Jak
już pisałam, było tak, jak sobie zaplanowaliśmy- bez choinki,
zabiegania, prezentów oraz nadmiaru jedzenia. Kupiliśmy tylko
kolorowe, drobne światełka na druciku i rozwiesiliśmy je w holiku.
I one robią nastrój zimowego wieczoru.
W
BN powiesiłam, na krzewach przed tarasem, kule dla ptaków. Tak, tak
wiem, ponoć ptaki zaplątują się w siateczki, ale mamy kule pod
ciągłą kontrolą- gdyby ptak się zaplątał, to od razu będzie
akcja ratunkowa. Poza tym, jak długo wieszam takie kule, jeszcze nie
zdarzyło się, by któryś ptak zaplątał się w siateczkę, a
jakoś dokarmiać je trzeba, bo jest mroźno. Oprócz kul, stoi
karmnik pełen ziarna.

W
niedzielę, tę przed BN, podczas wieczornego spaceru po ogrodzie,
znalazłam niedużego jeża przy stosie z drewnem. Jeż leżał na
boku i wydawało się, że nie żyje. Lekko go dotknęłam, igły
drgnęły. No tak, hibernował- był w zimowym śnie. I co tu teraz z
takim jeżem zrobić? Było ciemno, dlatego okryłam go kępami
suchej trawy oraz przyniosłam z kompostu zasuszone kwiatostany
hortensji. Usypałam na jeżem spory kopiec i postanowiłam, że jak
go rano znajdę w tym miejscu, to zrobię mu norę w kompoście. Rano
bardzo chciałam, by jeża tam nie było. Zawsze to niepokój, czy
dobrze zaplanowałam, że zostanie, czy nie należało go zawieźć
do schroniska. Ale kiedyś pan z tego schroniska powiedział mi, że
takie średnie jeże sobie poradzą i należy je zostawić w
środowisku, jak nie są ranne czy chore. Ten wyglądał na zdrowego.
Niestety (dla mnie, bo nie lubię takiej odpowiedzialności) był
tam, gdzie go znalazłam. Wzięłam jeża do kosza, przyniosłam do
kompostu. To ogromna sterta suchych gałęzi, chwastów, na wpół
zasuszonych, zmurszałych itp. Wygrzebałam z boku kompostu sporu
dołek, wymościłam go suchą trawą, położyłam na niej jeża.
Ukręciłam z tej trawy grube wałki, obłożyłam jeża z trzech
stron i zrobiłam nad nim rusztowanie. Na rusztowaniu też ułożyłam
trawę, suche kwiatostany hortensji, gałązki jodły, z sosny i inne
suchelce- stworzył się namiocik. Potem od strony wejścia też
zabezpieczyłam jeża tak, by mógł wyjść. Następnego dnia
położyłam jeszcze parę gałęzi, robiąc rusztowanie, na to
położyłam stary ceratowy obrus, by mu woda do tej norki nie
przeciekła. Obrus przyłożyłam gałęziami sosny. I teraz boję
się, że zrobiłam za mało, bo nie wiem, czy to przetrzyma 7
stopniowy mróz. Przeczytałam, że jeże w swoich norach potrafią
przeżyć do -15 stopni na zewnątrz. W każdym razie zrobiłam
wszystko, by jeż przezimował. Jaskół śmieje się, że jeż na
wiosnę obudzi się i przeżyje szok. Był na trawie, znalazł się w
norce.
To
już druga akcja z ratowaniem jeży w tym roku, ale o pierwszej
napiszę kiedy indziej. Ten jeżyk, prawdopodobnie jest z gniazda,
które niechcący rozkopałam podczas palenia sterty suchych gałęzi.
W
każdym razie wpadłam w fobię, bo teraz, kiedy chodzę po ogrodzie,
wszędzie widzę jeże i mam pietra, że znów będę musiała
kombinować z tworzeniem im legowiska zimowego, a ja przecież nie
jestem jeżem i nie mam pojęcia jak to się robi fachowo
„pojeżowemu”.
A
dnia już przybywa, a z jasnością rośnie optymizm i dobry humor. I
chodniczek, upierdliwiec rośnie. Miałam go skończyć w święta,
ale palec wskazujący skaleczyłam w takim miejscu, że nie mogę nim
podbierać osnowy. I znów przestój, i dalej widok chodniczka na
ramie mnie wkurza. Nic nie może być dopięte, zawsze musi coś
wyskoczyć.
