejsze, powojenne.

Jakże złudne jest przeświadczenie, że narkotyki oraz alkohol, wzniosą artystę na wysoki poziom artystyczny. Ponarkotykowe oraz poalkoholowe wizje, gorączka, maligna, totalny odlot świadomości, na początku bywają napędem do tworzenia. Potem zaczyna się równia pochyła. To co wspomagało, zaczyna przeszkadzać, mącić, zagłuszać. Artysta traci to, co dla niego najcenniejsze- talent, twórcze spojrzenie na świat. Tylko nielicznym udało się zaliczyć „przygodę” z narkotykami w taki sposób, że zmieniła się ich twórczość artystyczna (np. Witkacy, Ginsberg), wielu oprócz wpadnięcia w uzależnienie, nie zyskało nic. No chyba jedynie czasowe wizje i omamy, których nie zdołali artystycznie uzewnętrznić na tyle, by zachwycił się nimi świat.

Nierzadko tzw. artyście wydaje się, że alkohol czy narkotyk, pomogą mu w tworzeniu dzieł nieprzeciętnych. Ba, często w określonych grupach artystycznych istnieje „moda” na ćpanie i chlanie, bo „świat artystyczny tak ma”. A tu ani ekstra artystycznego przeniesienia poalkoholowej czy po narkotykowej wizji na dzieło/pracę nie ma i być nie może, bo jak się nie ma talentu, jak się nie ma w sobie tego czegoś, tej prawdziwiej duszy artystycznej, która nie potrafi bez tworzenia ani godziny przeżyć (tworzy i świat się wtedy nie liczy, innego życia poza pracownią nie ma), to żadne alkoholowe i narkotykowe „wznoszenia się ponad poziomy” trzeźwego życia nic nie da.

Bo poza używkami w świecie pierwszej bohemy, przede wszystkim, istniała głęboka filozofia negacji, rezygnacji, czarnowidztwa, a tego we współczesnym świecie (poza małymi wyjątkami) nie uświadczysz.

Kiedy czytałam biografie członków artystycznej bohemy, nasuwał się często jeden wniosek- wspomaganie się alkoholem i narkotykami, prowadziło do powstawania dzieł nieprzeciętnych, ale w życiu bardzo często taki artysta był po prostu skur...synem- takimi byli np. Pablo Picasso, Gauguin, Przybyszewski, Witkiewicz, Kantor i wielu innych. To takie artystyczne złoto z góry, a pod spodem świńska skórka. Dobrze, jak wychodził talent i działo się pozytywnie artystycznie, ale ilu by takich, co mierny i w dodatku życiowy dziad (często alkoholik lub narkoman, albo przemocowiec), no ale.... artysta (jestem ponad, jestem wielki, macie mi wybaczać).

To właśnie w czasach Bohemy powstał mit, że artysta, by dobrze tworzyć, powinien się wspomagać, bo wizje, bo lekkość tworzenia itp. I ten mit pokutuje do dziś.


Pozostałe hasła związane z Bohemą (skrócie, bo każde z nich niesie mnóstwo ważnych treści, na które w jednym poście nie ma miejsca)

Modernizm- modern art- umowny okres w dziejach sztuki, który rozpoczął się w połowie XIX wieku, charakteryzował się nowym, awangardowym podejściem do artystycznej twórczości- malarskiej, literackiej, teatralnej, kompozytorskiej a także baletowej-tanecznej.

W malarstwie modernizm obejmuje: impresjonizm, symbolizm (i tajemnica), ekspresjonizm, secesja, fowizm i awangarda. Następuje zerwanie z realizmem malarskim na rzecz awangardowego poszukiwania nowych technik oraz materiałów.

W teatrze sztuki modernistyczne pojawiają się pod koniec XIX wieku. Teatr modernistyczny odchodzi od realizmu obiektywizmu i tradycyjnie pojmowanej intrygi, natomiast pojawiają się symbol, przerysowanie, groteska, deformacja, synkretyzm (łączenie teatru z muzyka, tańcem, malarstwem- tekst staje się zaledwie jednym z elementów sztuki) ważną rolę zaczyna odgrywać ruch, światło, ekspresja sceniczna. W treściach wyraźnie odzwierciedlają się idee dekadentyzmu.W Polsce pojawia się Witkacy z teatrem czystej formy.

