Dwa dni temu, szpaki opanowały ogród. Całe stado latało z drzewa na drzewo, wydeptywało trawniki, skwircząc niemiłosiernie.
Na zdjęciu widać piękne ubarwienie starego szpaka.
Hałas trwał od rana do wieczora. Milkł tylko wtedy, kiedy strażnicy podnieśli alarm, widząc kogoś z nas lub Bezę- na Bezę to raczej ptaszydła nie zwracają uwagi- wtedy cała chmara leciała w głąb ogrodu. Po kilkunastu minutach stado zmów się darło się w okolicach tarasu.
W pewnym momencie ptasie skwirzenie wydawało mi się podejrzanie blisko- byłam w sypialni, a ptaki darły się, jakby były w pokoju obok. Zajrzałam tam po cichu no i zobaczyłam, co się dzieje i skąd taki hałas.
Otóż ptaszory upatrzyły sobie naszą tarasową fontannę na miejsce kąpieli. Jedne się pluskały w wodzie, inne dreptały po tarasie, a taki jeden podlot koniecznie chciał się dostać do pokoju. Nie wiedział jednak, że wejście jest obok, więc walił dziobem w szybę i nie miał zamiaru przestać. Inny smark podszedł pod sam próg i już miał wejść do środka, jednak zrezygnował.
I masz, nie dość, że wiewiórki łażą po parapetach i młócą łapkami w szyby okien, gapią się na nas przez nie, to teraz ptaszydła nabrały ochoty z nami zamieszkać. Był czas, że w domu mieszkały myszy, a teraz ostały się jeno pająki- tych nie ruszam.
Filmy kręciłam „na jednej” nodze, stojąc w niewygodnej pozycji, dlatego nie zawsze są czyste technicznie.
Taras też nie był dopracowany (już raz, po zimie, był myty karcherem), bo spływająca deszczówka porobiła zacieki. O... a majster miał taką piękną poziomicę. Chciałoby się rzec- ”amerykańską”. „Patrz pani, laserowa, wystarczy pstryknąć (tu następowała demonstracja cudownej poziomicy) i czerwony promień pokazuje poziom”- przechwalał się. No i co? Za pomocą tej cudownej poziomicy ułożył płytki w takim „poziomie”, że woda spływa w stronę drzwi balkonowych (robiąc zacieki) zamiast w stronę brzegu tarasu. Po każdej ulewie mamy zaciekową koronkę. Jeżeli deszcz jest czysty, to zacieków nie ma, jeżeli jest zanieczyszczony kurzem lub pyłkami, jak to teraz miało miejsce (kwitnące brzozy, sosny, rzepaki), to zacieki są brudno żółte.
Bezczelne szpaczory zabrudziły wodę w fontannie, zabrudziły taras odchodami- jakby nie było, płytki od razu musiałam umyć. Przy okazji wymyłam karcherem też wycieraczkę. Tak, że taras na moich filmach jest jeszcze nieumyty.
Widok pluszczących się szpaków w tarasowej fontannie, wynagradza wszystko. I ten hałas, i to zabrudzenie płytek.
Szpaki są bardzo czujne, płochliwe- ja powoli, krok po kroku, przemieszczałam się w stronę drzwi, filmując, a one nic, jakby mnie nie było. Nie zwracały na mnie uwagi, tylko dreptały wokoło misy i kąpały się w niej. Były na wyciągnięcie ręki- dosłownie. A takie toto żwawe, takie ruchliwe, zaaferowane nowym miejscem i możliwościami, ciągle przemieszczające się z miejsca na miejsce- trudno było kręcić film bez przesuwania aparatu.
Powiedzcie, jak często komuś się taka frajda przydarzy? I czy to nie jest taki malutki kawałeczek szczęścia, jaki się ma? Taki na wyciągnięcie ręki, osobisty niemal.
Ten drugi film jest dosyć długi, ale dopiero w połowie zaczyna "dziać się" naprawdę.
Ostatni film nakręciłam na tarasie, siedząc na krześle- miałam nadzieję, że ptaki wrócą, ale one wolały wydzierać się na katalpie. A jak zobaczyłam, że szpaczyca dokarmia podlota, to zrozumiałam, dlaczego taki rwetes stado robi. Szpaki wyprowadziły młode i uczą je latać. Widocznie robią to stadnie, bo tych podlotów sporo było.
Kosy uczą młode latać bez takiej wrzaskliwej otoczki. Inne ptaki też, a szpaki z pompą i paradą obwieszczają całemu światu, że oto młode pokolenie opuściło gniazda.
Jeszcze tylko podczas szabrowania czereśni, robią taki rejwach.
Wczoraj sroki zachowywały się podobnie. Na brzozie usiadły dwie stare i trzy młode. Jednak długo nie siedziały na miejscu, ciągle przylatywały z gałęzi na gałąź i coś tam do siebie skrzeczały. Widocznie też uczyły młode latania i zachowywania się poza gniazdem. Nie miałam aparatu pod ręką- sadziłam gladiole. Chwilę tak rozrabiały na najbliższej brzozie, a potem było je jeszcze, przez paręnaście minut, słychać w ogrodzie. Dzisiaj ani szpaków, ani srok nie słychać. Wyniosły się gdzieś dalej. Za to, jak co dzień (o 5,30 lub 6. chodzimy z Bezą na ogrodowy obchód), poranny koncert uskutecznia zięba. Siedzi na wierzchołku świerka i wyśpiewuje trele.




