poniedziałek, 23 lutego 2015

Zatańczyć z diabłem

Po 22 latach od śmierci męża, postanowiłam przeprowadzić postępowanie spadkowe. W zeszłym roku, w maju, poszłam do sądu dowiedzieć się, co i jak mam załatwić. Dano mi formularz do wypełnienia- wniosek o wszczęcie postępowania spadkowego, sczesano 50 zeta za znaczek i kazano, po wypełnieniu druku, złożyć go w sekretariacie. OK, druk w miarę prosty, wypełniłam, złożyłam w biurze podań i w sierpniu JUŻ była rozprawa. Bo to rozprawa sądowa musi być. Nie muszą być na niej wszyscy spadkobiercy, wystarczy jak będzie osoba wnosząca o postępowanie, ale ROZPRAWA musi się odbyć (jakby nie wystarczyło pisemne oświadczenie wszystkich spadkobierców). Cała impreza trwała raptem 10 minut. Sędzia wypytał o to, co mu było potrzebne, a co mogliśmy zupełnie dobrze napisać na kolejnym formularzu, bez ciągania mnie po rozprawach. Na koniec sędzia oznajmił, że po miesiącu mogę zgłosić się po Postanowienie. Tak powiedział- MOGĘ ZGŁOSIĆ SIĘ PO POSTANOWIENIE. Odczekałam na wsiatkij słuczaj 6 tygodni i podreptałam po POSTANOWIENIE. W sekretariacie siedziało 5 bab. Dwie coś wcinały, trzecia coś pisała na kompie, czwarta siedziała i gadała z piątą, która robiła na drutach! Tak! Nie piszę bzdur- ona faktycznie dziabała na drutach i nawet się nie zmieszała kiedy weszłam, nie schowała też robótki.
Zamurowało mnie, ale i równocześnie zagotowało się we mnie lekko
-Przyszłam po Postanowienie dotyczące postępowania spadkowego- wyklepałam formułkę, która już prawie śniła mi się po nocach.
-A kiedy była rozprawa?- drutująca, odchylona lekko, żeby tymi druciskami o blat nie haczyć, nawet wzroku znad oczek nie podniosła.
- W sierpniu- powiedziałam jeszcze spokojnie i czekałam. Żadna się nie ruszyła.
- A to musi pani iść do Informacji, napisać wniosek o wydanie Postanowienia, złożyć go i poczekać.
Wywiało mnie stamtąd z tak wielką wściekłością, że nawet nie podziękowałam. Tylko zamknęłam cicho drzwi, z całej siły hamując się, żeby nie strzelić nimi z hukiem. Nie mógł ten pieprzony sędzia od razu mi powiedzieć, jaka jest procedura? Nie dość, że się godzinę na rozprawę spóźnił, to jeszcze zabrakło mu kompetencji, bo wolę nie myśleć, że jest tak arogancki i olał to, co do niego należało.
Poszłam do informacji, pobrałam wniosek (jeden) i zapłaciłam 60 zeta, bo…. bo jest nas troje do spadku i każdy płaci za wydanie mu postanowienia (ODPISU) 20 zeta. Złożyłam wniosek i czekam. Miałam nadzieję, że jeżeli rozprawa odbyła się w sierpniu, to po złożeniu wniosku, szybko dostanę to Postanowienie. Nic podobnego. Byłam w ogromnym tak zwanym mylnym błędzie. Na początku października dostałam z Sądu zawiadomienie, że sekretarka pomyliła się, napisała błędnie imię spadkodawcy. I co? I jaico. Dopiero, kiedy zadzwoniłam, to mnie poinformowano, że do dwóch tygodni powinnam dostać poprawione Postanowienie. I tak się stało. I teraz pytam się, pewnie retorycznie, gdybym załatwiała jakieś bardzo ważne sprawy, do których to postanowienie było by potrzebne, i gdyby przez to przedłużanie terminów, coś zawaliłoby się, kto odpowiadałby za to?
No nic, z tego całego zdenerwowania takim obrotem sprawy, zupełnie umknęło nam wszystkim, że trzeba teraz zgłosić nabycie spadku w US. Obowiązuje termin miesięczny. Lipa wyszła. Postanowienie włożyłam do ekstra teczki z dokumentami i… życie potoczyło się dalej.
