piątek, 27 kwietnia 2012

Były dziury są pagóry....(cytat "z Jaskóła")


Dzisiaj Jaskół bardzo zbulwersowany, a może uściślę, bardzo wkurzony, opowiedział mi, że naprawiają drogę do sąsiedniej wsi. Nie…. powiedział, że robią…. robią drogę do sąsiedniej wsi. Fajnie- ucieszyłam się, bo jazda po niej, odkąd pamiętam, przypominała jazdę po tralce. Coś w rodzaju – Uwaga lecę- schody-dy-dy-dy-dy. Poza tym brak pobocza i wyszczerbiony na brzegach asfalt, wymuszały po deszczu jazdę slalomem, a czasem pasem pod prąd, bo nigdy nie wiadomo było czy to, co staram się ominąć, to płytka kałuża, czy solidna wyrwa w drodze. No dobra, ale co go tak zbulwersowało?
Ano technologia remontu drogi  w  XXI wieku. Jak się naprawia nawierzchnię w 2012 roku? Sama widziałam, więc mogę potwierdzić. Drogę „łata” się tak.
Ruch jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, jest zwolniony, dlatego- pomijając miotanie pod nosem niecenzuralnych słów- można dokładnie zobaczyć, jak się takie rzeczy robi. Pozor- panowie remontują drogę! A że dniówka leci, to po co się spieszyć i wysilać. Na drodze stoi walec i maszyna z beczką wypełnioną asfaltem? Smołą? Trudno wyczuć. No nie tak, czuć i to bardzo- smołą. Obok wolno i statecznie poruszają się panowie w pomarańczowych kubraczkach. A jakże, BHP w polu i zagrodzie. Pomarańczowe wdzianka sprawiają, że panowie są bardzo widoczni. Widać również ich poczynania. No więc najpierw nad dziurą w asfalcie staje  jeden pan z wężem podłączonym do „smołowozu” i luuuuuu…. Leje w tę dziurę smołę. Czarne ‘złoto” ma szczelnie wypełnić ubytek, więc trochę go nadlewa na powierzchnię ( uwaga- zaczątek wzniesienia). Potem majestatycznie podchodzi dwóch następnych panów z łopatami pełnymi żwirku i… sruuuuu tym żwirkiem w płynny asfalt, co wypełnia dziurę… eh… wspomnienie po dziurze…W założeniu smoła ma się wymieszać ze żwirkiem i stworzyć…co? Swoisty "amalgamat"? Wypełniacz dziurodrogowy? Ano chyba tak, bo potem, żeby nie mówiono, że fuszerkę odstawiają, podchodzi następny kamizelkowy i takim dziwnym ustrojstwem podobnym do grabi równa ten wypełniacz. Narzędzie ma przymocowaną długa poziomą dechę do uchwytu, a pan kilka razy tym „wyrównywaczem” w tę i z powrotem, i znowu w tę i z powrotem… równa ten wypełniacz. Kiedy już się tak solidnie namacha, do akcji wkracza walec drogowy. Wolno i majestatycznie robi „poprawkę” na wyrównanie. Małpuje ruchy pana z „dechą’ i jeździ sobie w tę i z powrotem, w tę i z powrotem…. Równa ten wypełniacz i równa, i równa…. Coś próbuje wcisnąć w poziom drogi, który już co najmniej od 20 lat nie istnieje. Równa i poziomuje, poziomuje i równa…naddatek wylanego ubytku mu przeszkadza. Co wyrówna z jednej, wypucza się z drugiej. A co tam…. Jadziem dalej… do następnej dziury…. I powtórka z rozrywki. A wynik? Była dziurka, jest górka, bo po kilku dniach to coś, czym wypełniono i mocno wpuczono, wybrzusza się, poziom  (rzekomy) przestaje istnieć i zamiast schody-dy-dy-dy- mamy jazdę po muldach.
"Upolowałam" w tak zwanym międzyczasie