W literaturze- odrzucenie pozytywistycznych idei i skupienie się na aspektach wolności twórczej. Za najważniejsze wyznaczniki uznano indywidualność artystyczną, operowanie symbolem oraz niejednoznaczność przekazu. Do głównych tematów należało poczucie kryzysu cywilizacji europejskiej. Koniec wieku narzucał rozliczenie się z przeszłością i poszukiwanie nowych rozwiązań. Treści utworów uzupełniano tematyką mistyczną, fantastyczną oraz opisywaniem zjawisk wykraczających poza ludzkie rozumienie. Ponownie, po epoce romantyzmu, na pierwszym planie znalazły się opisy ludzkich uczuć i emocji. I dotyczyło to zarówno dramatu, jak i poezji oraz powieści.

W muzyce modernizm charakteryzował się odejściem od romantyzmu. Zmienia się również źródło poszukiwań. Moderniści inspiracji szukają w technice, w życiu codziennym. Odchodzi się o tradycyjnej linii melodycznej na rzecz porwanej frazy, statyki, sekwencyjności, czy snucia motywistycznego.

Mały wtręt- jestem osłuchana w muzyce różnych epok i w różnych gatunkach muzycznych, ale muzyki modernistycznej oraz postmodernistycznej za chiny nie pojmuję (zresztą trudno coś w niej pojąć) i jak nie muszę, to uciekam od niej jak tylko mogę najdalej. Te wszystkie a tonacje, zawieszenia na jednej nucie, dysonanse, dysharmonia... no.. posłuchajcie Pendereckiego lub Strawińskiego Lutosławskiego albo jeszcze innego modernistycznego muzyka, to zrozumiecie, o jakiej muzyce mówię.

Dandysizm/ dandyzm- noszenie się w sposób elegancki, dbałość o strój jako wyraz buntu przeciwko szarej mieszczańskiej rzeczywistości. Dandysi nosili przesadnie kolorowe stroje oraz przestrzegali przesadzonej, nieraz karykaturalnej etykiety. Początkowo kolorowe stroje łączono z artyzmem, niejako obyciem ze sztuką, potem ruch zaczął przybierać formę pozbawioną artystycznego pierwiastka, co spowodowało banalizację całego nurtu.

Moja dygresja- kiedy studiowałam, na uczelni studiowali również przyszli nauczyciele muzyki i plastyki. Uważali się za artystów i starali się to podkreślać swoim ubiorem. Wiecie takie szaty powłóczyste, szale, płaszcze do łydki, jakieś wstążki we włosach, wisiorki, bransoletki, chusty, katany.... do tego rulony pod pachami, gdzieś pędzel wystawał z lnianego wora, no fakt barwni byli. Jakoś tak się utarło w świecie artystycznym, że koniecznie, ale to koniecznie trzeba podkreślić, choćby ciuchem swoją odrębność. Nieważne, że artysta mierny, mizerny, ale barwnym ptakiem z wierzchu jest. I oni doskonale w to artystyczne przeświadczenie wpisywali się

Jednak w tym samym czasie większość studentów ubierała się niebanalnie, bo takie były czasy, że trzeba było ciuch samemu kombinować, a i duch ogólnoartystyczny panował choćby na moim kierunku, który był bardzo związany z kulturą oraz sztuką, toteż na naszym kierunku nie brakowało oryginalnych strojów. No cóż, życie bywa brutalne i nasi artyści na kierunkach artystycznych po otrzymaniu dyplomu spadali na ziemię- szli uczyć dzieciaki do podstawówek, a na grzbiet wkładali bardzo praktyczne odzienie. Ale 4 lata mogli uchodzić za ludzi, którzy niebawem wkroczą w wielki świat sztuki i będą mieli ogromne wernisaże.

Kawiarnie artystyczne- miejsce spotkań artystycznej bohemy, w których prowadzono dyskusje o literaturze, malarstwie muzyce i polityce. Toczono spory, bratano się i odkrywano nowych twórców.

W takich miejscach rodziły się nowe idee artystyczne, były one też przestrzenią inspiracji. W kawiarniach artystycznych organizowano również mini wystawy, poeci deklamowali swoje utwory. Było to miejsce rozrywki- tańczono, śpiewano, pito alkohol i zażywano narkotyki do utraty przytomności.

W Paryżu najbardziej znane to Les Deux Magots, Cafe de Flore, oraz kabaret Moulin Rouge, gdzie również spotykali się artyści, by się przednio zabawić.

W Berlinie miejscem spotkań bohemy berlińskiej była Gospoda „Pod Czarnym Prosiakiem”- w niej spotykała się niemiecka i skandynawska cyganeria (Strindberg, Dagny Juel, Edvard Munch, a także bywał tam Stanisław Przybyszewski).

W Krakowie centrum spotkań bohemy polskiej były kawiarnie Paon (Pod Pawiem) oraz Jama Michalikowa, w której działał „Zielony Balonik”. W okresie międzywojennym dołączyła do miejsc spotkań bohemy kawiarnia Esplanda.

