„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

17 maja 2026

Nic na siłę.

 

Jaskół pojechał na zlot motocyklowy. Umówmy się, że motocyklowy, bo w obliczu zbliżającego się armagedonu deszczowego, wybrał się samochodem. Ale kilka Enfieldów na miejsce przybyło, choć koledzy w drodze zmokli. Te zloty mają swoją tradycję i są organizowane przez kilku motocyklistów w stałych, od lat, porach roku. Pierwszy to kwietniowy w centrum Polski, potem ten majowy na Kielecczyźnie. Następnie był nasz, pod koniec czerwca, ale od kilku lat nie organizujemy już zlotów tutaj, we wrześniu są Bieszczady, a jeszcze przedtem, pod koniec sierpnia, jest na Roztoczu. Koledzy motocykliści- Enfieldowcy- stara gwardia zlotowa- idą w „siłę wieku”, chorują, zmieniają motocykle i tak powoli została nas niewielka grupka przyjaciół, których połączyła miłość do motocykla marki Royal- Enfield. Zresztą ten gaźnikowiec „na kopa”, to już stary klasyk. Teraz Hindusi produkują nowe Enfieldy, uruchamiane „na guzik”, ich dizajn zmieniają co chwila i to już nie jest to- elegancja, szyk starego klasyka, jakim był nasz Royal- Enfield 500. Nawet nie wiem, gdzie nasz motocykl wylądował. Kupił go ktoś, kto sprawiał wrażenie, że będzie kochał ten motocykl, ale ponoć go sprzedał. Trudno. Powoli przyzwyczajam się do „Szerszenia”.

I mam ochotę wsiąść znowu na maszynę i boję się, że ten dziadowski kręgosłup znowu się zbuntuje. Jak sobie przypomnę jazdę na motocyklu, to aż mi się dusza śmieje. Nie ma porównania z jazdą w samochodzie. Ten pęd powietrza na twarzy, ta przestrzeń wokoło, ten brak ograniczenia karoserią (krajobrazy, światło, zapachy...) no i wolność wyboru miejsca parkowania- cudo. Jedziesz którędy chcesz, stajesz gdzie jest kawałek dobrego podłoża. Niestety, pewne dobroci dla mnie się już skończyły i to wcale nie z powodu wieku, a z powodów zdrowotnych- przecież młodzi ludzie też mają chore kręgosłupy, nie tylko starzy. Ale staramy się ruszać w teren, kiedy tylko nadarzy się okazja i szukamy interesujących miejsc niedaleko nas- Beza nie zostanie sama w domu, a ostatnio nawet bez nas w domu czuje się nieswojo. Od kiedy ogłuchła tylko w naszym towarzystwie czuje się pewnie. Przyzwyczajamy ją do dalszych wycieczek i to się udaje, ale musimy liczyć się z jej chorym sercem oraz z jej zmęczeniem, spowodowanym pobytem poza domem. Na razie udało nam się zrobić wypad do miejsca oddalonego o 2 godziny jazdy z przerwami. Dobre i to.

No i nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło- poznajemy bardzo interesujące miejsca w regionie (Morawy, Śląsk), miejsca historyczne, interesujące ze względu na kulturę, tradycje. I tak sobie myślę, że ta „okolica” wcale nie jest gorsza od reszty świata. W każdym razie na emeryturze nie siedzimy w domu, wgapiając się w ekrany, pijąc ziołowe herbatki. A przecież jeszcze prowadzimy nasz sklep. Mnie wciągnęło tkanie, haftowanie, szycie. Jest jeszcze ogród do ogarnięcia, co lubię. Często czasu nam brakuje nawet na kichnięcie.

A ogromnego deszczu w nocy nie było, burzy zresztą też. Dzisiaj pada sobie, z przerwami, spokojny deszczyk. I dobrze, niech woda spokojnie wsiąka w ziemie, że nie gwałtownie po niej spływa. Deszczu trzeba było, ziemia nadal sucha. Jest dosyć zimno. Tylko 12 stopni. Czekam na ciepełko i na wygrzewanie się na tarasie.

