wtorek, 13 sierpnia 2019

Sklepy nasze powszednie



W naszej wsi są trzy sklepy spożywcze trzech lokalnych sieciówek, jeden sklep ze wszystkim do wszystkiego taki: „szwarc, mydło, powidło”, jedna drogeria, punkt apteczny, dwa z częściami do maszyn rolniczych i jeden stricte rolniczy (pasze, nawozy, ziemia itp.) No i nasz mały sklep. Wsio.
Takie zakupy podstawowe, co to raz, albo dwa razy w tygodniu trzeba zrobić, uskuteczniam w tych sieciówkach.  Muszę „odwiedzić” wszystkie, bo przeważnie w każdy brakuje czegoś, co mi jest potrzebne. We wszystkich natykam się na rzeczy i sytuacje, które po pewnym czasie zaczynają irytować. Tym bardziej denerwują, że nie ma się co łudzić i czekać na ich poprawę,
Mięso i wędliny:
- proszę 60 deko schabu. Pani rzuca na wagę kawał mięsa i pyta:” A 80 może być?”. Odpowiadam: „Nie, nie może”, na co słyszę: „A co ja zrobię z tym małym kawałkiem?”. Sytuacja bardzo często powtarza się z wędlinami, boczkiem, serami na wagę. Ja się mogę zgodzić na 5 deko, ale nie na 10 lub 30 dodatkowo.

- mieszanie świeżego mięsa ze starym- tak robią z piersiami, skrzydełkami, udkami z kurczaka. Kiedyś pani podała mi w woreczku dwie porcje rosołowe- jedna ładna biała, druga taka lekko fioletowa. Wsadziłam nos do worka- ta fioletowa była chyba sprzed trzech dni i czuć ją było zepsutym mięsem. Zwróciłam obrażonej pani wszystko. Tak samo kombinują z cienką kiełbasą lub parówkami- 5 ładnych świeżych i między nimi 3 twarde, przedwczorajsze.
Pieczywo:
- mieszanie świeżych bułek ze starymi, świeżych kołaczyków lub pączków ze starymi. W naszych sklepach pieczywo podaje ekspedientka-  kiedy przez woreczek, przy niej, naciskam bułki, czy rogaliki, zawsze robi obrażoną minę, bo… a przecież, zanim się spostrzegłam, to wciskano mi np. 3 świeże bułki i dwie twarde.
Nabiał:
- dokładanie wagi papieru do wagi towaru- pani kroi kawał sera, kładzie na wagę potrójny papier, na to ser. Na uwagę, że płacę za ser, a nie za papier i że towar waży się netto, obraza i wzruszanie ramionami.
- wystawianie przeterminowanego towaru między ten z dobrą datą ważności- białe serki klinki, których data skończyła się wczoraj, wsadzone między te  z dobrą datą. Dwóch klientów na trzech mechanicznie weźmie klinki po kolei bez sprawdzenia daty. To dotyczy jogurtów, śmietany, kefirów i innych serków.
- w naszych sklepach jest zwyczaj sprzedaży żółtych serów w kawałku. Leży sobie taki ser zafoliowany. Na folii ma naklejoną kartkę z różnymi informacjami: nazwa sera, waga, nazwa sklepu, nazwa producenta i data zapakowania. Pytam o datę ważności, bo jej nie ma. Słyszę: „Wczoraj był pakowany”. Pytam, do kiedy ma datę ważności, bo że wczoraj był pakowany nic dla mnie nie znaczy. Mógł być pakowany świeży, albo tygodniowy lub miesięczny. Wzruszanie ramionami. Ja nie kupię w ciemno, ale ktoś inny kupi stary ser jako „świeży, bo „wczoraj pakowany”.

