„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

04 stycznia 2026

Pełnia w pełni.

 




Wieczorem, podczas ostatniego spaceru wokół ogrodu, widzę księżyc na wschodnim niebie. To wilcza pełnia. Księżyc jest ogromny, srebrny, zimny. 

 


 



A rano, przed siódmą, podczas pierwszego spaceru wokół ogrodu, widzę go, świecącego wysoko na zachodnim niebie. Coś w tym wilczym księżycu jest niepokojącego, tajemniczego i bardzo nostalgicznego. 

 


Wczoraj była koniunkcja księżyca z Jowiszem. Na ciemnym niebie oba świeciły mocnym blaskiem. Teraz, kiedy jest wieczorami lekki mróz, niebo jest bardziej wyraziste, gwiazdy mocno widoczne, jakby jaśniejsze. 


Zimą, podczas pełni, chwytają silne mrozy. I takie zapowiadają. W sumie nie ma się co dziwić- na naszej szerokości geograficznej takie zimy bywają, a kiedyś były normą.

Patrzę na zapasy opału- być może starczy do lutego, a potem trzeba dokupić tyle, by starczyło jeszcze do kwietnia. No, a potem montujemy nowy piec. Takie mamy postanowienie i to jest jeden konkretny plan na ten rok.

Beza czuje się dużo lepiej. Kuracja działa, pies odzyskał wigor. Tylko ten słuch jej szwankuje. Przyzwyczajamy się do nowej sytuacji, uczymy psa reagowania na gesty. Dużo już zna od szczeniaka, ale trzeba wdrożyć dodatkowe.

Zniesmaczona sama sobą i własnym wyobrażeniem o włóczkach w tkaniu, widząca, że tej złej włoczki, nawet przy tkaniu pasemkami dywanika, nie ubywa, kupiłam krosno dziewiarskie tzw. Loom. 

 


Kiedyś już się do niego przymierzałam, jednak po obejrzeniu filmików- instrukcji, dotyczących pracy na nim, zrezygnowałam. Pomyślałam sobie, że druty i szydełko jednak prostsze. Ale ja nie znoszę i drutów, i szydełka. No i jednak kupiłam długie (40 cm) krosno dziewiarskie. Jest to krosno proste, ale chyba skuszę się też na okrągłe. W jednym przestrzeliłam- na tym krośnie słabo pracuje się z cienką włóczką (podwójna też się nie nadaje), a mam tej włóczki jeszcze dużo i  chcę się jej pozbyć. 

Na krośnie dziewiarskim najlepiej pracuje się grubą włóczką na druty od 6 wyżej. Wygrzebałam trzy motki grubaśnej włóczki i robota leci. Bardzo szybko przybywa tkaniny. Jak się już załapie, o co biega z tym nawijaniem na kołki i zrzucaniem oczek, to praca na krośnie jest samą przyjemnością. 

 


I w dodatku tkaniny przybywa w kosmicznym tempie oraz nie plącze się ona pod drutami i nie ciąży kiedy jest jej już dużo. Ja mam dosyć prosty wzór, ale tych wzorów jest sporo. Na takim krośnie można tkać i szale, i swetry, kocyki, chusty itp. Na okrągłym, z kolei, tka się skarpetki, kominy, getry, czapki itp. Na moim drugim blogu wrzucę film instruktażowy dla początkujących.


A teraz zrobię kilka kawałków, zszyję je- powstanie kocyk, który podszyję i podaruję kotom w Przystani-Ocalenie.







02 stycznia 2026

A tymczasem mija szaleństwo.


