Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

19 czerwca 2026

Pomaluj mi swiat...

 

Może znów o tym, co „tu i teraz”? Chociaż po prawdzie, wszystko dzieje się w normie. Czerwiec, zbliża się lato to i upały się zaczęły. W tym roku cieszę się, że będzie gorąco, bo ostatnio coś zbyt marznę. SKS- krew płynie wolniej, palce marzną, nos marznie... no i schudło się, to też sadełka mniej do grzania. 

Dzisiaj o 6 rano było +17 stopni ciepła. Po śniadaniu zdążyłam przyciąć wystające gałęzie za płotem przy bramie i potem musiałam wiać do domu, bo zrobiło się za ciepło. Gdy są takie upały, to w ogrodzie najlepiej pracować rano. Potem temperatura rośnie i po południu osiąga maksimum. Wtedy o pracy w ogrodzie nie ma mowy. Przynajmniej ja, w takiej wysokiej temperaturze, nie potrafię pracować.

Wieczorami, które są bardzo długo jasne, popiskują młode sowy uszatki. Ich cichutkie głosy już nie wzbudzają we mnie niepokoju, że w coraz większym mroku, coś złego się dzieje. Nawet „zawodzący”, w pobliskim zagajniku, puszczyk, teraz bardziej mnie cieszy niż wzbudza lęk.

W zeszłym tygodniu, na lipie, nad sklepem, siedziała płomykówka i darła się okropnie. Jeżeli ktoś choć raz słyszał płomykówkę (nie, nie jej popiskiwania, a krzyki) to wie, jakie może emocje wywolywać. Jakby kota obdzierali ze skóry. Straszny wrzask.

Ale zanim nastanie zmrok, w ogrodzie koncertują drozdy. To już ich ostatnie śpiewy. Przyjdzie lipiec i ptaki zamilkną. Jeszcze tylko zaganiacze, są w ogrodzie dwa, będą śpiewać. No i pewnie przeniosą się tutaj wilgi. Już parę razy gwizdały melodyjnie. A kosy to całe lato pogwizdują i koncertują, ale ciszej, mniej nachalnie.

W ogrodzie busz. Wszystko, co zielone postanowiło podwoić objętość. Zwłaszcza dzikie róże, takie z kiściami drobnych kwiatków, rozrastają się w tempie kosmicznym. Połowę wytnę do ziemi- jedne mogą plot zawalić, inne wrosły w krzewy ozdobne. 

 Te róże są śliczne, kiedy kwitną. Mają też ładne drobne owoce, których żaden ptak nie je. Owoce szybko czernieją i całość robi się smętna.

No i ślimole się ruszyły, ale ich jakby dużo mniej w tym roku. Wczoraj, przy tarasowych schodach, znalazłam trzy ogromne pomrowy. Te akurat są pożyteczne i nazywa się je czyścicielami środowiska- żrą tylko zwiędłe zieleniny oraz wyżerają jaja ślinnika luzytańskiego ( tej rudej cholery, co to w ciągu nocy potrafi pół ogrodu wyżreć). Pomrow jest czarny w cętki- taki lamparci ślimol i raczej nie można go pomylić ze ślinnikiem. Jak takie macie, to je zostawcie- rozprawią się z jajami rudych (w przyszłym roku będzie ich mniej).

A na czerwcowym niebie dzieje się. Różne koniunkcje odchodzą. Obie na zachodnim wieczornym niebie.

Wenus i Jowisz.


 Księżyc i Wenus.

 Zarzekałam się kiedyś, że tej paskudnej Kofoli nie tknę, bo ma chemiczny smak. Ostatnio idę przez market i co widzę? Kofola stoi sobie na półce i dumnie się pręży. Kofola w Polsce w podrzędnym markecie. Kupiłam. Ale albo zapomniałam smak tej czeskiej, albo ta jednak jest „podrabiana”, bo  smakuje inaczej niż w Czechach. A może z moim smakiem i kofolą jest podobnie jak z „okiem” u Wiecha, który podsumował niedowiarka- „Apteczne złudzenie ludzkiego oka”. 

Prywatny serial "Północ-Południe"

Skończyłam dziergać na krośnie dziewiarskim pasy, z których zszyję kocyk. Na razie pasy są kolorystycznie dobrane byle jak. Kolorowe elementy są nierówne, bo różne długości włoczki były w poszczególnych motkach. Chciałam te motki zużyć, dlatego niezbyt dbałam o to czy równe będą z nich elementy, czy nie. Trochę miejsca w koszu z włóczkami się zrobiło i o to chodziło.