Warzywa, owoce:
- rzadko można się doprosić, by ekspedientka przekroiła np. dużą kapustę. Niezmiennie słyszę: ”A kto kupi tę drugą połowę”.
- nagminne mieszanie gatunków ziemniaków, zarówno w workach- gotowcach, jak i w skrzyniach, z których można sobie ziemniaki wybrać.
- w gotowych pakietach warzyw do rosołu częste nadgniłe warzywa, to samo w worach z ziemniakami- nadgniłe, malusieńkie, a raz znalazłam wśród ziemniaków dużą zeschniętą bryłę gliny, za którą, oczywiście jej nieświadoma, zapłaciłam, jak za ziemniaki. Worki te pakują panie na zapleczu.
- kiedy kupuję warzywa, staram się, by włożyć je do jednej zrywki, nie chce mnożyć plastikowych torebek. Kładę do takiej cieniutkiej reklamówki np. 4 pomidory, dwa ogórki, 3 pęczki rzodkiewki. Przy kasie wykładam to wszystko osobno. Pani kasuje i pyta- „Dodać pani reklamówkę?”, albo bez pytania zrywa zrywki i zaczyna mi ten towar, każdy osobno, wsadzać do nowych reklamówek. Kiedy protestuję wzrusza ramionami- przecież chciała dobrze, ale kiedy mówię, że nie mam więcej drobnych potrafi jeszcze dwie minuty stać z łapą wyciągniętą zniecierpliwiona, bo będzie musiała pomęczyć się z odliczaniem, mimo iż kasa jej dokładnie podpowiada, ile ma mi wydać. Kto tu komu „chce dobrze”?
Ogólne:
- nagminne naklejanie cenówek na datę spożycia np. na serkach, kefirach, maśle itp.
- na towarze, który mógłby być prezentem, naklejanie cenówk na przodzie opakowania, w takim miejscu, które szpeci cały towar. Ja wiem, że cena powinna być widoczna, ale klej z cenówki jest nie do umycia, na jej miejscu robi się brudna plama i jak takie coś dać w prezencie? Tak samo jest z pudełkami plastikowymi na żywność, czy naczyniami z plastiku. Całość ładna, kolorowa, a na środku brudna plama po cenówce, która łapie brud i nie da się jej zmyć
- na półkach brak ceny dot. wystawionego towaru, lub cenówki od innego- potem przy kasie awantura, bo najczęściej towar jest droższy.
- brak oryginalnych metek przy różnych towarach przemysłowych. Ostatnio spotkałam się z ręcznikami, na których była tylko wszywka, dotycząca prania i nic poza tym. Ani  producenta, ani kraju pochodzenia, ani składu.  Pani wmówiła mi, że to są polskie, a nie chińskie, machnęła się, bo między dwoma bez metek był jeden z metką, co odkryłam w domu (zapomniała ją usunąć). Wydało się, że to jednak chińskie i teraz jestem ostrożna. Ręczniki te po trzech praniach zaczęły tak cuchnąć, że użyłam je jako wycieraczki. Nie kupuję przemysłówki bez oryginalnej metki.
-mieszanie nowych numerów czasopism ze starymi- a nuż klient nie pamięta okładki i uda się wcisnąć starą gazetę.
- brak ceny i na półce, i na towarze- trzeba lecieć przez cały sklep do czytnika, by odczytać cenę ( naruszenie przepisu, który mówi, że przynajmniej jedna, widoczna cena przy towarze musi być),
- nie zdarzyło mi się, by w którymś sklepie było wolne przejście między półkami z towarem. Zawsze coś stoi na drodze: puste pudła, wózek z towarem, wózek z paletami… Tylko pań, które zajmowałyby się wykładaniem towaru na półki jakoś zawsze przy nich brak. No nie… są sytuacje, kiedy pani koniecznie musi układać towar w momencie, kiedy ja z tej samej półki chcę towar wziąć. Czekam minutę, czekam dwie… pani wyładowuje z zaciętą twarzą, a ja czekam….czekam… w końcu mówię „przepraszam" i wciskam się „na chama” z poczuciem winy, że przeszkadzam pani w ważnej misji. Zdarzyło mi się, że pani zwaliła mi na rękę ciężki worek z ziemniakami, bo nie mogła poczekać minutę, aż cofnę rękę. Burknęła „przepraszam”, odwróciła się i poszła na zaplecze. Nadgarstek bolał mnie jeszcze dwa dni.
Kasa:
Rzeczy, które mnie raczej irytują, a które przyjmuję z rezygnacją, chociaż zabierają mi w sklepie czas:
- za każdym razem przy kasie słyszę :”Dzień dobry”- fajnie, ale jak wchodzę do sklepu mówię „Dzień dobry” i uważam, że takie powitanie przy kasie jest niepotrzebne, niby nie przeszkadza, niby kultura wyższa, ale trochę irytująca, bo co? Ma powiedzieć „Dzień dobry” przy kasie pani, którą między półkami mijam, co najmniej, trzy razy bez słowa?
- za każdym razem przy kasie (w różnych sklepach) słyszę: „Karta na punkty jest?”, „Ma pani zieloną kartę?”, „Zbiera pani naklejki?”…. i jeszcze coś tam jest. Za trzecim moim „Nie” robi mi się trochę tak…. Wrrrrrrr…..
- artykuły na półkach, które nie są wprowadzone do kasy. Tak musiałam zrezygnować z „Burdy”. Pani nabija kod na gazecie… nie wchodzi, nabija kod  ręcznie…. nie wchodzi, woła pomoc, ta wbija kod…. nie wchodzi,  nabija ręcznie… nie wchodzi…leci na zaplecze po kierowniczkę… ta przychodzi wbija kod… nie wchodzi…. po czym zabiera gazetę z komentarzem: „To nie jest do sprzedaży”.  Cała operacja trwała 10 minut, a gazety i tak nie kupiłam.
- często pani jest przekonana, że płacę kartą i wciska jakiś kod na kasie, po czym jest wściekła, kiedy mówię, że płacę gotówką, bo musi odkręcać kodowanie. A wystarczy przecież zapytać, w jaki sposób płacę. Ja nie muszę wiedzieć, jakie są operacje na kasie.
- rzucanie towarem po wbiciu kodu na kasę- kilka razy musiałam zwrócić uwagę, bo zależało mi, by nie poniszczyć opakowań lub warzyw (np. bombonierka, kartka świąteczna, pogniecione pomidory).
- kiedy słyszę, a bardzo często słyszę: „Mogę być winna grosika”, to mam ochotę odwarknąć NIE!. Ja muszę mieć w swoim sklepie multum drobnych, bo wiem, że ludzie zalatani zapominają o „grosikach” i płacą „grubymi” nominałami. Do miejsca, gdzie mogłabym skoczyć „rozmienić” forsę, mam kilometr, a mimo to nie mówię klientowi: „Czy mogę być winna….” Grosik i grosik nazbiera się stosik. To są moje ciężko zapracowane pieniądze. Dlaczego mam je darować sklepowi za darmo? Czy tak trudno sklepowi, który ma setki klientów zabezpieczyć się na ewentualność „zabraknięcia grosika do wydania?”

Personel:
Wiem, że praca ekspedientki/ kasjerki jest ciężka i niewdzięczna, ale na litość, czy te panie naprawdę muszą chodzić odulone jak Anielka w marcu, obrażone na cały świat, ciskać produktami na ladę, do klientów odnosić się z pretensją. Czy ktoś je na siłę zmusza do tej pracy? Hmmmmmmm….. zwalniają się etaty nauczycielskie… może zaproponować tym paniom studia, a potem lekką pracę nauczyciela z tyyyyyyyyyyloma wolnymi dniami?

Gdyby odległość do miejskich sklepów była mniejsza, to w ogóle na te nasze wiejskie nie obejrzałabym się. A tak jesteśmy tutaj, we wsi, zdani na takie numery, jakie opisałam.
Post napisałam z pozycji klienta i równocześnie ekspedienta/kasjerki we własnym sklepie. Gdybym ja takie numery z towarem kręciła w swoim sklepie, to dawno poszłabym z torbami. Gdybym ja tak traktowała klientów, to nikt by u mnie nie kupował, a przecież ja też mam różnych klientów i muszę trzymać pyszczysko, bo na nich zarabiam na życie.

Demotywator wzięłam stąd: https://redmik.pl/987/Sklep-czynny

I na koniec ciekawostka sklepowa.
 

