Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, października 12, 2026

Dramat w jednym akcie.

 

Był ptasi dramat. Zawsze nie wiem, jak się ustawić do tego typu historii. Z jednej strony drapol, który jeść musi, z drugiej strony ptasia ofiara, która chętnie pożyłaby jeszcze.

Siedzę przed kompem i słyszę trzask zamykanych drzwiczek samochodowych. Oho, myślę sobie, znów jakiś klient nie potrafi czytać tablic na bramie i pewnie zaraz nachalnie zadzwoni na domowy dzwonek, bo on by chciał... Poza godzinami pracy sklepu, oczywiście, by chciał. Dosyć często mamy takich klientów. Wydaje im się, że jak mieszkamy blisko sklepu, to jesteśmy na każde ich zawołanie.

Nie, to nie tym razem taka sytuacja. Jednak patrzę przez drzwi tarasowe, pomiędzy pniaczkami czerwonego bzu widzę, że coś się na parkingu szamocze. Patrzę uważnie, może to kura od sąsiada przeszła jakimś cudem przez płot. To nie kura- drapol siedzi i dziobem szarpie ptasią ofiarę. 

Dobra, myślę sobie, ptaka już nie uratuję, ale może jakąś ciekawą fotkę strzelę. Ubrałam się, chcę wychodzić, Beza włazi mi pod nogi- ona też...ona też... Nie tym razem. Zamknęłam jej drzwi przed nosem, zostawiając w sieni. Jeszcze na parkingu słyszałam jej głośne pyskowanie. A ja, kiedy podeszłam bliżej, jednak spłoszyłam drapola. Odleciał, ale ptaka nie wypuścił ze szponów.

 


Podleciał kawałek w stronę sosnowej, usiadł i czeka.

 


 Zrobiłam fotkę- był jakieś 15 metrów ode mnie- poderwał się i przysiadł na początku sosnowej, zaczął konsumpcję. Zrobiłam znów fotkę. 

 


Ptak się poderwał- na pewno mnie nie słyszał, a ponieważ nie robiłam gwałtownych ruchów, to coś innego go spłoszyło. I tak rzeczywiście było.

 


 Kot, wielkie czarne kocisko pojawiło mi się w obiektywie. Poniuchało chwilę w miejscu, gdzie siedział ptak i zaczęło zajadać- pewnie to, co zostawił krogulec, bo to był krogulec. Szlag, myślę sobie, drapol się nie najadł, a tłuste kocisko, które ma myszy full wypas, zeżarło mu obiad. Kot w końcu mnie spostrzegł, polazł przez płot w kukurydzę. Z tym niedojedzonym obiadem myliłam się- krogulec dokończył ucztę w połowie sosnowej- znalazłam resztki pierza.

Rozpoczął się jesienny wysyp grzybów w naszym ogrodzie. Ostatnio przeczytałam, że w lasach są dwa wysypy grzybów. Pierwszy letni- od czerwca do końca lipca, drugi jesienny- od września do listopada.

W tym roku u nas letniego nie było z powodu totalnej suszy. A teraz pojawiły się grzyby z wysypu jesiennego. Najpierw znalazłam dosyć dużo maślaków  i od tygodnia, każdego dnia, znajduję, po dwa średni kozoki. Był też większy wysyp tych grzybów. Zdjęcia dotyczą różnych zbiorów.

 




 

Poza tym jest sporo innych grzybów, tych nie trujących, ale niepopularnych na talerzu.

Nadal owocują maliny. Okazało się, że są dwa gatunki- jeden o mniejszych owocach i drugi o owocach dużych. O tym drugim to nawet nie wiedziałam, dopóki nie zaczęły w tym roku owocować. Maliny w połowie października to jest to. 

W miseczce są te większe.


 

Blog

Od pewnego czasu nie mam ochoty na pisanie postów. Może inaczej, nie mam ochoty na wklejanie nowych postów, a kilka już czeka w kolejce.

Jakby mniej mój własny blog mnie absorbuje. Wklejam post, wklejam zdjęcia i na tym kończy się moje zainteresowania tematem.

