wtorek, 30 października 2012

Wizja lokalna...ciąg dalszy (4)

Dopisałam dzisiaj- środa 31.10 12. 
Stardust, jeżeli mnie czytasz, to wiedz, że bardzo się cieszę, że Wam się nic nie stało. Nie potrafię zamieścić komentarzy u Ciebie (nie wiem dlaczego), dlatego tu to napisałam. 


Trochę spóźnione zakończenie historii z urzędasem. W sumie już mi wściekłość przeszła i teraz śmiać mi się chce, chociaż czuję, że to nie koniec i sporo nerwów mi ta baba jeszcze zszarpie. Opiszę jednak, bo ostatni etap wizji też ukazuje, jaki poziom, opisywany przeze mnie, urzędas do samego końca reprezentował.
Czekałam na parkingu, a Jaskół pokierował babsko w stronę wierzby. Urzędas poszła drogą wzdłuż płotu, Jaskół wewnętrznym chodnikiem. Oddzielał ich szpaler z wysokich tujek i krzewów. Spotkali się dopiero pod wierzbą. Z oddali słyszałam podniesione głosy. Matko… co znowu??? Wierzba rośnie pod linią energetyczną, a jej korzenie zniszczyły nam chodnik i istnieje obawa, że rozsadzą fundamenty domu. Każdego roku obcinamy jej koronę, żeby nie dotykała drutów, ale rośnie błyskawicznie i bal zaczyna się od nowa. Tu już urzędas nie powinien mieć żadnych wątpliwości. Drzewsko zagraża nam, dachowi domu, drutom i słupowi elektrycznemu. Ale nie…. Ale NIE! Głosy się nasilają. Powoli ruszam drogą w stronę wierzby. Słyszę, że coś tam z bluszczem nie tak. Bluszcz?
- O co chodzi- pytam spokojnie urzędasa, a ta fotografuje i fotografuje tę nieszczęsną wierzbę. W końcu rzuca lekkim głosem: „A bluszcza nie sfotografowałam, nie sfotografowałam”- cieszy się jak małe dziecko. Poczułam niesmak. Zachowuje się, jakby nam łaskę robiła. Przy bożodrzewie „nic nie słyszała”, teraz bluszcza „nie sfotografowała”. Tylko, że ja jej łaski nie potrzebuję. Trzeba jeszcze udowodnić, że specjalnie drzewu podcięłam korzenie, czy specjalnie bluszcz… no właśnie ten bluszcz.
- O jaki bluszcz chodzi?- pytam. Tego nie było w programie i jestem trochę zdezorientowana- nowa przeszkoda.
- Pani bluszcz odkryła na pniu wierzby- rzuca wściekły Jaskół- Chroniony- dodaje łagodniej.
- A tak- rzuca radośnie z przewagą urzędas- Ten bluszcz jest pod ścisłą ochroną. Konserwator wojewódzki…
Nie kończy, bo jej brutalnie przerywam: „Ten bluszcz???? Przecież go tu pełno rośnie. Rośnie jak chwast, tylko kłopot z nim.”
- To jest bluszcz pospolity i jest pod ochroną- mówi z wyższością urzędas- Ale ja go nie sfotografowałam.
Jest mi już wszystko jedno. Nie znoszę takiego tonu i mam baby dość. Niech sobie fotografuje.
- On i tak wymarza- mówię jadowicie-Wystarczy większy mróz i po bluszczu.
- Wymarza?- baba nie bardzo rozumie, do czego zmierzam.
- No, normalnie. Robi się czarny- nagle widzę cały komizm sytuacji. Urzędas traci rezon.
- Prawnik mi tego nie puści- mówi bezradnie. Nareszcie straciła grunt pod nogami i spuściła z tonu.
- A kto jest waszym prawnikiem?- pytam tak sobie, bo w sumie nie wierzę, że sprawa musi przejść przez jego łapy.
- A ( tu pada nazwisko prawnika)- mówi baba i patrzy z zainteresowaniem na mnie.
- No to fajnego macie prawnika… fajnego- roześmiałam się radośnie- Pogratulować geniusza na stanowisku*.
Urzędas pogubiła się zupełnie: „A pani go zna?”.
- Ano znam. Nieważne- kończę temat. Baba widząc, że nic więcej nie powiem, zwraca się do asystentki
- Pisz! – dyktuje najpierw notkę o bożodrzewie, potem o wierzbie- Wierzba rośnie w słupie…. W słupie… no jak się taki słup nazywa??? – drapie się teczką po głowie. My milczymy. Nagle olśnienie: „ W słupie aczowym!!!!” wykrzykuje radośnie.
- Jakim?- trochę zgłupiałam- Aczowym?
- No aczowym- mówi wyniośle urzędas- Słup jest jak  A to aczowy się nazywa.
No tak, ty głupi doktorku, kształcony jesteś, nawet bardzo, ale najwyraźniej nie znasz urzędasowych neologizmów. ACZOWY od A. Proste jak metr sznurka w kieszeni.
- Pani podpisze i zawieszam postępowanie. Jak pani doniesie dokument to go wznowię.- mówi babiszon zdecydowanym , nie znoszącym sprzeciwu głosem.
No cóż, pozostało mi przeczytać protokół i podpisać. Urzędas zamknęła stanowczo teczkę: „Wsiadaj!” rzuciła do asystentki i zbierała się do odwrotu. Kiedy już wsiadała, coś mnie podkusiło i zapytałam z głupia frant: „ A Rada już zdecydowała się, w jaki sposób będziemy opłacać wywóz śmieci? Od metrażu, czy od liczby osób?
- A nie, jeszcze nie. Wie pani, ile to trzeba uchwał? Ile uchwał?- urzędas znowu nabrała wigoru- A czemu pani pyta?
- A tak, ciekawa jestem- odpowiedziałam lekko zdziwiona, ale wyhamowałam przed dalszym pytaniem.
Urzędas kiwnęła głową, trzepnęła drzwiczkami i pojechała sobie.

No i teraz perełka. Urzędas jest referentem w komórce do spraw ochrony środowiska. Wszystkie sprawy dotyczące wywozu śmieci, to jej działka. Ponieważ lubię wiedzieć, co w gminie piszczy, regularnie czytam wiadomości na stronie gminy oraz BIP. Otóż trzy tygodnie przed wizytą urzędasa u nas, Rada Gminy zatwierdziła Uchwałę mówiącą, że wywóz śmieci będzie opłacany od liczby osób w domostwie.
Konia z rzędem, kto powie mi czy baba celowo mnie okłamała, czy też kompletnie nie ma pojęcia, co się dzieje w jej wydziale. Nie miała powodu mnie okłamywać. Drugi wariant świadczyłby o jej ogromnej niekompetencji, tumiwisizmie i tępocie.