41 komentarzy:

  1. Na pytanie czy „Mogę być winna grosika”, zawsze odpowiadam NIE, ale mieszkam w bardzo dużym mieście i u nas jest trochę inaczej. W każdym sklepie można spotkać ekspedientki z Ukrainy, one zawsze są uprzejme.Z "krajowymi" bywa różnie.A jakie towary można kupić w Waszym sklepie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu w miastach też są ekspedientki z Ukrainy, jednak na wsi stare układy trzymają się mocno- sieci przejmowały sklepy od prywatnych, ale personel na ogół został. I zostały stare nawyki. Czasem mam wrażenie, że tym paniom klient wyraźnie przeszkadza. Co im zależy, pensję i tak dostaną, a ludzie przyjdą i kupią, bo gdzie pojadą jak komunikacja wyraźnie siadła, a samochodami młodzi jadą do pracy na cały dzień.
      Mamy artykuły do wyrobów mięsnych i dosyć dużo różnorodnych przypraw. Poza tym kasze, czosnek, sól itp.

      Usuń
  2. Podobnie na targowisku, często brak cen, o wszystko trzeba pytać, to może dla każdego klienta jest inna cena?
    Gdy pani sama wkłada owoce do torby, zawsze przemyci zgniły lub obity owoc.
    Jaka mam gwarancję, że waga na targu jest dobrze wyregulowana?
    Owoce i warzywa godzinami leża na słońcu, czasami polane wodą...
    O cenach nie wspomnę - nie dziwi mnie, że ludzie wolą kupować w Biedronce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprzedaż na targowisku regulują przepisy, ale życie robi swoje. Nie byłam na targu chyba z 10 lat. Nie wiem, jakie tam teraz panują zwyczaje. Kiedyś kupiłam ziemniaki u gospodarza- na górze piękne, duże, im głębiej do wora, tym mniejsze. Mam wrażenie, że polaki- cwaniaki mają we krwi, żeby napić w butelkę i "wyjść na swoje". Jednak w tych prywatnych sklepach już jest inaczej. Sama wiem, jak trudno utrzymać klienta i dlatego nie możemy sobie pozwolić na oszukiwanie w najmniejszym stopniu. Mamy artykuły, które są nie do sprawdzenia i jak producent odwali kiche, zdarza nam się zwrócić forsę.

      Usuń
  3. Czasem zakupy są bardzo irytujące, zwłaszcza przy mięsnej ladzie i tym nadprogramowymi kawałeczkami... Zawsze jest: "co ja zrobię z takim kawałeczkiem? nic!", bardzo mnie to denerwuje. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie lubię, zakupów mięsnych. Wędliny kupuję u naszych, sprawdzonych, klientów- mam pewność, że są bez chemii i świeże, mięso muszę kupić w sklepie i tu czasem mam powód do wkurzenia się.
      Często zgadzam się na większy kawałek,niemniej jest to denerwujące.

      Usuń
    2. Tu sie podepne;)
      A nikomu nie przyszlo do glowy zeby te "kawaleczki", ktorych rzekomo nikt nie chce kupic zbierac i komponowac w cos typu "mieso do bigosu" przy czym cena jest o wiele tansza niz pierwotnie i na pewno znajda sie chetni.
      U nas tak robia wlasnie w polskich sklepach. Sama czesto kupuje, bo maz bigosu nie lubi ale syn i synowa chetnie zjedza, wiec raz w roku gotuje bigos i mamym wyzreke:))) Zamiast kupowac wlasnie po 20-40 dkg osobno roznych mies to wlasnie kupje takie koncowki. Miesiac temu kupilam byl tego na wage cos ok. ciut mniej niz 2kg i zaplacilam 4 dolary i bodajze 30 centow. A w tym byl kawalek kielbasy, pieczonego schabu, pieczonego boczuku, kawalek zeberek, szynka. I to nie skrawki ale wlasnie kawalki. Mialam do wyboru dwa takie "zestawy" ale wybralam ten mniejszy bo wiekszy to bylo za duzo. Sprzedaja tez takie naprawde skrawki wedlin "dla pieska" sie to nazywa i np. 20 dkg roznych skrawkow kosztuje 1 dolar.
      Mozna? Mozna tylko trzeba chciec pomyslec i cos zrobic.
      Prosze nie mowcie mi, ze w Polsce sa wszyscy tak bogaci, ze nikt by tego nie kupil.

      Usuń
    3. U nas, z kolei, zbierają "pozostałości" wędlin ciut nieświeże (wyraźnie widać zazielenienie), pakują w folię i sprzedają po obniżonych cenach. Pewnie to, co odkroją, a nie sprzedadzą pokroją na mięso do gulaszu, bo i takie można kupić. Tylko, że najpierw musi paść to sakramentalne "... może być?". Ja to odbieram jako formę nacisku i, co za tym idzie, wyłudzenie forsy, bo przecież za to "20 deko więcej może być?" ja płacę, a ona ma z głowy zmartwienie.
      Star, ja nie mam pewności, czy to mięso, które kupuję, na drugi dzień nie zepsuje mi się, co często dzieje się z kurczakami. Nie kupiłabym takiej mieszanki, bo wśród kawałków świeżych mogłabym znaleźć przedwczorajsze. Tu naprawdę nagminne jest mieszanie świeżego z wczorajszym.
      Polacy nie są tak bogaci, ale to, co oferuje się po przecenie jest niejadalne, a sklep się chce tego pozbyć: nadgniłe pomidory, popsute jabłka, czarne banany...Ja jestem jak najbardziej za przecenami, ale to, co widzę w pudełkach przy ladzie przecenione, nie nadaje się do jedzenia bez ryzyka zatrucia.
      I tak to jest, ludzi nie stać, ale sklep wyczekuje do ostatniego momentu, a nie przeceni, bo nuż jeszcze można wcisnąć po normalnej cenie. Jak już nie można, to to się nie nadaje w ogóle do jedzenia.
      Czasem mam ochotę zapytać kasjerki, czy nie jest im wstyd wystawiać taki zepsuty towar,

