„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

06 kwietnia 2026

Dzieje pewnego siedliska

 

Tak to ja lubię, nawet bardzo lubię. Wczorajszy ranek- samochód za samochodem, za oknem, gnał do kościółka, a my leniwe śniadanko świąteczne, uskutecznialiśmy. Kościołek? Jaki kościołek? Święta są po to, by leniwić się i nigdzie z rana nie gnać. Tak sobie myślę, że to wychowanie ateistyczne bez celebry i napinki kościelnej, daje mi ogromne poczucie wolności.

No dobra.

Wykorzystując piękną słoneczną i niesamowicie ciepłą (+20 stopni w cieniu na tarasie) pogodę, pojechaliśmy w teren. Z Bezą oczywiście. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć, co się dzieje w starym pradziadkowym siedlisku, a potem obleciałam i obfotografowałam zabytkowy kościółek w jednej wsi, tudzież to samo zrobiłam z zameczkiem w innej miejscowości. Z tego będą relacje w kolejnych postach.

Teraz Siedlisko.

Wydawało mi się, że już kiedyś o nim pisałam post. Przeszukałam archiwum i nie znalazłam go. Czyli trzeba od początku- ojciec mojej mamy urodził się tutaj, w tej miejscowości, gdzie teraz mieszkam- mogę powiedzieć, że jakieś cieszyńskie korzenie mam. To, co opiszę, jest oparte na moich wspomnieniach, bo ja tutaj przyjeżdżałam na wakacje i jeszcze mojego pradziadka pamiętam. Pamiętam również, jak wyglądało gospodarstwo, jego obejście i okolica w tamtych czasach.

Pola należące do do gospodarstwa. Film kręciłam stojąc na miedzy prowadzącej do stawu. Od lewe strony, tej ze stawem do prawej. Po drodze sfilmowałam sad i siedlisko, i dotarłam do pół po drugiej stronie miedzy. 


 

Początek siedliska to koniec XIX wieku- wtedy mój pradziadek wżenił się w gospodarstwo i zaczął go rozbudowywać. Prawdopodobnie wtedy wybudował dom, który teraz stał się ruiną, nawet nie malowniczą, a okropną. Ojciec dziadka- mój pradziadek miał duże gospodarstwo. Samego pola miał sporo hektarów, łąkę na stoku, za nią w dole staw, ogromny sad i porządny dom (wraz z oborą, bo wtedy tak budowano). Stał on w pięknym ogrodzie (stąd też mam wzorce ogrodu z długimi grządkami kwiatowymi- potem powielił je mój dziadek, następnie mama i ja). Za domem było podwórko gospodarskie, stodoła, mały stawek, nad którym zwisały długie witki ogromnej, starej wierzby. W ty stawku taplały się kaczki i gęsi, których było dużo. Chodzić po grobli było niebezpiecznie- gliniasta, mokra i śliska była. Wystarczyła chwila nieuwagi i lądowało się w brudnej zimnej wodzie. Ale stawek pod starą wierzbą, z tą chmarą kaczek i gęsi, był bardzo malowniczy i dopełniał obraz ówczesnego gospodarskiego rozgardiaszu. Bo po podwórku chodziły jeszcze kury, stary kogut i indyki- był tam ciągły rwetes.

Za podwórkiem był potężny, prawie hektarowy sad. W sadzie stało dosyć dużo uli- mój dziadek z zamiłowaniem zajmował się wszystkimi rodzinnymi pasiekami (naszą też)- wyniósł to z rodzinnego domu.

Całe siedlisko znajdowało się na wzgórzu, a pradziadkowe pola rozciągały się między lasami. Za sadem był jar, w nim rzeczka. Trochę dalej znajdowały się stawy. Wszystko to otoczone lasem.

I tak sobie to siedlisko trwało, dopóki żył pradziadek i trzymał „laskę” nad wszystkim. Miał trzy żony. Z jedną miał jednego syna (umarł młodo, w wieku 20 lat- na co? Nie wiem), z drugą dwoje dzieci i z trzecią też dwoje, ale za chiny nie potrafię sobie poukładać to czasowo, a ci, co wiedzieli zmarli. Ta żona, z którą miał jednego syna, zmarła krótko po porodzie. Ponoć pradziadek- satrapa, kazał jej wykosić staw z trzciny. Kobieta dostała gorączki i niedługo potem zmarła. Syna wychowywała służąca (tak, tak, dziadek miał służącą- pomocnicę- Rózię, do gospodarstwa oraz miał też parobka), a potem następna żona.