Dwa tygodnie temu dostaję z US cały plik dokumentów z informacją, że zaniedbaliśmy i teraz do 14 dni musimy to wszystko zgłosić, uzupełnić, i chyba najlepiej kurcgalopkiem w zębach donieść bo inaczej naliczą jakąś karę. Przejrzałam te wszystkie formularze. Ja Cię kręcę. Bez pał litra nie rozbieriosz Na formularzach trzeba podać daty, ale jakie? Nabycia spadku? A może wydania Postanowienia o nabyciu spadku? A może złożenia tego zeznania? Podać wartość spadku…. Ale z jakiego okresu… do diabła! Pojechałam do księgowego. Pozbierał wszystkie moje papierzyska i obiecał załatwić całą sprawę w US. Brakowało tylko numeru z Ksiąg Wieczystych. NOWEGO numeru. No dobra, jak mus, to mus. Pojechałam do Sądu po ten numer, a przy okazji wpisać nowych właścicieli w tejże Księdze Wieczystej. W normalnej rzeczywistości to pewnie urzędnik spisałby podane na miejscu dane nowych właścicieli i wpisał je do Księgi. Ale ja chyba żyję w Matrixie. Pan, bo tym razem był pan, kiedy poprosiłam, żeby podał mi aktualny numer Księgi równocześnie podając mu Postanowienie ze Starostwa o zmianie numerów działek łącznie z mapką, wziął mapkę i pokazał mi palcem numer zamieszczony w rubryce nad mapką. Patrzę na nagłówek rubryki, a tam jak wół jest napisane: „Nomenklatura prawna”. Do cholery, czy ktoś jest normalny w tym kraju? Czy nie można po ludzku napisać ”Numer Księgi Wieczystej”. Czy ja jestem wróżka, żeby odgadnąć, co kryje się pod tym arcyciekawym tytułem? Dobra, zdziwienie mnie lekko oszołomiło. Na tyle, żeby nie zakląć szpetnie.
- I to jest aktualny numer Księgi Wieczystej? - zapytałam- Bo ponoć była zmiana numerów.
- Tak, aktualny- pan był bardzo pewny tego, co mówi.
- No dobra, to jeszcze poproszę o wpis pozostałych spadkobierców do Księgi Wieczystej- ja naprawdę byłam przekonana, że pan spisze nasze dane i na tym sprawę zakończymy. Aha! Nie ciesz się pieseczku. Pan wyciągnął jakiś wniosek- formularz podwójnie złożony, podał do ręki, informując. iż mam go wypełnić, zapłacić w kasie 150 zeta i złożyć w biurze podań. Dobrze, że podana kwota po raz drugi mnie oszołomiła, bo chyba eksplodowałbym tam na miejscu.
- Ile??????- zapytałam cicho- Sto pięćdziesiąt złotych??????
Pan potaknął głową
- I złożyć do biura podań- matko, ja to chyba świętą zostanę, bo nawet głosu nie podniosłam- Proszę mi jeszcze powiedzieć, co tu mam dokładnie wypełnić- zaczęłam cedzić wolno przez zęby.
Pan chyba wyczuł, że za chwilę może być nieciekawie i zaczął szybko zakreślać ołówkiem rubryki
- Tu pani wypisze, i tu, a tu pani wpisze formułę, znajdzie ją pani w gablocie na korytarzu, i tu złoży podpis- dopisał jeszcze wielkimi cyframi na dole 150 zł i szybko dał mi papier do ręki. Przez chwilę zastanawiałam się nad tym sformułowaniem w gablocie i czy go nie pogonić, żeby mi go też przytoczył, ale musiałam dbać o swoje nerwy, i chyba jednak jego bezpieczeństwo.
Wyszłam prawie na palcach. No cóż…. Widocznie dane mi przeżywać takie dziwne, czyt. nienormalne sytuacje. W gablocie faktycznie sformułowanie było. Między czterema innymi, podobnie brzmiącymi. Rozszyfrowanie zajęło mi jedyne 10 minut. Sukces, tym większy, że miałam ten potrzebny numer Księgi Wieczystej. Podałam go Księgowemu, zadowolona i przekonana, że chociaż jeden malutki kroczek jesteśmy do przodu.
CHAŁA! Jedna wielka CHAŁA!
Dzisiaj powiedział mi, że to jest stary numer, i że w US podano mu nowe sygnatury Ksiąg Wieczystych. Mój numer Księgi Wieczystej jest starym numerem.
W czwartek idę z wnioskiem o wpisanie nowych właścicieli do Księgi Wieczystej. Co mam ze sobą zabrać- siekierę do rąbania drewna, czy wystarczy tłuczek do gniecenia ziemniaków?