      Usuń
    4. Nie mam zadnej gwarancji na to jak swieze czy tez stare bylo to co kupilam na bigos, ale w sklepie lezalo w lodowce, otworzylam woreczek, powachalam i czulam po prostu zapach wedzenia i pieczenia, bo czesc tych kawalkow byla wedzona czesc pieczona.
      Ja patrze na to z obu stron i w sumie rozumiem, ze sklep chce sprzedac, nawet po nizszej cenie ale sprzedac a nie wyrzucic, tylko oczywiscie to musi byc uczciwe.
      Mieknace (nie miekkie) pomidory chetnie kupie na zupe lub sos do spaghetti, bo akurat w tym przypadku nie ma znaczenia czy pomidor jest twardy czy ma kilka miekkich punktow.
      No ktos tez ten towar maca, gniecie i jak ten pomidor ma byc miekki jak zostal przemacany przez dziesiatki ludzi.
      Ja z kolei to widze nagminnie w naszych sklepach, masowe przekladanie, przerzucanie twardszych owocow bo ciagle sie szuka nie wiadomo czego. Juz kilka razy nie wytrzymalam i zapytalam osobe kupujaca czego tak naprawde szuka. Zwykle ludzie albo mnie opierdalaja, ze to nie moj interes. Na co ja odpowiadam, ze i owszem MOJ bo ja tez chce kupic ladne i swieze na nie wymacane przez setki rak.
      Tak naprawde to wszystko ma dwie strony.
      Wracajac do tych "koncowek na bigos" jak bym po przyjezdzie do domu stwierdzila, ze mi zapakowano cos smierdzacego w tych swiezych to nastepnym razem poszlabym do tego sklepu tylko po to zeby powiedziec, ze stracili klienta bo oszukuja.
      No tak... tylko jak na wsi jest trzy sklepy to sie o klienta nie musza martwic... ech....

      Usuń
    5. Star, te pomidory są nadgniłe, a ogórki cieknące na końcach, czyli też nadgniłe, banany czarne, a sałata wysuszona, rzodkiewki miekkie- leży to w pudełku przy kasie i na każdym zgniłku cena. Tego nawet kury nie ruszą. Mnie byłoby wstyd proponować coś takiego ludziom.
      Patrzę od strony właściciela sklepu, bo ja też mam czasem problem z przedatowanym towarem- zabieram do domu i jak można wykorzystuję- przyprawy.Nie wcisnęłabym klientowi majeranku jasnego bez zapachu, bo natychmiast stracę klienta.
      Przecież traki towar można wpisać na straty i do pewnej kwoty można sobie wpisać w koszty. Te sklepy też tak mogą zrobić.
      Kwestia macanki towarów- masz rację, klienci przerzucają, ale przerzucają także ekspedientki. Zamiast przekładać jabłka do skrzynki, wysypują je na pozostałe. To samo robią z pomidorami, ziemniakami i ogórkami.
      Cena- taka kapusta pekińska w jednym sklepie jest na sztuki, w innym na kilogramy. Tam gdzie na sztuki cena jest taka sama i czy weźmiesz małą, czy duża płacisz tyle samo- o przekrojeniu nie ma mowy.
      Mam wrażenie, że u nas jest ciągła gra kto kogo przechytrzy.

      Usuń
    6. O nie, nie przypuszczalam, ze jest az tak zle, ze to smietnik jest wyceniony. Ja po prostu myslalam, ze jak u nas wieczorem mozna kupic taniej to co juz lekko wykazuje objawy "chorobowe":)) Jeszcze jak pracowalam to widzialam to wyraznie, ze po godzinie np. 14tej juz czesc owocow czy warzyw zostala przejrzana i przeceniona do szybszej i tanszej sprzedazy. Tak wlasnie mozna bylo kupic wracajac z pracy pomidory na zupe czy sos. Ja mialam wolne srody wiec jak sie udalo to we wtorek wieczorem kupowalam, zeby wykorzystac w srode do np. ugotowania wiekszej iloci sosu. Podobnie z kiszonymi ogorkami zaczyna sie od malosolnych a konczy na takich ktore sie juz tylko nadaja na zupe. Nawet porcje miesne, jak zostaja to sa natychmiast przeceniane, druga rzecz to miesa najczesciej sa juz wstrzykiwane jakimi specyfikami, ze to mieso jest zawsze ladnie czerwone z wierzchu, a jak czlowiek przyniesie do domu to prawda wychodzi na wierzech.
      Dlatego tez miesa kupujemy tylko u rzeznika, ryby tylko w niedziele na targu farmerskim bo tam przywoza swieze polowy z Long Island.
      Handel jest trudny, ale oszustwo na pewno nie poplaca.

      Usuń
    7. O tym, jak się traktuje mięso to mogłabym pisać sporo. Nastrzykuje się takimi ilościami solanki, że z kilograma robi się półtora. Szynki nastrzykuje się solanką,która po dniu leżenia szynki w lodówce wypływa. Kupną szynkę wyciskam jak gąbkę, dlatego kupuje wędliny u moich stałych klientów, którzy nie szprycują i nie dodają chemii. Nawet kurczaki szprycuje się. Kupujesz duże udko, a po upieczeniu masz takiego kurdupelka na dwa gryzy. Parówki mają 30% mięsa... ech...Ja robię wędliny w szynkowarze i wiem co tam wkładam.
      Kiedyś, jaszcze na początku lat 90tych pojawiły się u nas różne gatunki ziemniaków- sałatkowe, czerwone, do gotowania, na frytki itp. Byłam zachwycona, bo to "wielki świat" pojawił się w sklepach. Teraz zapomnij, mieszają gatunki a czasem mam wrażenie, ze takie ziemniaki pastewne są w handlu- ogromne, białe i twarde. W ogóle zauważyłam jakby zmniejszanie się asortymentu w sklepach i wszystko robi się bardzo drogie.

      Usuń
  4. Po prostu spokojnie, bez hałasu, wrócił PRL. Zaraz po transformacji w polskich sklepach rządził klient a nie personel. Tu nie ma takich "numerów". Tu robię zakupy tylko w sieciówkach, najczęściej w EDEKA, bo ta sieć ma wiele niedużych sklepów franczyzowych. I nie jest tak, że wszystkie EDEKI mają identyczne zaopatrzenie- każdy kierownik robi analizę rynku i skrupulatnie zaopatruje sklep "pod swoich klientów". W tych małych sieciówkach tylko owoce i warzywa bywają na wagę, reszta jest paczkowana, dokładnie ometkowana z datą ważności, ceną , składem. I nigdy nie mają problemu z wydawaniem reszty. Jedyne co mnie czasem dobija to samoobsługowa pasmanteria, w której wszystko jest elegancko opakowane w pudełeczka i nieco ciężko jest zobaczyć gdzie leży to, czego akurat szukam..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jesteś zakupowa szczęściara:):):)W dużych sklepach, w mieście też nie robią takich numerów. Jak nie muszę w wiejskich kupować, to tego nie robię, ale jak muszę, to mam takie numery prawie codziennie.
      Pasmanterię kupuję w Necie i raczej nie ma z tym problemu.

