piątek, 15 maja 2015

Odlot

Się porobiło. Jaskółka miała odlot. Dosłowny. Wprawdzie nie odleciała ostatecznie, było jednak blisko. No bo życie nadal „pieści' jaskółkę i jak może dokopuje. Nie będę rozwijała, ale tylko powiem, że każdy miesiąc 'umieram” razem z mamą, a dwa miesiące temu u Młodej wykryto złośliwego i to z gatunku tych najbardziej jadowitych. Na szczęście reakcja lekarza szybka, dosadna i z dobrym rezultatem. I na szczęście nie ma nic złego w organizmie, i na szczęście Młoda jest silna jak koń, psychikę ma mocną, dlatego jest nadzieja, dwie nadzieje, trzy nadzieje, że to wszystko jak najlepiej się skończy. Jeszcze tylko operacja, a potem co dwa miesiące badania. No ale… to napięcie i te poprzednie związane z mamą, i te starsze, związane z każdą kolejną utratą pracy i te najstarsze związane z …. nieważne- i tak się nazbierało. Serducho stwierdziło, że ma dosyć. A że nie słuchałam go przez 29 lat i ponadto wszyscy jego sygnały zwalali na nerwicę, to się wściekło, i prawie się zatrzymało na znak gwałtownego protestu. Pogotowie,karetka, SOR… jestem inna, mam inny ogląd na wiele spraw. Dopiero jak poczułam, że to mnie dotyczy i że mnie może już tu nie być, piorunem przewartościowało mi się sporo rzeczy. Trzy marne godziny na SORze- monitory, kroplówki i te ciągłe powtarzanie przez pielęgniarki oraz lekarkę słowa: „Spokojnie, zawał pani nie grozi”. No dobra, tylko co mi grozi? Tego już się nie dowiedziałam. Doczytałam oczywiście w Necie. Czekaja mnie dalsze badania, to wtedy może do końca się wszystkiego dowiem.
Leżę podłączona do monitora, krople z kroplówki leniwie kapią, na sali spokój i we mnie spokój, bo mi coś już w domu, na wstępnie, wstrzyknięto, a co mnie prawie uśpiło i na full otumaniło, monitor pika: najpierw normalnie pip,pip,pip….potem pipip pii..pipip pii.. pip i nagle…… cisza. Sekunda, dwie. Jak się umiera? Do diabła- Jaskół się śmiał, kiedy mu o tym opowiadałam, ale czy naprawdę wiemy, jak się umiera? A skąd wiadomo, że nasza świadomość dalej nie pracuje na tym samym poziome, a tylko ciało jest „nieżywe”?Kątem oka widzę, jak pielęgniarka nerwowo podnosi głowę i gapi się w monitor Mnie też tam wzrok leci... pipip,pipip...pii… rusza nerwowo moje serce. Brrrrrr….. Ekagram zryty nierównym wykresem. Nic już nie będzie tak, jak przedtem. Ale ogólnie nie jest źle. Żyję :):):) Mocno wypłoszona, wygłupiona, ale żyję:)
A powiedzenie- „Co nas nie zabije, to nas wzmocni” trzeba wsadzić między bajki.

A to się zrobiło mimochodem. Aparat mi się psuje, zacina, przekłamuje kolory.
Mój pierwszy haft w stylu jakobińskim. Po Crazy następny rodzaj hafu, w którym się zakochałam. Daje on nieograniczone możliwości kombinowania z kolorami, fakturą, ściegami i wzorami.
Wzór materiału na poduchę dobrałam też z motywem jakobińskim.
A to kolejna poducha do serii  "Ona i on". Jest poducha z pawiami, jest z sępem i ptaszką... Teraz koty.
Najpierw były same koty i wyglądało to bardzo smutno. Sino i nijako. Trzeba było obraz ożywić. Mogły być kwiaty, ale....chyba zbyt banalne. Ptaszki fruwające między kotami też mi się jakoś nie widziały. Dorysowałam wzór z motylami, które w założeniu musiały być bardzo kolorowe. Myślę, że udało mi się nimi  robić te błękity i ożywić całość.
Tych kocich głów jest cała seria. Może kiedyś jeszcze je wyhaftuję, bo haftuje się je bardzo szybko.