Przyczyną nie jest również to, że nie mam o czym pisać, bo dzieje się ciągle u nas na okrągło, dzieje. Ale nie będę pisać o „tu mnie boli, tu mnie rzgo, tu mi świerszczyk w d... gro”, jak mawiała moja świetna ciotka cieszynianka, kiedy ktoś się żalił i wywlekał swoje bolączki na forum. Ciotka to była aparatka, która na wszystko miała różne ludowe powiedzonka, a mówiła je z takim prześmiechem, że nie pozostawało nic innego tylko się pośmiać, a potem zaniechać narzekania.

Bardzo dużo teraz czytam. Dokupiłam książkę Chmielarza do serii o bezimiennym- tom 5. (4 tomy już za mną) i kupiłam trylogię grecką Siembiedy.  

No i wyhaftowałam 3 pawie. Ptaszory leżały rok odłogiem to należało im się wykończenie. 

Paw szampański (od nóżki podobniej do nóżki kielicha do szampana)

Mały pawik. Jakiś cień kładzie się pod haftem okręgu. Normalnie jest niewidoczny. 
Kolorowy Paw, największy.

Jest w planie jeszcze jeden haft z pawiem. 

W sumie wyhaftowałam już 52 ptaszory (na tamborkach). Kolekcja domowa liczy 46 haftów, 6 haftów poszło "do ludzi".  

A teraz tkam rybę. Po prostu rybę. Mam ochotę na gobelin z rybą toi będzie gobelin z rybą. 




wtorek, września 01, 2026

Chrzanienie nie tylko o chrzanie.

 


Napisałam post o krótkiej wyprawie w teren, by zobaczyć stary słup graniczny, postawiony kiedyś na granicy Prus i Austrii. No i post wcięło, zanim go zamieściłam.

A wycieczka była półtora tygodnia temu- w piątek.

Na razie ten temat odstawiam, jak będzie wena, to napiszę, o co chodzi z tymi słupami granicznymi.

A teraz to, co dzieje się na bieżąco. Sobota- jedziemy Bezie obciąć pazurki (bardzo szybko jej rosną, a może to ten czas tak leci? Niedawno przecież byliśmy.). Zong, przed weterynarią kupa samochodów, Beza 7 w kolejce, a czynne do 13. Nie czekamy, naszym zwyczajem zaliczamy krótki wypad w teren. A teren to dokładnie staw w sąsiedniej wiosce. Nieplanowany. W sumie to nie wiem, co Jaskół planował mi pokazać. Na pewno chciał mi pokazać nowe rondo, ale naburczałam na niego, że rondo nie jest dla mnie interesujące, niech mnie zawiezie gdzieś „w przyrodę”. Trochę się spiął, bo rondo miało być pokazane dlatego, żebym wiedziała, jak z niego korzystać w drodze do Jastrzębia. Przyznać jednak muszę, że uważnie skanowałam całą trasę, a w obecnej sytuacji akurat mi się przyda. Normalnie do Jastrzębia jeździmy inną drogę, ale aktualnie trwa przebudowa torów pod szybką kolej i jest szaleństwo z drogami (kolejny most w przebudowie, kolejna droga zamknięta i same objazdy). Ta normalna trasa ma objazdy, ta z „rondem” jest nowa, ale omija całe to szaleństwo. Teraz jak znalazł.

Ok, no cóż, ja tam wolę jednak teren „niezabudowany”. Zatem zatrzymaliśmy się przy ogromnym stawie, na którym siedziało stado mew. Dla mnie choćby kawałek takiego widoku to frajda. Nasz pobyt nad stawem był krótki, ale udało mi się zrobić kilka fotek i nakręcić film. 

To jest jedna trzecia stawu- on jest ogromny, ale tylko w jednym miejscu siedziały na wodzie mewy.


 

A w domu się chrzani. W niedzielę przeżyłam niefajne déjà vu- to z tych, których zakończenia nie chciałabym przeżyć jeszcze raz. A dzisiaj już lepiej, niemniej trochę nerwów mi strzeliło. Ja wiem, że wkurzają czytających takie niedomówienia, ale nie mam w zwyczaju dokładnie opisywać, jakie nieszczęścia chodzą po moich bliskich, czy po mnie samej.