 

W pierwszy dzień nowego roku, nad ranem, chyba to 3 była, obudził mnie przejeżdżający pług. Wczoraj wieczorem około 23 też przejechał. Trzeba przyznać, że służby na razie działają sprawnie. Ale śniegu spadło tak około 10 centymetrów. Nawet nie ma o czym gadać. Dzisiaj jest odwilż, pod nogami, na śniegu czarne, mokre plamy się robią. I wieje bardzo mocny wiatr południowo- zachodni. Najbardziej dokuczliwy jest na dole ogrodu. I tak sobie myślę, że gdyby nie ten ogrodowy las, te wysokie teraz drzewa, to dom zwiałoby z pagórka. Tu zawsze były wiatry, nawet latem, gdy gdzie indziej nie wiało, tu lekko dmuchało. Kiedy się tutaj przeprowadziliśmy, wokół domu były same pola, dom na górce, to przewiew był. Między innymi dlatego zasadziliśmy w ogrodzie drzewa, a wzdłuż drogi, od północnej strony, tuje- miały zatrzymać wiatry i doskonale to robią.

Dzisiaj kontrola Bezki u weta. Tego drugiego, nie naszego. Ponieważ w tej drugiej weterynarii wdrożono leczenie, będziemy je kontynuowali aż do wyleczenia psicy. Obrzęk na pęcherzu zmniejszył się, jest lepiej. Beza dostała zastrzyk i trzy rodzaje tabletek w tym jedne na uspokojenie, by się zaniepokojona nie szwendała w te i we wte. I po tym drugim zastrzyku oczy psiny zrobiły się przytomniejsze, weselsze. Cieszy nas to. Nie ma nic bardziej dołującego jak choroba kochanego zwierzaka (poza chorującym członkiem rodziny). Przy okazji pani wet. zbadała Bezie słuch i stwierdziła, że rzeczywiście, pies niedosłyszy. Ale dała krople do czyszczenia uszu, bo to nie zaszkodzi, a czyste ucho to mniejsze prawdopodobieństwo infekcji.

Jak dobrze, że to całe świąteczne szaleństwo mija. Dwa tygodnie wyłączone z normalnego funkcjonowania. Sklepy tu we wsi na pół gwizdka zatowarowane. Chleba po południu już nie ma, sera również. Lekarze wprawdzie przyjmują, ale trzeba dzwonić, upewniać się. Tu skrócony czas pracy, gdzie indziej w ogóle nie pracują. Tych Trzech Króli to w ogóle ni przypiął, ni przyłatał. Jakby mało było Świąt BN i około noworocznych. Nawet kiedy uczyłam, nie lubiłam tego „wolnego”. Zazwyczaj rozbijało mi to program nauczania, mimo planowania. Dzieci, po wolnym, długo zbierają się do kupy, są rozkojarzone. Trzeba było do tych dni wolnych jeszcze dodać parę dni, by praca ruszyła w normalnym tempie. No dobra, ludziom wolne zawsze się przydaje. Jak mogą, niech korzystają, a my sobie radzimy.

Dzisiaj, kiedy pakowałam lekarstwo dla Bezy do torebki, stwierdziłam, że muszę sobie kupić jakąś, fajną nową i większą. Ostatnio kupowałam mniejsze, biorąc pod uwagę, że nie noszę już w torbie plików dokumentów i innych gabarytowo większych rzeczy, a zakupy ładuję do zakupowych i do samochodu, to po co mi duży torbister. No, nie da się, te które mam są zdecydowanie za małe. I nowa musi być kolorowa, koniecznie kolorowa- nie jednokolorowa, a wielokolorowa.


 



01 stycznia 2026

Rok zakończony z przytupem i emocjami (wybuchającymi).


 

Noc sylwestrowa przebiegła spokojnie. Owszem, walili, owszem obok domu, ale tym razem bardzo krótko. O 24, 15 było już po fajerwerkowych ptokach. Tylko jeden sąsiad, który ma malutki rozumek, jeszcze parę razy grzmotnął na koniec. W dali dłużej to trwało. A cała impreza zaczęła się już o 16 po czeskiej stronie. Czesi, a lubię ich bardzo, każdego Sylwestra świętują kanonadami i za to ich ten jedyny raz w roku nienawidzę. Walą bez opamiętania przez okrągłe 8 godzin od 16 w ostatni dzień roku do trochę po północy w nowym roku.