43 komentarze:

  1. Trzymaj się, Jaskółko. Życzę Wam zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My jesteśmy silne i mamy wiarę w lepsze. Dzięki:)

      Usuń
  2. Ty weź się i nie wygłupiaj, Jaskółko!!!
    żaden ptak teraz nie odlatuje!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz , ja to raczej nie miałam ochoty na odloty. Zwłaszcza wiosną. Durne serce coś tam pokombinowało. Już jest dobrze. Na jesień też nie mam zamiaru odlatywać.

      Usuń
  3. Duzo sie tego zwalilo na Ciebie. Za duzo. Za Mloda trzymam kciuki, bo tak jak piszesz, psychika mocna, nadzieja i mysl, ze bedzie dobrze to najwazniejsza terapia.
    Pamietaj o sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, do kolekcji doszedł trzaśnięty kręgosłup u Jaskóła. No pełen bal w domu. Już się normuje.

      Usuń
  4. Jaskoleczko, jeszcze nie czas na Ciebie! Swiata nie zbawisz, denerwujac sie za siebie i wszystkich innych. Czas poleciec trybem egoistycznym, skoncentrowac sie na sobie, wyciszyc i co najmniej sprobowac zyc zdrowo i bezstresowo. Dostalas pierwsze powazne ostrzezenie od wlasnego organizmu, nie wolno Ci go zlekcewazyc.
    Zdrowia Ci zycze :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ja dbam o siebie. Dwa razy w roku EKG i wszystkie badania podstawowe. Przez tyle lat EKG nic nie wykazało, a te galopady serca zwalano na nerwicę.
      Bez stresu się nie da, ale próbuję minimalizować.

      Usuń
  5. Nic się nie bój dostaniesz rozrusznik. To prawda, tylko nasz ciało umiera,czyli ciało fizyczne. Ale nasze ciało energetyczne, czyli nasza podświadomość, świadomość i nadświadomość żyją nadal. I jeżeli mamy jeszcze coś do odrobienia, to wracamy tu w innym ciele. Polecam Ci z pełną świadomością książkę p. prof. Lidii Stawowskiej pt. "Reinkarnacja-nieskończoność istnienia". Zajrzyj, proszę, na mój drugi blog, tam o tym pisałam, w wyjaśnieniach do pewnego mojego opowiadania.
    Poduszki śliczne zrobiłaś- wszystkie super. Trzymam kciuki za Ciebie i za Młodą. I posłuchaj rady "Pantery"- musisz zacząć bardziej dbać o siebie, bo nawet gdybyś umierała 3 razy dziennie to i tak wszystko potoczy się w sposób niezależny od Ciebie.
    Ściskam Cię i same pozytywne myśli podsyłam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie, jeszcze nie rozrusznik. Jeszcze nie tak daleko. To arytmia,bardzo mocna. Jestem przed badaniami. I tabletka pomaga. Mam nadzieję, że to kwestia unormowania. Ale dostałam przykaz na SORze- jak tylko tętno spadnie poniżej 40- pogotowie i na SOR- tam mnie znów postawią na nogi.
      Teraz muszę się pilnować. Mierzyc ciśnienie, tętno no i nie szaleć.
      Poza tym, ja muszę być zdrowa, bo Młodą czeka operacja. Nawet nie chodzi o gonienie przy niej, a raczej żeby w domu nie było dwóch zdechlaków.

      Coś w tym jest- chodzi mi o reinkarnację. Spróbuję dopaść te książkę.
      No i masz racje. Niestety serce to taki dziwoląg, że nie mamy wpływu na jego szaleństwa. I tego się najbardziej boje. Trach i po ptokach:)

      Usuń
    2. Przeczytałam twój post i skomentowałam.
      Nie boję się śmierci, a raczej umierania.