piątek, 20 kwietnia 2012

Wkurzające innowacje


Jestem gotowa założyć się o litr czystego spirytusu, że kto przeczytał tytuł wczorajszego posta, od razu pomyślał o wymuszeniu na drodze, No o takim samochodowym lub podobnym. Zapowiadała się sensacja… a tu ZONK. Taka sobie mała afereczka z numerem telefonu. Ale wkurzająca, nie powiem. A dzisiaj dalsza część uszczęśliwiania mnie przez portal. Kompletnie przebudowano Bloggera czy to coś. Nie dość, że jakieś takie ubogie teraz w sensie graficznym, to znowu pewnie przez następne miesiące będę szukała, gdzie i jak nacisnąć, żeby coś u siebie na stronie zmienić. Na przykład nie doszukałam się,  w jaki sposób mogę zmienić np. czcionkę , jej kolor, czy choćby jej wielkość w nagłówkach postów lub tytule bloga (dawne „zaawansowane” w projekcie). Czy te portalowe innowacje rzeczywiście są takie fajne i konieczne? Mnie tylko złoszczą i utrudniają poruszanie się po blogu.  Rozumiem, że można dodać jakieś nowe opcje, jakoś wzbogacić, ale kompletne zmiany? No i te „kontrolne” wymuszanie numerów telefonów. Komu- czemu to służy? Ja raczej nie czuję się bardziej bezpieczna i nie uważam, że bezpieczeństwo mojej strony wzrosło. Nie lubię, kiedy "uszczęśliwia " się mnie na siłę i bez mojej wiedzy, a tym bardziej akceptacji. Robię się zgryźliwa, bo przez  takie ciągłe zmiany tracę przyjemność w blogowamiu. A poza tym to …. Wszystko jest Ok. Na razie J. Cały czas siedziałam w domu i z nudów przeczytałam Szczygła „Zrób sobie raj”- następna świetna książka o czechosłowackich Czechach. Przeczytałam też „Historię znikania Miedzianki”- równie dobrze się czyta. A teraz „przegryzam” ogromną cegłę „Kryminalna historia chrześcijaństwa” Deschnera.  Faktycznie- sam kryminał. Wierzyć się nie chce, co chrześcijanie i  ich księża w imię krzewienia wiary wyrabiali. Na razie jestem w połowie pierwszego tomu.  Napisałam wykład, przygotowałam ćwiczenia. Hmmmmmmmm……..Co by tu jeszcze….???? spieprzyć panowie… chciałby się automatycznie dodać.

Wczoraj Zuzia miała robiony manicure i pedicure w jednym. Raz na miesiąc przyjeżdża zaprzyjaźniony weterynarz i obcina jej pazurki. Zuzia mało chodzi po twardym podłożu, dlatego pazury same się nie ścierają.  Jak je ma za długie, to się ślizga i nie potrafi wstać. Przyzwyczaiła się już do tych wizyt. Jest nadzwyczaj cierpliwa, ale wczoraj po obcięciu pazurków u trzech łap zwiała na swoje wyrko. Musieliśmy ją tam dopaść i dokończyć dzieła. Długo miała zachwiane poczucie bezpieczeństwa. Co, jak co, ale jej legowisko to święte miejsce. Tylko jej. Nawet, kiedy (klęcząc) zmieniam „prześcieradło” na złożonej kołdrze, to pcha mi się pod pachy, trąca nosem i prawie wchodzi na plecy, tak boi się, że zajmę jej ukochane leże. Czeka ją także czyszczenie uszu i smarowanie kropelkami przeciw kleszczom. Myślimy również nad sposobem psiej kąpieli, bo do wanny nie wchodzi, kabina prysznicowa jest za mała, a na polu jest wąż tylko z zimną wodą. Pewnie podciągniemy węża do kranu z ciepłą wodą w łazience, a cały proceder z myciem odfajkujemy na tarasie. Tam można szybko spłukać pianę najpierw z psa a potem z posadzki  i nie będzie się robiło błoto tak, jak na trawniku.





