„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

04 czerwca 2026

Jaskół opowiada.

 

Wynik jeszcze nie końcowy- w sumie Jaskół przejechał ponad 80000 kilometrów w ciągu 20 lat.

 Początek.

Wszystkiemu winien jest mój starszy brat Janusz. Odkąd pamiętam, miał zamiłowanie do motocykli: to Iż, to Awok, to jakieś BMW R-35.... . Pamiętam, zabrał mnie kiedyś na przejażdżkę „Wołkiem” do Katowic. Najpierw zatrzymała nas Milicja, bo usłyszeli za duży hałas i chcieli wlepić mandat za brak tłumika, ale jak zobaczyli czym jedziemy, to pooglądali z ciekawością i puścili nas wolno. Całe szczęście, bo gdyby nie ta przerwa w jeździe, to pewnie dupa by mi odpadła. Dopiero wtedy zrozumiałem, co znaczy sztywna rama. Potem brat wyprowadził się na Kaszuby. Na cały rok. Niby to niedługo, ale zmienić można wiele. W ciągu tamtego roku odwiedził mnie kilkakrotnie. Raz przyjechał i mówi, że zamienił motocykl na lepszy. Pytam, co to znaczy, a on na to, że ma angielski motocykl, Ariel jakiśtam. Nowszy od „Wołka”, bo z lat 60-tych.

- To fajnie- mówię- że zmieniłeś. Super tak realizować swoje marzenia.

Okazało się, że zwycięstwo było połowiczne. Motocykl był, a jakby go nie było. Prawnie nie istniał– nie miał papierów. W tym czasie (lata 80-te) pracowałem „blisko” Urzędu Miasta. Poszedłem zarejestrować motocykl na dobrze wyprane papiery ze starego Junaka. Pani z Wydziału Komunikacji, widząc „znajomą” twarz, nie była zbyt dociekliwa i wydała papiery na motocykl, który stał przed Urzędem.

Jak już mówiłem, po roku Janusz wrócił do naszego miasta. I jak to niespokojna dusza, znalazł Nortona. Sprzedał więc Ariela i kupił nowego Anglika. Podobno Ariel był 350, a Norton -500. Jechałem na nim kilka razy w charakterze „plecaczka”. Nie powiem- fajnie było.

Raz jechaliśmy do znajomych 8 grudnia.

On- motocyklista- ubrał się po swojemu- ja, żeby nie zmarznąć, wsadziłem na siebie, co się dało. U znajomych rozebrałem się w przedpokoju i przedpokój się wypełnił na full- ortalion, kufajka, dres, buty po nartach- kompletny asortyment dobrze wyposażonego turysty wysokogórskiego. Fajnie nam się razem jeździło. Pewnego razu, ten wariat, wymyślił coś wybuchowego- znalazł dla mnie motocykl. Piękny, tani......tylko, że w worku. NSU 250.....z kurnika. Nie mam zacięcia technicznego, a tym bardziej do czegoś, czego nie widzę. Zamiast jeździć musiałbym czyścić i składać. Po dwóch miesiącach sprzedałem worek.

Minęło kilka lat. Pracowałem sezonowo na basenie, gdzie mnie, któregoś brat odwiedził. Zrobił to z pompą oraz paradą. W tamtych czasach motocykle 4 suwowe nie były tak popularne, jak teraz. Junak, Avo- pod koniec lat 80.- to jednak była rzadkość. Przeważały MZ-ki, CZ-ki, Jawy. Młodzież przyjeżdżała na basen takimi właśnie motocyklami. Stały na parkingu koło budki, w której sprzedawałem lody i zimne napoje. Nagle zrobiło się cicho na basenie – prawie cały męski ludek wyszedł z wody i zgromadził się przy bramie wyjściowej. Będąc w środku budki, dopiero po chwili, usłyszałem dziwny dźwięk- jakieś dziwne głośne i dudniące „mruczenie”. Okazało się, że takie wrażenie, na płci męskiej, zrobił Norton, wjeżdżający na wolnych obrotach przez bramę obiektu. Wtedy pomyślałem, po raz pierwszy, że w tej miłości do motocykli musi coś być.

Lata mijały. Byłem ojcem 16-latka. Któregoś dnia znalazł w starych szpargałach zdjęcia motocykli.

  • Tatuś, co to?

  • Wiesz, Stryj jeździł takimi motocyklami.....

    Stało się- zaczęły się rozmowy mojego syna z moim bratem.

    Bez mojego udziału, bo mnie motocykle nie interesowały. Po pewnym czasie na biurku w pokoju syna stanął „Wołek” w ramce, po nim Ariel oparty o płot na Kaszubach. Zaczęliśmy kupować „Świat Motocykli”.