Przez kilka dni jestem zdana tylko sama na siebie. Mam na szczęście zapasy jedzenia. A w razie posuchy, ładuję psa do samochodu i robię zakupy. Boję się tylko, że jak na chwilę zostawię Bezę w aucie, to zaraz znajdzie się jakiś obrońca zwierząt i gotów wybić w samochodzie szybę. Z jednej strony sama jestem za tym, by nie zostawiać zwierząt w samochodzie samych, a z drugiej strony, są sytuacje, kiedy nie ma innego wyjścia. Problem jest w zbyt narwanych ludziach, którzy chcą zgrywać bohaterów, zanim pomyślą, jak wyglądać może sytuacja. No ale, na razie, nie ma potrzeby ruszać się z domu.

Mam jeszcze brata do pomocy i dzisiaj mi konkretnie pomógł- jednak tylko w sytuacji kompletnie bez wyjścia, będę go prosić. Sister wielkie ucho w sytuację nie chcę wprowadzać, a jak nie chcę tego, to i o pomoc nie poproszę. Zresztą ona sama mi konkretnie nie pomoże, a szwagier.... tu spada zasłona milczenia.

No dobra, byliśmy nad ogromnym stawem, sfilmowałam ptaszory. Muszę popracować nad robieniem filmów. Nie potrafię opanować nowego aparatu. Już wydawało mi się, że przesuwam powoli obiektyw i trzymam rękę, by nie drżała, a tu ciągle na filmie wahnięcia i obraz leci szybko. Trzeba też popracować nad obrazem przy dużych zbliżeniach. Stary aparat był łatwiejszy w prowadzeniu, nowy Canon płata mi figle.

 


Porobiłam zdjęcia.

 



 Przed samym wyjazdem, pogadałam z właścicielem, który przyjechał badać stopień napowietrzenia wody. Podczas tak długotrwałych wysokich temperatur trzeba pompować powietrze w wodę, by ryby miały czym oddychać. Stawy hodowlane są płytkie. Zastanawialiśmy się z Jaskółem, dlaczego nie są głębsze. Doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie chodzi o zapełnianie ich wodą po zimie. Na zimę woda z tych stawów jest spuszczana. Cieki wodne zanikają, ziemia wysycha, stawy coraz trudniej napełnić. Hodowca skarżył się też, że karpie męczy jakaś choroba. Faktycznie sporo niedużych śniętych ryb pływało przy brzegu. Przykre.

Ławica malutkich rybek. Dwa razy pytałam pana co to za gatunek, dwa razy podał nazwę szybko oraz  lekceważąco no i nie zapamiętałam. Sprawiał wrażenie, jakby te drobne rybki nie liczyły się w stawie. Nie rozwijał tematu, więcej nie pytałam. Widocznie uznaje zasadę "Nie ciekawić się".


 Przeszłam z Bezą kawałek groblą, stronę małego stawu
, za którym, na łące, pasły się konie. Niesamowicie wiejski obrazek. I ten spokój nad stawami, kiedy tylko mewy latają i popiskują, a ciche szumy cywilizacji są w dalekim tle, jest kojący. Lubię takie klimaty. Beza wyraźnie się tym krótkim spacerem zmęczyła, trzeba było wracać.

Zaczyna się wrzesień. Po głowie chodzą tylko urywki myśli- szkoła, szkoła się zaczyna i nic więcej, zero, nul rozważań o tym, jak się pracowało w oświacie oraz w nauce. Tak dawno, tak odległe czasy i nawet długi staż pedagogiczny, przynoszący różne momenty, zaginął w czasie. Po co? Na co teraz dywagacje o tym, co było? A to, co jest, to w sumie mnie mało interesuje- jakieś przepychanki, pretensje, jojczenia, skarżenia się, obwinianie jedni drugich, głupie decyzje.... beznadzieja.... nie mam wpływu, odstawiam

Nadal robię ogórki małosolne. Ale jest problem- w sklepach nie ma już zestawów: koper+ korzeń chrzanu + czosnek. Nie ma, bo jak twierdzą ekspedientki- sezon się skończył. Gdzie, jak to się skończył- teraz właśnie kisi się ogórki, bo późne odmiany teraz dojrzały. No to radzę sobie inaczej- koper zielony, czosnek- zawsze jest, bo go sprzedajemy, a chrzan kupiłam w płatkach suszony. Do tego liście winorośli i powinno się udać. W tych tutejszych sklepach to czasem porażka zaopatrzeniowa- chleb tylko do określonej godziny, w jednym paskudne warzywa, w innym mały wybór. Człowiek tylko jeździ od „marketu” do „marketu” różnych sieci i „składa” te zakupy do kupy- w jednym warzywa, w drugim mięso i sery, jeszcze w innym ryby świeże. Niby mamy to połapane, ale kilometry uciekają. Chrzan suszony w płatku kupiłam w Internecie. Już mnie męczy to wieczne poszukiwanie korzenia chrzanu w okresie, kiedy kisi się ogórki. Bez chrzanu cała sprawa się nie uda.