Co wynika z tej całej hecy?
  1. Żeby mieć tak zwany święty spokój, pójdę i przeprowadzę postępowanie spadkowe. Będzie mnie to kosztowało prawie 300 złotych, potrwa, jak dobrze pójdzie, pół roku i sporo gonienia po urzędach. Muszę sądownie, bo u notariusza muszą być osobiście wszyscy spadkobiercy, a to w naszym przypadku jest chwilowo niewykonalne.
  2. Jaskół zaniesie urzędasowi oświadczenia spadkobierców i spróbujemy, może jednak da się tą drogą (zależy nam na czasie).
  3. Jak się nie uda, to pisemnie poproszę o pisemną odpowiedź, dlaczego urzędas wstrzymała postępowanie o wycinkę drzew. Poproszę o dokładną wykładnię prawną. I od tej chwili nic na pysk, wszystko na piśmie.
  4. Baba kompletnie nie orientuje się w postępowaniu administracyjnym. Kiedy wpłynął nasz wniosek do urzędu, powinna przejrzeć wszystkie załączniki i natychmiast wezwać nas do uzupełnienia brakujących, powołując się na odpowiednią podstawę prawną (według niej- postępowania spadkowego). Nie zrobiła tego wtedy, a kiedy przyjechała na wizję, powinna od tego zacząć, podając podstawę prawną (a nie jakieś szkolenia w Warszawie) i żadnej wizji nie przeprowadzać do momentu uzupełnienia przez nas wymaganych dokumentów.
  5. Powinna w ciągu 14 dni powiadomić nas pisemnie, że odstąpiła od postępowania w sprawie wycinki drzew i podać powód tego (podstawę prawną).
  6. BLUSZCZ- uwaga! Bluszcz pospolity jest rośliną ściśle chronioną. Ten bluszcz, który ja w dobrej wierze sadzę pod płotem, pod ścianami i oplatam nim pień – słup, żeby ładnie wyglądał, oplotłam nim pień wierzby z tego samego powodu- ten bluszcz jest absolutnie nietykalny. ABSOLUTNIE. Po południu, tego samego dnia, ostrożnie odczepiłam zielsko z pnia wierzby i położyłam na ziemi. Nakierowałam w stronę płotu, niech tam sobie rośnie. A co!
* Z tym prawnikiem spotkałam się parę lat temu w sądzie. Reprezentował gminę, przeciw której wystąpiłam o odszkodowanie. Ponieważ to ja pozwałam, sąd zapytał mnie czy ma zaprzysiąc tamtą stronę. Jasne, dlaczego nie? Niech gadają pod przysięgą. Nie miałam litości, bo mnie skrzywdzono i to był mój wróg ( no jajca sobie teraz robię, ale wtedy nie było mi do śmiechu, byłam tragicznie zdołowana). Prawnik dwa razy się przejęzyczył w prostej w końcu przysiędze. Biedaczek, spurpurowiał, ale przebrnął. Sąd, bardzo wyrozumiały, zadał prawnikowi podstawowe pytanie, kogo reprezentuje. Tu jeszcze chłopina dał pełną odpowiedź, ale na pytanie, na jakiej ulicy mieści się urząd, zamilkł przerażony (UG mieści się na rynku miasteczka i adres brzmi: Rynek…). Nie będę rozwijać tematu. Sędzia pytał parę razy, a biedaczysko, coraz bardziej czerwony i spocony, jąkał się. Wymiana, a raczej monolog sędziego skończył się chichotem całego składu sędziowskiego. Dał prawniczyna plamę. Zresztą podczas całej rozprawy był pogubiony. I takiego prawnika ma nasz UG. W sumie nawet to mnie nie bulwersuje. Jaka „Gmina” taki prawnik.



czwartek, 25 października 2012

Areszt łóżkowy

Złamało mnie dokumentnie. Strasznie, okrutnie...zapalenie oskrzeli i zapuszkowali (załóżkowali??) mnie na amen.
Powoli dochodzę do siebie (chyba "przeskoczyła mnie śmierć") i dlatego mnie tu nie ma :) Przepraszam, że puściłam dopiero teraz komentarze do poprzedniego posta. Przepraszam, że nie komentuję u innych. Jak nabiorę mocy urzędowej, to postaram się nadrobić lekturę w blogach i napisać zakończenie o urzędniczce.
A w ogóle to mamy już remont za sobą- drzwi, okna i komin też -Juppi!!!!!!Teraz powoli trzeba "odgruzować" domek. Wkurza mnie to pościelowanie, bo ja jestem człowiek czynu i chciałabym już posprzątać. I taka ciepła jesień jeszcze. I już mam odgnioty od tego leżenia....I....Piszę z kompa Jaskóła (mój trzeba odkurzyć z pyłu poremontowego), dlatego nie będzie zdjęć
Pozdrawiam wszystkich moich blogowych gości :)

poniedziałek, 15 października 2012

Wizja lokalna...ciąg dalszy (3)