Wychodzi mi jednak, że ten chłopak był najstarszy, potem urodził się mój dziadek, potem była jego siostra. Z trzeciej żony też była para- dziadek- wujek i babcia – ciocia (nie wiem jak inaczej ich nazywać). Te dzieci „wyszły” z gospodarstwa w świat. Mój dziadek wykształcił się na rechtora i powędrował, za nakazem, na Śląsk (tam poznał babcię- rodzice mojej mamy). A syn z trzeciego małżeństwa wykształcił się na inżyniera (jego córka wykupiła potem siedlisko). Córka z trzeciego małżeństwa wyszła za mąż- też miała duże gospodarstwo pod Bielskiem.

Ja pamiętam siedlisko już za rządów siostry dziadka- babci Hanusi (początek lat 60. XX wieku). Za mała byłam, by oceniać stan gospodarki, ale według mnie była ona typowa, a gospodarowano na niej tak, jak to za komuny bywało.

Pamiętam tylko, że dom chyba już wtedy wymagał remontu (miał wtedy z 70 lat), bo wszystko było takie lekko „zapyziałe”. Małe dwie izby, trzecia w dobudówce (dla służącej i jako spiżarnia oraz lamus), w sieni wydzielili część kuchenną. Za dobudowaną ścianką, w sieni, były drzwi do obory i na podwórko. Nie było łazienki, a WC było drewniane, dobudowane do ściany obory. Ot taki normalny wiejski dom, jakich wiele było w tamtych czasach. W jednej izbie mieszkały trzy córki babci Hanusi, ale ja pamiętam tylko dwie z tego okresu- trzecia, dorosła, wyszła już za mąż i mieszkała w Bielsku. Ta najmłodsza kuzynka mojej mamy, przyjeżdżała po mnie do leśniczówki i zabierała mnie na wakacje do siedliska. I teraz widzę, że tylko mnie- ani brata, ani siostry, tylko mnie- interesujące.

Pamiętam też wakacyjny klimat tego miejsca- to podwórko, sad, i spacery wzdłuż lasu nad staw. A przed domem był kamienny stół, na którym babcia stawiała donice z pelargoniami. Za stołem, pod płotem, rozciągała się ogromna grządka z poziomkami i te pachnące, nagrzane poziomki też pamiętam dobrze. Pod ścianą z oknem, stała długa drewniana ława. Na niej babcia Hanusia siadała i obierała ziemniaki, albo przebierała owoce na przetwory, albo całkiem po prostu, by odpocząć i pogadać z małą dziewczynką. Myślę, że wtedy miałam taką małą rekompensatę za brak drugiej babci- mamy, mojej mamy, która zmarła, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było, a sister wielkie ucho, miała 2 lata. Babcię przygniotła krowa do żłobu, połamała jej żebra, uszkodziła wnętrzności i stało się najgorsze. Kiedy babcia Hanusia zmarła, już do siedliska nie jeździłam. Zresztą miałam naście lat i mnóstwo innych rzeczy na głowie, a gospodarstwo prowadziła już jej córka- czasy mniej interesujące, miejsce upadające.

Pamiętam pradziadka, siedzącego z gazetą na kolanach, w fotelu między oknem i szafą, ciągle drzemiącego (miał wtedy ponad 80 lat), ale kiedy chcieliśmy po coś wejść do pokoju, to otwierał oczy i wrzeszczał na nas, żebyśmy mu nie przeszkadzali. Pradziadek był malutki, zasuszony i sklerotyczny, jednak przy stole to on miał pierwszeństwo w nakładaniu jedzenia na talerz.