W Warszawie artyści spotykali się w kawiarni „Pod Picadorem”, później również w „Małej Ziemiańskiej”

I jeszcze dla porządku kawiarnie wiedeńskie- miejsce spotkań cyganerii wiedeńskiej- Café Griensteid, l Café Central, Café Sperl

Café Schwarzenberg oraz kawiarnie artystyczne w Pradze:Café Slavia, Café Savoy, Café Louvre.

I to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o Bohemę. Oczywiście w ogromnym skrócie. 


 

O eksperymentach Witkacego z używkami można przeczytać tu:

https://witkacy.eu/wp/eksperymenty-halucynacyjne-w-kulturze-i-sztuce-stanislaw-ignacy-witkiewicz-i-beat-generation/

Inne źródła:

https://www.wandea.org.pl/dekadentyzm-dekadenci.html

https://ozkultura.pl/node/878

https://culture.pl/pl/artykul/cyganeria


wtorek, sierpnia 25, 2026

Odeszła "Królowa Country"

 

Dolly Rebecca Parton – amerykańska piosenkarka muzyki country, kompozytorka i autorka tekstów, multiinstrumentalistka, producentka muzyczna, aktorka, pisarka, businesswoman i działaczka społeczna. Ikona muzyki. Odznaczona Narodowym Medalem Sztuki.

Zmarła dzisiaj w wieku 80 lat.

 Do jej największych hitów należały m.in. utwory "Jolene" oraz "I will always love you". Zdobyła 11 nagród Grammy, w tym nagrodę za całokształt twórczości. Prezydent USA Donald Trump poinformował, że w związku ze śmiercią artystki flagi w Stanach Zjednoczonych będą opuszczone do połowy masztu. 

Znana, lubiana... więcej nie napiszę, bo ogarnął mnie ogromny żal.


 


poniedziałek, sierpnia 24, 2026

niedziela, sierpnia 16, 2026

Rodzajów płci pomieszanie.

 

Ostatni dzień upałów tego lata. Podobno. Podobno mają być tylko epizody "upalne", podobno. Ale ranki są chłodne, to teraz upał łatwiej znieść. Wody, deszczu, ulewy nam trzeba. Wczoraj znów podlałam ogród wodą z węża. Nie mogę już patrzeć na te przywiędłe rośliny. Serce boli. Muszę przesadzić hibiskusy, które zasadziłam obok brzozy. Wydawało mi się, że jak mają wystawę zachodnią, to słońce im nie dokuczy. Nie dość, że słońce po południu praży najbardziej (wprost na nie) i temperatura jest wysoka, to jeszcze brzoza spija im wodę. Przesadzę je na wiosnę z nadzieją, że się przyjmą- są już dosyć duże.

Został jeszcze jeden miesiąc lata, a już widzę zbliżającą się jesień. Sosnowa zasypana suchymi listkami. 

 Połowa sosnowej tego ranka.

Na gałęziach też zaczyna się złocić. 


O tej porze zbierałam, na dole ogrodu (używam tego określenia, bo dom stoi na stoku, a koniec ogrodu jest u jego podstawy), grzyby. W tym roku tak sucho, że o grzybach nawet pomarzyć się nie da. A grzybów w lasach podobno sporo. 

 
Jaskółki ćwiczą loty, a potem siadają gromadnie na drutach. One odlatują najpóźniej, jeszcze trochę nimi nacieszę się. 

 


 Podobno bociany już sejmikują. Wilgi oraz drozdy odleciały. Jakoś tak robi się nostalgicznie na myśl, że lato się kończy.

Oglądałam do późna finały w Mistrzostwach Europy w LA. No super, są sukcesy, są medale. A Beza urządziła sobie koncert o 4 rano- przez 15 minut poszczekiwała leżąc w sieni i w nosie miała moje groźne miny oraz grożenie palcem, by się uspokoiła. Jak do psa „przemówić”, kiedy nie słyszy, a hałasuje ponad miarę? W końcu jednak uznała, że jestem zła i się uspokoiła. W zamian za trzymanie paszczęki zamkniętej,  zrobiła mi pobudkę przed 6 rano.

Czekamy na moment, kiedy temperatura unormuje się w okolicach 20 stopni- mamy upatrzony pałacyk do obejrzenia niedaleko Kędzierzyna-Koźla. Bardzo chciałabym go zobaczyć, bo zaczyna mi się historia tutejszych właścicieli i ich pałaców ładnie splatać. Ten pałac, który chcemy obejrzeć, został wybudowany przez tutejszego potentata węglowego- tutejszego, czyli cieszyńskiego. Na razie jest zbyt gorąco, żeby jeździć z Bezą, a i nam taka temperatura raczej nie odpowiada do zwiedzania. Klima w samochodzie jest, ale po wyjściu z niego, to można się ugotować. Dziękuję, nie dla nas łażenie w upale, a tym bardziej dla „sercowego” psa.