A ten sylwester był bez wielkiej bojaźni u psa z dwóch powodów. Od paru dni Beza zachowywała się dziwnie. Była niespokojna, co chwilę wychodziła na zimowy taras, budziła nas w środku nocy, podczas spaceru „zawieszała się”, była zdezorientowana. Myśleliśmy, że trafiła ją starcza psia demencja i pies zaczyna nam wariować. W dodatku jakby ogłuchła, nie słyszała, co do niej mówimy. Reagowała tylko na niektóre dźwięki.

 

Bałam się tej sylwestrowej nocy, wiedząc, jak to wyglądało w poprzednich latach. Pies cały się trzepał ze strachu, w panice szukał schronienia. Sylwestrowy szał przeczekiwałyśmy w łazience. 

 Ale zanim nastała noc, przeżyliśmy trochę emocji. Trochę? No nie, ja z tych emocji i strachu słabłam (zawsze w środku umieram, a na zewnątrz lód i racjonalne działanie). Podczas popołudniowego spaceru, z głupia frant sprawdziłam, jak Beza siusia. I przeżyłam szok. Na śniegu oprócz Bezy siusiek była krew. Sporo krwi. W tył zwrot, do domu i telefon do naszego weta. Niestety, pracowali do 14, a było 20 minut po. No to gdzie? W tej samej miejscowości jest drugi weterynarz- tam Bezie zrobiono EKG serca. No to Jaskół dzwoni tam, pyta do której pracują. Dzisiaj krócej- do 16. A czy mogą psa zbadać, sika krwią. Nie ma sprawy, przyjeżdżajcie. I tak Beza wylądowała u lekarza. Tam zrobiono jej USG pęcherza- wyszło ostre zapalenie.

Od razu zastrzyk oraz tablety do domu. W piątek do kontroli. Wróciliśmy do domu, zastrzyk zaczął działać, pies się uspokoił. Wieczorem nie było już krwi na śniegu, a sam początek sylwestrowej kanonady Beza przespała w sieni. Dopiero jak sąsiad, za płotem, odpalił fajerwerki, obudziła się i przyszła do nas, do pokoju. Ale nie trzęsła się, nie panikowała. Leżała lekko zaniepokojona, ja ją dopieszczałam i tak dotrwaliśmy do końca huków. I teraz nie wiemy, czy to ten zastrzyk ja tak otumanił, czy rzeczywiście przygłuchła. Mamy zaplanowaną wizytę u naszego wujka-weta i poprosimy o przeczyszczenie uszu. I dopiero po zabiegu zobaczymy, czy pies rzeczywiście głuchnie.

Dzisiaj Beza obudziła mnie dopiero o 7 rano, a teraz zachowuje się spokojnie, po ogrodzie biega radośnie. Leczenie działa.

Można powiedzieć, że mieliśmy wybuchającego (emocjami) Sylwestra, a rok zakończyliśmy z przytupem. 

I trochę zimy (koniecznie na dużym ekranie) 


PS. A Czesi walą nadal z armat i sąsiad o małym rozumku puszcza fajerwerki. Na Bezie nie robi to absolutnie żadnego wrażenia. Smutne, że powodem tego jest częściowa głuchota.  

30 grudnia 2025

Jeże, jeże wszędzie jeże i wszystkiego najlepszego w nowym roku.

 


Jak już pisałam, było tak, jak sobie zaplanowaliśmy- bez choinki, zabiegania, prezentów oraz nadmiaru jedzenia. Kupiliśmy tylko kolorowe, drobne światełka na druciku i rozwiesiliśmy je w holiku. I one robią nastrój zimowego wieczoru.  