W pewnym momencie brat zaczął opowiadać o motocyklu, który wzbudzał jego zainteresowanie (był stałym czytelnikiem „Świata Motocykli.”, „Motocykla”,”Classic Motocycles” i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze).

Oczywiście był to „anglik”, tyle, że produkowany w Indiach. Zachwycał się nim przy każdym naszym spotkaniu. Próbowałem go od tego odwieść:

- Coś Ty, motocykl produkowany w Indiach ?– zapomnij- Co Hindusi potrafią?

A On swoje:

- Technologia angielska, a składany w Indiach to będzie tani.

Patrzyłem na to sceptycznie, ale nie chciałem Mu sprawiać przykrości, cóż mnie do tego, przecież nie kupuję motocykla.

W 2003 roku, w listopadzie, namówił mnie na wyjazd do Zamościa, do człowieka, który jakoby najlepiej znał się na motocyklach, pisał książki i artykuły do „Świata...”, a przy tym był dealerem tego hinduskiego „anglika”. Miałem czas, więc wybrałem się z bratem na wycieczkę- po raz pierwszy od wielu lat wyjechaliśmy gdzieś razem. Warto było. Poznałem nową drogę z Frampola do Zamościa (przez Gorajec zamiast Biłgoraj i Zwierzyniec). Piękna widokowo i krótsza.

Ale, przede wszystkim, poznałem Pana Tomasza. Szczupły, niewysoki, lekko przygarbiony. Pooglądaliśmy motocykle stojące w warsztacie: Royal Enfielda Bullet`a niebieskiego, takiego samego czarnego (ale de Lux) i czerwonego Enfielda sixty five- solówkę. 

 


Nie powiem, prezentowały się imponująco. Pan Tomasz odpalił swoją maszynę, rzeczywiście, głos miała piękny. Ten ton słyszałem kilkanaście lat wcześniej- wydobywał się z Nortona. Jako, że listopad nie należy do gorących miesięcy, poszliśmy na herbatkę. I zaczęło się: Janusz pytał, a Pan Tomasz odpowiadał i opowiadał. Widać było, że wie, o czym mówi. I czynił to z pasją. Siedziałem jak na tureckim... nie- jak na hinduskim kazaniu. Dwa razy o coś zapytałem, zaznaczając, że jestem laikiem, że przyjechałem z bratem do towarzystwa. Nasz rozmówca nie zrażał się i odpowiadał mi równie wyczerpująco, jak Januszowi, tylko bardziej przystępnie (chciał pewnie, żebym rozumiał, co do mnie mówi). Stanęło na tym, że Janusz zamówił jeden egzemplarz motocykla. Miał to być czarny Royal Enfield 500 de Lux, z chromowanymi błotnikami. Zaczynał mi się podobać, ale cóż, był tylko jeden. Wróciliśmy do domu. W grudniu Janusz zadzwonił, że sytuacja finansowa nie pozwala mu na zaliczkowanie motocykla (miał być do odbioru na Wielkanoc). Dałem pieniądze na zaliczkę, coraz częściej myśląc o tym, że jak nie weźmie to może ja... ? Wszystko wyjaśniło się w styczniu. Firma, w której mój brat pracował, zaczęła podupadać. Wiadomo, że ktoś, kto ma na utrzymaniu 5 osób, a w perspektywie utratę pracy, nie kupi motocykla. Stanąłem przed nie lada dylematem. Byłem zdecydowany, ale co na to moja Żona? Rozmowa o zakupie motocykla trwała 3 miesiące. Jestem jej wdzięczny za to, że się zgodziła**. Ale najbardziej zadowolony z tego był mój syn. Miał już 17 lat i w bliskiej perspektywie „prawko” na motocykl. Jednak największy wpływ na moją decyzję miał fakt, który zaobserwowałem kilka lat wcześniej- mój brat po sprzedaży motocykla (warunki ekonomiczne) stał się innym człowiekiem. Stał się zgryźliwy, zgorzkniały i taki szary- po prostu zdziadział. 

 


Nie macie pojęcia, ile radochy daje jazda motocyklem (podobno w drugiej ławce też). Mogę to powiedzieć, bo sam doświadczyłem. Ale wrażenia z jazdy będą potem. Teraz trzymajmy się chronologii. No więc przyspieszony kurs podstawowej obsługi motocykla w Zamościu u Tomasza Sałka i motocykl stanął w Tychach, w biurze firmy, na honorowym miejscu.

