Wróble okupują kule pokarmowe, okupują też karmnik. Wypłoszyły inne ptaki. Czasem pojawi się parę kosów, czasem na kuli przysiądą sikorki. Ani razu nie wiedziałam, tej zimy, dzięcioła i kowalika.
Coraz mniej ptaków widuję tutaj zimą. Pewnie jedną z przyczyn jest wycięcie przez sadownika najpierw sadów, a potem ogromnych krzewów, które posadził wzdłuż całego ogrodzenia. Szpaler krzewów ciągnął się prawie kilometr. Podczas wiosny i latem, gniazdowało tam mnóstwo ptasiego drobiazgu. Sady dawały pożywienie szpakom i kosom, a zimą także kwiczołom. Sadownik zostawiał jabłka, które opadły podczas zbierania plonów i leżały na ziemi aż do wiosny. Teraz ta wyżerka ptasia skończyła się.
Kupiłam książkę, którą poleciła Wuszka. Kupiłam, bo od czasu pandemii nie potrafię się przełamać i wypożyczyć książki z biblioteki. No nie. Ogarnia mnie wstręt, jak pomyślę, że musiałabym dotykać książki, którą inne osoby miały w rękach. Wiem, że to irracjonalne, ale na razie tego wstrętu nie potrafię przełamać. Kupiłam, a nie pożyczyłam, tę książkę również dlatego, że nie przypuszczam, by w naszej wiejskiej bibliotece była taka pozycja. Może będzie w gminnej, pewno w powiatowej, ale do jednej i drugiej to wyprawa czasochłonna. A nie jeżdżę do tych miejscowości interesownie, by przy okazji wypożyczyć książkę.
Kiedy weszłam w Necie na stronę, gdzie był fragment, przeczytałam i wydawało mi się, że warto ją mieć. Fragment był interesujący. Kiedy kupiłam książkę i ją przejrzałam, doszłam do wniosku, że połowa z niej mogłaby dla mnie nie istnieć. Nigdy nie przepadałam za pozycjami powiedzmy fachowymi, czy nawet popularnonaukowymi z psychologii. Ta dziedzina mnie nie interesuje, a musiałam dosyć sporo psychologii łyknąć, bo bez niej (zwłaszcza bez psychologii rozwojowej oraz psychologii uczenia się i nauczania), nauczanie raczej byłoby mizerne. Kilka dziedzin psychologii musiałam na studiach zaliczyć i zrobiłam to z ogromną niechęcią. W rodzinie mam dwóch psychologów, a pół bliższej rodziny to pedagodzy. Czasem uszami wyłaziły te dyskusje „naukowe”, podczas spotkań. I zawsze ta licytacja, co ważniejsze (czyt. które studia bardziej wartościowe)- psychologia czy pedagogika.
Kurcze, ta psychologia, podczas mojej pracy zawodowej, wyłaziła z każdego kąta. Prowadziłam nawet przedmiot "Interwencja kryzysowa" i realizowałam program dla klas VIII "Niebieski Elementarz" o przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Trzeba było czytać, trzeba było wiedzieć, trzeba było znać. Inny Głos pewnie powiedziałby w tym momencie- chwileczkę, wchodzisz na ścieżkę psychoterapii... Te analizy zachowań, te "recepty", "wskazówki"...Zawsze podchodziłam do "rozbierania psychiki człowieka" z rezerwą i nigdy nie miałam ochoty mocnego wgłębiania się w motywy, działania, relacje ludzie ponad to, co było mi niezbędne do funkcjonowania w społeczeństwie oraz do pracy na dobrym poziomie. Nawet moje osobiste porażki, moje "krzywdy", moje doły i moja depresja, nie były w stanie zmusić mnie do głębszej analizy tego, co się działo. Nie chciałam grzebać, rozgrzebywać, ciągle wracać i umartwiać się. Nie rozumiem ludzi, którzy w kółko obracają swoje porażki, krzywdy niepowodzenia. Może część z nich faktycznie czuje ulgę, kiedy nazwie swój problem, ale większość, przypuszczam, kręci się wokół swego ogona tylko po to, by wzbudzić czyjeś zainteresowanie. I nie boję się napisać o takim zachowaniu wprost, ponieważ bardzo często należałoby takich ludzi wyhamować- są to wampiry energetyczne, a mnóstwo ludzi daje się przez nie wpuszczać w maliny.