Mama mi opowiadała, że w młodości był światowym człowiekiem, głodnym nowinek i wiedzy. Za Franza Jozefa, jeździł do Wiednia (ówczesnej stolicy) i przywoził różne interesujące oraz nieznane wtedy tutaj rośliny. I tu mam dysonans poznawczy- w opowiadaniach, dotyczących życia rodziny, traktowania bliskich oraz zachowania w domu, wyłania się despota, nie liczący się z nikim, a najmniej z żonami i dziećmi. Taki typowy „pan i władca”. Natomiast, jeżeli chodzi o umysłowość i mentalność, to był jednak człowiek nowoczesny. Umarł kiedy miałam 8 lat i nie pamiętam, byśmy choć jedno słowo bezpośrednio zamienili podczas moich pobytów w siedlisku. Inna rzecz, że ja się go cholernie bałam i unikałam. Bliższy mi był dziadek „Groch”, mąż babci Hanusi, z którym często chodziłam na spacery i włóczyłam się po sadzie. Kiedy baby zaczynały tak porządnie wrzeszczeć na siebie- a awantury babskie były tam na porządku dziennym, brał mnie za rękę, mówił „Chodź dzioucha, idymy” i szliśmy w świat. Byle dalej od tych awantur.

Kiedy umarła córka babci Hanusi, która z mężem gospodarowała w siedlisku do początku XXI wiek, gospodarstwo opustoszało. Już wtedy było mocno zapuszczone i wymagał kupę forsy oraz pomysłu, by je podźwignąć. Ale w bardzo licznej rodzinie nie było do tego chętnych.

To znaczy chętni znaleźliby się, jednak pod warunkiem, że pozostali zapłacili by im za łaskę prowadzenia gospodarstwa dalej, opłaciliby remonty i nie żądali testamentowej spłaty.

A że już wtedy dom i zabudowania gospodarskie wymagały gruntownego remontu, droga dojazdowa (150 metrów polnej drogi do asfaltowej wiejskiej) musiałaby być utwardzona, media powinny być unowocześnione i zrobiony generalny porządek w sadzie oraz w obejściu, to nikomu nie spieszyło się do objęcia takiej schedy. W dodatku ktoś ujawnił testament, który sporządził pradziadek i okazało się, że w ostateczności do podziału majątku ustawiło się w kolejce 9 osób (wnuki pradziadka- rodzice mojego pokolenia, a jeszcze było multum prawnuków pradziadka). I tu zaczęła się awantura- córki ostatnich gospodarzy twierdziły, że ich rodzice utrzymywali całe gospodarstwo przez dziesiątki lat, to one powinny je dostać bez jakiegokolwiek spłacania innych. Inni twierdzili, że testament jest testamentem, należy podzielić całość na 9 części i żadne inne wyjście nie wchodzi w grę. W dodatku okazało się, że sporo pola wniosła jedna z żon w posagu i dzieci tej żony powinny to pole dostać tylko dla siebie, przy czym nikt nie wiedział, która to część pola. No cyrk na resorach. Pawlak i Kargul z ich dwoma palcami niech się schowają przy tej naszej rodzinnej spadkowej awanturze. Na szczęście ktoś przytomnie stwierdził, że żadnych fizycznych podziałów nie należy robić, tylko sprzedać całość i podzielić się forsą. Zgodzono się, tym razem, bez oporów mimo braku wiedzy, co do części mającej być wyłączoną z całości. Może liczono, że ta strona rodziny skruszeje i zgodzi się oddać swoją część do podziału?

Rodzina totalnie się skłóciła a wtedy znalazł się kupiec, który chciał całość kupić. Co wtedy rodzinka robi? Znów stawia Veto. No i piać od nowa włóczenie się po sądach w walce o część schedy. Na koniec jedna z kuzynek mamy zaproponowała, że ona to w całości odkupi i podała cenę. O dziwo większość się zgodziła, ale dwie heksy ciotki zaprotestowały. One nie, nie zgadzają się. Moja wiedza sięga do momentu, kiedy jednak ta kuzynka gospodarstwo kupiła, podzieliła forsę między 6. spadkobierców, a te dwie ciotki sądziła osobno- ponoć współwłaścicielkami wtedy zostały (po jednej została pięcioro bardzo dorosłych dzieci, a druga jeszcze żyje i ma czwórkę też bardzo dorosłych dzieci- kolejka do forsy zatem spora).