Z miejsca stał się sensacją– nikt ze znajomych do tej pory nie jeździł i patrzeli na mnie bardziej z politowaniem niż ze zdziwieniem (zachciało się chłopu na starość). Ale ja mam dopiero 48 lat. Wszyscy czekaliśmy, aż puszczą śniegi. Nareszcie. Za radą Janusza zacząłem naukę jazdy na mało uczęszczanym placyku. Kółeczko na jedynce w lewo- przerwa, jeszcze jedno i znów przerwa. Gdy kółeczka wychodziły już bez podpórki, to zacząłem kręcić w prawo. Potem to samo na dwójeczce. Trzeciego dnia wyjechałem na drogę publiczną. Mały ruch (bo to poza miastem), ale już można było wrzucić trójkę i czwórkę- taka pętla 3,5 km. No to potem dwie w lewo i dwie w prawo. A po tygodniu wyjazd do miasta. Byłem lekko zdenerwowany- co zrobię jak zgaśnie na skrzyżowaniu lub na światłach? No cóż, odpowiadam sobie, zepchnę na pobocze albo na chodnik i odpalę znowu. Tak zrobiłem. Podczas pierwszych jazd rzeczywiście kilka razy zadusiłem silnik. Ale uwierzcie, nikt nie trąbił, nie mrugał światłami i nie pukał się się w czoło. Czekali cierpliwie aż dwa „dziadki” odjadą ze skrzyżowania (mam siwą brodę, kask nie pozwala ocenić dokładnie wieku, a jak wygląda Royal Enfield- każdy wie). Pierwsze jazdy wokół miasta nie przynoszą spodziewanych przyjemności i radości z jazdy. Motocykl jest powolny, czasem kichnie, nie za bardzo przyspiesza. Telefon do Pana Tomasza i już wszystko jasne– ten rocznik trzeba dotrzeć, wyregulować i podczas kolejnych wycieczek trzymać usta zamknięte. Dlaczego? Dobrze wiecie. No więc czekało mnie kolejne zadanie. Wyjazd do Zamościa by wyregulować moto. 400 km dla początkującego jeźdźca, w dodatku samotnie, to już, według mnie, coś. Przedtem jednak był mały test. Jazda do Krakowa i z powrotem miała być namiastką tego, co mnie mogło czekać. Motocykl spisał się znakomicie podczas tej wyprawy. 