      Usuń
    3. Nie wzdragaj się przed rozrusznikiem, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo w jakim miejscu i o jakiej porze spadnie Ci tętno -nie wiadomo czy będziesz wtedy z kimś lub w miejscu, które nie będzie zbyt odległe od SOR-u. A tak na wszelki wypadek noś zawsze przy sobie ksero wypisu z SOR-u- wtedy gdy Cię będą ratować ułatwi im to sprawę. Wez to pod uwagę, zwłaszcza w świetle choroby Młodej - to znów "będą nerwy" a serducho może dostać fioła.
      Też się boję długiego, przykrego umierania - no ale nie każdemu się trafia (jak mojemu ojcu) nagła śmierć w 49 wiośnie życia.
      Przytulam;)

      Usuń
    4. Anabell, zawsze uważnie czytam Twoje rady. Faktycznie, trzeba sobie zrobić ksero i wozić w dokumentach. Idę do kardiologa i poczekam, co on powie. Myślę, że jeszcze czas mówić o rozruszniku, ale nigdy nie wiadomo.
      A jak przeczytałam po raz pierwszy Twoją uwagę o nim i poszłam sobie przeczytać, w jakich stanach się go zakłada, to od razu zrobiło mi się nijako. Niestety, pasuje i to bardzo, do moich.

      Nagła śmierć w 49 roku życia... wcale nie jest fajnie:(

      Usuń
  6. Jaskółko- trzymaj się. I Młodą. Naprawdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj An-ko. Miło mi, że tu jesteś:) Dzięki za słowa otuchy.

      Usuń
    2. Dzięki- a dla otuchy- od lutego miałam nieustające kłopoty zdrowotne . Na szczęście kilka dni temu definitywnie wykluczono najgorsze. Czego życzę każdemu w analogicznej sytuacji- tej cudownej ulgi. A jeżeli chodzi o Młodych- to chyba każdy wie....

      Usuń
    3. To dobrze, że już masz spokój. Najgorsze jest oczekiwanie na wyniki. Wolę złą prawdę niż czekanie. Dwa razy nas przećwiczyło. najpierw wycinek, potem biopsja. Na szczęście jest OK. teraz węzły do wycinki i mam nadzieję, że zakończy się dobrze. Młoda jest silna i poza tym zdrowa. Paradoks straszny. Zdrowa, a śmiertelnie chora.

      Usuń
    4. Nie, nie - Młoda nie jest śmiertelnie chora- tfu, tfu,.trzy razy, na psa urok - ona ma PRZEJŚCIOWO potencjalnie śmiertelną chorobę. I temu gościowi mówimy grzecznie - won.

      Usuń
    5. OK. nawet nieźle to brzmi. :) Zjadliwcowi mówimy wypad:)

      Usuń
  7. Widzę, że jedziemy niemal na tym samym wózku... muszę być w dwóch miejscach jednocześnie a oddalone są od siebie ponad tysiąc km. Nie mam kiedy zrobić badań co do mego samopoczucia, ale nie jest ciekawie... muszę jeszcze wytrzymać, bo ciągle jest pod górkę i żadnej nadziei jak dotąd, że kiedyś dotrę na szczyt... wiem, że to się skończy, trzeba tylko dotrwać. Pomimo wielu problemów, trzymasz się i nastawienie masz bardzo pozytywne... no to i ja muszę tak samo.
    Dziękuję za ten wpis, dodał mi otuchy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postanowiliśmy, ze młodzi wracają i w poniedziałek wrócili do polski. bez sensu leczenie w Polsce, a mieszkanie w Anglii. Poza tym, u nas jest lepsza służba zdrowia. Ktoś uznałby to za żart, ale to jest prawda W Anglii służba zdrowia jest znacznie gorsza niż w Polsce. Taka opinie słyszałam nie tylko od Młodej, którą tamta służba przećwiczyła, znam z opowieści szwagra, który mieszkał w Anglii 4 lata i znam z opowiadań koleżanek Młodej, które też już sporo lat mieszkają w Anglii. W Polsce od razu Młoda miała zabieg, badanie wycinka. Po miesiącu biopsję a teraz ma już wyznaczony termin operacji.