Są sytuacje, które nawet najbardziej spokojnego, pokojowo nastawionego człowieka, wyprowadzą z równowagi :(
Jaskół przybył akurat w tym momencie, kiedy urzędas skinęła ręką na swoją asystentkę i władczo rzuciła: ”Daj mi  teczkę”. Panienka szybko, w milczeniu, podała żądaną rzecz, po czym stanęła nieco z boku. Babsko otworzyło teczkę i zaczęło z namaszczeniem przerzucać papiery.
- A tu jest zły numer działki!- wykrzyknęła i paluchem postukała w dokument.
- Jak zły numer? Przecież spisałam z Ksiąg Wieczystych- nie bardzo wiedziałam, o co chodzi. Po doświadczeniach z poprzednich wizji starałam się zebrać wszystkie dokumenty i sprawdzałam je dwa razy, żeby przynajmniej tego się nie czepiała. No i masz.
- A, nie- urzędas przerzuciła kartkę- tu pisze (i podała dane mojej siostry). Już się mi zagotowało, bo nie wiem, po co miała dokumenty mojej siostry, pomieszane z moimi. Przerzuciła kartkę i  zaczęła obracać mapkę z naniesionymi działkami tak i siak,  nie umiejąc określić kierunków do doniesienia w terenie. Zmagała się z tym chwilę. W końcu pomogłam jej: „Tu jest droga, a tu nasz ogród”. Myślicie, że usłyszałam „dziękuję”? Akurat. Chwilę przyglądała się mapce i tryumfalnie wykrzyknęła: „No są pomylone numery. Specjalnie sprawdzałam!”. Patrzę na mapkę, ale nie widzę tych numerów.
- Podałam prawidłowy.- upierałam się przy swoim.
- Ale księgi wieczyste mogły zmienić- poinformowała mnie łaskawie- Ja to dwa razy sprawdzałam.
- Jak zmieniły, to dlaczego ja o tym nic nie wiem?- zapytałam ze zdziwieniem, bo w głowie mi się nie mieściło, że zmieniono numery, a ja o tym nie mam zielonego pojęcia.
- Bo się pani nie interesuje- rzuca bezczelnie babiszon. No ludzie, trzymajcie mnie.
- Zaraz. To chyba urząd powinien mi przysłać informację o zmianach. To ja mam latać i dopytywać się, czy aby przypadkiem czegoś nie zmieniono?!! - wściekłam się już solidnie. Nie do wiary, żeby coś takiego zaistniało bez mojej wiedzy. Dotychczas o każdej zmianie byłam informowana rzetelnie. Nikt nie wymaga, żeby obywatel co jakiś czas dopytywał się, czy są jakieś zmiany, jeżeli nie ma takiej potrzeby. Czuję, że urzędas coś kręci z tymi zmianami.
- A pani tu nie dołączyła wyroku z postępowania spadkowego- rzuca urzędas i patrzy na mnie z naciskiem. Oho, zaczyna się.
- Ale na wniosku są podpisy wszystkich współwłaścicieli- mówię spokojnie, bo jestem przekonana, że to powinno wystarczyć do wszczęcia postępowania. Babsko patrzy na podpisy, długo…długo… jeszcze.. po czym mówi bezczelnie: „A one są jakieś małe i niewyraźne….”. Zawiesza głos i patrzy na mnie z podejrzliwością, jak na obrzydliwego robaka.
- Słucham!!!!????- no nie wytrzymałam i wydarłam się- Co mi tu pani sugeruje ???!!! Że co??!! Że podrobione są te podpisy????!!!!
- No… ale skąd wiadomo, że to są współwłaściciele- upiera się betonowo przy swojej racji- Radziłam pani zrobić postępowanie spadkowe, bo ja zrobiłam i radziłam pani- ciągnie niewzruszona- Dlaczego pani nie zrobiła, mówię pani ja zrobiłam?- czepia się uparcie.  Faktycznie, trzy lata temu radziła, ale kiedy zapytałam, czy to jest wymóg, powiedziała, że nie, ale ona zrobiła i radzi mi też. Dobra, tylko dlaczego mam robić coś, co nie jest potrzebne na już, bo urzędas zrobiła i radziła mi? Rady są po to, żeby skorzystać lub nie. A jak rada dodatkowo sporo kosztuje i gonienia po urzędach, i finansowo, to jeżeli nie ma wymogu, to nie robię. Ale urzędas zrobiła i według niej wszyscy też muszą. „Ja zrobiłam… i ja zrobiłam…”  kompetencyjne argumenty urzędasa.
- No i co z tego?- pytam wściekła- Że pani radziła? Pani myśli, że ja mam czas gonić po urzędach i dodatkowo płacić, za coś, co nie musi być.
- Ale powinno być- mówi z wyższością- Bo ja byłam na szkoleniu w Warszawie.
Jasne, nagle dociera do mnie, że urzędas była na szkoleniu AŻ w Warszawie i teraz nie ma zmiłuj. Będzie jeszcze więcej biurokracji, bo ona była na szkoleniu w Warszawie. Baba może pierwszy raz zaliczyła tak wielkie miasto i teraz musi okazać ważność.
- Zaraz, zaraz… Powinno być czy musi?!!- Jaskół, którego musiałam powstrzymywać, bo gotów był babie kulnąć, odzywa się nagle i bardzo głośno- Bo jest różnica między musi a powinno, prawda?!
- Powinno- urzędas nareszcie wykazuje zmieszanie- Bo ja byłam na szkoleniu w Warszawie.
Matko jedyna, była i co z tego, kiedy nie ciągnie tego wątku dalej i nie mówi, co na tym szkoleniu było takiego ważnego. Chyba pamięć ją zawiodła, albo było tyle treści, że bez ściągi ani rusz. Już nie wspominam o marniutkim poziomie intelektualnym babiszona, co podczas kolejnych wizji się potwierdzało.
- Proszę Pani! Czy pani może mi odpowiedzieć…powinno, czy musi ??!!. Chyba pytam jasno?!- Jaskóła też puściły nerwy. Cyrk na kółkach. Awantura się rozkręca.
- Powinno, ja radziłam zrobić postępowanie spadkowe, bo ja zrobiłam…- urzędas zaczyna tracić pewność siebie.
- Powinno, a nie musi. Ma tu pani podpisy współwłaścicieli i to powinno wystarczyć. Prawda?!- Jaskół robi krok w stronę urzędasa, a ja za wszelką cenę staram się jednak tonować. Jessssuuuu!!!!! Zaraz jej przyłoży, tak jest wściekły. Urzędas niewzruszona przewraca kartki i patrząc na wyciąg z Ksiąg Wieczystych, który jest jednocześnie aktem własności mojego zmarłego męża i mnie, pyta stukając w kartkę: „A (tu pada nazwisko mojego zmarłego męża) to kto jest?” Teraz ja nie wytrzymałam. Bezczelna baba wie, kto to jest. Przy poprzednich wizjach bez przerwy operowała tym dokumentem.
- Nie wie pani?! To był mój mąż!!! Nie żyje!!! I nie będę dalej na ten temat rozmawiać- wrzasnęłam z furią. Naprawdę miałam ochotę trzepnąć ją w ten bezmyślny łeb. Wie jaka sytuacja jest w naszej rodzinie, wie , że byłam wdową, wie, że mam dwoje dzieci i wie, że są współwłaścicielami. Noż kurcze….!!! Staram się jednak opanować. Widzę, że nie ma sensu ciągnąć tego wątku i coś trzeba postanowić. Zimno mi, jestem wściekła, Żal mi Jaskóła, który aż cały chodzi ze złości.
- A proszę mi powiedzieć, dlaczego, jeżeli jest taki wymóg, nie ma tego zaznaczonego na wniosku, na dole, tam, gdzie są wyszczególnione potrzebne załączniki, dołączyłabym ten dokument i już?- teraz ja stukam palcem w kartkę z wnioskiem, w miejscu, gdzie są wyszczególnione potrzebne załączniki i słowo honoru- w tych nerwach jeszcze takie piękne, pełne pytanie mi wyszło J. Urzędas patrzy w punkt, w który stukam palcem… patrzy z natężeniem i wręcz słyszę, jak jej te zardzewiałe tryby w łepetynie próbują ruszyć. Patrzy i milczy.
- Tu- stukam palcem jeszcze raz w kartkę- Tu powinno być zaznaczone, że wymagacie wyroku z postępowania spadkowego. Nie ma? Nie ma.- teraz ja mogłabym powiedzieć z tryumfem, ale jestem zmęczona i nie bawią mnie te przepychanki. Babiszon milczy zdezorientowany. Widać, że się deczko pogubiła.
-Ale ja byłam na szkoleniu w Warszawie… burmistrz tego pani nie podpisze- rzuca zdecydowanie. Na szczęście Jaskół poszedł znowu do monterów, bo teraz nie powstrzymałabym go i mielibyśmy pasztet w postaci pobicia urzędnika w trakcie wykonywania czynności urzędowych przez tegoż. Matko!
- Ale dlaczego?! Na wniosku są podpisy współwłaścicieli, jest mapka, jest dokument własności. Co trzeba jeszcze??? – trochę wyhamowałam i jeszcze raz, już spokojnie, próbuję się przebić i w końcu dowiedzieć, o co właściwie chodzi, bo według mnie, potrzebne dokumenty są i nie ma podstaw, żeby nie dawać zezwolenia.
- Bo skąd ma wiedzieć, że to są spadkobiercy- rzuca tryumfalnie. W tym momencie pojawia się  Jaskół, trochę uspokojony. I rzuca opanowanym już głosem: „Są podpisy spadkobierców na wniosku- to jest jak oświadczenie. Oświadczenia przyjmuje się, według nowej ustawy, bez dodatkowych warunków, prawda?” Urzędas patrzy na niego i kombinuje- Ale nie ma postępowania spadkowego- nadal się upiera. W Jaskóła piorun strzelił: „Czy pani rozumie, co do pani mówię?! To jest jak oświadczenie i powinno wystarczyć. Zresztą, jak będzie trzeba dołączymy odpowiednie oświadczenia!” Nie dociera…Zalega cisza. Powstrzymuję za rękę Jaskóła, bo może być źle. Kochany człowiek, ale bardzo impulsywny i takie sytuacje działają na niego jak zapalnik w granacie. Po babiszonie spływają nasze słowa jak woda po kaczce.
- A gdzie jest to drugie drzewo?- pyta i macha aparatem fotograficznym, uznając chyba, że wymogła na nas dołączenie wyroku z postępowania. Jaskół kieruje ją w stronę wierzby. Ja zostaje na parkingu. Czekam.
c.d.n.




niedziela, 14 października 2012

Wizja lokalna... ciąg dalszy (2)