 

W BN powiesiłam, na krzewach przed tarasem, kule dla ptaków. Tak, tak wiem, ponoć ptaki zaplątują się w siateczki, ale mamy kule pod ciągłą kontrolą- gdyby ptak się zaplątał, to od razu będzie akcja ratunkowa. Poza tym, jak długo wieszam takie kule, jeszcze nie zdarzyło się, by któryś ptak zaplątał się w siateczkę, a jakoś dokarmiać je trzeba, bo jest mroźno. Oprócz kul, stoi karmnik pełen ziarna.  

 W niedzielę, tę przed BN, podczas wieczornego spaceru po ogrodzie, znalazłam niedużego jeża przy stosie z drewnem. Jeż leżał na boku i wydawało się, że nie żyje. Lekko go dotknęłam, igły drgnęły. No tak, hibernował- był w zimowym śnie. I co tu teraz z takim jeżem zrobić? Było ciemno, dlatego okryłam go kępami suchej trawy oraz przyniosłam z kompostu zasuszone kwiatostany hortensji. Usypałam na jeżem spory kopiec i postanowiłam, że jak go rano znajdę w tym miejscu, to zrobię mu norę w kompoście. Rano bardzo chciałam, by jeża tam nie było. Zawsze to niepokój, czy dobrze zaplanowałam, że zostanie, czy nie należało go zawieźć do schroniska. Ale kiedyś pan z tego schroniska powiedział mi, że takie średnie jeże sobie poradzą i należy je zostawić w środowisku, jak nie są ranne czy chore. Ten wyglądał na zdrowego. Niestety (dla mnie, bo nie lubię takiej odpowiedzialności) był tam, gdzie go znalazłam. Wzięłam jeża do kosza, przyniosłam do kompostu. To ogromna sterta suchych gałęzi, chwastów, na wpół zasuszonych, zmurszałych itp. Wygrzebałam z boku kompostu sporu dołek, wymościłam go suchą trawą, położyłam na niej jeża. Ukręciłam z tej trawy grube wałki, obłożyłam jeża z trzech stron i zrobiłam nad nim rusztowanie. Na rusztowaniu też ułożyłam trawę, suche kwiatostany hortensji, gałązki jodły, z sosny i inne suchelce- stworzył się namiocik. Potem od strony wejścia też zabezpieczyłam jeża tak, by mógł wyjść. Następnego dnia położyłam jeszcze parę gałęzi, robiąc rusztowanie, na to położyłam stary ceratowy obrus, by mu woda do tej norki nie przeciekła. Obrus przyłożyłam gałęziami sosny. I teraz boję się, że zrobiłam za mało, bo nie wiem, czy to przetrzyma 7 stopniowy mróz. Przeczytałam, że jeże w swoich norach potrafią przeżyć do -15 stopni na zewnątrz. W każdym razie zrobiłam wszystko, by jeż przezimował. Jaskół śmieje się, że jeż na wiosnę obudzi się i przeżyje szok. Był na trawie, znalazł się w norce.

To już druga akcja z ratowaniem jeży w tym roku, ale o pierwszej napiszę kiedy indziej. Ten jeżyk, prawdopodobnie jest z gniazda, które niechcący rozkopałam podczas palenia sterty suchych gałęzi.

W każdym razie wpadłam w fobię, bo teraz, kiedy chodzę po ogrodzie, wszędzie widzę jeże i mam pietra, że znów będę musiała kombinować z tworzeniem im legowiska zimowego, a ja przecież nie jestem jeżem i nie mam pojęcia jak to się robi fachowo „pojeżowemu”.

A dnia już przybywa, a z jasnością rośnie optymizm i dobry humor. I chodniczek, upierdliwiec rośnie. Miałam go skończyć w święta, ale palec wskazujący skaleczyłam w takim miejscu, że nie mogę nim podbierać osnowy. I znów przestój, i dalej widok chodniczka na ramie mnie wkurza. Nic nie może być dopięte, zawsze musi coś wyskoczyć.