czwartek, 19 kwietnia 2012

Wymuszenie

Chciałam wpisać komentarz u Sydonii i za Chiny Ludowe nie chciało mnie przepuścić. Zaloguj się i zaloguj. Kiedy się logowałam- podaj numer telefonu. A czy ja jestem na portalu randkowym, żeby numer telefonu podawać. A jak nie podam, to mnie wpuści, kiedy zaloguję się jako inna osoba. Ciekawe, czy ta inna osoba też miałaby numer telefonu podać. Wyszłam z jej Bloga i komentarza nie wpisałam. Czy Wam też takie numery na moich blogach duch portalu kręci?
A teraz Jaskół stwierdził, że moje blogi zniknęły. Zaniepokojona kliknęłam w jeden- Nie ma! Kliknęłam w drugi- nie ma! Ożesz…. Co jest? Przecież na obu byłam zalogowana i „korzystałam” z nich na bieżąco. Wylogowano mnie i otrzymałam raport, że takich blogów nie ma, a potem dotarłam do informacji, że wykryto jakieś nieprawidłowości i… no i musiałam ten numer telefonu wpisać.  Natychmiast otrzymałam jakiś kod, zalogowałam się na nowo,  poklikałam.  SĄ! OBA! Po prostu wymuszono na mnie, w taki sposób, podanie numeru telefonu komórkowego, bo stacjonarnego nie przyjmowano. Tylko, że ja nadal nie wiem, czy to nie jakieś nieuczciwe naciąganie, i nawet nie wiem z czyjej strony. Zaskakujące jest również to, że wyłączono moje blogi nagle, nie poinformowano mnie o tym w żaden sposób, a przecież są jacyś administratorzy Portalu.  Także nie dowiem się, co to za niejasności wykryto. Gra jest bardzo nierówna. I jednak nieuczciwa. Administrator Portalu ma mój adres internetowy i tą drogą mógł wyjaśniać te „niejasności” na moich blogach. Odnoszę wrażenie, że numer mojej komórki po prostu wyłudzono, aby móc go „popchnąć” (czytaj- sprzedać) dalej. Przez częste telefony z ofertami na mój prywatny numer komórkowy jestem bardzo uczulona. Przecież skądś ci nachalnie dzwoniący muszą ten numer mieć. A zna go tylko w zasadzie mój bank i mój operator sieciowy.
Następne utrudnienie na blogach to weryfikacja słowna. OK, kiedyś było to jedno słowo ewentualnie z numerkami między literami. Teraz dwa słowa, a tak czasem pokrętne, że nie odczytasz bez lupy. Staram się bardzo szanować właścicieli blogów, którzy włączyli weryfikację, ale coraz rzadziej mam ochotę komentować. Jak się już przemogę , to często ta weryfikacja nie wskoczy i komentarz mi zżera. A szkoda, bo teksty  w postach są  interesujące i mogłaby być do nich interesująca polemika komentujących. Zauważyłam, że jest też  coraz mniej komentujących w  blogach z weryfikacją słowną. Pewnie mają ten sam problem co ja.
No i chciałabym jeszcze wiedzieć, w jaki sposób zostałam obserwatorem swojego bloga bez mojej wiedzy. I dlaczego nie mogę  „obserwacji” zlikwidować. Coś za dużo Bloger mi tu kręci…………. Wrrrrrrrrrrrrrr………………

Wiosenny trzmiel. Zdjęcia zrobiła wczoraj Młoda.




środa, 18 kwietnia 2012

Bez ten lekki foch.... :))))))

Inspirowana pomysłem Baby z poprzedniego posta i lekkim fochem J., że „różyczka” na firance ma większe wzięcie w oglądaniu, a przecież….. daję więc J. Malutko, tudzież dyskretnie, bo przecież wiemy, o co chodzi…. Wprawdzie „obiekt’ jest wdzięczny do fotografowania, ale… nie przesadzajmy… nadmierne rozpieszczanie może zaszkodzić… nawet takiej doskonałości J. A w ogóle to… bawmy się….J))