Najpierw wprowadzę w całą sytuację. Urzędas (tak nazywam tę, która przyszła na wizję w sprawie wycinki drzew), była u nas na wizji po raz trzeci. Trzy lata temu robiliśmy parking i chcieliśmy wyciąć modrzew, bo „wchodził” w część parkingu. Oczywiście wniosek, oczywiście wizja, oczywiście awantura. A, i jeszcze dodam, że do wniosku dołączyliśmy wymagane dokumenty i oświadczenia moich dzieci, które są współwłaścicielami działki i domu. OK. Do dokumentów się urzędas nie przyczepił. Przyczepił się do tego, że na adresie nieruchomości jest adres firmy i wtedy wycinka kosztuje 20 000  złotych. Tłumaczyliśmy, że parking prywatny, że mamy trzy samochody, że nie dotyczy to firmy. Firma jest na adresie domowym i to przeważało, że cokolwiek prywatnie robiliśmy i robimy, to traktują to urzędasy jako firmowe. Horror. Nie i NIE. Odstąpiliśmy od postępowania, a drzewo ratowałam (skoro miało nadal rosnąć), bo firma, która robiła parking, prawie zabetonowała go po sam pień. Kazałam odsypać cement i zrobić wokół drzewa miejsce na ziemię. Mimo to modrzew usechł, a parking, przez upór  urzędasa, jest okrojony o dobre 3metry kwadratowe i ma uskok. Rok temu zaczął usychać piękny świerk niedaleko domu. Nornice podgryzły korzenie. Całe szczęście, że ten kawałek ogrodu jest tylko moją własnością, bo wystarczył na wniosku tylko mój podpis. Na urzędasa czekaliśmy 3 miesiące, choć powinna przyjść na wizję w ciągu dwóch tygodni. Przyszła, wścibsko się porozglądała i zobaczyła pień uschniętego modrzewia (wykorzystaliśmy go jako słup)
- O…. to modrzew usechł????- obłudnie się zdziwiła.
- Jasne, i pani się do tego przyczyniła- warknął Jaskół, wściekły na wspomnienie tamtej rozmowy.
- No tak, no tak- westchnęła urzędas z ubolewaniem i szybko zaczęła pisać protokół. Tym razem zgodę dostaliśmy bez problemu. Zresztą świerk był już solidnie przechylony i lada moment mógł runąć.
Akurat w dzień, kiedy montowano w naszym domu drzwi, zadzwoniła urzędas, czy może przyjechać na wizję, jest w pobliżu. Dobra, niech przyjeżdża, bo jakby trzeba było znowu potem długo czekać, to chyba rozniosłabym ten urząd.
Przyjechała, postawiła samochód na środku drogi, tarasując ją (myśleć!, myśleć!, jak mówi króliczek). Wysiadła, a raczej wygramoliła się, bo gabaryty ma dosyć solidne ( sory- nie mam litości, babsko na nią w ogóle nie zasługuje, nie będę delikatna, wszystkie zagrywy opiszę). Za nią wyskoczyła młoda asystentka. No proszę, to teraz urzędas potrzebuje asystentki?
Panienka trzymała w ręku dokumenty i długopis. Oh, widocznie urzędas jest stworzona do wyższych celów niż do sporządzania protokołu. Zgadnijcie, za czyje podatki jest zatrudniona panienka, nosząca za urzędasem papiery?   Baba zatrzasnęła drzwiczki i zostawiła samochód nadal na środku drogi. A co tam! Niech se inni poczekają.
- To to drzewo- machnęła ręką w stronę bożodrzewa, ignorując nasze „Dzień dobry”.
- To. Schnie i może się zwalić na sklep- mówię szczerze, jeszcze spokojnie (no niestety, potem było mniej spokojnie) i podchodzę do pnia pokazując w nim szczeliny. Urzędas patrzy z daleka i mówi lekceważąco z wyższością: „Ach, ono rośnie i kora pęka”.
- Gdzie rośnie, gdzie pęka, jak ono ewidentnie usycha? Proszę popatrzeć  na koronę, a poza tym zagraża linii, a ja nie mam już siły tego ciąć- jeszcze ciągle spokojnie, normalnie tłumaczę babiszonowi.
Urzędas podchodzi do drzewa, wciska palce w szczelinę i jednym ruchem odrywa kawał kory: „Aaaaa…. Rzeczywiście usycha”- niechętnie przyznaje. Na pniu pozostaje po oderwanej korze „blizna” wielkości prostokąta 30/30 centymetrów. Aż mnie ścisnęło w środku, bo nie lubię takich rzeczy.
- Ciekawe, dlaczego ono schnie?- urzędas wolno mówiła i oglądała koronę drzewa.
- Nie wiem, może korzenie ma trochę podcięte, może elektryczność…- nie kończę, bo urzędas, nagle zasłania z ożywieniem twarz rękami i krygując się wykrzykuje: „Ja tego nie słyszałam, nie słyszałam….!”
- Czego pani nie słyszała?- pytam zdziwiona jej zachowaniem.
- Bo pani uszkodziła drzewo, a za to jest kara- rzuca tryumfalnie.
We mnie nagle się coś załamuje. Wcześniej Jaskół poszedł do monterów i zostaję ze swoim napływem wściekłości sama.
- Jak to uszkodziła? O czym pani mówi?- jeszcze ciągle hamuję, ale już zaczyna to ze mnie wychodzić. Kurde, ja sadzę drzewa w ilości przeważającej krajową średnią  statystyczną na ogródek, a ta bezczelnie- widząc ogród pełen drzew- zarzuca mi taką bezduszność
- Jaka kara????!!!- wykrzykuję już wściekła.
- A trzykrotną wartość, 60 000 złotych. Pani podcięła korzenie z powodu parkingu- rzuca urzędas z satysfakcją.
- Co mi tu pani opowiada? Ja korzenie podcięłam? Jak już, to firma, choć mi o tym nie wiadomo. Firma robiła parking.- jestem w pierwszym etapie furii i syczę spokojnie, zbyt spokojnie. Jeszcze ciągle wrodzony takt i wchowana kultura tłuką mnie po głowie- hamuj.
- Ale pani jest właścicielem i pani za to odpowiada- urzędas patrzy na mnie z wyższością.
- I pani twierdzi, że ja im kazałam to zrobić? I za to, że firma to zrobiła, ja mam odpowiadać? To firma uszkodziła, do firmy proszę się skierować!- zaczyna mi się głos podnosić i czuję, że moment a potrząsnę babą solidnie.
- Proszę pani- próbuję jeszcze raz- Przecież gdybym tu tego drzewa nie chciała, to prosiłabym o pozwolenie na wycięcie razem z tamtym modrzewiem, prawda? – dla mnie sprawa jest jasna. Urzędas zachowuje się dokładnie tak, jak opisałam. Ja mam być tym proszącym, znoszącym jej fochy robaczkiem, bo od niej zależy w tym momencie wszystko, co dotyczy wycinki. Gesty, ton głosu babiszona, jej szukanie na siłę, sama nie wiem czego, chyba argumentów na to, że ja to jestem złoczyńca, bo działam na szkodę przyrody, a ona to ta, która za wszelką cenę musi pohamować takiego drania i udowodnić, że ona ma rację. Wszystko to dokładnie odzwierciedla sytuację maluczkiego petenta i łaskawego urzędasa. Dokładnie opisuję- nic nie przerysowuję
- Ale to pani jest właścicielem i pani może zapłacić karę- ciągnie urzędas niewzruszona, kierując wzrok w stronę nadchodzącego Jaskóła. Nie słyszał tej rozmowy i uśmiecha się przyjaźnie. Zastanawiam się krótko, patrząc na naderwaną korę, czy ten wredny urzędas zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie uszkodziła drzewo- specjalnie, zamierzenie.
- No dobra, co dalej?- nagle, jako tako, odzyskuję spokój. Nie będę się kopać z koniem. Już mam serdecznie dosyć tej wizji. Jestem chora, stoję na parkingu, gdzie wieje zimny wiatr, chce mi się do ciepłego domu. W dodatku czuję kamień w żołądku i nie potrafię opanować nerwów, które wywołują u mnie rozmowy z takim typem urzędnika.  Nie lubię tego rodzaju sytuacji. Nikt nie lubi, kiedy jest zmuszony do ostrych wejść. A tu czeka jeszcze dalsza część tej wizji- wierzba.
c.d.n.
Musiałam sobie poprawić humor. Bazylka- wrzesień
 Kiedy ją zobaczyłam, nie miałam aparatu przy sobie. Była tak zajęta łupaniem orzecha, że nie zwracała na mnie uwagi. Zdążyłam zajść do domu i wrócić z aparatem. Podeszłam pod drzewo. Bazylka tylko łypnęła na mnie okiem i dalej wcinała orzech.