O właśnie, kupiłam pod donice na tarasie podstawki na kółkach. Pomalowałam je na kolor taki, w jakim są schody. Może te podstawki nie są urokliwe, ale bardzo praktyczne. Kiedy zapowiadają ulewy, przeciągam je pod dach i kwiaty nie toną w wodzie, co im raczej w tych donicach szkodzi. Kiedy w zeszłym roku robiłam, przed deszczami to samo, przenosiłam duże donice w rękach, czułam wtedy, że mi kręgosłup strzeli. Teraz tylko przeciągam podstawki i w kilka chwil jest wszystko gotowe, a kręgosłup (kolana i ręce również) nie cierpi. Czasem muszę poświęcić tzw. „dobry widok” oraz „dobrze wygląda”, na rzecz swojego zdrowia.

Te wszystkie nasze ograniczenia ruchowe, bo moje, ale Jaskóła również, wzięły się z czynnego uprawiania sportu. Kiedyś wierzyłam w powiedzonko „Sport to zdrowie”, teraz wiem, że owszem daje zdrowie, ale nie sport wyczynowy. Amatorsko uprawiać sport jak najbardziej można, wyczyn jest wielkim zagrożeniem dla organizmu. Ale skąd, na początku lat 70 XX wieku, mieliśmy o tym wiedzieć? My rwący się do uzyskiwania jak najlepszych wyników i trenujący ponad siły? Nasi trenerzy też nas nie oszczędzali z różnych powodów. Nie mieliśmy fizjoterapeutów, odżywek, porządnego sprzętu (dostałam stare kolce i w nich całą moją karierę średniaczki przebiegałam)- płotki były drewniane, na metalowych rurkach, bloki startowe metalowe albo z deseczkami- podpórkami na nogę zakroczną- stare trupy często rozregulowane. No i teraz cały nasz wyczyn (Jaskół -koszykarz) czujemy w kościach. Poza tym, nie czarujmy się, jak się ma w tych kościach sporo dekad, to organizm jest zmęczony sam z siebie. Pewnych rzeczy człowiek nie przeskoczy. Nie zawsze silenie się na „bycie ciągle młodym”, jest dla organizmu i samopoczucia dobre. Ta walka, by się utrzymać na powierzchni młodości, sama w sobie jest wyczerpująca. I po co się tak męczyć, robić rzeczy ponad siły, eksploatować organizm, który chciałby w końcu wypocząć, odreagować lata pracy, wysiłku, zregenerować się na tyle, na ile jeszcze może. Jakieś szalone wypady, ekstra kosmetyki (ach te „okłamujące” nas lustra- to ja (?)- impossible), ciuchy, które wcale nie są twarzowe, ale sprawiają, że ma się namiastkę „młodego wyglądu”, jedzenie niby zdrowe, ale niekoniecznie zdrowe....bycie w ciągłej gotowości, napięciu, utrzymywanie się w biegu, byle nie wypaść poza nawias tzw. młodości. Popłoch, że się nie zdąży czegoś zrobić, zobaczyć, przeżyć... Realy- wszystko musimy?

A ziemia (ogień) i tak całokształt wciągnie.

Niestety, po 60., procesy starzenia przyspieszają- na jak długo je powstrzymamy? Rok, dwa? Jakim kosztem zaciągamy ten hamulec przed starością? Stres, obawy, depresje....panika, bo nas też to dopadło- te zmarszczki, siwiejące włosy, twarde stawy, bezsenność, coraz słabsze wzrok i słuch, a przecież tak się staraliśmy, na uszach stawaliśmy, by te objawy starości odsunąć. A im więcej staraliśmy się, tym bardziej są one widoczne później. Bo tego nie da się oszukać i już.