wtorek, 17 kwietnia 2012

Biała sala

Powoli wygrzebuję się z zapalenia oskrzeli. Tak to jest, kiedy chce się błyskawicznie przechorować anginę. Przed świętami, a jakże, złapałam zapalenie gardła. Pani doktor zaaplikowała mocny trzydniowy antybiotyk, będąc przekonana, że chcę szybko pozbyć się tego świństwa. Chciałam i to bardzo, bo pogoda była piękna, a w ogródku (oczywiście!) trzeba, koniecznie trzeba było zrobić porządek.  Już pomijam porządek w domu-  tu moi zmobilizowali siły i w dwa dni było wszystko wypucowane. Ale ten ogródek…mus i tyle.
Trzy dni (poniedziałek, wtorek, środa) siedziałam grzecznie w domu nosa nie wychylając. Antybiotyk z dodatkami skonsumowałam, stwierdziłam, że już czuję się lepiej i polazłam w ten ogród. Ale jeszcze przedtem był czwartek, kiedy to na cmentarzu instalowano nowy nagrobek mojemu drugiemu mężowi. Od pogrzebu minęło 20 lat i stary się sypnął. Okropny już był  i tyle. Zrobiony z lastrico, nieodporny na działania zewnętrzne, stracił glanc i chłonął wszystko, co się na nim znalazło. Wchłonął też wielką ilość parafiny ze znicza i straszył brudną plamą na samym środku. Ohyda. Okrągła rocznica, oprócz tego okropnego wyglądu, zmobilizowała nas finansowo no i szarpnęliśmy się na nowy. Majster chciał zdążyć przed świętami, padło na Wielki Czwartek. Od rana pogoda była pod wściekłym azorkiem. Siąpiło, było zimno i ponuro. Mimo takiej pogody nagrobek wymieniono i w południe pojechałam zobaczyć to „cudo”. Co tam- „cudo”. Przy okazji zamknęłam dzioby miejscowym świętoszkom, co mi ostatnio obrabiały tyłek, że se męża nowego wzięłam, to i nie mam czasu o grób tamtego zadbać. A to, że mi ledwo na opał starczało, nie mówiąc o innych podstawowych rzeczach….i właśnie z tym nowym mogę  pozwolić sobie na takie „fanaberie”…. Eh…. wiejskie plotkary…. wiejskie klimaty…. wiejskie smaczki. ….Ledwo zamieniłam kilka słów z majstrem, zaczęło padać. Nim posprzątałam i dotarłam do samochodu- lało. Hmmmmm…. Ale co tam. Kupiłam jeszcze bratki- żółte, bo u mnie jakoś większość niebieskich powschodziła i wróciłam podmarznięta do domu. A w piątek cichutko przez parę godzin obsadzałam grządki, misy i donice. Sobota, niedziela – wielka laba, a we wtorek- biała sala. Ni ręką, ni nogą ruszyć nie mogłam. Zapalenie oskrzeli i gardła. I antybiotyk. Masz babo- chciało się w poniedziałek spacerków z cytrynóweczką, jest się lekkomyślnym, to teraz szlaban. Dopadło mnie tak mocno, że przeleżałam bez protestu parę dni. A teraz powoli zbieram kostki do kupy i próbuję na nowo odzyskać siły. Przecież ogród czeka….. J

Wynik lezenia i gapienia sie w okno

Powyższe zdanie brzmi: Zdjęcia są efektem leżenia i gapienia się w okno. Ni z gruszki, ni z pietruszki komputer sobie przetłumaczył tak, jak powyżej J







poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Spacer

Iva czeka na tekst o nauczycielach, a mnie jakaś lekka niemoc intelektualna ogarnęła. Święta są przecież. Mój umysł poszedł sobie na spacer. Dosłownie na spacer. Dzisiaj pogoda przecudna. Od rana mocne słońce świeci. I chociaż powietrze trochę ostre, to pora bajkowa na dłuuuugi spacer. No i poszliśmy w świat wiosenny. Mamy tradycję, że w kwietniu szukamy zawilców. Zawilce to nasz „randkowy” kwiat. Jest miejsce, gdzie zawilce kwitną na mur, ale nam się zachciało w druga stronę. J. wziął na rozgrzewkę piersiówkę z kultową już cytrynówką i w drogę. Świat taki piękny, a po cytrynówce jeszcze piękniejszy. Tak cudny, że dosłownie wszystko mi się podobało. Nawet bagniste drogi polne i jary z barzołami. W ogóle drogi w tym regionie to mój konik. Są niezwykłe. Wiją się pomiędzy pagórkami, wpadają w wąwozy, by potem „wejść” nagle w „niebo”. Dochodzisz do szczytu i widzisz, jak droga dalej wije się w dół i leci w dolinę, by zniknąć za zakrętem w wysokim, bukowym lesie lub w brzozowym zagajniku. Albo pola. Idziesz niewielkim wąwozem i widzisz z boku wzgórze zaorane, a nad nim, na krawędzi, czubki starych drzew. Myślisz sobie, że pole małe i zaraz za nim las. Nic bardziej błędnego. Wychodzisz z jaru, obok ogromne pole, a las w oddali. Zagajniki, na pierwszy rzut oka, niewielkie. Podchodzisz bliżej, a tam głębia, na dole której płynie wąski strumyk. Same niespodzianki krajobrazowe. No i nasze Beskidy. Mogę godzinami obserwować, jak się ich widok zmienia. Teraz, kiedy jeszcze leży w nich śnieg, wyraźnie widać pasma Skalitego, Klimczoka i dodatkowo Malinowskie Skały. A daleko  w tle Barania Góra ledwo, ledwo widoczna. Rzadko można je zobaczyć tak dokładnie.










piątek, 6 kwietnia 2012

Karp na Wielkanoc :)