PS. Jutro idę do UG zmieniać właścicieli na deklaracji podatkowej. Spodziewam się… jak myślicie czego?
A może kupić sobie perkusję?

30 komentarzy:

  1. od samego czytania poczułam irytację,
    broń, weź broń

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tylko jaką? Wałek może? Albo tasaczek, taki do kotletów?

      Usuń
  2. Współczuję, aczkolwiek nie pojmuję... Przechodziłam procedurę spadkową po śmierci mojej Mamy. Wniosek o nabycie spadku złożyłam w marcu, we wrześniu była rozprawa. Trzy tygodnie później odbiór orzeczenia i już. Do US zgłosiłam od ręki, panie powiedziały co wypełnić i jak i już :-)
    Niby ten sam kraj nad Wisłą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Nie zgłosiłam od ręki. Nie chodzi tutaj o zeznanie do US, tylko o ten numer Księgi Wieczystej. Albo facet zbył mnie i podał zły numer, albo w US się mylą, a ja nie wiem, gdzie jest racja. Poza tym zależy co dostałaś w spadku. Jeżeli dziedziczy się dom i działkę, to właśnie są takie procedury. Działka musi mieć nowych właścicieli i nowy wpis do Ksiąg Wieczystych. Ja dostałam informację w 2005 roku o zmianie numeru w Księgach Wieczystych i wydawało mi się, że wszystko gra. A teraz takie cyrki wychodzą. Poza tym, już nie pierwszy raz spotykam się z bałaganem i takim zachowanie urzędników w tym sądzie.
      Usuń

      Usuń
    3. Też nie zgłaszałam od ręki. Musiałam ochłonąć przez kilka miesięcy... Dziedziczyłam dwa domy i działkę. Wpis w KW zmieniłam prawie rok od orzeczenia sądu. Bez przeszkód i schodów. Dlatego czytałam Twój wpis jakby był z innej bajki.

      Usuń
    4. No to widzisz, jak się różne urzędy ustawiają. Jutro idę do Ksiąg i zobaczymy, czy ten numer jest właściwy. Na razie US czeka u nie ponagla. W sumie ten taki "znienawidzony" urząd jest jeszcze tutaj w miarę przyzwoity.

      Usuń
  3. Skąd ja to znam?
    My zaczynamy batalię o zasiedzenie drogi służebnej, także szykuje się niezły cyrk, pewnie coś a' la "Moda na sukces". Nikt nie wie jak i kiedy nastąpi koniec ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba sobie chyba brać na wstrzymanie. Dzisiaj o mało mnie szlag nie trafił w UG, ale o tym napiszę w następnym poście.

      Usuń
  4. Podejrzewam, ze w UG szybciej załatwisz :p
    No, ale całej hecy współczuję, tez y minie chyba rozsadziło, u nas jakoś łatwiej z tymi księgami poszło, no ale to było przepisanie, nie dziedziczenie
    Te druty mnie powaliły, bo o ile jedzenie rozumiem (sama czasami jem, bo przerwy nie mamy), gadanie też, pisanie na kompie tym bardziej, to drutów nie ogarniam zupełnie
    A może to nowa moda? W sumie jak udzielam informacji to ręce mam wolne, można by coś dziergać ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie poszło łatwiej. Drutów też nie ogarnęłam. Tak mnie zamurowało, .że uznałam je za coś normalnego w tym momencie- babka robi na drutach, bo ma czas. Taki surrealizm urzędowy w głowie się nie mieści.

      Usuń
  5. Ja bym wzięła karabin... na wodę!
    Zamknąć nie zamkną bo od razu widać, że nie ostre, a może obudzi co po niektórych???
    I jakby niebawem na czasie będzie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie karabin, tylko takie jajko.Małe, poręczne i w razie co, to szybko myk do torebki- "To nie ja":)

      Usuń
  6. Właśnie przeprowadziłam batalię o reinstalację internetu w Tepsie i myślałam, ze dostane dżumy z cholerą wespól w zespół. O niekompetencji, nieuctwie, chamstwie, arogancji i oczywistej nieuczciwości pracowników tej znanej instytucji można by tomy napisać.
    Ale postanowiłam się juz nie nakrecać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tepsie powiedzieliśmy parę lat zdecydowane NIE! Właśnie z takich powodów, o jakich piszesz. Przeszliśmy do NETII I na razie nie narzekamy.
      Stwierdziłam, że nie ma sensu się denerwować. W czwartek czeka mnie następne latanie po urzędach, bo byle wpis wymaga zaliczenia co najmniej dwóch urzędów i oczywiście uiszczenia jakiejś kwity na znaczki.
      na szczęście nie ma kopnego śniegu i siarczystego mrozu oraz drogi są przejezdne, to o co się w końcu rzucać?

      Usuń
    2. Z doświadczenia wiem, ze z Netią jest wszystko OK, dopóki coś nie nawali. Oczywiście oby Wam się to nie przytrafiło.
      Pozdrawiam przedwiosennie.

      Usuń
    3. Na razie n wszystko jet OK.