 Stałam tam i cykałam zdjęcia, a ona siedziała spokojnie i łupała orzeszek.
 Bolała mnie już głowa od zadzierania w górę, a Bazylka nic, siedziała spokojnie od czasu do czasu patrząc na mnie.
 Kidy upuściła łupinkę na dół, myślałam, że sobie poleci. Gdzie tam. Dalej siedziała. Żal mi było odchodzić, a nie miałam czasu stać i dalej ją obserwować. "Sio ruda" lekko ja zagadnęłam. Nic- siedzi. "No Bazylka, nie rób mi tego, idź sobie, bo mi żal odchodzić"- tłumaczę jej jak krowie na rowie. Ruda a ni drgnie. Siedzi, patrzy na mnie, nie boi się. Trudno. przetrzymała mnie. Poszłam sobie, zatem, ja.
Wiecha anyżku po opadnięciu nasionek. Cały łan rośnie w lasku. Kiedy kwitnie, pięknie pachnie, ale miodem a nie anyżkiem.

sobota, 13 października 2012

Urzędasy


W naszym pofyrtanym kraju istnieją dwie grupy urzędników. To znaczy, ja się spotkałam z czymś takim. Pierwsza grupa urzędników, to osoby w miarę młode (chociaż i zdarzają się osoby starsze), uśmiechnięte, starają się pomóc petentowi. To nowa kasta urzędników, którzy weszli w tzw. gospodarkę rynkową i wiedzą, że jak poleci na nich skarga do szefa, to szybko się mogą pożegnać z pracą. Dodam, że z takimi urzędnikami głównie spotkałam się w miejskich urzędach i sporadyczne przypadki funkcjonują w naszym UG (żeby nie było, że na wszystkich z tego urzędu nalatuję). Najczęściej są to panie (rzadziej na niższych stanowiskach spotykam panów), które do pracy przychodzą w kostiumach, są zadbane i PRACUJĄ (przynajmniej pracowały, kiedy byłam zmuszona coś w tych urzędach załatwiać). Są kompetentne, kierunkowo wykształcone i dbają o swój wizerunek. Mogę śmiało powiedzieć, że podejście do petenta zmieniło się na ogromny plus w US, ZUS no i w bankach. O, banki pierwsze wyczuły, że nie należy petentem pomiatać i starać się go pozyskać.
Tragedia zaczyna się na poziomie urzędów gminnych (chociaż i w miejskich urzędach jeszcze takie relikty bywają). A zwłaszcza w zapyziałych miejscowościach. Tu króluje druga grupa urzędników, których od teraz będę nazywała urzędasy. Są to w przeważającej większości (uwaga- nie jestem wrogiem kobiet, arogancji ze strony urzędasa płci męskiej też doświadczyłam) baby w okolicach 40+, a jeszcze częściej 50+, które mają już chyba odciski  na pupskach od wieloletniego siedzenia na swoich urzędniczych stołkach. Reprezentują maniery i styl urzędowania z lat peerelowskich, i wszystkim robią łaskę, że w ogóle chcą się do nich odezwać. Znacie przecież te czasy, kiedy za czasów komuny (fuj! Nie lubię tego zwrotu) petent niemal z czapką w ręku klamkował w urzędach i cichutkim głosem prosił o załatwienie sprawy. Urzędas (tak będę nazywała te baby) wtedy puszyła się, przetrzymywała takiego nieboraka jak najdłużej w niepewności, żeby powiedzieć z łaską: „No nie wiem, czy to się da załatwić”. Petent wtedy jeszcze bardziej się kurczył i niemal błagał, żeby pani urzędas jednak coś w tej sprawie ruszyła. No i wtedy zaczynało się. Urzędas łaskawym głosem, od niechcenia mówiła: „No….dobrze… Spróbuję, ale musi pan jeszcze dostarczyć….” i leciała lista dokumentów do uzupełnienie, niekoniecznie potrzebnych do załatwienia sprawy. No, ale…. urzędas musiała jakoś pokazać swoją wyższość, bo pogardliwe odnoszenie się do petenta i przetrzymywanie go przed drzwiami biura jej nie wystarczyło. A kiedy biedny petent, po gonitwie po innych urzędach, przynosił stos dokumentów i, oczywiście po odpowiednio długim czekaniu pod drzwiami, wszedł wreszcie do biura, był świadkiem, jak urzędas z namaszczeniem i z marsem na twarzy wolniutko przekłada pisma oraz wzdycha, bo przecież musi coś z tym zrobić, a to wymaga ruszyć tyłek zza biurka, opuścić ciepłe pomieszczenie i zabawić się w „podaj dalej” stosem dostarczonych wraz z wnioskiem papierów. Więc, kiedy odłożyła ostatnie pisemko z triumfem wołała: „Ale panu brakuje jeszcze….” i wymieniała jeden (słownie- jeden) dokument. Na pokorne pytanie petenta, dlaczego wcześniej mu tego nie powiedziała, odpowiadała z rozbrajającą szczerością: „A, bo zapomniałam”. Petent wychodził, a urzędas mogła lecieć na kawkę do innych urzędasów, zająć się czytaniem „Przyjaciółki”, poplotkować (tak z godzinkę) przez służbowy telefon, albo podrzemać za biurkiem, no ewentualnie wyskoczyć na maleńkie zakupy. Takie dwugodzinne..
I taki typ urzędasów nadal króluje w UG (przynajmniej w naszym). Dodam, że urzędasy są często wykształcone na poziomie matury (dawnej i niekoniecznie dobrej), o ich poziomie umysłowym mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że pozostawia wiele do życzenia, a o logicznym myśleniu u takich urzędasów można tylko pomarzyć. Spotkałam się też z niewiarygodną tępotą jednej urzędas, że aż serce bolało. I długo nie mogłam ochłonąć ze zdziwienia, że proste rzeczy do niej nie docierały i, że takie indywiduum jest państwowym urzędnikiem. W sumie nie ma się co dziwić, bo w gminach na stołki w urzędach sadza się swoich kuzynów, ciotki, siostry, pociotki, królika i znajomych królika. Osoby te najczęściej nie są wykształcone odpowiednio do pełnionego stanowiska i są ogromnie niekompetentne. Swego czasu sekretarką burmistrza została siostrzenica wiceburmistrza- panienka zaraz po maturze. Starą, miłą i kompetentną sekretarkę wywalili z pracy po ustawowych trzech miesiącach wypowiedzenia. Urzędasa cechuje niesamowite przywiązanie do przepisów. Nawet takich, o których gdzieś słyszała, ale nie wie, czy wyszły, ale na wszelki wypadek wymaga dokumentów wg. tego przepisu. I nie ruszysz urzędasowego betonu. Nawet, gdy przyniesiesz dowód, że nic takiego nie ma i nie trzeba, to zarzuci ci jeszcze kłamstwo, albo fałszowanie. Zdarza się, że trzepnie innym przepisem nijak nie przystającym do sytuacji i zabawa zaczyna się od nowa. Urzędasa cechuje też ogromny strach. Strach o utratę ciepłej posadki. Nie wyłamie się za Chiny, nie podejmie sama decyzji, będzie zwlekać, kombinować, żeby tylko nie przymoczyć. Oh… może to zabrzmi paskudnie, ale jak zaczęłam, to dodam.. urzędas jest często zaniedbaną fleją. Nosi byle jakie sweterki do byle jakich spódnic, a fryzury i paznokcie- szkoda gadać. W jednym biurze pracuje urzędas, który chyba się nie myje, bo już od progu ją czuć. Rzadko taki urzędas operuje ogólnie przyjętymi zwrotami grzecznościowymi. Usłyszeć z jego niemalowanych skrzywionych usteczek „dziękuję”, „dzień dobry”, czy „do widzenia” to rzadkość. A już słowo „przepraszam”- zapomnij. NEVER! Już na wstępie wita cię zbolałą miną albo zniecierpliwioną i brakuje jeszcze żeby rzuciła ordynarnie: „Czego?”. No i te ich wieczne gonienie po pokojach „urzędu” czyli serial ze sceną- otwierasz drzwi, a tu pusto, albo słyszysz: „Wyszła, zaraz wróci”, lub „Gdzieś jest, ale nie wiem gdzie”. Oczywiście „zaraz” przedłuża się nierzadko do pół godziny. Potem leci przez korytarz taka urzędas, mija cię z furgotem, chcesz wejść, a ona zatrzymana w locie, rzuca wyniośle: „Za chwilę” i zatrzaskuje ci z impetem drzwi przed nosem. Najgorsze jest to, że z takimi urzędasami nie wygrasz. Jesteś zależny od ich decyzji w wielu sprawach. Mściwe toto, kiedy zarzucisz niekompetencję lub brak znajomości przepisów, może ci narobić bigosu. Taki urzędas to wie i wie również, że swoi go nie zwolnią z pracy, dlatego jest arogancka pewna siebie. W  UG ręka, rękę myje- często nie ma się do kogo odwołać. Burmistrz wysłucha skargi i odeśle cię z powrotem do tego samego urzędasa, a ona…. już się dobrze odegra. I dobrze będzie, jeśli „nie poda” cię dalej innym urzędasom, bo wtedy masz cały UG przeciw sobie.
Że ostro??? A jak ma być skoro urzędasom coś się pomyrdało w tych łepetynach- nie umieją w swoich tępych głowinach zrozumieć, że to one są dla petenta, a nie petent dla nich. Nie potrafią zrozumieć, że żyją z naszych podatków – gminne urzędasy szczególnie. I potem przychodzi mi tu taki urzędas i się mądrzy, i łaskę mi robi, i traktuje z góry na moim własnym terenie…. Szkoda gadać.
Jeżeli ktoś mi zarzuci, że się czepiam, to się po prostu uśmieję, bo połowa z czytających na pewno miała do czynienia z takim urzędasem, a druga połowa pewnie jeszcze go na swojej drodze spotka (czego jej absolutnie nie życzę), a jeżeli nie, to znaczy, że żyje w innym kraju.