Był kiedyś w ogrodzie posadzony i nawet ładnie się rozrastał, a potem zaginął. Zamówiłam  dwie sadzonki w Internecie i dzisiaj przyszły- posadzę je pod płotem. Jak się przyjmą, dokupię następne. A może nie dokupię, bo jeżeli się sprawdzi suszony i inne zamienniki, to nie warto sadzić, podlewać itp.

Zamienniki przypraw do małosolnych:

  • świeży korzeń chrzanu- chrzan suszony w płatkach, dawać mniej, bo jest bardziej aromatyczny,  

  • świeże liście chrzanu- liść czarnej porzeczki albo liście winorośli, albo liście wiśni,

  • suchy koper, łodygi, baldachy- świeży zielony koper, albo suszony estragon- szczypta na litr zalewy, łodyżka świeżego estragonu, suszone nasiona kopru, (nie dodawać suszonego koperku, bo jest gorzki w zalewie), można dodać lubczyk- świeże łodyżki lub listki,
  • ząbki świeżego czosnku- czosnek suszony w płatku. 

Wyhaftowałam pawia na szarym gobelinie. Więcej o moich zmaganiach, z tym projektem, na drugim blogu (prawa strona, zakładka- drugi blog).

Tak się niespodziewanie złożyło, że dokończyłam jeszcze dwa hafty z pawiami, a trzeci czeka w kolejce- wzór naniesiony na materiał rok temu sobie leży i dojrzewa. Pawie, pawie, pełno pawi, "zapawiło" się w moich robótkach.
 

niedziela, kwietnia 19, 2026

Gdy brakuje kawałka kciuka...

 

Jeden ze wschodów słońca. 

A tu inny.


 I jeszcze inny.


 Poranek w alejce sosnowej.

Oraz w lasku. Forsycje jeszcze kwitną. Tej wiosny dosyć długo kwitną. 

W tym roku, kiedy idziemy z Bezą na poranny obchód ogrodu (zwykle około 6 rano), często słyszę krzyki żurawi. Nie przypuszczałam, że się zadomowią tutaj. Zwykle wiosną przelatywały nad domem i leciały dalej na północ. Wygląda na to, że w tym roku, a może i już w zeszłym, parę zostało na tych terenach. Tutaj mnóstwo stawów, niedaleko zbiornik goczałkowicki- mają gdzie żerować i zakładać gniazda. Coraz więcej ptaków, których tutaj nie mieliśmy, pojawia się i zostaje na lęgi. Tak było z kormoranami. Chyba z 20 lat temu pojawiły się nad jeziorem, potem zaczęły zakładać gniazda nad stawami, a potem stały się plagą i horrorem właścicieli stawów hodowlanych.

Łabędzi też kiedyś było mniej. Obecnie prawie na każdym stawie można je zobaczyć. Widzę jak zmienia się przyroda wokół nas. Te ptaki, które odlatywały na południe, teraz zimują na stawach. Choćby takie dzikie gęsi. Kiedyś ich nie było, teraz są nawet w zimie i jest ich coraz więcej.

No więc.... no więc, naszym porannym spacerom towarzyszą krzyki żurawi. Żuraw to mój ulubiony ptak. Do tego stopnia ulubiony, że w mojej kolekcji haftów z ptakami, jest parę właśnie z żurawiami. 



Ten złoty tańczący poszedł "do ludzi".

 Ten poniżej był pierwszy
A ten turecki to nie wiem, czy to żuraw, czy czapla, ale chyba jednak żuraw. Też poszedł "do ludzi".


 Cała kolekcja haftów z ptakami (41 sztuk) wisi na ścianie. Dwa jeszcze poszły na licytację WOŚP. O ile dobrze liczę to wyhaftowałam 46 ptaków.