      Grażynko, każda góra się kończy. A ze szczytu przeważnie rozciąga się panorama -perspektywa. Widoczność lepsza, ogląd jaśniejszy. A potem już tylko z górki i o wiele łatwiej. Na pewno będzie u Ciebie lepiej.
      Najgorsze to trwanie i czekanie, ale i ono ma swój kres. Koniecznie powinnaś siebie przebadać, jeśli chcesz być pomocna. Mnie wkurza moja słabość w momentach, kiedy trzeba się pozbierać i komuś pomóc. I tej słabości staram się unikać. Fatalnie się wtedy czuję psychicznie.
      Dlatego w poniedziałek lecę kurcgalopkiem do lekarza po skierowanie do kardiologa, Potem umawiam się prywatnie, żeby nie czekać i leczę serducho. W czerwcu muszę być na nogach, żeby Młodą podtrzymywać na duchu. Na razie to ona mnie "pilnuje" i wspiera. Poza tym mamy naszych panów, którzy są świetni i gdzie mogą to nam pomagają. W kupie jesteśmy silni.

      Usuń
    2. Zgadzam się co do opinii o służbie zdrowia angielskiej; jak dotąd nigdy nie słyszałam pozytwnej. ja nie mogę w kraju podjąć żadnego leczenia, bo musiałabym wszystko prywatnie i koszty byłyby znaczące. Muszę wszystko robić we Włoszech i jak dotąd zawsze mnie stawiali na nogi i to bardzo dobrze.
      Zgadzam się z Tobą, że czekanie i trwanie jest najgorsze i czas wówczas płynie strasznie wolno... maleńka iskierka: wkrótce nie będę już z tym wszystkim sama - dotrze do mnie męską pomoc... no to uśmiechajmy się pomimo wszystko!

      Usuń
    3. Męskie wsparcie to duża rzecz:) Trzeba się uśmiechać, słuchać ptaków, patrzeć na kwiaty, w niebo... to pomaga odciąć się na chwilę od tych mniej wesołych chwil.
      A u nas kosy wysiadują już drugie pokolenie w tym roku jaj. Będą następne podloty. Pierwsze są już prawie tak duże jak ich rodzice. i pełno ich pod nagami:)

      Usuń
  8. Szybuj wysoko lub zniżaj loty ale nigdzie nie odlatuj, nawet na chwile... Dużo zdrowia ... wszystkim w Jaskółkowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. W Jaskółkowie, jak to pięknie nazwałaś, starają się, żeby humory nie siadały. Nie odlatuję i nie mam zamiaru. Założyłam, że chcę pożyć jeszcze ze 20 lat. A ja raczej dotyrzymuję swoich postanowień.

      Usuń
  9. oj Jaskółka, Jaskółka, co Ty kobieto wyprawiasz za harce z tym swoim serduszkiem?! Bardzo mi przykro, że tyle się na Ciebie zwaliło, a i tak długo dawałaś radę. Tylko, że wreszcie musiał nadejść moment na to, żebyś musiała skupić się na sobie. Takie właśnie chwile przewartościowują wszystko i dają dużo do myślenia. Pewnie teraz wiele rzeczy, którymi się martwiłaś, straciło na ważności. Dbaj o siebie i szanuj zdrówko. Mogę Ci tylko podpowiedzieć, że na nerwicę pomaga dziurawiec. Herbatka, a najbardziej nalewka. Wiem z autopsji :) Pomaga nie tylko kompletnie i absolutnie ukoić nerwy, ale i daje dużo pozytywnej energii. Moja głowa jest teraz pełna dobrych myśli, to tak jakby ten dziurawiec wypalił mi dziury w mózgu, gdzie poprzednio były smuty i depresje :DDDDDD
    Twoje dziergawki są niesamowite i zawsze je z chęcią podziwiam :)
    Buziaki i ściskam gorąco :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polly, kiedy ja nie cierpię skupiać się na sobie. Zawsze mam poczucie, że przesadzam. Ten post też pisałam z poczuciem, że zawracam głowę, a inni mają gorzej. Ciężkie sytuacje w moim życiu często sprawiają przewartościowania.Jeszce trochę i do życia wystarczy mi miłość bliskich, zdrowie, wór pokutny, kromka chleba, szklanka wody :)
      Dziurawca nie mogę, bo obniża ciśnienie, a ja już mam bardzo niskie. Za to mam lekarstwo, które kompletnie mnie wyciszyło, uspokoiło, stłumiło lęki i kołatania. SUPER:)