A teraz już nie wiem, czy to siedlisko należy jeszcze do tej kuzynki mamy (mojej młodszej ciotki), czy też nie. Na cholerę jej to było, kompletnie nie wiem, ona z tych późnych dzieci, kiedy to jedno pokolenie już ma dzieci pożenione, a w tym samym jeszcze się rodzi ich rówieśnik. Kuzynka mamy ma w tej chwili około 60 lat, czyli jest ode mnie młodsza, mieszka na północy Śląska, nie ma dzieci, ale ma zapuszczone i zrujnowane siedlisko. Albo już go nie ma, czort jeden wie. Ja w rodzinie już nie zapytam, bo mi wszystko jedno, kto tak zapuścił to miejsce. Nadaje się do zrównania z ziemią i tyle. Pola od 20 lat są wynajmowane i też do momentu wykupu przez kuzynkę- ciotkę, nie wiadomo było, kto bierze za to forsę.

I tak testament pradziadka skłócił do cna rodzinę. A że dziadek prawdopodobnie miał wredny charakter, co objawiło się w moim dziadku i po części w jego córkach, to przypuszczam, że tam gdzieś w zaświatach, miał niezły ubaw z tego, co tu się w siedlisku działo.

Tę ludzką hańbę postawili myśliwi na skraju stoku, na granicy pola i niegdysiejszej łąki, teraz zaoranej. Obok rosła wierzba- wiatr ją połamał i sterczy żałosny kikut.  

Zaorana łąka na stoku, na dole staw, który kosiła któraś prababcia. Pamiętam ten kawałek jako piękną kwitnącą łąkę a teraz mnie ten widok wkurza. Za mną jest ambona. Nawet nie miałam ochoty zejść nad staw, bo z daleka widziałam, że ktoś go podzielił na sektory jakimiś białymi taśmami. To zawsze był staw hodowlany i widać pozostał takim do teraz.
 
Widok na siedlisko ze skraju łąki (ambona obok). Te wysokie drzewa wzdłuż granicy pola z sadem, ktoś posadził kilka (?), kilkanaście (?) lat temu. Tam nigdy takich drzew przedtem nie było- sad graniczył bezpośrednio z polem, a jak kwitł to był z daleka widoczny.

Widok od strony sadu w kierunku ambony i stawu.
Miedza, którą szliśmy w stronę stawu.

Ruiny domu. Jeszcze 10 lat temu można było go uratować, teraz jest już po ptokach. Na części zawalił się dach i woda leje się do środka, podmywając mury. Po lewej była weranda i wejście do domu (ściana z ławeczką). Tu, gdzie robię zdjęcie dochodziły dwie długie rabaty kwiatowe, a z prawej strony stały ule. Dom porastała wistaria i winorośl, rodząca dorodne winogrona.

Nie pamiętam, kiedy byłam tu ostatni raz, chyba już z 8 lat minęło. Wtedy jeszcze rosły kępy kwiatów i wykopałam sobie malutkie wilczełyko- pięknie w tym roku zakwitło. Teraz znalazłam tylko tę jedną jedyną lilię złotogłów.

Nawet śnieżyczek, które rosły tu łanami, na zapuszczonych grządkach, jest dużo mniej. Wszędzie dzikusy krzaczyska, bluszcze, mierzwy.
 

Zrujnowana stodoła. W miejscu, gdzie stoję, był stawek, z jego prawej strony rosła olbrzymia wierzba płacząca.

Zdjęcia z kawałka sadu. Tu już nie ma nawet o czym pisać. Jeszcze 10 lat temu stare drzewa owocowały. Teraz zwaliło się ich trochę, inne porosły dziczkami. Nie szłam do końca sadu, bo zrobiło mi się niefajnie- jednak pamięć swoje zrobiła. Nie chciałam sobie psuć tak pięknego dnia.
 

Uświadomiłam sobie, że to miejsce przecież należało do mojej bliskiej rodziny i tak się zmarnowało.

Tył domu. Po prawej chlewnia, którą zbudował wujek- ostatni gospodarz. Tu było ogromne podwórze. Widać drzwi do chlewa, a za białym okienkiem były drzwi do sieni. Kibelek zburzono, kiedy wujkowie zrobili, w końcu, wewnątrz domu łazienkę. 


 Więcej zdjęć nie zrobiłam. Bez sensu. Pozostały tylko wspomnienia i fajne miejsce do spacerów.