Gdzieś przeczytałam, że wieszać swoje prace w domu na ścianach to obciach. Hmmmm.... no to, po co ja to sobie robię? Tak dużo idzie do pudełka, ale sporo właśnie wisi ich na ścianach i ręczę, że nikt nie ma tak oryginalnych dekoracji w domu, jak my. 


Rozpoczął się czas, kiedy świat kwitnie na biało. Kwitną drzewa owocowe (oprócz jabłoni- te trochę później), kwitną czeremchy. W ogrodach kwitną magnolie i tawuły. W naszym zakwitły też pigwowce- te wcześniejsze. 


 


Po kolei rozkwitają różne gatunki narcyzów. W tym roku niektóre słabo kwitną, parę kęp nie zakwitło w ogóle. Nie mam pojęcia dlaczego, bo liście są dorodne. 

Pojawiły się malutkie ślimole, które usiłują mi zeżreć trochę roślin. Widziałam też dużego pomrowa (czarny, podobny do ślinika, ale on żre ogrodową padlinę typu zdechła dżdżownica itp.)- jednego na razie i ani jednego ślinika (to te rude harpie, zżerające wszystko na co się natkną). 

Te spektakularne, pełne.

Białe. 

Z żółtym środkiem

Czekam na kwitnienie pełnego z różowym środkiem i tych, które mają kilka kwiatów na jednej łodydze. Pozostałych nie pokazuję. W sumie jest w ogrodzie kilkanaście gatunków narcyzów. Zbiorę kiedyś ich zdjęcia do kupy i zrobię sobie prezentację.

A tu taki ładny z rozetą. Jest jeszcze w ogrodzie drugi gatunek takich z różową rozetą. Te na zdjęciu są bardzie pomarańczowe.


Jaskół pojechał, na „Szerszeniu”, na zlot, a ja powoli dopracowuję gobeliny. Problem z doborem frędzli, rozterki- dodać te frędzle czy nie. Jak nie, to jakieś takie ubogie te gobeliny, jak dodam, to nadmiar czegoś. A jak dodać to w jakim kolorze i jak długie, by zachować proporcję... do kitu. Szczerze? Nie lubię tego wykańczania robótek wszelakich- tego podszywania, przyszywania, naciągania, wymyślania sposobu zawieszenia...tu za dużo, tam za mało...

Próbuję dalej tkać wiosenny gobelin, ale idzie mi to jak krew z nosa. Następny zrobię na ramie z szeroką osnową i będę tkała grubaśną przędzą, bo mnie to dziubdzianie przy tym obecnym zabije.

Przeszkadza mi jeszcze plaster na kciuku- ani igły nawlec, ani wątku przytrzymać, ani frędzla przewlec bez złorzeczenia, nie da się.

Rację miał lekarz, który ratował palec i starannie przyszywał opuszek do reszty- kciuk spełnia 90% roboty podczas chwytania czegokolwiek. Wprawdzie nauczyłam się chwytać palcami wskazującym i środkowym, ale to jest tylko połowa tej precyzji, co przy chwycie wskazujący- kciuk.

No i już mnie wkurza to długie mrowienie w opuszku.

Za główną drogą są ogromne pola. Często pasie się na nich stado saren. Potem sarny gdzieś sobie idą, a na polu dosyć często zostaje on- samotny sarniok.

Popatrzeć w stronę prawego górnego rogu- na zielonym.

W dużym przybliżeniu.
 

Zdjęcie zrobiłam z głównej szosy. Miałam tę nieprzyjemność iść do i od fryzjera główną drogą. Obok mnie śmigały TIRy, osobówki, a ja robiłam zdjęcia sarniokowi, bo bardzo chciałam jego zdjęcie mieć. Trochę się udało, ale był naprawdę bardzo daleko.


 

piątek, stycznia 23, 2026

Może gierki, może manipulacje a może inne ludzkie wariacje.

 

Wróble okupują kule pokarmowe, okupują też karmnik. Wypłoszyły inne ptaki. Czasem pojawi się parę kosów, czasem na kuli przysiądą sikorki. Ani razu nie wiedziałam, tej zimy, dzięcioła i kowalika.  