No i Święta szykują się niekonwencjonalne. Bo… Młoda pracuje, w ogóle nie piekę, nie będzie gości (chyba?), a na obiad, na wielkanocnym stole wyląduje karp. Taaaaki wielki karp. Miały być rolady  (na Śląsku w końcu mieszkam), ale nie będą. W poniedziałek je podam, uła… jak to ładnie brzmi… podam…a w niedzielę będzie karp. Skąd taki pomysł? No, bo bardzo lubię karpia panierowanego (mam nadzieję, że mio marito też, w każdym razie nie zgłosił sprzeciwu) a karp został przyniesiony w reklamówce w ramach wdzięczności. Wprawdzie mogłam go zamrozić, ale… jak mamy święta i tak, jak nie święta, to.. może być i karp na Wielkanoc. Planowaliśmy wyjechać w poniedziałek w „wielką podróż” na wschód. Pogoda popsuła szyki. Prognozy przewidują śnieg i kilka stopni powyżej zera. O nie… to miała być wycieczka krajoznawcza, czyli podziwianie widoków, postoje i zdjęcia. W śnieg, deszcz i zimno, żadna frajda. Zostajemy w domu i planujemy wielką labę.  
Bratki rokoko. W tym roku bardzo ładnie przezimowały. Dodatkowo wawrzynek wilczełyko. Już przekwitło. A na ostatnim pasmo Klimczoka. Zdjęcie wykonane przedwczoraj. W Beskidach leży jeszcze sporo śniegu.



Grządka trochę zarośnięta trawą, ale jak wszystkie bratki przesadzę, zrobię porządek i zasieję dwuletnie lub jednoroczne.




niedziela, 1 kwietnia 2012

Czas przestać "gonić króliczka"