Po takim elaboracie "na temat", chyba widać, że moja chęć do czytania fachowych pozycji przeszła dosyć szybko (po skończeniu pracy na uczelniach), a teraz to już w ogóle nie mam ochoty czytać takich pozycji. Żadnych, pedagogicznych również. Mam ciągle totalny przesyt "naukowości" w tych kierunkach.
Ale to nie jest tak, że ja się zupełnie odcinam od tematów, które kiedyś w moim życiu zawodowym były potrzebne i ważne. Czytam bez przymusu różne artykuły (nie książki- artykuły) z psychologii, socjologii, pedagogiki czy z innych dziedzin nauki. Ostatnio Inny Głos zamieściła dwa interesujące posty na temat psychologów i psychoterapeutów. Posty te uporządkowały moją wiedzę na temat tych dwóch zawodów (?). Napisane jasno, na temat, bez zbędnych wygibasów intelektualnych- z przyjemnością je czytałam.
Zniechęcają mnie pozycje zwarte, naszpikowane treściami, które w sumie już mi do niczego nie są potrzebne, a męczyć się, tylko dla idei, nie mam ochoty. To dotyczy dziedzin, które z racji zawodu musiałam zgłębiać, a przeczytałam takich fachowych pozycji multum z wiadomych (wielu osobom w Blogosferze) przyczyn. Dlatego uciekam od takich książek na korzyść biografii, pozycji z historii, etnografii, antropologii, etnologii i pokrewnych, które są mi jednak bliższe i pod kątem zainteresowań, i pod kątem wykształcenia.
No ale Wuszka poleca rzeczy dobre, to się skusiłam. Mnie interesuje, czy gry, o których pisze autor, to jakaś odrębna jednostka, porządkująca zachowania ludzkie, czy po prostu są to pewnego rodzaju rzeczy już nazwane np. manipulacje i na ile one są świadome, a na ile nieświadome, by można nazwać je grami. Bo ja uważam, że gra to świadome postępowanie wobec drugiej osoby, ale grą może również nazwać takie samo spontaniczne postępowanie. „Nie zagrywaj ze mną”- tak czasem słyszymy w momencie, kiedy nawet na myśl nam nie przyszło stosować jakieś gierki czy sztuczki.
Ale Barbaro już mi tu mówi, że: "Przeczytanie "Gier w które gramy" zachęca do namysłu nad własnym życiem, chcemy lepiej siebie zrozumieć i- co szczególnie ważne- wyjść z emocjonalnych i międzyludzkich pułapek, jakie zastawia na nas kultura, rodzina, a nawet zastawiamy je sobie sami".
No i ZONK! czyli dokładnie to, na co nie mam już ochoty. Gdybym była młodsza, gdybym nie miała tego całego bagażu życiowego za sobą, gdybym sobie z nim nie poradziła, to co innego... ale... ja już nie mam potrzeby poznawania siebie. I już słyszę te głosy oburzenia- "dyletantka, zawsze warto siebie poznawać, zawsze warto wiedzieć o sobie i innych więcej... ja bym od razu to przeczytała...". No to czytajcie, a ja mam wybór i może zechcę do końca życia zostać dyletantką w wiedzy o sobie.
Zauważyłam, że w naszym społeczeństwie najwięcej jest domorosłych "nauczycieli" (ci, co to najlepiej znają się na nauczaniu i wychowaniu- najczęściej rodzice), lekarzy i psychologów- no dosłownie każdy zna się na tych dziedzinach i każdy uważa, że jest cool jak może się w nich wymądrzyć.
Przeczytam- może będzie poślizg, bo teraz czytam książkę o Boyu -Żeleńskim, a to znów grube tomiszcze jest.
To tyle.
Dwa ptaszory poszły na licytację podczas WOŚP. Ceny wyjściowej nie uzgadniałyśmy. Ja uważam, że każde 5 złotych jest ważne przy takich akcjach. I jak pójdą za cenę wyjściową (?), to i tak będę się cieszyła, że coś pożytecznego dla WOŚP zrobiłam.
Zaczęłam tkać na krośnie dziewiarskim nowy kocyk. Będzie większy niż pierwszy utkany. Kawałki: ciemnoniebieski, niebieski i jasnozielony są z całych motków. Kawałek wrzosowy z niecałego motka. Jeden gotowy pas będzie miał 98 centymetrów. Pas ma 30 centymetrów szerokości. Udziergam 4 lub 5 takich pasów (nie wiem, czy starczy mi włóczki na piąty) i potem zszyję.
I początek nowego gobelinu. Bardzo gęsta osnowa i bardzo cienka przędza.