Wyjęłam
maszynę do szycia- uszyłam polarowe mitenki dla Jaskóła i dla
siebie. Nie obszyłam ich górą, bo polar jest dosyć gruby i
podszycie przeszkadzałoby w pracy. Podszyłam kant przy nadgarstku,
żeby łatwiej się nakładały.
Mitenki Jaskóła.
Moje. Śmiesznie wyglądają, ale grzeją i to jest ich główne zadanie.Jest jeszcze inny sposób na uszycie mitenek, ale do tego trzeba cieniutkiej dzianiny- wtedy warstwy są podwójne. Niestety, nie mam takiej dzianiny i na razie będą tylko polarowe.
Z
polaru uszyłam też poszewkę na kocyk- legowisko dla Bezy. Psica ma
teraz mocniejszą izolacje od lastrikowej podłogi, na której leży
jej "łóżeczko".
Ten
polar to zbawienie dla mojej skóry. Mam ją bardzo wrażliwą i jak
w tkaninie jest chociaż trochę wełny, to od razu moja skóra jest
czerwona oraz bardzo swędzi. Matka robiła nam na drutach leginsy z
„żywej” owczej wełny. Takiej surowej, szorstkiej. Moja siostra
nosiła je z lubością, ja nie mogłam nawet wtedy, kiedy pod spodem
miałam bawełniane rajtuzy. O te leginsy były wieczne awantury,
zimy ostre, a ja nie mogłam, no nie mogłam nosić żrącej wełny
na nogach. Zresztą, nie tylko leginsy matka robiła z takiej wełny.
Dziergała czapki, rękawiczki swetry, szaliki (nie powiem, ładne
rzeczy z tej wełny robiła)... i ja to musiałam nosić, brrrrrr. Dla
niej sprawa oczywista, że jak się ma kilka owiec, to się je
strzyże, potem daje wełnę do gręplowania, sprzędzenia i dalej na
druty. Dla mnie to był terror, ze swędzącą obolałą skórą, w
tle.
I
do dzisiaj żadnej wełenki nie mogę nosić. Żadnej alpaki,
szetlanda, wielbłądka, moherku, tudzież merynosa, angory, kaszmiru
itp. A wiadomo, wełna najlepiej grzeje. I teraz pojawił polar-
polar mięciutki, o różnej grubości i jeszcze grzeje. Cudo. Polar
pozyskuje się z butelek PET, zatem pochodzi z recyclingu w 100%. Po
zużyciu można go ponownie przetworzyć. Czyli w jakimś sensie jest
to tkanina ekologiczna. Współcześnie nie ma tkanin w 100%
ekologicznych, bo uprawa lnu czy bawełny, wymaga choć trochę
nawozów, nie mówiąc już o pozyskiwaniu ogromnych połaci ziemi
pod uprawę kosztem całych biosystemów. Bielenie, zmiękczanie,
farbowanie- wszędzie chemia, chemia chemia. Obecnie nie ma już
naturalnej produkcji tych tkanin poza malutkimi manufakturami, ale
ceny tkanin z takich zakładzików są horrendalne. Jak prześledziłam
produkcję tkanin jedwabnych, to mi się odechciało- ekologia taka
sama jak przy uprawach lnu i bawełny (przecież gdzieś te morwy
trzeba sadzić), a traktowanie jedwabników, z podejściem
humanitarnym do nich, nie ma nic wspólnego. Wełna i przędza, do
pewnego momentu pozyskiwania, może być uznana jako ekologiczna, a
potem znów bielenie, zmiękczanie, barwienie- chemia, chemia,
chemia. I to samo, jak przy tkaninach- małe manufaktury i pojedyncze
osoby barwią włóczkę ręcznie, barwnikami naturalnymi jednak to
mikroskala. I ceny zaporowe.
Dlatego
ten polar z recyclingu jest, w pewnym sensie, dobrym ekologicznym
wyborem.
Kończy się rok 2025. Podsumowań nie robię, planowania na rok przyszły też nie. Na razie bardzo martwię się jutrzejszym dniem i kondycją Bezy.