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Trochę???? Ja jestem ekstra super zołza:) A poprzednio mój blog nosił nazwę.... zapiski małego zgryźliwca... No i co? Przecież opisuję to, co obserwuję. Czy to obserwacje są zołzowate, czy zachowania, które opisuję? A może trzeba milczeć i nie uzewnętrzniać swoich przemyśleń? A najlepiej to chyba od razu robić uwagi w sklepach, codziennie na okrągło,głośno doopę im truć, bo tych nieprawidłowości koci się coraz więcej. I może dlatego, że ludzie milczą one tak pączkują?

      Spoko, jeszcze hamuję, ale nie obiecuje, że nie powstanie kolejny zołzowski post:):):)

      Usuń
  6. być może niektóre sklepowe praktykują to "może być bez grosza?" jako dodatek do pensji, ale z drugiej strony niektóre nie robią problemu w odwrotną stronę, np. wczoraj tak miałem, kupowałem scotcha za 6,24 i miałem 7,20 (5 + 2} w drobnych i kobitka nie certoliła się z drobnymi, tylko wydała mi złotówkę... jak zauważyłem to w dłuższym dystansie bilans "ja vs. sklepy" wychodzi na zero, więc nie tworzę sobie problemu z tymi grosikami...
    ...
    wydaje mi się, że czasy "nie mam wydać i co mi pan zrobi?" już minęły, aczkolwiek raz mi się zdarzyło jakoś tak pół roku temu, że był początek dnia, dziewczyna w aptece nie była za bardzo przygotowana do pracy i był problem z wydaniem ze stówy /nie zawsze noszę ze sobą cały portfel z kartą/... ale to było z jej strony miło załatwione, z przeprosinami i w ogóle, a że to była moja ulubiona apteka /"bo najfajniejsze dziewczyny w niej pracują"/ to nie robiłem afery, odłożyliśmy transakcję na później, gdy wracałem tą samą trasą...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tych sklepach są kasjerki tzw. pupiate i całkiem fajne babeczki. Jak trafi na pupiata, to trzeba mieć anielska cierpliwość, bo wszystkie tu wypisane teksty lecą z jej strony, łącznie z tym nieszczęsnym grosikiem. Trudno, ja już wiem, czego się spodziewać i staram się "przeżyć' w spokoju zakupy

      Usuń
    2. one chyba po prostu muszą pytać o te karty czy naklejki... kiedyś poszedłem do Cyrkla /d.Statoil/ po paliwo do kosiarki i dziewczyna /znajoma zresztą/ pyta mnie, czy nie chcę hot-doga, dodając przy okazji, że mają takie polecenie, by wciskać je każdemu... kartę Biedry akurat mam, ale cudzą, nabijam punkty kumpeli /do każdej jest dołączone kilka takich małych, dla krewnych i znajomych królika/, za to naklejki zbierałem kiedyś w Żabie, żeby wygrać pluszaka na prezent dla siostrzenicy... no, i wygrałem, dostałem Kłapoucha, made in Vietnam, bardzo porządna produkcja zresztą...
      ...
      kiedyś ekspedientki pytały, czy płacę kartą "zbliżeniowo", jak wprowadzano ten system, ale zawsze odpowiadałem, że "ja się nie zbliżam, tylko od razu po męsku wsadzam" i zawsze było trochę śmiechu... zresztą zablokowałem sobie tą opcję w banku, bo od tych zbliżeń człowiek nigdy nie wie na bieżąco, ile ma na koncie, bo system to księguje z opóźnieniem... teraz już nie pytają i w ogóle nie ma sprawy na ten temat... ale jakoś tak niedawno po wsadzeniu do terminala był jakiś problem z połączeniem i kobitka mnie próbuje przekonać, że "wystarczy zbliżyć", do tego mądralińska paniusia za mną z kolejki jeszcze się podłączyła z tym zbliżeniem, bo "kolejkę blokuję"... zachowałem siłę spokoju tłumacząc, że "ja po prostu tak nie płacę", bo ich obchodzi moja blokada tej opcji... w końcu wykonałem trzeci wariant przeciągając kartą przez szczelinę i system się odkorkował, kasjerka nie znała tego sposobu chyba... ale w sumie to był taki pojedynczy przypadek...
      ...
      za to Ukrainki za kasą są super, jeszcze mi się nie zdarzyło żadne "nie tak", miłe, uśmiechnięte, znają formułkę "dzień dobry" i inne magiczne słowa... chyba to jest tak, że bardziej się starają, zależy im na robocie i tyle... a najbardziej w Wawie są chyba rozwydrzeni Warszawiacy jako pracownicy, nie tylko w branży handlowej, ale np. także w budowlance... jak któryś chleje na budowie, to prawie na pewno Warszawiak... ale to już osobna sprawa...

      Usuń
    3. Wiem, że one muszą pytać, ale w jednym sklepie wytrzymuję, w drugim trudniej, a w trzecim.... też wytrzymuję:)Napisałam, co jest denerwujące, ale wiem, że one też muszą wykonywać polecenia z góry. Natomiast wciskanie nieświeżego towaru jest dla mnie nie do przyjęcia. Znam ich numery, dlatego wiem, jak sprawdzać. Tylko... jak sobie ma poradzić dziecko, które kupuje bułki, albo starsza pani, która kupuje parówki?
      Kiedy jeden ze sklepów był jeszcze w prywatnych rękach, skarżyła mi się mam ucznia, która pracowała w tym sklepie, że właścicielka każe im moczyć wędliny w wodzie, a na drugi dzień wycierać i wystawiać jako świeże. tam też pani, patrząc mi w oczy mówiła, że mięso jest świeże, po czym zapakowała kawałek, a w domu okazało się, że ono zalatuje. Teraz ta pani pracuje nadal w tym sklepie, a sklep zmienił właściciela- stał się sieciówką.
      Nie mam karty, ale sporo razy byłam świadkiem, jak system przy kasie się blokował i były całe afery z tym związane.