Pamiętam wyprawę z Bezą do Strzybnika- było dosyć zimno, padał deszcz, a mimo to bardzo dobrze nam się łaziło po parku pałacowym i oglądało to, co jeszcze w nim, z pałacu, zostało.

Wrzesień, październik i może listopad, rezerwujemy sobie na wyjazdy z domu.

Gladiol czy gladiola. Ponieważ nazwa pochodzi od łacińskiego słowa miecz, wydawało mi się, że powinien być gladiol- ten miecz, ten gladiol, a tu nadspodziewajka- po polsku „ten” mieczyk, ale „ta” gladiola. No niech będzie (u nas w domu mówiło się wyłącznie na te kwiaty-gladiole tak, jak na pierwiosnki- kluczyki). W każdym razie gladiole, które zasadziłam późną wiosną, kwitną już od pewnego czasu. Po kolei odkrywają kolory. Najpierw zakwitł jasno kremowy, potem zakwitły czerwony oraz ceglasty, następnie zakwitły fioletowe i żółty z białym środkiem. Ostatnie kępy są mieszane kolorami- sadziłam cebule, które mi zostały z różnych kolorów (na początku sadziłam po trzy cebule z jednego koloru, potem mieszałam pozostałe- było po 5 cebul z 5 kolorów i moje zeszłoroczne).

 







 


Rzadko teraz piszę tutaj o polityce, dużo tego i takie jakieś mdławo- gorzko- wrednawe- nie chce się komentować, ale to, co powiedział ćpun dęty, przeszło granice mojej wyobraźni. Muszę odreagować. Flaga- „Bóg, Honor, Ojczyzna”- jeszcze łyknęłam z trudem, bo z trudem, ale łyknęłam, ale to, że Polacy bronili Monte Cassino, to już mnie zatkało na dłuższą chwilę. Ano... no tak... no doktor historii... tak, no...


Komentarze, zamieszczone pod tym, zrekompensowały mi niesmak po „występie” ćpuna dętego. Bezlitośnie go rozjechano, gdyby był obok, śmiechem by go zabito.

Tu można sobie poczytać i ubawić się nieco

https://www.facebook.com/PrzemyslawWiszniewski




„Dopóki mnie nie widzą, nie każą mi być kimś innym”.

środa, sierpnia 12, 2026

Ledwo zdążyłam.

 

No i przeszły te okropne upały. A deszcz? Tylko raz porządnie polało ziemię i znów jest sucho. Co drugi dzień polewam ogród wodą z węża. Trochę pomaga, ale ile można lać tej wody?

Podczas porannego spaceru z Bezą w ogrodzie, słyszę gadulenie wilg, siedzących w koronach brzóz. Czasem samiec gwizdnie, czasem samica zaskrzeczy. Jest połowa sierpnia, niedługo wilgi odlecą. W tym roku udało mi się zrobić tylko parę zdjęć.

 

Nad polami słychać pokrzykiwania myszołowów. Nie widzę ich, bo ta cholerna kukurydza na jednym i drugim polu, ogranicza mi widoczność nawet na niebo. A kukurydza w tym roku jest dorodna, wybujała nad miarę, gęsta, ciemnozielona i wkurzająca mnie na maksa. Będzie sobie tak tkwiła, po obu stronach ogrodu, do listopada. Staram się dostrzegać w jej zieleninie jakieś fajne akcenty. No kwitnie i ma już malutkie kolby, które ozdobione są „wąsami” u góry.


 

Jak byłam dziewczynką, to te wąsy zrywałam i zdobiłam nimi głowy lalek- takie piękne świetliste włosy wtedy miały. Natomiast, na jesień, rwało się kolby z rosnących na polu roślin, ściągało się liście z wierzchołka kolb aż do ich nasady i wiązało całe girlandy, po czym te sznury kukurydziane wieszało się na drutach na stryszku nad oborą, by przeschły przed łuskaniem. Na ogół kolby miały ziarno żółte ale zdarzały się i czerwone oraz lekko fioletowe. Łodygi oraz resztę liści szatkowało się i wrzucało do ocembrowanego zbiornika na kiszonkę. I co? No i deptało się toto, deptało, ugniatało, i znów deptało, aż puściło sok. Tak samo robiliśmy z liśćmi z buraków pastewnych. Wszystkie w tym zbiorniku lądowały po czym znów naszym- dzieci- zadaniem było je jak najbardziej udeptać. A zimą ojciec wyciągał widłami z tego zbiornika paskudnie cuchnącą kiszonkę, którą krowy oraz świnie wcinały z apetytem. I wszystko byłoby super, bo w sumie praca niezbyt męcząca (oprócz tego udeptywania), gdyby nie odbywała się w warunkach późnojesiennych, kiedy podczas wiązania liści palce grabiały od zimna i wszystko trwało czasem po dwie trzy godziny. Obrywanie kolb z łodyg też nie było przyjemne, bo trzeba było przedzierać się między tymi łodygami a kolby ładować do kosza, stawianego na ziemi, który potem, ciężki, niosło się na skraj pola, by wysypać kolby na pryzmę lub na przyczepę.

