Forsycje w sosnowej alejce.
Nareszcie nastąpił koniec „przygody” oraz przymusowych odwiedzin w przyszpitalnej poradni ortopedycznej. KONIEC! Ale zanim to szczęście mnie dopadło, musiałam przeżyć skrobanie wierzchołka kciuka z warstwy twardej skóry oraz resztek krwiaków, które powstały w miejscach zszycia. FUJ! Najpierw czyściła przemiła pielęgniarka- delikatnie, z wyczuciem, a potem pojawił się mój ulubiony czarnoskóry doktor Verdi i on, nie patyczkując się i nie zwracając uwagi na moje posykiwania, po prostu zdarł cały twardy „czepek” z wierzchołka kciuka. A wszystko to przy żartach i śmiechach. No, i było, nie powiem, całkiem miło, ale i trochę jednak bolało. Na koniec doktor przeprowadził sprawdzian czucia w palcu, pocierając oraz lekko nakłuwając skórę pęsetą. Poczułam straszne łaskotanie i stanowczo prosiłam, żeby przestał, bo zaraz zacznę płakać ze śmiechu. Jakby nie było- mrowienie, czy nie- czucie w palcu wraca. I dobrze, bo manewrowanie tylko czterema palcami w lewej ręce podczas jakichkolwiek robótek oraz prac domowych, już mnie wkurzało. Czas 7 tygodni całej hecy z kciukiem, zaliczyłam jedno dobowy pobyt na szpitalnym oddziale i 5 wizyt w przyszpitalnej poradni. Wystarczy. Muszę jednak przyznać, że oprócz dwóch chamskich lekarzy, którzy mnie zlekceważyli (w poradni, na początku), wszystkie inne sprawy- leczenie, czasy oczekiwania na wejście do gabinetu (maksimum 1,5 godziny), traktowanie przez rejestratorki, pielęgniarki, czy innych lekarzy, było na przyzwoitym poziomie. Ani razu nie spotkałam się ze zniecierpliwieniem, lekceważeniem czy przedłużaniem czasu czekania. Inna rzecz, że ja, kiedy idę do lekarza, to biorę pod uwagę, że będzie się długo czekało, a podejście lekarza też może być różne- najczęściej nie ma zgrzytów. Natomiast widywałam różnych pacjentów- ech....
Dzisiaj Prima Aprilis- nie wiadomo jak się „ustawić” do różnych informacji. Najbardziej ubawiło mnie zdjęcie z Wisły. Ale... jakby tak klimat nadal się ocieplał to, być może, i kangury kiedyś będą zamieszkiwały beskidzkie gronie.
Czytam, a raczej przestałam czytać, koszmarną książkę z tych obyczajowych.
Już dawno czegoś tak durnego nie czytałam. Durnego i im bardziej w głąb treści, tym bardziej nudnego. Miało być wesoło, miało być niebanalnie, ale naprawdę nie mam pojęcia z czego się tu śmiać i co jest w treści niebanalnego. Książka zachwalana, niby pomysł oryginalny- kolejny mąż (a doszło ich ponoć do 200- info bohaterki, wplatane w fabułę, bo nie ma przecież opisywanych tych 200 po kolei)- bohaterki wchodzi na strych, po czym ze strychu schodzi zupełnie inny- i tak na okrągło. Za każdym razem bohaterka musi zgadywać, na jakim etapie życia jest, co dzieje się z rzeczywistością wkoło, jej bliskimi, gdzie pracuje, jaki był ślub z tym kolejnym, zmienia się też wystrój jej mieszkania, wygląd i przyzwyczajenia tych mężów. Z tyłu książki, na okładce, taki wpis: „Błyskotliwa refleksja o współczesnych związkach”. Jednak ja w treści żadnej błyskotliwej refleksji nie dostrzegłam, owszem bohaterka zastanawia się, czego oczekuje w związku, ale wychodzi na to, że wszystko się jej nie podoba, ponieważ odsyła tych mężów na strych już po pierwszym „ale”, chociaż nawet pół godziny nie minie od zejścia męża ze strychu. Odbieram ją jako znudzoną facetami singelkę, która „chciałaby i boi się”, a w ogóle to właściwie woli być singelką. Facetów zaś traktuje instrumentalnie, choć stara się być idealną żoną i w duchu wiecznie kaprysi nad ich cechami. Wiem, jaki jest finał- mnie nie przekonuje- trzeba było to zrobić już w połowie fabuły (gdzieś w okolicach 300. strony), a tak to rozwinęła się nuda, panie nuda, No ale ja mam ponoć spaczony gust czytelniczy, nie idący w parze z „oczekiwaniami społecznymi”.