      Usuń
    4. Do PKanalii. "Warszawiacy jako pracownicy, nie tylko w branży handlowej, ale np. także w budowlance... jak któryś chleje na budowie, to prawie na pewno Warszawiak..." Którego Warszawiaka masz na myśli? Takiego urodzonego, "z dziada, pradziada" czy napływowego, którego rodzice przyjechali "za chlebem" ze wsi lub małego miasteczka? Czy to pochodzenie świadczy o człowieku?

      Usuń
    5. @Ulach...
      żeby nie rozkręcać idiotycznej gównoburzy na temat który Warszawiak jest "prawdziwy", "prawdziwszy" czy "najprawdziwszy" umówmy się na chwilę, że chodzi o mieszkańca Warszawy, niekoniecznie w niej urodzonego, wystarczy że na tyle długo mieszkającego, aby zdążył się porządnie w niej zakorzenić... czyli zadałaś złe pytanie, bo pochodzenie w tym momencie nie ma tu nic do rzeczy... natomiast prawdą jest, że miejsce i uwarunkowania z nim związane mają pewien wpływ na człowieka, który w tym miejscu długo przebywa, zamieszkuje to miejsce... pewien wpływ, czyli czasem mniejszy, czasem większy, w wyjątkowych przypadkach żaden...
      masz oczywiście prawo się obruszyć na zbytnie uogólnienie i uproszczenie w mojej wypowiedzi, ale takie są realia forum blogowego, że nie zawsze jest miejsce i czas na zbyt dokładne rozwijanie myśli, tylko walimy telegraficznymi skrótami...
      zresztą te skróty warto dokładnie czytać, bo nie zawsze skrót jest winny nieporozumieniu, tylko nasze niechlujstwo podczas próby ich zrozumienia /piszę "nasze", bo mnie też się to nieraz zdarza, więc rozumiem sytuację/...
      p.jzns :)...

      Usuń
  7. Witaj Jaskółeczko kochana :)

    Mam wielkie porównanie jeśli chodzi o pracę w handlu od strony nas - pracownic.
    Nie będę ukrywać, że śmierdzące mięso i nieład przeważnie występuje w osiedlowych sklepikach. Muszą to upchnąć, a jak nie upchną to muszą za to płacić i jeszcze te płatne inwentury co pół roku czy rok. I w sumie człowiek zarabia tyle ile kot do miski napłakał. Parę groszy. Szczerze, po podliczeniu - ani najniższa krajowa to nie jest. Mimo, że wiedziałam iż takie mięso czy wędlina idzie na stratę - nie podawałam jej i koleżanki zawsze po mnie krzyczały. Nie potrafiłam dać starszej pani takiego mięsa. Tak samo nie potrafiłam, kiedy stałam przy kasie sprzedać ciasto niby jeszcze dobre, bo przecież data do dziś ale widać, że jest lekko obsuszone. Żal mi było tych ludzi - dlatego się zwolniłam.

    Nie znaczy to, że nadal nie robię w handlu. Pracuję dalej ale jest inaczej. Bynajmniej w markecie w którym pracuję - Dino. Nie mam jednak porównania jak wyglądają inne Dina i prace zespołowe. Może być tak, że Dino Dinowi nie równe i tyle. Jednak są pewne procedury, które powinny być przestrzegane. U nas są i kierownictwo gania za te przewinienia co piszesz - jeśli do nich dojdzie. Mówiąc szczerze, w markecie w którym robię jeszcze nie zdarzyło się aby ktoś przyniósł zepsute mięso, wędlinę .
    Kasjerki też uczą się tego, że nie mają prosić o drobne, tak samo jak nie ma czegoś takiego "jestem grosik dłużna". Market ma zapewniony tyle drobnej gotówki i grosików, że wystarczy poprosić drugą kasjerkę lub kierownika i sprawa załatwiona.
    Co do krojenia wędliny, mięsa itd. Zawsze bezpieczniej jest zważyć nic się ciachnie. Zdarzają się pytania o to czy można zostawić tych parę deko. Jeśli klient mówi, że nie - nie ma problemu by odłożyć ten plasterek... dlaczego? On i tak nie jest wyrzucany ani wciskany klientom. Osoby z mięsnego gdy idą na przerwę już mają gotowy i ukrojony plasterek do bułeczki. Jedynie zważyć go trzeba i skasować :)

    Lubię moją pracę, chociaż podobno stać mnie na więcej, ale nie chcę. Zakochałam się w handlu i tyle. Teraz go kocham jeszcze bardziej, bo na prawdę jest tu rewelacyjnie. Nie wiem jak jest w innych marketach, ale ja jestem zadowolona.

    Serdeczności i oby jak najmniej było takich nieprzyjemnych sytuacji.
    i SPRAWDZAJ JE TAM!! MASZ DO TEGO PRAWO!!
    PS. Jak czasem idę do naszego osiedlowego jak mam wolne i nie chce się mi jechać do mojej pracy... to też sprawdzam daty i wszystko. Jedynie nie robię awantur jak znajdę coś przeterminowanego tylko zwracam uwagę dziewczynom, żeby ściągnęły sobie z półki, a czy to zrobią, nie moja sprawa.

    Wszędzie robią lubią ludzie, a w handlu też pracuje się z ludźmi :)
    ps2. i zaskoczyłaś mnie tym, że ta kasjerka w ten sposób zdzierała pieniążki z ludzi. Jakby się mi tak stało (z zzałożenia niecelowego) - otworzyłabym kasetkę i dała Panu z kasetki. A po zmianie z kierownikiem czy tam sama otworzyła pojemnik i wyciągnęła wszystko. To było! to jest bardzo bulwersujące zachowanie.