No i wyszedł mi cały elaborat o kukurydzy. Wcale niezamierzony, ale takie fajne (?) wspomnienie się opisało przy okazji narzekania na zasłaniającą świat kukurydzianą ścianę.

Pszenica na polu za drogą została zżęta. Zdążyli przed ulewą, która była potem.


 


 

Urzekają mnie współczesne nowoczesne maszyny rolnicze. Zrobią na polu wszystko od a do z- zetną, wymłócą, zszatkują słomę, ziarno władują do worów. Kombajny kukurydziane robią to samo z kukurydzą (i kombajny dedykowane zrobią to samo z burakami, ziemniakami, rzepakiem)- ta tak w nawiązaniu do zbierania kiedyś kolb jeszcze na polu i dalszego ciągu prac przy kukurydzy.

Na grządkach Młodych, jak co roku, urodzaj ogórków i fasolki szparagowej. Młoda przyniosła mi kilka misek tych dobroci. Najpierw zrobiłam trzy słoje małosolnych, teraz zrobiłam duży słój i chyba to już koniec. 

Słoiki ogórków z obrazem w tle. Obraz malował jeden ze studentów mojej matki- prowadziła seminaria magisterskie na kierunku plastycznym UŚ. Kolorytu "martwej naturze" dodają płyny do dezynfekcji, które postawiłam podczas pandemii i od tego czasu pozostał mi nawyk dezynfekowania rąk po każdym kontakcie z pieniędzmi.  Kontakt mam częsty, bo przecież mamy sklep.
 

Zrobiłam sałatkę do słoików. Najprostszą z prostych. Pierwszą partię zrobiłam trzymając się ściśle przepisu, dałam wszystkiego po 1/4 z całości. Wyszła za słodka.


 Pierwsza partia słoików. 

 

Drugą partię zrobiłam z połowy składników, podanych w przepisie i nie trzymałam się go ściśle przy doprawianiu. Sałatka wyszła lepsza od pierwszej partii, ale octowa. Ostatnia partię zrobiłam, po prostu, doprawiając na bieżąco, kiedy się „przegryzała”. 

 


Fajne słowo- przegryzała. Do tej partii dałam mniej octu, mnie cukru, (przecier pomidorowy jest słodki, więc po co tak dużo cukru dawać, jak jest w przepisie), więcej pieprzu i papryki oraz więcej oleju. I dopiero ta sałatka tak smakuje, jak lubię- ani za słodka, ani zbyt kwaśna i w dodatku olej też zrobił swoje.

W sumie zrobiłam 14 słoików półlitrowych sałatki ogórkowo-fasolkowej.

 Przepis: 

Zimowa sałatka z ogórków i fasolki szparagowej

Składniki (wyjdzie około 7-8 litrów):

  • 2 kg fasolki szparagowej

  • 2 kg ogórków

  • 0,5 kg cebuli białej

  • 0,5 kg marchwi

  • pół szklanki oleju

  • 1 szklanka octu 10%

  • 500 ml koncentratu pomidorowego 

  • 3 łyżki soli

  • 1,5 szklanki cukru

  • pół łyżeczki pieprzu

  • łyżka słodkiej czerwonej papryki w proszku

Wykonanie:

Fasolkę obrać, umyć i gotować w posolonej wodzie przez 20 minut (musi być miękka ale sprężysta). Ja na tą ilość fasolki do 4 litrowego garnka daje łyżkę soli. Odcedzić, pozwolić jej przestygnąć i pokroić na kawałki o długości 3-4 cm.

Ogórki obrać i poszatkować na cienkie plasterki. Jeżeli ogórki są malutkie, to można zostawić je ze skórką. Marchew obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Cebulę obrać i posiekać w cienkie plasterki.


Wszystkie składniki umieścić w dużym naczyniu – do warzyw dodać cukier, ocet itd. Połączyć ze sobą i zostawić na 1-2 godziny do przegryzienia. Co jakiś czas można przemieszać.