PS. Tekst oparty na wieloletnich obserwacjach i osobistym (i z opowiadań innych osób) użeraniu się z urzędasmi.
Zdjęcia zrobił Jaskół wczoraj, wczesnym rankiem









czwartek, 11 października 2012

Wizja lokalna...


Ciepło, gorąco, ciepło, zimno. Pogoda bawi się nami w ciuciubabkę. Teraz świeci słońce i jest bardzo ciepło, a po chwili wieje ostry, zimny wiatr, potem znowu przekropi deszczem i tak nie wiadomo, w którym momencie, jak się ubrać. No i dopadło mnie zapalenie oskrzeli. Paskudne, z koniecznością zażywania antybiotyku. Wkurzające, bo chciałam sobie jeszcze przed głównym remontem zrobić porządki w ogrodzie. Dzisiaj zamontowano w naszym domu drzwi wyjściowe. Panowie słowni, przyjechali punktualnie. Pracowali prawie nieprzerwanie. Zrobili  tylko 2 godzinną przerwę, potrzebną na stwardnienie pianki, ale w tym czasie pojechali kupić materiały do następnego montażu. Po 6 godzinach drzwi zostały wprawione. Ładnie posprzątali po sobie i pojechali, a my szczęśliwi, że bezboleśnie poszło, gapiliśmy się na te nowe drzwi i gapili, i tej szpary przy podłodze już nie ma, i szyby bardzo szczelne, i zamki porządne…Uffff… pierwszy etap remontu za nami J
W tak zwanym międzyczasie przyjechały panie z UG na wizję lokalną, bo musimy dwa drzewa wyciąć. Trzy lata temu przeżyliśmy horror, dotyczący wycinki modrzewia. Za wycinkę żądano 20000 złotych, bo na terenie działalności. Kicha, ani grosza nie mieliśmy zamiaru dać. Okroiliśmy parking, a  modrzew po roku i tak sam usechł. Teraz musimy wyciąć wierzbę oraz bożodrzew, ponieważ rosną pod drutami elektrycznymi. Bożodrzew ewidentnie schnie i trzeba go ciąć, wierzba wgryza się korzeniami w fundament domu. Co tu jeszcze chcieć, żeby wydać zgodę. Ano multum papierków… eh… na razie nie mam nerwów pisać, bo znowu mi się ręce rozlatały. Jak ochłonę to opiszę, co te durne głowy wymyśliły i jakie u nas są hece z urzędasami. Każdy gryzipiórek d… trzęsie i twardo trzyma się przepisów, żeby tylko nie podejmować decyzji, bo a nuż…. Najlepiej to wszystko, każdą pierdołę im opisać i dać papierową podkładkę… sory…zaraz mnie ze złości poskłada. 
W którąś wrześniową sobotę włączył nam się szwendacz i pojeździliśmy sobie po Ziemi Cieszyńskiej. Coraz bardziej jestem nią zauroczona










Nieodłączny element naszych wypraw. Za dobre lody jestem w stanie dać się pociąć :)