      Usuń
    2. Ja też nie lubię się skupiać na sobie, bo wtedy mam wrażenie, że się rozczulam i osłabiam wolę, ale to nie o to chodzi. Trzeba po prostu o siebie dbać.
      A jakie to lekarstwo?

      Usuń
    3. Lekarstwo stymuluje nerwy w mięśniu sercowym, co powoduje jego większą wydolność, a to z kolei np. większe dotlenienie.
      Polly, staram się zawsze dbać o siebie. To, że się innymi przejmuje nie jest przecież wyjątkowe. Jedyny mój grzech, to grzech zaniedbania. powinnam wcześniej pójść do kardiologa. Ale... wyobraź sobie, że ja na SOR trafiłam w czwartek, a w piątek miałam iść do ogólnego z wynikami badań, bo zrobiłam wszystkie możliwe badania i po skierowanie właśnie do kardiologa.Ironia losu- serce się pospieszyło.

      Usuń
    4. może przeznaczenie dało Ci znać, żebyś nie znalazła sobie jakiegoś wykrętu :)))

      Usuń
    5. Dokładnie Polly- mój Anioł Stróż się wściekł i trzepnął mnie skrzydłem:)

      Usuń
  10. człowiekowi kończy się gwarancja nie wiadomo kiedy
    napisałaś coś ważnego - zawsze na pierwszym miejscu inni
    czas na Jaskółkę, przesyłam Ci serdeczności zachwycona kotami, ach, ta gracja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty też ostatnio miałaś "medyczne" przeżycia. I też jesteś taka, jak ja. Na ostatnią minutę siebie stawiamy. Chyba razem mamy coś do przemyślenia odnośnie naszego stosunku do spraw bliskich i swoich:)
      Koty są fajne i bardzo proste w haftowaniu:)
      Wracaj szybko do formy:)

      Usuń
  11. Jaskółko,w tym nieszczęściu szczęściem jest to,że Młodą szybko zdiagnozowano i rozpoczęła leczenie.To na pewno bardzo ważne.No i przede wszystkim to,że w Polsce.Mam naprawdę mnóstwo rożnych przykładów(rwnież w rodzinie),które zdecydowanie przemawiają za leczeniem w Polsce.Okazuje się,ze wszelkie usługi medyczne w Polsce stoją jednak na o wiele wyższym poziomie niż gdzie indziej.Sama parę lat temu zmuszona bylam skorzystać z pomocy medycznej w Hiszpanii (drobny uraz palca)- bylam zszokowana warunkami w ichniej przychodni - o wiele gorzej jak u nas w czasach głebokiego PRL-u..,jedynie lekarz przystojny:))
    Ostatnio nasłuchałam się opowieści koleżanek mojej córki,ktore rodziły dzieci w Anglii lub Irlandii i w wiekszości miały bardzo złe wrażenia.
    Bardzo niedawno rodziła moja córka - w Polsce ,w państwowej klinice.W naprawdę super warunkach - fachowy i empatyczny personel medyczny,nowocześnie urzadzony,sterylnie czysty pokoj bardziej przypominajacy ekskluzywny pensjonat niz szpital.Wiem,ze nie zawsze tak jest..
    Jaskółko,jeszcze raz dużo siły Wam życzę,niech się w Jasółkowie (cudne określenie):) dobrze dzieje.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Ciągle narzekamy na służbę zdrowia, a tak naprawdę nie jest ona taka zła. Na SORze traktowana byłam jak królowa perska. Byłam pod wrażeniem widząc wyposażenie na sali. Nie mniejsze wrażenie zrobiła na mnie fachowość i uprzejmość ludzi z karetki, a potem sprawność z jaką przekazano mnie personelowi SORu. Karetka pojawiła się 20 minut po wezwaniu. Młoda opowiada, że jej koleżanka z pracy w Anglii wzywała karetkę, która przyjechała po 24 godzinach. I to ponoć nie jest przypadek odosobniony.
      Zszokowała mnie informacja lekarki, że kiedy poczuję się znowu tak źle, jak tym razem, to mam wzywać pogotowie i oni mnie postawią na nogi. I nie mam mieć obiekcji. Tak też robi moja teściowa, która co jakiś czas ma sensacje z sercem- przeważnie nad ranem. Przyjeżdża karetka, wzmacniają teściową na SORze, i odwożą. To się zdarza dosyć często. Nikt nie marudzi.