Dbać o siebie, dbać o organizm, fundować sobie przyjemności, nie eksploatować siebie ponad siły w imię imponowania (na granicy śmieszności) rówieśnikom oraz osobom młodszym– patrzcie, na co mnie jeszcze stać- mieć swoje hobby, spotykać się z ludźmi, ubierać się swobodnie, zgodnie ze swoim gustem, a nie na pokaz- to chyba wystarczy, by nie czuć się starym i nie wyglądać, w miarę możliwości, staro.

Kiedyś sobie przyrzekłam, że już więcej nie będę robiła kuku swojemu własnemu organizmowi i staram się przyrzeczenie wypełniać. Nic na siłę.

Takie „Nie chcem, ale muszem”, niekoniecznie służy samopoczuciu w tym wieku. I co to znaczy „muszem”? Dla siebie, to chyba nic nie muszę, dla kogoś? No tak, to może być argument, czyli w tym przypadku żegnaj moja wolności od „muszę”. A może chodzi nie o „muszę”, a o „powinnam”? Chociaż to raczej nic nie zmienia. Tak, czy siak, rygor paraliżuje i psuje humor. No i ten strach przed starością pewnie skutecznie przeszkadza w drodze do osobistego „nic nie muszę”. Fakt, trudno pogodzić się z ograniczeniami, ale przecież ”jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Naprawdę wygodna filozofia i bardzo ułatwiająca godzenie się z rzeczywistością. I da się podejście do wieku przemeblować, unikając minimalizmu egzystencjalnego.

Nie miałam czasu na takie wymuszone staranie się, by zachować młodość. Owszem z tyłu głowy kołatało- boże, już siwy włos, a przy buzi robi się rowek... co działać, co zastosować- ale życie tak zapier..ło, tyle zawsze było problemów, tyle roboty, że chęci starczało na podstawowe zabiegi. Zresztą nigdy nie robiłam dramatu z tego, że w końcu się zestarzeję. Poszło naturalnie, bez napinki, bez wstrząsów.

A w ogóle, to prasuję (kiedyś tego nie lubiłam, teraz owszem, nawet tak, a parownica nie wszystko ładnie wyprasuje) i taki sobie w głowie prowadzę monolog. I nie trzeba się ze mną zgadzać lub nie zgadzać. Przemyślenia są przemyśleniami, a ja sobie codziennie prowadzę całkiem fajne życie już emeryta- jeszcze nie emeryta i na starość nie narzekam.

I właśnie zeżarłam ogromną drożdżówkę z makiem, polaną lukrem. A może powinnam zmusić się do rezygnacji z niej? Przecież to obciążenie dla organizmu no i tyle kalorii- „powinnam” schudnąć, bo „muszę” wyglądać szczupło i młodo. A figa:)

Muszę się- o, tu właśnie muszę bezapelacyjnie- w końcu zmobilizować i opisać resztę naszych zlotów motocyklowych.

Wszystko kwitnie i szybko przekwita.

Kasztan w ogrodzie sister wielkie ucho. Jak ścięli bożodrzew, to odsłoniło się całe kasztanowe drzewo i taki widok bardzo mi się podoba. Widzę go przez okno, kiedy siedzę przy kompie.


 

Głóg, który do pewnego momentu przycinałam, a potem odpuściłam przycinanie na kulkę. Całkiem fajnie się uformował.

Uroczy śmierdziuch- berberys pięknie kwitnący i niemiłosiernie cuchnący.
 

Kwitną też pigwy.


Ładnie kwitnie kłokoczka syberyjska, chociaż rośnie w półcieniu. Potem ma fajne owoce.


 

Nasza śliczna ogrodowa miotła- tamaryszek. W zeszłym roku przycięłam go trochę, by tak nie leciał w górę, ale on sobie nic z tego cięcia nie robi i nadal upiera się przy  kształcie wiechy.


 
Kwitną również azalie oraz rododendron, ale to już w następnym poście.