poniedziałek, 24 września 2018

Powtarzalność


Wkoło szepty, szmery, krzyki…. Jesień, jesień, jesień przyszła. Ano przyszła i zrobiło się jesiennie. Wichura w nocy spać nie dała. Ulewa, wprawdzie krótka, również. A dzisiaj wieje, od czasu do czasu przeleci deszcz, z krupami nawet, a poza tym słoneczko na błękitnym, ostrym niebie też świeci.  W ogrodzie tak sobie- jeszcze pół letnio i już pół jesiennie. Niektóre byliny już wycięłam, inne jeszcze bardzo zielone zostawiam do pierwszego przymrozku. Orzechów włoskich spadło tyle, że nie nadążamy zbierać. Obfitość ich wielka. A rude? No właśnie zastanawia mnie, dlaczego rude w tym roku jakoś opieszale te orzechy „zwijają”.  I ptaki również nie kwapią się do obżerania owoców cisa, czy jarząba. Wprawdzie duże stado szpaków kilkakrotnie zasadzało się na lipie i próbowało zrobić nalot na owoce bluszczu, ale nic z tego nie wyszło. One tak śmiesznie się zachowują. Wysyłają zwiadowców w pobliże obiektu ataku, potem obsiadają najbliższe drzewo i czekają na znak. Co jakiś czas słychać nawołujące gwizdy zwiadowców. Jak jest spokojnie, to jak na komendę, całe stado rzuca się na bluszcz, tłucze skrzydłami, skrzeczy, popiskuje  i żre, żre, żre jak najwięcej owoców, by potem z hałasem nagle odlecieć. Obserwowałam taką akcję w zeszłym roku. W tym roku jeszcze nie miałam takiej okazji. A może jeszcze czekają. Wydaje mi się, że szpaki są ptakami, które bardzo późno odlatują na południe. Nie odleciał jeszcze gołąb wędrowny, ale drozdów już nie widać. Gadziny też jeszcze się wygrzewają w słońcu- widuję je na schodach, na taras, i na chodniku przed domem. Piękne są,
W tym roku chyba po raz pierwszy w życiu doceniłam ciepło słońca i upały. Wprawdzie upały mnie męczą, ale możliwość postania w gorącym słońcu, została przeze mnie doceniona. A z drugiej strony, bardzo lubię takie wczesnojesienne klimaty. To różnoniebieskie niebo- od szarego do głębokiego błękitu, te przelotne deszcze, ranne zamglenia i leniwe słońce na niebie. I kolory, które jeszcze się w pełni nie ukazały, ale już jest ich zapowiedź.
W domu remont prawie zakończony. Pozostało mi jeszcze pomalować stolarkę- drzwi, progi. Najbardziej cieszy mnie wyremontowana łazienka- taka niepopularna, bo nowoczesna. Piszę niepopularna, ponieważ teraz łazienki są w typie- mur ze starej cegły i starocie jako meble, wanna na krzywych nóżkach, najlepiej na środku pomieszczenia, lustro w drewnianej ramie i koniecznie dzbanek z suchym bukietem na komódce przecieranej. Hmmmmm…Podobają mi się takie łazienki…. U kogoś. Nasza łazienka jest tak prosta, że już chyba prościej jej zaprojektować nie można było. Kabina prysznicowa- bez brodzika, szklana ściana (bez lustrzanych pasów) i z jednej strony zasłonka, na podłodze mata antypoślizgowa, a na ścianach, w środku  kabiny, półeczki plastikowe na przyssawki (łatwe w umyciu, nie rdzewieją). Zresztą wszystkie wieszaki, półeczki są na przyssawki- łatwo je umieścić w innym miejscu i nie trzeba wiercić w kafelkach. Klopik- prosty kompakt (nie kryty w ścianie, bo trudno potem naprawić, czy wyregulować), komplet- lustro z półeczką z boku i umywalka na szafce. Jedyna fanaberia, ale i konieczność, to tapeta za drzwiami. Drzwi są tak fatalnie wmurowane (zawiasy prawie w ścianie), że nie było za nimi (na ścianie) miejsca na kafelki (drzwi nie otworzyłyby się w całości). No i musiałam kupić nową pralkę- wąska, otwierana od góry. Najpierw byłam wkurzona, bo to wydatek nieprzewidziany, a teraz jestem zakochana w tej pralce. Mała, zgrabna, nie muszę się schylać i pierze rewelacyjnie. Jest na sensory, a największym udogodnieniem jest możliwość dopasowania sobie czasu prania w wybranym programie. Programów też jest sporo i o dziwo, jak w poprzedniej używałam przeważnie dwa programy, to teraz korzystam z kilku. Łazienka jest wykafelkowana od podłogi (na niej są duże kafle) do sufitu. Oświetlenie też banalne, okrągłe lampki w obniżonym suficie. Naprawdę banał, ale teraz już nie czas na bajery w naszej łazience, a na maksimum funkcjonalności i możliwość łatwego utrzymania w niej porządku. Kabina jest szeroka (80x90) i zmieści się w niej wózek, albo krzesełko. Między klopikiem a kabiną jest uchwyt. Takie ułatwienie dla coraz starszych mieszkańców.
I co by tu jeszcze….

Ano znowu przeszła ulewa z krupami a teraz świeci słońce…. Czy nadal pisać, czy sobie odpuścić z tym blogiem? Wiem, wiem… nie odpowiadajcie, bo to pytanie czysto retoryczne. Zadaję je sobie zawsze, kiedy widzę, że zaniedbuję blog i to nie tylko z powodu braku czasu. I zadaję je sobie, kiedy widzę pod innymi blogami różne komentarze, i zadaje je sobie, kiedy przestaję widzieć sens w tym wszystkim, albo widzę jakąś nudną powtarzalność tematów.  I zdjęcia te same, chociaż nie te same… słoiki, przetwory, przepisy…szmatki, nici, łatki.... samo życie. Marność nad marnościami z takim dylematem.







sobota, 8 września 2018

W każdym z nas tkwi blues z Bensonhurst

Jeszcze nie mam weny do pisania. Idzie jesień, a to nastraja mnie bluesowo.
W dodatku świetnemu bluesowi towarzyszą sceny z filmu z moim ulubionym Jackiem Nicholsonem.
Kręci, kombinuje, ale na końcu już nie jest mu do śmiechu. Biedny " uroczy łajdak".
Ten sam blues, ale film zupełnie inny. Historia pewnej pięknej kobiety.

środa, 15 sierpnia 2018

"Popatrz szefie, jaka piękna katastrofa"

To mój kultowy film. Genialna gra aktorska, genialna fabuła i genialna muzyka oraz bardzo ważne przesłanie.
Obejrzałam go pierwszy raz w połowie lat 70tych w filmotece w Warszawie. Byłam tam w ramach warsztatów filmowych, które musiałam zaliczyć na studiach, z fakultetu "Film".
Obejrzałam wtedy sporo filmów, nie wyświetlanych w polskich kinach. Weszły na ekrany z dużym opóźnieniem.
"Grek Zorba" jest takim moim rozjaśniaczem życia. To od niego uczyłam się widzieć w porażkach "piękną katastrofę".
Tu można obejrzeć cały film z polskim lektorem
 https://www.cda.pl/video/8593621