Będzie długie, ale powinno być w całości, bo inaczej straci sens…Imperatyw… musiałam to przegryźć… musiałam, bo udusiłabym się…
Stanęłam przed jakąś dziwną ścianą. Dziwną i niezrozumiałą dla mnie. Nie umiem tego muru ani przebić, ani przeskoczyć, ani obejść. Moja praca. Nie potrafię zrozumieć, o co chodzi, chociaż J. mi cały czas tłumaczy, że powinnam dać sobie spokój i przestać się zadręczać całą sytuacją. Mam niemałe doświadczenie w pracy nauczycielskiej. Przeszłam prawie wszystkie szczeble nauczania jako nauczyciel i wychowawca. Zaczynałam od pracy w świetlicy, poprzez nauczanie początkowe i uczenie w klasach 4-8. Z małymi przerwami pracowałam jako nauczyciel akademicki od asystenta do adiunkta. Przerobiłam reformę z powstawaniem gimnazjów. Przepracowałam reformę z wprowadzaniem nowych podręczników. Sama jestem ekspertem od podręczników do edukacji wczesnoszkolnej. Byłam długo wicedyrektorem, potem parę lat dyrektorem szkoły. „Przeżyłam” dziesięciu ministrów edukacji i ich fanaberie. Pedagogikę, zwłaszcza dydaktykę (to mój wiodący przedmiot) mam w małym palcu. Etyka, interwencja kryzysowa, prawo oświatowe i inne pokrewne… po co to piszę? Bo nie chcę, żeby ktoś to, co piszę odebrał na zasadzie: „nie radzi sobie, bo jest do d…, bo się nie zna”. Znam się. Jestem w dodatku sumienna i rzetelnie przygotowuję każde zajęcia oraz wykłady. Taki mój charakter. I…. nie daję rady…Po każdych wykładach przyjeżdżam do domu coraz bardziej zniechęcona.
Kiedy sama studiowałam, podczas wykładu była na sali cisza, zupełna cisza. Nawet wtedy, kiedy wykład był śmiertelnie nudny i nie do przełknięcia. Żaden z nas nie odważył się kłapnąć dziobem. Na ćwiczenia lataliśmy przygotowani, bo inaczej lądowało się za drzwiami ze wskazaniem na czytelnię, słysząc zgryźliwe komentarze o nierobach. Na zaliczenia, egzaminy zakładało się odświętny strój, bo to był cały ceremoniał. Nie było mowy o jakichkolwiek targach o ocenę. Najwyżej skromnie prosiło się lub milcząco wychodziło i zaliczało w innym terminie poprawkę. Na korytarzach, kiedy przechodził wykładowca, bez przesady, ale jednak z szacunkiem, robiło się mu przejście. Każdy z nas wiedział, który, jaki ma tytuł naukowy i staraliśmy się tak zwracać  do nich. Prace zaliczeniowe przynosiliśmy osobiście do pokoju i oddawali wykładowcy do rąk. Nawet ci najbardziej olewający czy wredni wykładowcy, byli przez studentów traktowani w normie, bo nikt nie chciał mieć problemów. Nie było w tym wszystkim służalczości, czy jakiejś sztuczności. To były normy ogólnie funkcjonujące na uczelniach.
Jako asystent, a potem wykładowca, również pracowałam w opisanych warunkach. Takie były zasady. Do pracy na uczelni wróciłam po 8 letniej przerwie, w 2006 roku i już wtedy przeżyłam mały szok. Po pierwsze, wieczny „szum” na wykładach lub ćwiczeniach. Po drugie roszczeniowe podejście studentów przy zaliczeniach. Po trzecie, totalne „znudzenie” studentów jakimikolwiek treściami czy przedmiotami. Po czwarte, kultura studentów- nonszalanckie odzywki, chamskie zachowanie wobec swoich kolegów i koleżanek, spóźnianie się na zajęcia, wychodzenie podczas zajęć, nagminne jedzenie- co jest tłumaczone, że nie mają kiedy- pisanie sms’ów lub odbieranie telefonu i wychodzenie na rozmowę na korytarz. Można mnożyć przykłady. Próbowałam zmienić formę wykładów, zamiast „słów” robić prezentacje. Woda po kaczce. Ćwiczenia przygotowuję solidne, jest praca w grupach, są różne zadania- przykłady z praktyki, studenci uczą się, jak sobie radzić w różnych w sytuacjach szkolnych, wychowawczych. Wzbogaciłam je prezentacjami. Woda po kaczce. Podczas ostatniego wykładu, widząc, że „tyły” przeszkadzają innym w słuchaniu, nie wytrzymałam i ostrym tonem wygłosiłam gadkę dydaktyczną na temat zachowania się przyszłych pedagogów. Zrobiło się cicho. No, ale… czy ja muszę „walczyć’ o ciszę na wykładzie, czy powinnam zamknąć na klucz salę wykładową i zostawić na zewnątrz spóźnialskich? Czy w ramach „odwetu” na egzaminie przetrzepać tych nie lubiących wysilać się na ćwiczeniach lub przeszkadzających. No… uważam, że to jest poniżej mojej godności. Czy dorosły człowiek, który podejmuje próbę studiowania, nie wie, w jaki sposób się zachowywać podczas wykładów i ćwiczeń? Czy dorosłego człowieka trzeba uczyć elementarnych zachowań? Przy każdej próbie zwrócenia uwagi, napotykam niebotyczne zdziwienie: „Czego ona się czepia????”