Wyjęłam maszynę do szycia- uszyłam polarowe mitenki dla Jaskóła i dla siebie. Nie obszyłam ich górą, bo polar jest dosyć gruby i podszycie przeszkadzałoby w pracy. Podszyłam kant przy nadgarstku, żeby łatwiej się nakładały.  

Mitenki Jaskóła. 

Moje. Śmiesznie wyglądają, ale grzeją i to jest ich główne zadanie.
Jest jeszcze inny sposób na uszycie mitenek, ale do tego trzeba cieniutkiej dzianiny- wtedy warstwy są podwójne. Niestety, nie mam takiej dzianiny i na razie będą tylko polarowe.
 

Z polaru uszyłam też poszewkę na kocyk- legowisko dla Bezy. Psica ma teraz mocniejszą izolacje od lastrikowej podłogi, na której leży jej "łóżeczko".

Ten polar to zbawienie dla mojej skóry. Mam ją bardzo wrażliwą i jak w tkaninie jest chociaż trochę wełny, to od razu moja skóra jest czerwona oraz bardzo swędzi. Matka robiła nam na drutach leginsy z „żywej” owczej wełny. Takiej surowej, szorstkiej. Moja siostra nosiła je z lubością, ja nie mogłam nawet wtedy, kiedy pod spodem miałam bawełniane rajtuzy. O te leginsy były wieczne awantury, zimy ostre, a ja nie mogłam, no nie mogłam nosić żrącej wełny na nogach. Zresztą, nie tylko leginsy matka robiła z takiej wełny. Dziergała czapki, rękawiczki swetry, szaliki (nie powiem, ładne rzeczy z tej wełny robiła)... i ja to musiałam nosić, brrrrrr. Dla niej sprawa oczywista, że jak się ma kilka owiec, to się je strzyże, potem daje wełnę do gręplowania, sprzędzenia i dalej na druty. Dla mnie to był terror, ze swędzącą obolałą skórą, w tle.

I do dzisiaj żadnej wełenki nie mogę nosić. Żadnej alpaki, szetlanda, wielbłądka, moherku, tudzież merynosa, angory, kaszmiru itp. A wiadomo, wełna najlepiej grzeje. I teraz pojawił polar- polar mięciutki, o różnej grubości i jeszcze grzeje. Cudo. Polar pozyskuje się z butelek PET, zatem pochodzi z recyclingu w 100%. Po zużyciu można go ponownie przetworzyć. Czyli w jakimś sensie jest to tkanina ekologiczna. Współcześnie nie ma tkanin w 100% ekologicznych, bo uprawa lnu czy bawełny, wymaga choć trochę nawozów, nie mówiąc już o pozyskiwaniu ogromnych połaci ziemi pod uprawę kosztem całych biosystemów. Bielenie, zmiękczanie, farbowanie- wszędzie chemia, chemia chemia. Obecnie nie ma już naturalnej produkcji tych tkanin poza malutkimi manufakturami, ale ceny tkanin z takich zakładzików są horrendalne. Jak prześledziłam produkcję tkanin jedwabnych, to mi się odechciało- ekologia taka sama jak przy uprawach lnu i bawełny (przecież gdzieś te morwy trzeba sadzić), a traktowanie jedwabników, z podejściem humanitarnym do nich, nie ma nic wspólnego. Wełna i przędza, do pewnego momentu pozyskiwania, może być uznana jako ekologiczna, a potem znów bielenie, zmiękczanie, barwienie- chemia, chemia, chemia. I to samo, jak przy tkaninach- małe manufaktury i pojedyncze osoby barwią włóczkę ręcznie, barwnikami naturalnymi jednak to mikroskala. I ceny zaporowe.

Dlatego ten polar z recyclingu jest, w pewnym sensie, dobrym ekologicznym wyborem.  

Kończy się rok 2025. Podsumowań nie robię, planowania na rok przyszły też nie.  Na razie bardzo martwię się jutrzejszym dniem i kondycją Bezy.