niedziela, 7 października 2012

Blues i remonty


Wczoraj zwariowany wieczór. Wieczór wypełniony cudowną, pulsującą, oczyszczającą muzyką bluesową. Rawa Blues Festiwal, jak zawsze, z obłędną muzyką. Byliśmy z przyjaciółmi. Podczas przerwy, nieoczekiwanie, spotkaliśmy jeszcze jednego znajomego. Miła niespodzianka. Wrócił z kolejnej wyprawy do Indii. Przygotowuje materiał do nowego przewodnika turystycznego i poznaje ten ogromny kraj. Jeździł na Enfieldzie, a potem go kupił. Oznajmił nam z radością, że motocykl jest już w porcie, w Hamburgu. Niesamowite. Fajni są ci motocykliści. Z Katowic wróciliśmy o drugiej w nocy. Dotrwaliśmy do końca i nie żałujemy. Ostatni zespół, grający w zaskakującym stylu bluesa, z zupełnie "nieprzystającymi" do tego gatunku muzyki instrumentami,dał takiego czadu, że jeszcze długo go zapamiętamy. W sumie wysłuchaliśmy pięciu koncertów. Na pierwszy trochę się spóźniliśmy, ale jego końcówka była porywająca. Drugi zespół grał typowego, standardowego bluesa i trochę nas znudził. Potem wystąpił rewelacyjny Dudek ze swoim Big Bandem. Po nim gwiazda festiwalu, Robert Cray, zasługujący w pełni na to miano. I jako ostatni Eric Sardinas & Big Motor. Super!O festiwalu napiszę trochę na drugim blogu, ale muszę znaleźć czas. Robi się już słotna jesień a jeszcze trochę prac w związku z tym nas czeka.  W połowie tygodnia wymiana drzwi, za dwa tygodnie polecą okna. Na okrągło jest coś do zrobienia. W dodatku już 2. miesiąc zwodzi nas fachowiec od remontu komina. Jutro szukamy nowego. Mam dość dzwonienia i proszenia, żeby łaskawie przyszedł zobaczyć co, i za ile należy zrobić. Z rynnami było podobnie. Tak samo przekładał, odkładał, przeciągał. Nie bawi mnie powtórka z rozrywki. Dotychczas był jedynym, teraz pojawiły się ogłoszenia nowych firm. Temu panu już podziękujemy/-waliśmy). Poszukamy nowego wykonawcy.
To dzisiaj wieczorem pojawiło się na niebie.
 Cały dzień padał deszcz. Było szaro, ponuro. Wieczorem nagle świat się podświetlił, jakby był zamknięty w szklanym kloszu. Całe niebo, ciągle jeszcze zachmurzone, zrobiło się malinowe.
 To mój ulubiony fragment krajobrazu.
 Tam, daleko....
 Trochę jesieni.

Wiją się i splatają, zaraz pewnie zasyczą....

czwartek, 4 października 2012

Wiaderko grzybów


Czas nasycony. Pogoda piękna, więc posprzątaliśmy dzisiaj garaż. Szybko poszło. Graty na śmietnik, drewno pocięliśmy i już jest w piwnicy, stare puszki, jakieś szkło do kubła, narzędzia  do warsztatu w piwnicy. Nasz garaż pełni zastępczą funkcję altany ogrodowej. Mamy w nim kosiarki, taczki, wózek na drewno i… no, i do teraz były wszystkie ściepy, które już, natychmiast, w danej chwili, trzeba było sprzątnąć z widoku. Kiedyś nawet garażowały w nim moje kolejne maluchy. Tylko, że one malutkie, toteż można było nimi wybrać zakręt podczas wjazdu do garażu. Teraz mamy wielkie autka, które żadnym sposobem tam nie wjadą.
Wczoraj przyszła moja siostra. Mieszka w drugiej części naszego „bliźniaka’, a jej ogród graniczy z naszym. Przyniosła miskę, w niej parę grzybów. Oho- pomyślałam- przychodzi z grzybami, pewnie coś będzie chciała w zamian. Można to poczytać za złośliwość, ale moja siostra ma taki wkurzający nas zwyczaj. A tym bardziej wkurzający, że przynosi rzeczy, które jej się „ostały”. Na przykład kilka ogromnych przejrzałych ogórków, z których już na pewno nic nie zrobię. I zawsze, albo o coś prosi w zmian, albo zaczyna dyskusję na zasadzie: „muszę się dowiedzieć”. Wścibska jest przeokrutnie i tyle. Nie grzeszy również taktem. Nie, nie przepadam za moją siostrą i nie mam zamiaru tego kryć. Zapracowała sobie sumiennie na to, żebym jej nie lubiła.
- Tu masz grzyby, siostra i mam pytanie- zagaiła słodziutko.
- No?- jakoś nie paliłam się do rozmowy. Akurat wróciłyśmy z Młodą z miasta i szykowałam mamie kolację.
- Co robisz z tymi owocami pigwowca, bo jak ci niepotrzebne, to nazbierałabym sobie- ciągnie dalej przymilnie.
- Z tymi koło morwy? A weź sobie, ile chcesz, tylko z ziemi najpierw- nie miałam powodu, żeby odmówić. Leży tego pod krzakami sporo i tylko się marnuje. Kiedyś próbowałam zrobić konfitury. Twarde toto, nie chciało się rozgotować, dałam sobie spokój- A grzyby mamy swoje- dodałam- Nawet sporo ich ostatnio wyrosło i jeszcze rosną.
- A ja dzisiaj przyniosłam z ogrodu całe wiaderko- oznajmiła triumfalnie. Jasne, nie byłaby sobą, żeby nie przelicytować.
- A wczoraj znalazłam pod krzakiem takiego (tu zatoczyła ręką okrąg wielkości sporego talerza) starego grzyba.-  Faktycznie Młoda przyszła wczoraj z chichotem, bo opowiadała Jaskółowi o ciotczynym grzybie, a ten skomentował, że rzeczywiście znalazła takiego starego grzyba, co w domu siedzi
- No- mruknęłam bez zachwytu. Bardzo chciałam, żeby już sobie poszła. Od paru lat, od pewnego zdarzenia, nie potrafię już z nią serdeczniej rozmawiać.
- A czemu ty tak na czarno się ubrałaś???! Nie żeby mnie to ciekawiło, ale żałobę jakąś nosisz????- a jednak wylazł z niej wścibuch paskudny.
- Tak się ubrałam. Normalnie- zaczynałam już być zła.
- A jednak opłacało się zasiać tę mikoryzę. Tyle grzybów wyrosło- siostra wzięła pustą miskę, z której wysypałam grzyby do swojej i powoli zbierała się do wyjścia
-Że co? Jaką mikoryzę?- Nadstawiłam ucha, bo czułam, że zaczyna być interesująco.
- Na wiosnę taka jedna osoba….- lekko zawahała się- No dała mi adres i w Internecie zamówiłam sobie mikoryzą, taką grzybnię. Nawet niedrogo mnie to wyszło. Z przesyłką 50 złotych.- ciągnęła jeszcze trochę niepewnie, a ja miałam wrażenie, że się sypła z tą informacją.- Na ulotce napisali, pod jakimi drzewami to się sadzi. Odgrzebuje się trochę ziemi, trzeba zadrapać korzeń i nanieść trochę tej grzybni.- opowiadała dalej już z nutą przechwałki.
Ja cię kręcę- wiadro grzybów przestało mi imponować w jednej chwili. Grzyby siane jak marchewka. Jakoś nie rajcuje mnie taka metoda. A nawet zrobiło mi się smutnawo. Grzybobranie kojarzyło mi się zawsze z przygodą, z napięciem, z radością ze znalezienia grzyba. A tu w „określonym miejscu” „określona liczba” grzybów rośnie. Po jej wyjściu, zwołałam rodzinkę i poszliśmy poszukać w ogrodzie „naszych” grzybów. Tych nie posianych, a znalezionych z uczuciem niespodzianki.
Nasze łupy (z dzikiej grzybni)
 Pierwsze takie duże. Potem było ich więcej.
 Całe stadko kozoków, a obok mleczaje.
 Z nożem na grzyba. Leśny horror.
 Rosły wszędzie. Pod krzakami tawuły, przy pniakach, na trawniku, koło rododendronów. Ostatniego znalazłam w samym środku szczodrzeńca.
 Jedna miska to za mało. Trzeba było przynieść drugą.
 Nie spodziewaliśmy się takich zbiorów.
 Dwa kilo pokrojonych grzybów. Zrobiłam je w zalewie octowej.
 "Ahoj!!!!! Ja sem tukej!!!!.....". Kminek pod krzakiem pigwowca. 

poniedziałek, 1 października 2012

Prawie jak w lesie.