Tak przygotowaną sałatkę nakładać do słoiczków, wlewając także trochę sosu. Zakręcać i pasteryzować przez 10 minut we wrzącej wodzie. Wystawić i chłodne zanieść do spiżarni ?

Ale jak napisałam- ja się nie pieszczę z przepisami- zazwyczaj zmniejszam proporcje, a potem doprawiam zalecanymi przyprawami,  według mojego smaku.  Poza tym, taka sałatka może być bazą, do której można dodawać dowolne składniki np. czerwoną paprykę, koperek, żurawinę, rodzynki, prażone pestki słonecznika itp.

Ja tam się do robienia przetworów nie palę i jak nie muszę, to nie robię. Już nie te czasy, kiedy przetwory robiło się, bo rodzina duża, bo taniej, bo z własnego ogrodu. Dla dwóch osób naprawdę nie warto się babrać, ale nie lubię, jak się żywność marnuje, dlatego teraz przetwarzam ogórki i fasolkę. Część fasolki zamroziłam. Zamroziłam też przetarte ogórki małosolne, które zrobiły się „mocno solne”, czyli kiszone.

Rzutem na taśmę sfotografowałam zaćmienie Słońca. Kompletnie o nim zapomniałam a w dodatku sądziłam, że u nas nie będzie tak spektakularne jak na zachodzie Europy. Gdyby nie Młoda, która ze zdziwieniem zapytała: Nie oglądasz zaćmienia?- przeleciałoby mi koło nosa. Zdjęcie zrobione na końcu naszej uliczki, która opada łagodnie w dół, dlatego Słońce jeszcze mogłam złapać nisko nad horyzontem.

 


Układu planet nie zobaczyłam- było zbyt jasno. Taki układ- planety w jednym rzędzie- widziałam kilka lat temu na nocnym niebie. Chyba nawet zdjęcia na blogu zamieściłam. 

Trwają mistrzostwa Europy w LA oraz turniej tenisowy, w którym Iga nareszcie pokazuje na co ją stać. Prawdziwy maraton sportowy zaliczamy.

Dzisiaj spróbuję zobaczyć spadające gwiazdy.  Na razie niebo jest bezchmurne. 
 

 

poniedziałek, sierpnia 03, 2026

Kopiec termitów też może być piękny.

 



„Patrząc na zaprojektowane przez niego budynki, czujemy się, jakbyśmy wpadli do baśni, w której mieszają się światy i kultury. Architektura tworzona przez Gaudíego sprawia, że zaciera się granica między wyobraźnią a rzeczywistością zdominowaną przez porządek, ostre kąty i proste linie.

Ákos Moravánszky, szwajcarsko- węgierski architekt i historyk, w króciutkiej biografii Gaudíego stwierdził, że „początkowo projektowane przez niego obiekty traktowano jako bezładne i irracjonalne wymysły zwariowanego artysty żyjącego w świecie snu i halucynacji”. Zabrzmiało jak krytyka, ale przypomina nieco komplement, czyż nie?”

Gaudi, to mój ulubiony architekt, artysta, twórca niesamowitych budowli.

Pewnie nie tylko mnie zachwyca, dlatego myślę, że warto szerzej poznać jego „twórczość”.

Ten post jest pierwszym z kilku o nim, bo mam zamiar przedstawić główne jego projekty, a omówienie ich wymaga więcej miejsca niż w jednym poście.

W zasadzie, powinnam na początku przedstawić życiorys Gaudiego, ale raczej skupię się na jego dorobku, a zamiast nudnych wywodów typu „urodził się...” polecam książkę.


 

I kto by się spodziewał po „marnym studencie” takich sławnych dzieł architektury. Egzamin na studia zaliczył z najniższą notą i ale udało mu się uzyskać dyplom ukończenia uczelni.

„Już w trakcie studiów pierwsze szkice Gaudíego musiały budzić zdziwienie. Zaprojektowana w ramach egzaminu aula uniwersytecka zdradzała skłonność przyszłego architekta do mieszania stylów, a także mnogości dekoracji i detali.

 


 W projekcie uwagę przyciąga centralna część budowli o kopułowatym kształcie, zwieńczona daszkiem osadzonym na kolumnach, jakby wyjętych ze świata starożytnej Grecji. Może to właśnie wymykanie się utartym schematom powodowało, że Gaudí podczas pobytu na uniwersytecie otrzymywał najniższe noty za swoje prace. Już na tym wczesnym etapie sposób myślenia artysty i przekładania na papier pomysłów rodzących się w jego wyobraźni zdradzał, że w przyszłości wyprzedzi swoją epokę.”

Studiując dorabiał sobie jako pomocnik w pracowniach architektonicznych i poznawał tajniki architektury od tej prozaicznej, praktycznej strony.