I jak biedną Szczupaczyńską odstawiłam, o zgrozo jak mogłam (nie znasz się Jaskółko- ignorantko na prawdziwej literaturze), po przeczytaniu pierwszego rozdziału książki, to przy tej dotarłam do dwóch trzecich fabuły- zostało jeszcze 150 stron do końca, ale nie, ale NIE, nie będę się zmuszała do dalszego czytania. A tak na marginesie, po raz kolejny, po przeczytaniu blogowej rekomendacji, okrutnie się nacięłam.
Jak ktoś chce, niech czyta, ja nie zachęcam.
Robiąc sobie przerwy czytaniu o kolejnych strychowych mężach, by nie trzepnąć tą książką po 100. stronie (naprawdę wykazywałam dobrą wolę, by ją dokończyć), czytałam inną, bardziej sensowną, a na pewno bardzo interesującą książkę „To nie jest raj” Michała Zabłockiego. Parę reportaży o współczesnych Czechach. I faktycznie to, co opisuje Zabłocki to nie jest raj czeski, jakim sobie wyobrażają ten kraj choćby Polacy. My po II wojnie mieliśmy swoiste socjalistyczne piekiełko, ale Czesi mieli straszne, komunistyczne piekło. Tak, tam rozwijał się ten okrutny, sowiecki komunizm. Pamiętam, że kiedy byłam w Czechach (a raczej tu na Morawsko- Czeskim Śląsku- Karwina, Cz. Cieszyn, Ostrawa- już po wejściu do Schengen- na budynkach użyteczności publicznej, na dworcach kolejowych wisiały jeszcze radzieckie gwiazdy. Gwiazdy były namalowane na autobusach i pociągach, na szybach kopalni itp. Sami Czesi byli niesamowicie wyciszeni, choć pogodni.
Tę książkę polecam ogromnie, jeżeli kogoś interesują Czechy.
A teraz zabieram się do czytania książki W. Myśliwskiego: „Kamień na kamieniu”. Przeczytałam już „Ucho igielne” oraz „Traktat o łuskaniu fasoli”. Chyba się przy „kamieniach” nie zawiodę.
Przed dużym tarasem
Przed oknem "komputerowego".
Kwitną forsycje. U nas mówi się na nie „złoty deszcz”. Niedawno dowiedziałam się, że „złotym deszczem” nazywa się również trujący złotokap. W ogrodzie rósł i kwitł jeden, jednak zniszczyła go choroba.
W ogrodzie rośnie kilkanaście krzewów forsycji.- w lasku, na parkingu, przy bramce, przy sklepie, przed tarasami, przy kompostowniku. Większość z nich to stare krzewy i trzeba było je mocno przyciąć, by się odrodziły. Dlatego w trym roku są takie bardziej mizernie. Niemnie tworzą piękne żółte kępy. Zaczęłam znowu więcej tkać, bo mi już opatrunek nie przeszkadza. Poza tym nauczyłam się łapać osnowę bez pomocy kciuka- ciekawe doświadczenie- idzie mi to coraz sprawniej.
Gobelin miał być skończony na Wielkanoc, bo temat jest pasujący do tego święta- nie jest specjalnie robiony jako świąteczny, ale jest taki cudnie wiosenny. Niestety, nie zdążę. Pewnie ukończę go dopiero w maju- została jeszcze połowa do utkania.
Równolegle dziergam na krośnie następny kawałek do koca i haftuję (etapami) bluzkę. Powoli, powoli i się będzie kończyło wszystko.