Coraz mniej ptaków widuję tutaj zimą. Pewnie jedną z przyczyn jest wycięcie przez sadownika najpierw sadów, a potem ogromnych krzewów, które posadził wzdłuż całego ogrodzenia. Szpaler krzewów ciągnął się prawie kilometr. Podczas wiosny i latem, gniazdowało tam mnóstwo ptasiego drobiazgu. Sady dawały pożywienie szpakom i kosom, a zimą także  kwiczołom. Sadownik zostawiał jabłka, które opadły podczas zbierania plonów i leżały na ziemi aż do wiosny. Teraz ta wyżerka ptasia skończyła się.


Kupiłam książkę, którą poleciła Wuszka. Kupiłam, bo od czasu pandemii nie potrafię się przełamać i wypożyczyć książki z biblioteki. No nie. Ogarnia mnie wstręt, jak pomyślę, że musiałabym dotykać książki, którą inne osoby miały w rękach. Wiem, że to irracjonalne, ale na razie tego wstrętu nie potrafię przełamać. Kupiłam, a nie pożyczyłam, tę książkę również dlatego, że nie przypuszczam, by w naszej wiejskiej bibliotece była taka pozycja. Może będzie w gminnej, pewno w powiatowej, ale do jednej i drugiej to wyprawa czasochłonna. A nie jeżdżę do tych miejscowości interesownie, by przy okazji wypożyczyć książkę.

Kiedy weszłam w Necie na stronę, gdzie był fragment, przeczytałam i wydawało mi się, że warto ją mieć. Fragment był interesujący. Kiedy kupiłam książkę i ją przejrzałam, doszłam do wniosku, że połowa z niej mogłaby dla mnie nie istnieć. Nigdy nie przepadałam za pozycjami powiedzmy fachowymi, czy nawet popularnonaukowymi z psychologii. Ta dziedzina mnie nie interesuje, a musiałam dosyć sporo psychologii łyknąć, bo bez niej (zwłaszcza bez psychologii rozwojowej oraz psychologii uczenia się i nauczania), nauczanie raczej byłoby mizerne. Kilka dziedzin psychologii musiałam na studiach zaliczyć i zrobiłam to z ogromną niechęcią. W rodzinie mam dwóch psychologów, a pół bliższej rodziny to pedagodzy. Czasem uszami wyłaziły te dyskusje „naukowe”, podczas spotkań. I zawsze ta licytacja, co ważniejsze (czyt. które studia bardziej wartościowe)- psychologia czy pedagogika.

Kurcze, ta psychologia, podczas mojej pracy zawodowej, wyłaziła z każdego kąta. Prowadziłam nawet przedmiot "Interwencja kryzysowa" i realizowałam program dla klas VIII "Niebieski Elementarz" o przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Trzeba było czytać, trzeba było wiedzieć, trzeba było znać. Inny Głos pewnie powiedziałby w tym momencie- chwileczkę, wchodzisz na ścieżkę psychoterapii... Te analizy zachowań, te "recepty", "wskazówki"...Zawsze podchodziłam do "rozbierania psychiki człowieka" z rezerwą i nigdy nie miałam ochoty mocnego wgłębiania się w motywy, działania, relacje ludzie ponad to, co było mi niezbędne do funkcjonowania w społeczeństwie oraz do pracy na dobrym poziomie. Nawet moje osobiste porażki, moje "krzywdy", moje doły i moja depresja, nie były w stanie zmusić mnie do głębszej analizy tego, co się działo. Nie chciałam grzebać, rozgrzebywać, ciągle wracać i umartwiać się. Nie rozumiem ludzi, którzy w kółko obracają swoje porażki, krzywdy niepowodzenia. Może część z nich faktycznie czuje ulgę, kiedy nazwie swój problem, ale większość, przypuszczam, kręci się wokół swego ogona tylko po to, by wzbudzić czyjeś zainteresowanie. I nie boję się napisać o takim zachowaniu wprost, ponieważ bardzo często należałoby takich ludzi wyhamować- są to wampiry energetyczne, a mnóstwo ludzi daje się przez nie wpuszczać w maliny.

Po takim elaboracie "na temat", chyba widać, że moja chęć do czytania fachowych pozycji przeszła dosyć szybko (po skończeniu pracy na uczelniach), a teraz to już w ogóle nie mam ochoty czytać takich pozycji. Żadnych, pedagogicznych również. Mam ciągle totalny przesyt "naukowości" w tych kierunkach. 