Jako człowiek dojrzały prowadził ascetyczny tryb życia, stronił od ludzi, nigdy się też nie ożenił. Całe życie poświęcił architekturze- ona wypełniała mu każdy dzień, zajmowała wszystkie myśli.



„Po nauce na uniwersytecie nie podążał szlakami wytyczonymi przez innych architektów, niemniej wiedza zdobyta podczas studiów, szeroka znajomość literatury i nurtów w sztuce stały się dla niego źródłem inspiracji. W jego projektach dostrzegamy wpływy gotyku, secesji, hiszpańskich tradycji ceramicznych, a nawet budownictwa orientalnego.

Najistotniejszą inspiracją była dla niego natura – wraz ze swoimi materiałami, nieregularnościami, falującymi liniami, zaskakującymi formami i bogactwem kolorów. Elementy przyrody można już dostrzec w zaprojektowanym dla niego samego biurku, które wyróżniają duże boczne nadstawki i wykończenia w postaci motywów zwierzęcych i roślinnych.”

I w tym momencie odsuniemy czas, w którym zaczynał wdrażać w życie swoje pierwsze projekty, a skupimy się na jego największym dziele jakim jest bazylika Sagrada Familia w Barcelonie.

Świątynia ta była jego największym osiągnięciem.

„Historia budowy tego kościoła rozpoczęła się w 1882 roku; zlecenie na jej projekt otrzymał wówczas architekt diecezjalny Francisco de Paula del Villar y Lozano, który jednak postanowił odstąpić to zamówienie Gaudíemu. Architekt nie przewidywał, że prace nad świątynią będą nie tylko towarzyszyć mu przez resztę życia, ale trwać jeszcze przez dekady po jego śmierci. Ponad 140 lat później od rozpoczęcia budowy Sagrada Família wciąż nie jest ukończona.”

Kościół zaplanowano jako pokutny, więc miał być budowany z datków. Z tego powodu prace się opóźniały. Bywało, ze Gaudi chodził od domu do domu, zbierając pieniądze na dalszą budowę.

Niżej, na zdjęciu kościół stoi w polu, obecnie jest otoczony miastem. 


„Na mozolny proces budowy Sagrada Família wpływa również sam koncept Gaudíego. Jego projekt zakłada skomplikowane konstrukcje i liczne zdobienia, które mają sprawiać wrażenie ukształtowanych przez siły natury, wymagają więc niezwykłego kunsztu rzeźbiarskiego. Gaudí zdawał sobie sprawę, że jego monumentalna wizja architektoniczna wywrze wpływ na budownictwo w przyszłości. Gdy pytano go, czy Sagrada Família jest jedną z wielkich katedr, odpowiadał: „Nie, to pierwsza z serii zupełnie nowych”

Gaudi temu projektowi poświęcił kilkanaście lat życia. Nie zrażał się nawet wtedy, kiedy spotykał się z negatywnymi opiniami na temat świątyni oraz jego pracy.

Po śmierci pochowano go w krypcie niedokończonej bazyliki.

„„Technologie zrewolucjonizowały nasze procesy operacyjne, w wielu przypadkach realizując pomysły przewidziane bądź rozpoczęte przez Gaudíego” - podkreśla Puig. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech jego techniki jest geometria wnętrza nawiązująca do kształtów występujących w naturze. Efekt ten stworzony został z prostych linii, które zostały umieszczone w taki sposób, że sprawiają wrażenie falowanych kolumn i murów. „Do tworzenia tak wyszukanych projektów geometrycznych Gaudíemu nie wystarczały plany dwuwymiarowe, musiał pracować w trójwymiarze, wykorzystując do tego fizyczne makiety stworzone z gipsu”. Obecnie modelowanie cyfrowe za pomocą programów CAD i BIM ułatwia projektowanie i etap wykonawczy.

Gaudí rozpoczął budowę Sagrady Familii od krypty oraz muru apsydy, stosując przy tym tradycyjne metody architektoniczne, czyli małe kamienie ręcznie dopasowywane przez kamieniarzy. Jednakże na ostatnim etapie swojego życia, który był poświęcony budowie fasady „Narodzenia”, architekt wprowadził nowatorskie, jak na tamte czasy, materiały, takie jak beton w górnych częściach budowy i wykorzystał elementy prefabrykowane. „Obecnie stosujemy tę samą logikę, prefabrykując możliwie największą liczbę części, aby ułatwić pracę na wysokościach” - potwierdza asystent architekta. Bazylika, w momencie zakończenia budowy, będzie o 11 m wyższa od 161-metrowego kościoła w Ulm w Niemczech, który jest obecnie rekordzistą wysokości.