      Usuń
  7. Musiałam przeczytać Twój post... wkrótce czeka mnie to samo. Podziwiam Twój spokój - ja wiem, że nie wytrzymam i wybuchnę i nie daj Boże, jeżeli spotkam w urzędzie panią robiącą na drutach. Mam jednak to szczęście, że zawsze mi odpowiadają: "tam jest wszystko napisane".. i wówczas mogę spokojnie i to nader spokojnie odpowiedzieć: "A nie pomyślała pani/pan, że ja nieczytaty i niepisaty?" Patrzą na mnie dziwnie i kto wie, czy nie wierzą, bo zaczynają się ruszać i w końcu mnie oświecają....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet najbardziej oczytany człowiek ma kłopot z rozszyfrowaniem tych druków. Właśnie wypełniam ten wniosek o wpisy współwłaścicieli do Księgi. Już wiem, że pan tym razem popracuje nie na zasadzie zakreślania i pokazywania palcem, a konkretnie wysili się. Na "tam jest napisanie" też coraz rzadziej staram się nabierać. W czwartek dalsze udręki petenta.

      Usuń
    2. Będę wpadała do Ciebie by dowiedzieć się więcej... coraz częściej się zastanawiam: nie lepiej by było kupić sobie coś w rodzaju woza Drzymały - niewielkie to to i pozbyć się łatwiej i może niepotrzebne byłyby te wszystkie papiery. Faktem jest jednak to, że codziennie wymyślają coś nowego i zaczynają sami gubić się w tym wszystkim.. o fachowym doradztwie już nie wspomnę.

      Usuń
    3. Miło mi, ze wpadasz:) Z wozem Drzymały to tez nie tak prosto. Przerabialiśmy temat, bo nasz sklep jest w domku holenderskim postawionym w ogrodzie. Bez kupy papierów się nie obeszło. Wpadaj i śledź, może coś konstruktywnego się dowiesz:)

      Usuń
  8. Powiem szczerze - mało która instytucja tak zle pracuje jak nasze sądy.U nas sprawa była prosta jak drut a ciągnęła się ponad 2 lata. W sytuacji, gdy jest 4 spadkobierców a troje z nich zrzeka się swego udziału w spadku na rzecz jednej osoby to przecież sprawa typu samograj. Ale ze dwa razy wspaniały sąd nie miał czasu przeczytać oświadczeń osób zrzekających się, potem pomylił adresy i wysłano wezwania na sprawę gdzieś w kartofle, wreszcie gdy już decyzje wydano, to do nas ona nie dotarła do dziś - zapewne znów została wysłana pod jakiś zły adres.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli nie złożyłaś wniosku o wydanie Postanowienia, to go z automatu nie dostaniesz. Właśnie to mnie tak wkurzyło. Też nie wiedziałam, że jeszcze muszę jakiś wniosek składać, żeby dostać Postanowienie. Złożyłam ten wniosek i po 1,5 miesiąca JUŻ miałam Postanowienie. Bez wniosku mogłam sobie czekać do świętego nigdy. No i każdy egzemplarz Odpisu kosztuje odpowiednio. Odpisu, bo oryginału nie dostajesz.

      Usuń
  9. Ha,ha.... mam to już za sobą:) Z różnych powodów zaczęłam w miesiąc po śmierci męża, ale i tak doprowadzenie sprawy do finału zajęło mi pół roku. Może było mi trochę łatwiej, bo procedury sądowe nie są mi obce, ale i tak, co chwilę przeżywałam zadziwienie graniczące z szokiem w zderzeniu: Urząd - Obywatel.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tak zdroworozsądkowo pomyśleć, to naprawdę mogłyby istnieć bardzo proste procedury. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego to wszystko jest tak rozbudowane. Nawet opłaty mogły być dostosowane do uproszczonej ścieżki. A te formularze doprowadzają mnie do ciężkiej rozpaczy.

      Usuń
  10. A ja musiałem jeździć do sądu pracy 350km w jedną stronę. Dwa razy "sędzina" się pomyliła, więc dwa razy więcej. O telefonach proszących o postanowienie nie będę wspominał. Miałem nawet wyrzut: no dwa miesiące po rozprawie i on by chciał już odpis.
    Współczuję i obym nie był złym prorokiem, to nie koniec. Następne "bieganie" będzie do US i bez finansów się nie obędzie. Póki co, nervosol czy co tam innego, w najgorszym wypadku melisę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nervosol? Melisa? Belfrze:) Kielich cytrynówki i do przodu!:) Chyba potraktuję to wszystko jako kolejne" nic mnie już nie zdziwi", czyli na spoko. Patrzmy, co z tego wyniknie:)

      Usuń
  11. Czytam i jestem w szoku. Normalnie w tych naszych urzędach to jest po prostu cyrk. Niedawno moja mama z jednym głupim świstkiem jeżdziła 2 miesiące bo urzędy nie mogłu się ze sobą dogadać a sprawa była do załatwienia w jeden dzień. Szkoda gadać:)

    Ps. Zapraszam na rocznicę mojego bloga:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zobaczymy, co jutro załatwię. Tym razem mam dwa do obskoczenia:) Na blogu byłam:)

      Usuń
  12. Zabierz koniak;)
    A tak serio, rece opadajo:(

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.