    Uściski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaaaa... mam właśnie porównania z trzech Dino w okolicy i faktycznie w każdym jest inaczej. Spisałam zachowania z trzech różnych sklepów w naszej wsi i te zachowania dotyczą dłuższego okresu czasu. Po prostu takie rzeczy zauważam i czasem mnie ponosi, ale o tym mówię w domu, a teraz napisałam. Nie robię awantur, nie ciskam się przy kasie, Czasem muszę jęzor przygryźć, jednak nie zdarzyło mi się być nieuprzejmą. A bywało za co, oj bywało. Kiedyś zgłaszałam przeterminowane, ale przestałam. Ja zgłoszę, pani usunie, a po moim wyjściu postawi na półkę.
      Zresztą nie wszystkie ekspedientki tak się zachowują. Są bardzo miłe, nie oszukują, pomagają. Niestety, są i takie, o których napisałam.
      Ja sobie radzę, bo wiem na co zwracać uwagę, ale inni ludzie...
      Moja córa pracowała parę lat w różnych sklepach i wiem, co to za praca, dlatego tu się pieklę, a w sklepach staram się pohamować.

      Usuń
    2. Jednak jest to dość wkurzające i irytujące. Woow, masz aż 3 DINA w okolicy. Widzę, że firma rośnie i buduje nowe budynki jak grzybki po deszczu.
      Serdeczności Jaskółko.

      Usuń
    3. Wy też macie te Dina w okolicznych wsiach- Pruchna, Strumień, Drogomyśl, Zebrzydowice, Pogwizdów, Hażlach... Firma się rozrasta, buduje sklepy, ale jakość obsługi pozostawia dużo do życzenia, niestety. Przynajmniej w jednym z nich.

      Usuń
    4. kiedyś w Marcpolach /chyba już nie istnieją/ można było kupić tzw. "okrawki"... kosztowało to grosze, a sklep też miał problem plasterków, czy innych końcówek z głowy... do leczo, bigosu, czy do innej bretonki były jak znalazł... i jak pamiętam, nigdy nie trafiał się w nich jakiś podejrzany kawałek, bo pakieciki montowano na bieżąco i od razu schodziły...
      komu to przeszkadzało? :D...

      Usuń
    5. To zależy od ludzi. Są ekspedientki, które nieba przychyliłyby Ci, a są takie, które prawie po tobie warczą. Są właściciele, którzy wszystko zrobią, by żywność (towar) się nie marnowała, a są tacy, którzy spleśniały ser ci wcisną, byle wyjść na swoje. poprzednia właścicielka jednego ze sklepów kazała swoim ekspedientkom kupować te resztki po zamknięciu sklepu. Nieważne, czy były świeże, czy nie. Musiały kupić po normalnej cenie.

      Usuń
    6. Ah Jaskółko, zapomniałam że Ty dobrze znasz tutejszy świat :)
      Aż strach zapytać w którym jest wiele do życzenia - wolę nie wiedzieć, a może to jednak w naszym (strach się bać, bo mnie od czerwca w pracy nie ma).
      Niemniej tak czy siak, życzę Tobie, sobie i nam - aby obsługa była miła, ale i klienci też :) :)
      Serdeczności.

      Usuń
    7. Ja sobie radzę, ale czasem myślę o tych osobach, które dają się nabrać, a nie mają śmiałości protestować.
      Wracaj szybko do zdrowia i sprawności, a potem obyś/ byście nie miała/mieli przykrych zdarzeń w sklepach:)

      Usuń
  8. W takich tradycyjnych sieciówkach zakupów nie robię, więc i oszczędzam wiele nerwów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie są tradycyjne sieciówki, to lokalne, małe sieci, które funkcjonują dopiero od dwóch, trzech lat. Wolę robić zakupy w dużych marketach, bo tam jest wybór i jednak obsługa lepsza. Te lokalne sieciówki mają produkty, które najlepiej w danym miejscu idą, czyli asortyment jest taki bardziej podstawowy i w nie najlepszym gatunku. Jak herbata, to ta z niższej półki i parę gatunków, jak kawa to tak samo,jeden gatunek cukru, parę rodzajów mąki, trochę makaronów, trochę chemii i art. domowych. Za to półki zawalone sokami w pudełkach i butelkami z napojami, wszechobecnym piwem w dziestu rodzajach- robi wrażenie mnóstwa towarów. No i "własne wypieki" czyli mrożone buły i chleby pieczone w sklepowym piecu. Robię w nich podstawowe zakupy, ale jak chcę coś innego kupić, zaliczam markety w miastach.

      Usuń
  9. Kiedy krytykowano nauczycieli, że mają i ferie i wakacje, więc nie powinni narzekać na pracę, to zawsze przypominało mi się porzekadło "obyś cudze dzieci uczył". Praca w handlu, a zwłaszcza w sklepach z żywnością też do lekkich nie należy. Nigdy nie robiłam problemu, gdy zważono mi więcej. Nie zwracałam towaru, gdy okazał się nieświeży. Nie prostowałam zawyżonego na moją niekorzyść rachunku, chociaż zwracałam pieniądze, gdy ekspedientka byłaby stratna. Opisane przez Ciebie sytuacje, to niestety codzienność w sklepach, ale do handlu tak jak do innych zawodów trafiają często ludzie przypadkowi i tego się nie zmieni. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam nauczycielem, jestem ekspedientką we własnym sklepie, czyli znam i ten, i ten zawód. Naprawdę nie muszę brać 20 deko więcej mięsa, bo ja też mam plany i ograniczone fundusze. Jak długo można z tych nadwyżek robić gulasze, czy mielone? Mogę zgodzić się na parę deko, a 20 deko to często 5 złotych z portfela. Na ogół panie rzucają mięso na wagę i jak jest sporo więcej, to kroją, jednak często te 10,15, czy 20 deko próbują wcisnąć. Dla mnie 20 deko to ni w pięć, ni w dziesięć, jeżeli chodzi o zrobienie z tego dania.
      Wydaje się, że jestem czepialska, drobiazgowa, ale to przecież jest nagminne, to wciskanie towaru- nieświeżego, zawyżonego w wadze. Ludzie nie mają pensji, czy emerytury z gumy- wyda na dodatkowy kawał mięsa, bo pani nie chciało się odciąć, to zabraknie na mleko lub chleb. Wciśnie taka pani twarde dwie bułki między cztery świeże, i tych dwóch w domu komuś braknie, bo starych nie zje, a do sklepu trzeba iść kawał.