Ale to nie jest tak, że ja się zupełnie odcinam od tematów, które kiedyś w moim życiu zawodowym były potrzebne i ważne. Czytam bez przymusu różne artykuły (nie książki- artykuły) z psychologii, socjologii, pedagogiki czy z innych dziedzin nauki. Ostatnio Inny Głos zamieściła dwa interesujące posty na temat psychologów i psychoterapeutów. Posty te uporządkowały moją wiedzę na temat tych dwóch zawodów (?). Napisane jasno, na temat, bez zbędnych wygibasów intelektualnych- z przyjemnością je czytałam.

Zniechęcają mnie pozycje zwarte, naszpikowane treściami, które w sumie już mi do niczego nie są potrzebne, a męczyć się, tylko dla idei, nie mam ochoty. To dotyczy dziedzin, które z racji zawodu musiałam zgłębiać, a przeczytałam takich fachowych pozycji multum z wiadomych (wielu osobom w Blogosferze) przyczyn. Dlatego uciekam od takich książek na korzyść biografii, pozycji z historii, etnografii, antropologii, etnologii i pokrewnych, które są mi jednak bliższe i pod kątem zainteresowań, i pod kątem wykształcenia.

No ale Wuszka poleca rzeczy dobre, to się skusiłam. Mnie interesuje, czy gry, o których pisze autor, to jakaś odrębna jednostka, porządkująca zachowania ludzkie, czy po prostu są to pewnego rodzaju rzeczy już nazwane np. manipulacje i na ile one są świadome, a na ile nieświadome, by można nazwać je grami. Bo ja uważam, że gra to świadome postępowanie wobec drugiej osoby, ale grą może również nazwać takie samo spontaniczne postępowanie. „Nie zagrywaj ze mną”- tak czasem słyszymy w momencie, kiedy nawet na myśl nam nie przyszło stosować jakieś gierki czy sztuczki. 

Ale Barbaro już mi tu mówi, że: "Przeczytanie "Gier w które gramy" zachęca do namysłu nad własnym życiem, chcemy lepiej siebie zrozumieć i- co szczególnie ważne- wyjść z emocjonalnych i międzyludzkich pułapek, jakie zastawia na nas kultura, rodzina, a nawet zastawiamy je sobie sami".

No i ZONK! czyli dokładnie to, na co nie mam już ochoty. Gdybym była młodsza, gdybym nie miała tego całego bagażu życiowego za sobą, gdybym sobie z nim nie poradziła, to co innego... ale... ja już nie mam potrzeby poznawania siebie.  I już słyszę te głosy oburzenia- "dyletantka, zawsze warto siebie poznawać, zawsze warto wiedzieć o sobie i innych więcej... ja bym od razu to przeczytała...". No to czytajcie, a ja mam wybór i może zechcę do końca życia zostać dyletantką w wiedzy o sobie. 

Zauważyłam, że w naszym społeczeństwie najwięcej jest domorosłych "nauczycieli" (ci, co to najlepiej znają się na nauczaniu i wychowaniu- najczęściej rodzice), lekarzy i psychologów- no dosłownie każdy zna się na tych dziedzinach i każdy uważa, że jest cool jak może się w nich wymądrzyć.  

Przeczytam- może będzie poślizg, bo teraz czytam książkę o Boyu -Żeleńskim, a to znów grube tomiszcze jest.

 To tyle.

Dwa ptaszory poszły na licytację podczas WOŚP. Ceny wyjściowej nie uzgadniałyśmy. Ja uważam, że każde 5 złotych jest ważne przy takich akcjach. I jak pójdą za cenę wyjściową (?), to i tak będę się cieszyła, że coś pożytecznego dla WOŚP zrobiłam.  

 

Zaczęłam tkać na krośnie dziewiarskim nowy kocyk. Będzie większy niż pierwszy utkany. Kawałki: ciemnoniebieski, niebieski i jasnozielony są z całych motków. Kawałek wrzosowy z niecałego motka. Jeden gotowy pas będzie miał 98 centymetrów. Pas ma 30 centymetrów szerokości. Udziergam 4 lub 5 takich pasów (nie wiem, czy starczy mi włóczki na piąty) i potem zszyję.