A zaliczenia? Zawsze przed rozpoczęciem cyklu ćwiczeń lub wykładów mówię, jakie są treści i jakie warunki zaliczenia. Jeżeli robię test lub egzaminuję ustnie, to przynajmniej miesiąc wcześniej podaję główną tematykę. I tym razem też tak zrobiłam. Opracowałam wzór  i poprosiłam studentów, aby wykonali pracę według niego. Dokładnie wszystko wyjaśniłam, co i jak. Zresztą kilkakrotnie, bo szanowne towarzystwo nie raczyło było uważać. Zaznaczyłam, że prace mają być w formie papierowej z podpisem złożone na portierni (ukłon w stronę studentów, żeby mnie nie szukali). Studenci zrobili o co prosiłam, oceniłam, listę z ocenami przesłałam mailem na ich „stronę”, wpisałam do protokołu, a potem wpisywałam do indeksów i na karty- normalna procedura. Ostatnio w przerwie wykładu przyszły do mnie cztery studentki po wpisy i zrobiły mi awanturę. Chodziło o to, że one w jednym punkcie zrobiły uwagę na temat jego wykonania, że tak, jak ja chcę nie robi się i one to zaznaczyły, a ja im za to obniżyłam o pół stopnia ocenę (czyli z bdb na +db). Pytam się, gdzie były, kiedy objaśniałam ten punkt? Nie chodzi o rozdział do pracy dyplomowej (bo rzeczywiście tam się tego nie robi ) a o sprawdzenie czy one potrafią w ogóle to zrobić- dlatego podałam ścisły wzór. Na to one, że konsultowały z promotorami, i ja nie mam racji. Powtarzam im, że to wiem, ale po to był wzór, bo w jakiś sposób muszę sprawdzić, co potrafią. A one znowu, że inni im mówili, że one mają rację. Czyli obrobiły mi d.. przed innymi wykładowcami, nie mówiąc o co dokładnie mi chodziło. Zresztą, mówię im, że miały mój adres mailowy, były dwa miesiące na napisanie pracy, dlaczego nie zapytały wprost. One na to, że nie można mnie na uczelni znaleźć (kłamstwo w żywe oczy, bo jestem prawie co tydzień).  Mówię, że oceny są ostateczne, wpisane do protokołu, chodzi o dobrą ocenę a nie w ogóle o zaliczenie i zdania swego nie zmienię. Na to jedna z nich mówi: A inni wykładowcy wpisują do protokołu po wpisie do indeksu….bezczelność czy totalna głupota?…inni wykładowcy…. Do cholery….  Odeszły obrażone.
Ale we mnie coś pękło… dobiło do końca…Czy nie należało wpisać z góry na dół same bdb i mieć spokój? Na innej uczelni kiedyś tak zrobiłam, bo studenci naprawdę pracowali i miałam twarde podstawy wpisać im takie oceny.   Usłyszałam od dziekana: Ty nie wpisuj samych piątek, bo poziom zaniżasz. A w drugim roku od tego samego dziekana usłyszałam: Nie oceniaj tak ostro, bo nam studenci nie przyjdą.
 Jeszcze na innej uczelni miałam bardzo rozbrykaną grupę ćwiczeniową. Pewne siebie, wręcz tupeciarskie osoby. Na zaliczenie mieli napisać kolokwium. Obchodzili mnie z każdej strony, żeby nie pisać. Próbowali kawą, ciasteczkami. Nie umieli zrozumieć mojej odmowy, przecież tam było to przyjęte wśród wykładowców jako norma- ja byłam nowa i żadnych ciasteczek nie przyjmowałam. Wieczorem, przed dniem pisania kolokwium, dostałam sms’a: Pani (tu moje imię- już nawet nie tytuł) liczymy na pani dobre serduszko! Można to potraktować jako żart z przymrużeniem oka. Czepia się… ale to nie był żart, to było tupeciarskie zagranie. Oni naprawdę liczyli, że tym mnie złamią. Nie widzieli w tym nic niestosownego, kiedy zwróciłam im uwagę, że ten sms nie powinien w ogóle być wysłany. Na innej uczelni prowadziłam praktyki. Pewnego dnia, kiedy wychodziłam z budynku, „napadła” na mnie grupa studentek (chyba czekały specjalnie, kiedy wyjdę) i od razu jedna z nich zaczęła krzyczeć, że nie może praktyk zrobić, że nic nie wie, że mnie nie można namierzyć itp. Darła się, a ludzie przystawali i obserwowali, co będzie dalej. Byłam tak tym atakiem zaskoczona, że milczałam. Pani, widząc brak reakcji, też zamilkła. Dużo mnie wysiłku kosztowało, żeby spokojnie powiedzieć, że wszystkie informacje są zamieszczone na wirtualnym i tam powinna doczytać. Zapytałam czy była na zebraniu dotyczącym praktyk- Nie, a czy czytała wirtualny- Nie. No właśnie….a jeżeli ktoś myśli, że panie mnie przeprosiły, to jest w tzw. mylnym błędzie. Odwróciły się i bez słowa weszły do budynku. Tylko, że zanim doszło do tej „rozmowy”, zdążyły poskarżyć się na mnie u dziekana. On kazał im ze mną sprawę wyjaśnić. Wyjaśniłam, ale osad został.