 


Tkanie też postępuje- już są 2/3 gobelinu. Ale ostatnio nie chce mi się ani dziergać, ani haftować, ani szyć. A szycie mnie czeka dosyć porządne, bo kupiłam interesujący przyrząd do robienia pasków, by je potem zszywać w chodniki. Mam do diabła i trochę resztek różnych tkanin. Kiedyś myślałam, że będę szyła patchworki. Uszyłam dwa i stwierdziłam, że do tego trzeba mieć dobre akcesoria, i jeszcze lepszą maszyną. Mam nożyk, matę, linijki...jednak nie wydam forsy na kolejnego bzika, by mieć potrzebnego ustrojstwa więcej i w ogóle- może aplikacje, ale patchwork to też nie moja bajka. 

Przyrząd sprowadzony jest z Azji za malutkie pieniądze. W naszych sklepach takie cudo? Zapomnij. Tak, jak porządnych akcesoriów do tkania, haftu, czy innych robótek, w polskich sklepach, nie uświadczysz, tak i takich różnych fikuśnych bajerów do szycia też nie zobaczysz. Filmiki- instrukcje do szycia dywaników z pasków, są na YT. Mogłabym wprawdzie porwać tkaniny na paski (wystrzępione) i utkać z nich dywaniki, jednak na tkanie to ja mam inne pomysły, a tkanin trzeba się jakoś pozbyć, bo zawalają dwa kosze i pół kredensu.

W ogrodzie sister wielkie ucho zakwitł tulipanowiec. Dwa lata temu wichura złamała jego główny pień, ale został mniejszy i boczny, dosyć duży konar.

Bardzo podoba mi się zestaw kolorów na kwiatach, a zwłaszcza ten pomarańczowy pasek na kielichach. Bardzo to dekoracyjne
 

 Ciekawostka sklepowa- wybieram pieczarki z pudełka i nagle słyszę głos pani układającej serki w chłodni:

  • Niech pani powie przy kasie, że to są pieczarki przecenione.

  • A dlaczego są przecenione?- pytam.

  • No, bo... no bo...- zacukała się pani- Bo są trochę pomarszczone. Tam w chłodni ma pani w normalnej cenie

  • Dobrze, powiem- mówię i przyglądam się pieczarkom, owszem są mniejsze, ale jeszcze całkiem dobre, nie suche, nie ciemne, jędrne. Nie chce mi się wysypywać ich z powrotem do pudełka. Ustne info. o przecenie nie robi na mnie wrażenia. Pani poszła na zaplecze, a ja obchodzę pudełko z pieczarkami z jednej strony, potem z drugiej, szukam informacji o przecenie. Nie ma. Zresztą ceny tych pieczarek też nie było na pudełku. Jak myślicie, co mówią przy kasie klienci, którzy kupują te pieczarki? Ano nic, bo ich nikt nie informuje, że są przecenione. Ja miałam akurat szczęście, że ekspedientka wykładała serki, ale przecież nie robi tego przez cały dzień. Nie zdążyłam zapytać, o tę informację. A szkoda. Wkurzają mnie takie małe sklepowe szwindelki. A w tym sklepie to się często zdarza.

W lasku dojrzewają truskawki i trwa wyścig, kto pierwszy z nich skorzysta- ja czy ślimole. 


 

Nie ma jednak naporu, bo kupujemy truskawki od okolicznych plantatorów. Miska ze świeżymi stoi obok na biurku i nieziemsko z niej pachnie dojrzałymi owocami. Wiecie, takimi nagrzanymi słońcem. Zapach lata i wakacji. 

Tego "Brudnika" czyta teraz Jaskół. Tak się fajnie składa, że mamy zbliżone upodobania czytelnicze.

 A ja skończyłam przedostatnią (ze wszystkich napisanych przez niego), książkę (Brudnika książka, nie Jaskóła)- mam wszystkie jego pozycje. Oprócz kryminałów, Brudnik napisał dwie książki sensacyjno- kryminalne w stylu Cusslera, czy Folletta. Nie można ich dostać w księgarniach int.- wyprzedane. Kupiłam używane na Allegro.


Warto było. To się po prostu czyta jednym tchem. Przeczytałam „May- Day” i zabieram się do „Frachtu”. 

Beza- lubi kłaść się obok ławeczki na dole ogrodu i "wciągać wiatr".

Kochany pyszczor😊

Nie jestem sentymentalna, ale to wykonanie wzruszyło mnie bardzo.