Jak przebiegała cała budowa, jej etapy, jakie materiały wykorzystywano, kto brał udział w „zdobieniu”, można przeczytać w artykule „Logistyka kryjąca się za budową Sagrady Familia w Barcelonie” – adres dałam w przypisach. Warto przeczytać, bo opisane są w nim niesamowite rzeczy, dotyczące budowania katedry. Artykuł jest z tego roku, więc informacje dotyczą aktualnego stanu.

Od początku budowy, przez 140 lat obiekt łączy funkcje religijną z turystyczną z działalnością budowlaną. Równocześnie prowadzi się prace renowacyjne oraz konserwatorskie. I to również wymaga nie lada logistyki.

Jestem przekonana, że większość, patrząc na katedrę (głównie z zewnątrz), od razu stwierdziłaby- mnie się nie podoba, to taki kicz. Pomijając kwestię gustu, takie bezpardonowe, bezrefleksyjne podejście, zawsze skłania mnie nie tylko do zastanowienia się na tymi słowami, ale również do zastanowienia się nad tym, co ma w głowie człowiek tak beztrosko podchodzący do sztuki. A jeszcze bardziej zastanawia mnie taki człowiek, który upiera się i nadal twierdzi- no, nie podoba mi się, mam do tego prawo. Owszem, masz i może ci się nie podobać, ale oprócz tego pierwszego odbioru, należałoby się jednak zastanowić nad tym, kim był twórca danego dzieła, jakie idee mu przyświecały, a przede wszystkim, ile trudu włożył w pracę nad swoim dziełem. I nawet, jak to dzieło do nas „nie przemawia”, to chyba należy docenić wysiłek twórczy jego autora.

Nie wiem, czy Sagrada Familia mi się podoba? No, po prostu nie wiem. Na pewno nie traktuję jej jako całości oceniając: „podoba mi się- nie podoba”. Ona jest tak różnorodna, że trudno to wszystko ogarnąć. Jedne elementy są dla mnie nie do przyjęcia np. te „kwiatki' na iglicach w kolorach lizaków cukrowych. Z kolei płaskorzeźby, zielone drzwi z płaskorzeźbami fauny i flory, witraże i gotycka strzelistość kolumn, gra światła, zachwycają mnie aż do wstrzymania oddechu. Na pewno mój odbiór byłby bogatszy, a ocena bardziej zdecydowana, gdybym zobaczyła budowlę, z jej wszystkimi elementami, „na żywo”. Nie dane mi było i pewnie już nie zobaczę jej tam na miejscu. Nie, nie jest mi jakoś specjalnie żal.

Sagrada Familia to dla mnie wyraz potęgi ludzkiego umysłu. Gaudi to geniusz, to wizjoner, to człowiek wyprzedzający artystycznie, architektonicznie swoją epokę. Jego pomysły są tak oryginalne, niebanalne, odstające od tego, co przeciętne, że nie można tak sobie ocenić jego dzieł na zasadzie „podoba mi się- nie podoba”, bez uwzględnienia ogromu pracy i trudu włożonego, w swe dzieła, przez Gaudiego.

One zachwycają mnie także z innego względu- odniesienia się w architekturze do przyrody. No bo, dlaczego by nie zamieścić płaskorzeźb jaszczurek, chrząszczy, motyli, kwiatków, chwastów pod rzeźbami np. pastuszków składających dary? Gdzieś jest płaskorzeźba- głowa byka, gdzie indziej „siedzi zając”, jeszcze gdzie indziej płaskorzeźby ptaków w locie. Czy zawsze to muszą być elementy geometryczne, jakieś kwadraty, koła, kratki? A te piękne drzwi w kolorze zieleni, niebieskości? Czyż nie piękne w swoim „listowiu, zwierzątkach i kwiatach”? A sklepienie katedry? Tak pięknego sklepienia- słoneczniki- chyba nigdzie nie ma na świecie.

Sama budowla, w całej okazałości jest niesamowita- „kopiec termitów” jako obiekt sakralny przełamuje wszystkie dotychczasowe wizje jak ma wyglądać kościół, katedra, bazylika.

I tak, ta niezwykłość architektoniczna,to podejście „przyrodnicze”, ten kunszt w detalach, to do mnie najbardziej przemawia w twórczości Gaudiego. I na plan dalszy schodzi, u mnie, „podoba się- nie podoba się”.

Zrobiłam prezentację i , jak zwykle, polecam jej oglądanie na całym ekranie.





https://niezlasztuka.net/o-sztuce/antoni-gaudi-i-jego-basniowa-architektura/

https://www.mecalux.pl/artykuly-logistyczne/sagrada-familia-barcelona-logistyka

Zdjęcia z Internetu.