-Daj sobie spokój- mówi J.- Przecież oni nie przychodzą czegokolwiek się nauczyć. Oni nie potrzebują twojej wiedzy i doświadczenia. Oni przychodzą po „papier”. I tylko to ich interesuje.
I w to mi tak trudno uwierzyć. A mimo to wierzę J. Ma bardzo trzeźwy osąd rzeczywistości i zawsze to, co mówi sprawdza się J
A z drugiej strony? Już na początku zostałam bardzo „zmotywowana” do pracy dostając 7 przedmiotów, w tym 4 zupełnie nowe dla mnie (bo coś pani musieliśmy dać- etyka; bo pani robiła projekt i pani zna zagadnienia- sorry z projektu były mój dziekan  „elegancko” mnie wyrotował bez mojej wiedzy, zresztą nie tylko mnie- media i uzależnienia; bo uzupełniliśmy pensum- doskonalenie nauczycieli itd.).  Przygotować się z nowych treści nie jest łatwo. Owszem można, ale trzeba więcej wysiłku i więcej czasu poświęcić. I ja to robię, mimo, iż zżera mi to większość czasu w tygodniu….ale….następny bardzo oryginalny sposób „motywowania’ wykładowcy przez uczelnię to nałożyć mu „odpowiednią” liczbę godzin w danym dniu. W tym semestrze miałam już cztery soboty, podczas których pracowałam 12 godzin lekcyjnych. Zaczynałam o 8 rano, a ostatnie zajęcia kończyły się o 19.30. W tym jedna półgodzinna przerwa obiadowa. Bije to i w wykładowców, i w studentów. Przecież oni na ostatnich zajęciach już na oczy nie widzą, a co mówić o myśleniu i czynnym udziale w ćwiczeniach? Zmarnowane godziny. Inna specyficzna perełka- zblokowanie wykładów z jednego przedmiotu. Uczelnia zatrudnia tylko 11 wykładowców etatowych. Reszta pracuje na zleconych i oczywiście na swoich macierzystych uczelniach. Plany robi się pod tych wykładowców. Jeżeli przychodzi on w danym dniu (termin kalendarzowy) to od razu po to, żeby wyrobić na maksa swoje godziny. I ładuje się studentom np. 6 godzin ciurkiem wykładu lub ćwiczeń z np. filozofii, czy metodyki…W ten sposób powstają „bloki” przedmiotowe, które planista tylko powiela, nie patrząc na opłakane skutki takich manipulacji…Ja mam nałożone w maju i czerwcu po 5 godzin z etyki dwa dni pod rząd. Przecież to można dostać niestrawności i z jednej, i z drugiej strony na samą myśl o etyce.
 No i jeszcze jedno kuriozum. Ćwiczenia z moich przedmiotów prowadziłam zanim studenci wysłuchali wykładów z tych przedmiotów. Na uczelniach stosuje się (powinno) podstawową zasadę, że najpierw są wykłady- teoria, a potem są ćwiczenia- praktyka. Tego też się nie trzymają. Jak mam wymagać od studentów pracy na ćwiczeniach bez podstawowej wiedzy teoretycznej? A na magisterskich jeszcze większa zadyma. Albo powtarza się przedmioty z licencjatu, albo zakłada, że studenci je mieli i tak nigdy nie wiadomo, co student umie. A umie prawie nic.
Dlatego od pewnego czasu czuję tę ścianę. Barierę, która powoduje, że nie mam już ochoty w tym cyrku uczestniczyć. Umowę mam na rok. Gdybym napisała podanie o przedłużenie, może miałabym pracę dalej. Może… sęk w tym, że ja już podania nie napiszę. Za dużo nerwów mnie ta praca kosztuje. Zaniedbałam pisanie książki, nie mam czasu na pracę naukową, bo mi go zżera wieczne przygotowywanie się do zajęć. Czekam, kiedy mi kierownik zakładu powie, że się zaniedbuję naukowo. Chodzę ciągle spięta, podenerwowana. Mam nieustanne poczucie, że nie zdążę, czegoś nie zrobię, nie dopełnię obowiązku. I to ogromne zniechęcenie oraz brak motywacji, które przeszkadzają mi normalnie funkcjonować.
-Ty się urodziłaś i pracowałaś w innych czasach- mówi J.- Teraz ponosisz większe straty niż zyski. To cię wykańcza, ty się spalasz, a i tak widzisz, jak to z ich strony wygląda. Im bardziej się przygotowujesz, tym bardziej zniechęcona wracasz. To już ci nie daje radości, tylko żal i brak satysfakcji. To nie są czasy na twój charakter, twoje możliwości. Przykro mi, ale widzisz, że tam nie twoja praca się liczy. Oni płacą, wymagają wpisu, zaliczenia i tyle, a twoje wykłady, prezentacje, wysiłek….Kogo to obchodzi?

No tak, im bardziej Puchatek zaglądał do norki Królika, tym bardziej go tam nie było. Czas przestać „wypatrywać Królika”, a tym bardziej „gonić go”. 

Nakręcił J. dzisiaj w południe

A późno wieczorem, po dyskusji na temat treści tego posta, usłyszałam bardzo budujące słowa od J. : No i chcę bardzo abyś stała się wreszcie normalnym człowiekiem.
 Cokolwiek by to znaczyło...nie było innej rady.... słowa zostały przypieczętowane cytrynówką :)))))) Chyba mi znowu zaczęła smakować :)))))