      Młoda zrobiła zdjęcie znamienia na nodze, bo ją zaniepokoiły zmiany. Zdjęcie posłała mailem do teściowej, a ta zaniosła do prywatnej kliniki. Decyzja była natychmiastowa- przylot do Polski i tniemy. Od razu pobrano tkankę.Po tygodniu Młoda wróciła do Anglii i tam była jeszcze na zwolnieniu kilka dni. Po dwóch tygodniach był wynik. Niestety...Ale szczęście w nieszczęściu- dookoła tkanki są czyste. W Anglii próbowała się dostać do onkologa. Zapomnij! Jakieś dziwne terminy i nieważne, że już wynik zanany, i nieważne, że była tam ubezpieczona. Miała też problem ze zdjęciem szwów. Też chciano ją przesunąć na jakiś odległy termin. Ale się wściekła i nagadała, to w końcu pielęgniarka się zlitowała i te szwy wyciągnęła. Zewnętrzne, bo drugie- te wewnętrzne (od strony rany) wyciągnął jej onkolog w Polsce. Biopsję też robiła w Polsce- wynik dobry. UFFF....I przerzutów w płucach, oraz w jamie brzusznej nie ma. Jak to się mówi- "Diabeł nam dzieci kołysze", ale co się strachu najedliśmy i stres nas zżerał to już w nas zostanie.
      Teraz musi usunąć węzły chłonne wartownicze. Ponoć to rutynowe. A jeszcze po drodze strzelił Jaskółowi kręgosłup. Droga przez jaskółową mękę, bo ból, bo strach, że nie wstanie, bo strach, że gdzieś go złamie w drodze. Zastrzyk w kręgosłup z mieszanką piorunującą i jakoś powoli przeszło. Jednak, wszystkie wory z kaszą, solą, paczki, i inne ciężary trzeba było rozłożyć na pół. pół on,pół ja.
      No to moje serce powiedziało VETO.

      A jeszcze dodam, że ta piękna Anglia nie zechciała wypłacić Młodej ani grosza z ubezpieczenia -rekompensaty za leczenie, a należało się,bo leczyła się w Polsce prywatnie, a tam normalnie miała wszystko legalnie opłacane z zakładu pracy. Teraz ma już nasze polskie ubezpieczenie i leczy się bez problemów.

      Dzięki za miłe wsparcie.

      Usuń
  12. Dużo, dużo zdrowia i szczęścia. Wbrew pozorom szczęście to ważna sprawa, można mieć wszystko, a jak szczęścia zabraknie to się nieciekawie robi. Zacząć dbać o siebie, ale w spowolnieniu, nic na szybko. To co się działo z organizmem, też nie było z dnia na dzień, ale przez jakiś czas, więc w drugą stronę też toczyć się będzie jakiś czas. Aby tylko kogoś mieć wspierającego. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Belfrze. Powoli się przyzwyczajam:) A wsparcie mamy wśród bliskich ogromne i to jest to szczęście:)

      Usuń
  13. Cóż mogę powiedzieć... poprzednicy napisali już wszystko :)

    Zdrowia... bo to jednak chyba ważniejsze od szczęścia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję- mieć dobre zdrowie , to wielkie szczęście:)

      Usuń
  14. Dokładam Ci swoją nadzieję. Trzymajcie się.
    Piękne te twoje hafty

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.