I początek nowego gobelinu. Bardzo gęsta osnowa i bardzo cienka przędza. 

piątek, grudnia 19, 2025

Mgła psujka i inne "codzienności".


 Trzy dni temu, 6,30 rano.


 

No nie, jeszcze nie przerwa, jeszcze nie odpoczynek. Ciągle się kręci. Ludzie nie przyjmują do wiadomości, że sklep jest czynny w określonych dniach i muszą się pozbierać, zakupy zrobić w tych dniach: „A jo se zapomnioł”, „To nie bydzie otwarte?”, "Mogym jeszcze w pióntek kupić, mocie zawarte, to co jo tera zrobiym?”. No i miej tu sumienie odprawić z kwitkiem. Do bramki, koło domu, co i rusz dzwonek- stoi taka sirota, bo musi, bo mięso już kupione...Telefon się urywa.

I zawsze uwaga- w Internecie macie podane godziny... tu podaje z jakieś strony, nie wiadomo skąd taka strona, kto tam to wpisał, ale godziny i dni otwarcia naszego sklepu są jeszcze sprzed 15 lat, kiedy pracowaliśmy od poniedziałku do soboty włączenie, po 9 godzin. Rozdawaliśmy wizytówki, kiedy zmienialiśmy godziny pracy (zawsze z nowym czasem pracy sklepu). Niektórzy przychodzą z pierwszymi wizytówkami. Nie było go przez 10 lat i ma pretensje, że są zmiany.

No, niestety, zdrowie, siły już nie te. A stronę internetową mamy tylko jedną i tam zmieniamy godziny w odpowiednim czasie.

Czyli jeszcze dodatkowo w piątek, poniedziałek i wtorek Jaskół pracuje do 13, ja już mam inne zajęcia. Muszę jednak ogarnąć choć trochę dom. A jak mnie wkurzy, to kichnę na to wszystko (najbardziej prawdopodobna wersja), naprawdę świat się nie zawali, jak coś będzie niedosprzątane.

A fiołek nadal kwitnie. Kwitnie od maja bez przerwy. Widać trafiłam z miejscem dla niego.  

Dzisiaj mgła zepsuła mi plany. Jest dosyć gęsta. Miałam jechać na zakupy. Auteczko odmrożone, zagrzane, a mgła spada i spada, ale w pewnym momencie zatrzymało się to spadanie, świat stał się wokół mlecznobiały. Widzialność 20 metrów, a ja muszę dostać się na główną drogę (środek prostki między dwoma zakrętami). Nie zaryzykuję przy tak słabej widzialności. No i znowu trzeba przemeblować porządek dnia i to nie tylko tego, ale tych następnych też. Jaskół wyjeżdża podopinać sprawy administracyjne, a ja te zakupy muszę zrobić, tym razem, sama.

Podobno idą mocne mrozy i śnieg ma trochę popadać. Nie znoszę zimna. Taka perspektywa mnie dołuje.

Postanowiłam kupić kolorowe mikroświatełka i powiesić je holiku, by ożywiły te mroczne zimowe czasy. Widziałam takie fajne złote pszczółki, ale one odpadają, bo to są solary. Takie kupię później i wiosną i owinę "sznurem pszczółkowym" krzew mahoni, rosnącej przy tarasie. A w ogóle, to czasem taka tandetka daje wiele radości i zamierzam sobie tej radości trochę dostarczyć.

Skończyłam czytać powieść o Chopinie. To nie jest biografia. To powieść, zawierająca dużo wątków biograficznych, do których autorzy wykorzystali

sporo ze spuścizny po kompozytorze. Ponoć jest ona bogata. I przetrwała chyba tylko dlatego, że została we Francji. W Polsce prawdopodobnie zostałaby zniszczona.

Książkę warto przeczytać, ale to „kobyła literacka” i jak ktoś ma kłopot czytać 700 stronicowe pozycje, to będzie to dla niego dosyć spore wyzwania. 

Ten haft chyba może być uznany za świąteczny. Pełno teraz renów, jeleni, sarenek na pocztówkach, jako ozdoby. Poduchę wyhaftowałam ojcu na urodziny, jakieś 20 lat temu. Taty już nie ma, poszewka wróciła do mnie. 

Wieszajcie jemiołę, jemioła cuda robi. No i miejsce pod nią całuśne. 


 

Za trzy dni zacznie dnia przybywać.