 Jadę, zatem, do Zamościa! Spakowałem pełną torbę ciepłych ciuchów (bo maj był zimny) i 22-go wyruszyłem w moją pierwszą poważną podróż motocyklem. Słuchajcie, cudownie– słoneczko świeci po raz pierwszy od tygodnia, a ja sobie powolutku, 60-70/h, pomykam na Wschód. Pierwszy postój u brata w Krakowie- kawka, odpoczynek i dalej do przodu. Następny w Zawidzy (za Osiekiem) przy trasie sandomierskiej- obiad. W lesie jest Zajazd pod Dębami, gdzie można dobrze i tanio zjeść- polecam. Słoneczko dalej świeci. Mijam Tarnobrzeg, Stalową Wolę, Nisko i kieruję się na Janów Lubelski. Na podróż motocyklem piękna trasa– mały ruch i dużo lasów po drodze. Z Janowa na Frampol, Biłgoraj (wizyta na cmentarzu u Dziadków i pod Pomnikiem Katyńskim) i przez Szczebrzeszyn do Zamościa. Skończył się piątek a wraz z nim dobra pogoda. W sobotę zaczęło padać- temperatura spadła do +10 stopni. Niestety mam tylko 2 dni wolne– jeden na przegląd motocykla, drugi na powrót do domu. Wbijam się w ciepłe ciuchy i zasuwam do warsztatu Tomasza Sałka. Pan Tomasz to chodząca encyklopedia wiedzy o jednośladach. I chyba pasjonat przez duże „P”. Przegląd przebiega bardzo sprawnie: wymiana oleju, filtra, regulacja gaźnika, zapłonu, rzut oka na sprzęgło. Wszystko gra. Jadę do Hrubieszowa odpocząć przed powrotem do domu. Trzeba wyjechać rano, bo nie wiadomo, co może cię spotkać po drodze. Poranek wita mnie słoneczkiem. Gęba mi się uśmiecha na ten widok, jednak uśmiech zamiera, gdy patrzę na termometr- +6 stopni. Dobrze, że na plusie, nie? (tego dnia wieczorem- po powrocie do domu - stwierdziłem, że motocykl to zabawka dla twardych mężczyzn). Ale komu w drogę.... . Pakuję na siebie wszystko, co mam w torbie: podkoszulek, drugi z długim rękawem, koszulę flanelową i wełniany golf. A na to wszystko „skórę”. Wyglądam i poruszam się jak Ludzik „Michelin”. Ale co mi tam, na motocyklu nie będę biegał, to się nie spocę. Naiwny, siedzisz prawie bez ruchu, to marzniesz i kwita. Motocykl, po przeglądzie, jakiś taki żwawszy, lżejszy, bardziej „wyrywny” do jazdy. Tak jakby cieszył się razem ze mną, że już mu więcej wolno. Ma rację, jedzie się przepysznie. Pierwsze 70 km to poezja. Słońce świeci, „0” ruchu, bo to niedziela rano, a ja sobie jadę. Beztrosko. Miał rację kochany braciszek, że na motocyklu zapomnę o troskach i zmartwieniach – rzeczywiście tak było. Ale tylko częściowo. W Szczebrzeszynie skręcam na Frampol, droga tam wiedzie przez piękną widokowo okolicę. Nie patrzę na mapę, ale mam wrażenie, że to granica pomiędzy Roztoczem a Wyżyną Lubelską. I to wszystko, co było piękne w tym dniu. Zaczyna padać deszcz, a ja w szczerym polu. Do Frampola jakieś 10 km. Nie ma się gdzie schować więc pcham do przodu. Zrobiło się zimno jak jasna cholera. Dojeżdżam do Frampola i „dokuję” na Petrochemii. Ciepło, sucho – pierwszy raz zauważam, że na stacji benzynowej może być tak pięknie. Zrzucam z siebie 2 wierzchnie warstwy i zamawiam 3 herbaty. Boski napój! Po pół godzinie jestem gotów do dalszych zmagań z naturą. Rozgrzany i pokrzepiony wychodzę na słoneczko. Pięknie, ale krótko. Do Janowa Lubelskiego dojeżdżam w beztroskim nastroju. Ale w drodze do Niska (droga piękna, szeroka) znowu zaczyna padać. Teraz muszę uważać na złośliwość kierowców jadących z przeciwka. Na drodze potworzyły się kałuże i jadący z przeciwka wjeżdżając w taką kałużę, robi falę, która może mnie przewrócić. Jadę więc wolniej i prawie poboczem. Deszcz na szczęście ustaje i mogę jechać spokojniej. Ale pogoda nadal nie sprzyja motocyklistom- wieje silny i zimny wiatr. W takiej atmosferze mijam Nisko, Stalową Wolę i Tarnobrzeg. Pora zatankować. Zapomniałem powiedzieć, że jadąc na przegląd (powoli i bez zrywów- 60-65km/h), mój motocykl spalił 2,45 l/100km. No więc dojeżdżam do Łoniowa i skręcam na stację benzynową. Uzupełniam paliwo, idę do kasy. Wiatr jest tak silny, że przewraca motocykl. Pracownik na stacji mówi, że od kilku lat nie było tak silnego wiatru. Pociechą dla mnie jest, że za parę chwil znowu wjadę do Zajazdu Pod Dębami w Zawidzy. Przerwa w podróży to oddech i w tym wypadku gorący obiad. Po godzinnym odpoczynku w „ciepełku”, pełen optymizmu, ruszam w dalszą drogę. Do domu pozostało mi tylko 230 km. Czyli połowa już za mną. I znowu, tak jak rano, świeci słońce, z tą jednak różnicą, że teraz nie ma wiatru. Radość moja nie trwa jednak długo. Po kilkunastu kilometrach tak zaczyna lać tak mocno, że nie zastanawiając się wjeżdżam pod parasole restauracji, w której odbywało się przyjęcie komunijne. Za zdjęcia dzieci na motocyklu, jestem częstowany gorącą herbatą i ciasteczkami. Podbudowany psychicznie i fizycznie wykonuję długi skok do Krakowa. Tam znowu gorąca kawa na stacji benzynowej (bodajże na ul. Włóczków) i ostatni już etap mojej podróży do Tychów. Muszę stwierdzić, że podróż ta była moim chrztem bojowym. Przyznaję, że zmarzłem w tym dniu jak cholera. Dwa razy zsiadałem z maszyny tylko z tego powodu, aby z niej nie spaść. Ale było to cenne doświadczenie– Polska to nie Kalifornia ani Floryda– pogoda bywa u nas różna i teraz, po kilku miesiącach użytkowania motocykla, mogę stwierdzić, że jazda w złych warunkach już mnie nie przeraża, bo to doświadczenie mam już za sobą. Zaopatrzyłem się tylko w akcesoria niezbędne do podróżowania przy różnej pogodzie. Teraz– po zakończeniu sezonu motocyklowego– mojego pierwszego!- mogę powiedzieć, że wdzięczny jestem bratu, iż namówił mnie na tę przygodę. (A tak między nami – mój sezon jeszcze się nie skończył. W suche dni wyjeżdżam na krótkie, kilkudziesięciokilometrowe przejażdżki). JEST WSPANIALE 


Historia w obrazkach.
Zamieściłam teraz tylko kilka zdjęć, bo w postach o naszych rajdach będzie ich sporo.

** Ówczesna żona, ja nie miałabym w ogóle oporu, a wręcz piałabym z zachwytu- taki piękny motocykl, to co to za wahanie się.