Zastanawiałam się, dlaczego wiewiórki zakopują orzechy i czy potem potrafią je odnaleźć pod śniegiem. Melepeta jedna, zapomniałam sobie, że w zimie wiewiórki przeważnie śpią i od czasu do czasu tylko, wychodzą poza legowisko. Zatem robią zapasy na wiosnę, kiedy obudzą się i muszą coś jeść. Nie ma owoców, grzybni, skończyły się szyszki, a pisklęta jeszcze się nie wykluły. Jest jeszcze jedna ewentualność. Jesienią, kiedy wszystkie orzechy znikną spod drzew, one potem sobie je wykopują, jedzą i „nabierają sadła” na sen zimowy.
Podobnie zachowują się kosy. Teraz szaleją na winobluszczu i jarzębinach odziubując grona do ostatniej kuleczki. Dobrały się nawet do gruszek. Nabierają ciałka, aby przetrwać mrozy.
Komentarz Miśki uświadomił mi, że oto mam to, do czego tęskniłam przez całe moje dorosłe życie. Mam namiastkę lasu i mam w nim zwierzęta, które dobrze się w tym miejscu czują. Wychowana w leśniczówce, potrafiłam całymi dniami przebywać w lesie i obserwować jego życie. To była moja przestrzeń, moje małe tajemnice. Godzinami siedziałam w jednym miejscu i obserwowałam leśny światek. A to lis przebiegł przez ścieżkę, a to jastrząb zakołował nad czubami drzew, a to zając przekicał… niesamowita cisza i spokój. Dlatego moje obserwacje zwierząt w naszym ogrodzie, które wielu osobom mogą wydać się dziwactwem, to niejako mój powrót do tamtych czasów. Jaskół już się przyzwyczaił do tego, że nagle odkładam wszystko na bok, biorę aparat i mówię: „Idę się przejść po ogrodzie”. Chodzę tak, jak wtedy po lesie niczym duch. Nauczył mnie tego ojciec. Ani jedna gałązka nie ma prawa trzasnąć pod stopą, ani jedna gałązka się poruszyć. To już jest nawyk. Dzięki temu mogę sobie poobserwować wiele ciekawych rzeczy. Niestety nie zawsze sfotografuję, bo albo szybko się dzieje, albo warunki (gęste korony drzew) nie pozwalają na to. Tak od dawna „poluję” na dzięcioła. Nie dość, że bardzo płochliwy, to w dodatku łazi po tych drzewach w tempie zabójczym. Tu trochę popuka potem nagle szybko, dookoła drzewa, drapie się wyżej lub schodzi niżej i zaczyna stukanie z drugiej strony. Nim nastawię aparat, on już zdąży odlecieć, bo mnie nagle zauważył. Teraz codziennie słyszymy w różnych miejscach ogrodu jego charakterystyczny „chichot” i stukanie dziobem w drzewo. W zeszłym roku „wyprowadził” swoje wyrośnięte pisklaki z gniazda i cała rodzina usiadła rządkiem na konarze śliwki. Jeden duży dzięcioł oraz cztery małe dzięciołki. Kapitalny widok. Wielkim zaskoczeniem i bonusem było dla mnie założenie gniazda przez wiewiórki w wywietrzniku koło okna naszej sypialni. Cały ogród do dyspozycji, obok ogród siostry, strych, a one wybrały miejsce tak blisko ludzi. I teraz też wykazują niesamowite zaufanie, kiedy zbierają orzechy, a potem potrafią je zakopywać w odległości metra od nas. Zupełnie nie przeszkadzają im te wielkie stwory snujące się po ogrodzie. Najwyżej od czasu do czasu na ofukają i obtuptają. Potem wszystko wraca do normy.
Zdjęcia wiewiórek jeszcze będą, bo ich mam sporo i fajne są na nich rude. Tym razem…
 Dzięcioł. W końcu go upolowałam. To zdjęcie pochodzi z lipca. Cwaniak, myślał, że mnie przechytrzy i siadał raz na sośnie, raz na śliwce, a potem siadł na bożodrzew- i tu go dopadłam. Robiłam mu zdjęcia, jedno po drugim.  Kiedy się już naprodukowałam i po południu szczęśliwa wrzuciłam fotki na komputer okazało się, że dno. Były one bardzo niewyraźne, bo "pod światło".
Czyli polujemy od nowa. Trzy dni zasadzałam się z aparatem na tego kujona. I jest.
 To jeszcze z lipca.
 A to robione w sobotę. Tę, w którą zrobiłam zdjęcia wiewiórce, ukazane w poprzednim poście.  To stukanie dzięcioła, blisko domu, wywabiło mnie z domu z aparatem w ręku. Nie miałam mu zamiaru odpuścić, a dzięcielina mizerna wyraźnie prowokowała mnie, stukając zawzięcie w konar  pobliskiej śliwy.
No i pstrykałam, jak głupia, żeby tylko jak najwięcej zdjęć porobić. Mnogość materiału zapewnia, że coś tam z tego wyłowię nadające się do pokazania. Faktycznie, z dwudziestu zdjęć, do publikacji nadały się raptem dwa. Upiorna ptaszyna wierciła się na tym konarze niczym bąk. W dodatku bałam się bliżej podejść i robiłam na 8 krotnym przybliżeniu. Wtedy zdjęcia są mniej ostre. Dzięcioł popukał, postukał i nagle znudziła mu się śliwa. Poleciał sobie w głąb ogrodu z głośnym wizgiem. ZONK!
Ale los jest sprawiedliwy, pokazała się ruda i zrobiłam jej fajne zdjęcia- patrz poprzedni post :) A tego neurotycznego stukacza jeszcze dopadnę :)
 To wyrosło po ostatnim deszczu na trawniku między krzakami malin i rododendronów i jeszcze trochę pod brzozami.Rosną nadal. Po gapowatym rozdeptaniu kilku maluchów, pozostałe zostały oznaczone patyczkami:) Anabell twierdzi, że wiewióry lubią grzybnię. Jeżeli to prawda, to nasze grzyby uratowała ostatnia wichura, która strąciła mnóstwo orzechów z drzew. Rude skupiły się na ich zbieraniu oraz zakopywaniu i dlatego, być może, nie zainteresowały się grzybami.
 W misce  drobnica. W ogrodzie rosną jeszcze inne grzyby. Jest ich mnóstwo. To rodzaj gołąbka albo mleczaj jadalny. Nie zbieramy ich, bo jakoś nie mam zaufania do takich grzybów. Jednak wiewiórki powinny "wiedzieć", że to też jadalne... chyba...Jakoś nie są nimi zainteresowane.
 Ostatnie gruszki, które uratowałam przed kosami. Kosiska również ostatnio dostały powera i zżerają wszystko, co rośnie na drzewach. Po drodze dobrały się do naszych gruszek
Skrzynka orzechów. Tylko jedna. W sobotę silny wiatr strącił z drzew wszystkie orzechy. Rude dostały amoku. Kursowały jak szalone i zakopywały je dosłownie wszędzie. Tak nie mogło być. Istniało realne zagrożenie, że zostaniemy bez orzechów na święta. Zaczęłam je zbierać. Zrobiło mi się jednak żal rudych, no bo.. Tak nagle im zabrać wszystko? Jakoś  to tak niehumanitarnie :):):) Zebrałam zatem wszystkie, które leżały w widocznych miejscach, resztę im zostawiłam. Nawiasem, w ogrodzie rośnie 5 sporych drzew orzecha włoskiego, w sąsiednim co najmniej 4 drzewa. Wiewiórek naliczyliśmy w sumie 3, no nich będzie ich 5. Ile orzechów wykarmi 5 wiewiórek? I tu potrzebna jest cytrynówka. Bez niej niczewo nie razbierosz :)