      Usuń
  10. Ja niby mieszkam w mieście, ale w takiej dzielni, że nie mam dużego wyboru, jeśli chodzi o zakupy... Dwa sklepy na krzyż, a bloki rosną jak grzyby po deszczu i to, czego nienawidzę najbardziej, to dzikie tłumy w tym jedynym większym sieciówkowym markecie oraz fakt, że przez większość czasu wygląda on jak po przejściu tornada, nie wspominając już o tym, że towary są tak dziwacznie porozkładane, że np. spędzam 10min szukając migdałów na półce z bakaliami, a gdy wkurzona i zrezygnowana odchodzę, chwilę później okazuje się, że leżą na jakimś luźnym standzie obok konserw... Co do zrywek, to najlepiej mieć własne woreczki wielokrotnego użytku - coraz więcej osób tak robi. Niektóre z wymienionych praktyk mnie również drażnią, ale staram się wykazywać zrozumieniem, bo wiem, że praca w handlu do łatwych nie należy (niemniej dla sprzedawania starej żywności nie znajduję żadnego usprawiedliwienia). Rozumiem ekspedientki pytające, czy mogą zważyć trochę więcej - głupio mi zostawić panią z warzywniaczka z małą "dupką" od sera twarogowego, którą będzie musiała wyrzucić, bo wiadomo, że nikt tego nie kupi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niech zgadnę, ta sieciówka to penie taki bałaganiarski sklep z nazwą owada:):):):)
      Mnie tez głupio zostawić panią z małą dupka sera, czy mięsa- przy czym za małą uważam do 10 deko. Potem już protestuję, bo 10 deko ktoś kupi bez problemu. W Kauflandzie są pokrojone w plasterki wędliny i chyba nie ma problemu zrobić tak z pozostającymi kawałkami w innych sklepach.Jednak trzeba chcieć to zrobić. Czasem mam wrażenie, że są ekspedientki, które albo pracują "za karę", albo są po prostu leniwe i opieprzają się, byle do fajrantu.
      Z tymi zrywkami też problem - w jednym sklepie pani pakuje każdy gatunek bułek do osobnej zrywki. Kiedy proszę, by mi włożyła wszystkie do jednej, protestuje, bo pani na kasie będzie miała problem (będzie musiała je pewnie wyjąć i posegregować). W tym samym sklepie zatkało mnie na widok pokrojonego dużego chleba, który pani zapakowała w dwa woreczki- każda połowa w osobnym. Na pytanie, dlaczego tak, pani powiedziała, że nie mają większych worków. Odnoszę wrażenie, że to często sklepy "produkują" nadmierną ilość plastikowych opakowań.
      Na przykładzie naszego sklepu- druga strona medalu- kładę towar na ladę, kasuję pieniądze i czekam, kiedy klient wyjmie jakąś torbę. On stoi i nic, czeka. Następnie prosi by mu to zapakować. OK, mówię torba papierowa kosztuje złotówkę. A nie, nie, to on to jakoś pozbiera do samochodu. U nas jest nagminne, że panowie w ogóle nie noszą ze sobą toreb na zakupy i oczekują, że sklep da je za darmo. I śmiem twierdzić, że w innych sklepach to oni szybciej biorą reklamówki jednorazowe (kilka), by jakoś te zakupy upchać.

      Usuń
    2. Haha, widzę,że bałaganiarstwo to już ich znak rozpoznawczy - nawet nazwy nie musiałam podawać, od razu wiadomo, o który sklep chodzi :D Nieraz wolę iść do innego sklepu w centrum, bo wiem, że może zakupy będą kosztowały więcej pieniędzy, ale za to mniej nerwów. Nie znoszę generowania niepotrzebnych odpadów - nie mogę patrzeć na te wszechobecne foliowe opakowania tam, gdzie nie są potrzebne, szczególnie denerwuje mnie pakowanie pojedynczych rzeczy w oddzielne zrywki. A co do postawy niektórych ekspedientek, to może być w pewnym stopniu spowodowana stosunkiem klientów do ich pracy i ciężkimi realiami - przepracowanie, hałas, duży ruch. To potrafi dać w kość

      Usuń
    3. A mnie się coś poprzestawiała z tymi foliami w łepetynie, bo teraz na każdy plastik, każdą folię patrzę pod kątem "potrzebne tego tyle było, czy nie?". Na przykład paczki przychodzą całe obstreczowane, albo obklejone taśmą niemiłosiernie. Po co tyle tego streczu, taśmy? Gdy wywożą śmieci segregowane, to rzucają całe naręcza worków na te śmieci. Mam ich chyba z 50. Gazety- reklamówki obowiązkowo w obwolutach foliowych, do kubeczków z lodami dodane, pod przykrywką, plastikowe łyżeczki itp.
      Ja mam w bagażniku torby wielokrotnego użytku, duże porządne i dwie skrzynki składane. Podjeżdżam wózkiem pod bagażnik, ładuję towar do skrzynek i gotowe.
      W torebce noszę poskładaną torbę, spięta gumką, by mi się nie plątała między palcami, jak czegoś szukam w torebce. To na wszelki wypadek, gdybym robiła nieoczekiwane zakupy. Można się przyzwyczaić. Kiedyś tylko w takich torbach nosiło się zakupy, a potem pojawiły się kolorowe reklamówki i świat zwariował.
      No i patrz, zeszło na ochronę środowiska, a miało być o niekompetentnych sprzedawcach.

      Usuń
  11. Dla mnie ekspedientki przeważnie są miłe, więc gdy pytają czy mogą być winne grosika, nie mam z tym problemu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to super:)Życzę nadal takich relacji:)

      Usuń
    2. I bardzo proszę, nie odwiedzaj mnie więcej, to nie miejsce na reklamowanie oleju tudzież innych olejowych spraw- po prostu OLEJ mój blog.

      Usuń

Dziękuję za zainteresowanie moim blogiem.
Będzie mi miło, gdy zostawisz komentarz. Staram się odpowiadać nawet w starszych postach.
Jeżeli chcesz obrażać moich gości lub mnie- nie wysilaj się, natychmiast to usunę.
Jednym słowem hejterzy, gnomy, trolle, banda różowego misia , nie mają tu czego szukać.