Obraz na winiecie jest tak ogromny, że możecie się poczuć tak, jakbyście stali nad brzegiem tego rowu. Te trawy są obłędne.
"Jak wszyscy to wszyscy i babcia też"- fotki przedstawiają księżyc w Borsuczej pełni, na zachodnim niebie, wczoraj o 6 rano.A tak wyglądał wczoraj około 18. Księżyc ogromny, nocą tak mocno świecący, że ogród można było przemierzać bez latarki.Zimą podczas pełni są mrozy, jesienią bardzo chłodne poranki. Oczywiście wszystko przy bezchmurnym niebie.Powoli kończy się złota jesień. Coraz mniej liści na drzewach. Obserwuję przez drzwi tarasu, jak z dnia na dzień liście katalpy ze złotych stają się brzydko rude, schną i opadają. Na brzozach też coraz mniej złota.
Poranne i wieczorne chłody robią swoją paskudną robotę, każą roślinom zwijać się i gotować do zimy.
Codziennie siedzę w ogrodzie, głównie przycinając krzewy. Wiosny, w ostatnich latach, były nieprzewidywalne pogodowo i można się spodziewać powtórki. Wolę większość prac zrobić teraz, niż później się denerwować, że czegoś nie zdążę- coś przerośnie, zachwaści się, wybuja lub zmarnieje. Bardzo nie lubię, jak mi się nawarstwiają prace i trzeba potem nadganiać. A mówię tylko o pracach koniecznych, bo te mniej ważne już dawno nauczyłam się ciut lekceważyć i przesuwać.
Koniecznie na dużym ekranie. Myślę, że Wam się spodoba.
Wieczorami, podczas spacerów, z Bezą, po ogrodzie, spotykam młode jeże. Jeszcze we wrześniu martwiłam się, że takie maleństwa nie przeżyją zimy (przy paleniu stosu suchelców, odkryliśmy norę lęgową jeża- było tam 6 małych- szybko nad nią zrobiliśmy daszek i zasłoniliśmy łętami), a teraz stały się już dosyć dorodne i żwawo tuptają, by wyjść z kręgu światła latarki. No, niestety, już około 18 trzeba po ogrodzie poruszać się z latarką. Ja tam potrafię chodzić i bez latarki, bo znam każdy kąt, ale właśnie ze względu na jeże, by któregoś nie nadepnąć, oświetlam ścieżki. Dwa razy w październiku próbowałam malucha, którego spotkałam, nakarmić kocią karmą. Stawiałam przed jego nosem spodeczek z mięsem i odchodziłam. Po godzinie jeżyka nie było, a karma pozostała nietknięta. I tak mi się wydaje, że w takich naturalnych półdzikich warunkach, jaki jest nasz ogród (las i dużo przestrzeni), jeże nie potrzebują dokarmiania- mają mnóstwo różnorodnego terenu do łowów. Co innego w malutkim ogródku, gdzie wszędzie chodzą ludzie, a jedzonka malutko. Tam pewnie zjadłyby karmę bez marudzenia.
Tej jesienie ani nie kosiłam trawników (ostatni raz kawałek przed tarasem chyba na początku września), ani nie grabię liści. Nigdzie. Pod liśćmi żyją rozmaite robale, którymi żywią się jeże i ptaki. Nie będę stworzeniom wygrabiała stołówki. A na wiosnę i tak z tych liści prawie nic nie zostanie. Jedyny minus rzadkiego koszenia trawnika jest taki, że nie płoszone przez kosiarkę (drgania ziemi) nornice i krety, zrobiły z trawnika poligon- trzęsawisko. Ale niech sobie tam ryją. My i tak chodzimy utartymi ścieżkami
Znieśliśmy, z dużego tarasu do piwnicy, donice z amarylisami. Liście zasychają, a cebule wiosną przesadzę do nowej ziemi.
Oglądamy WTA Finals- niestety, Iga znów taka sama. Zabrzmi to obrazoburczo, ale tyle meczów Igi obejrzałam, że odważę się powiedzieć- dziewczyna jest mało lotna. Jak się wyuczyła na początku kariery siłowej gry, tak dalej gra, a reszta tenisistek poszła do przodu. U Igi wyuczone ruchy (schematy ruchowe), zasiedziałe w głowie wskazówki poprzedniego trenera i zero finezji, zero skrótów, lobów, zagrywek takich, by pogonić po korcie przeciwniczkę. Niezrozumiałe są dla mnie jej słowa: „Nie oglądam meczy moich przeciwniczek, robi to za mnie ekipa”. Nie ogląda, to znaczy nie widzi potknięć, błędów, sposobów gry przeciwniczek. Wydaje mi się, że samo stwierdzenie trenera: „Wiesz, ona gra tak i tak, więc ty zagraj tak....”, nie wystarczy. Oglądając mecze, sama wiele by zobaczyła, być może i to, czego nie dostrzeże trener. Czasem jakiś niuans może zdecydować o sposobie gry.
Nie jestem ekspertem, ale widzę, co się dzieje na korcie. Zobaczyłam prawie wszystkie jej mecze, w ostatnich trzech latach i chyba to wystarczy, by wyrazić swoją opinię o grze Igi. Zbyt często teraz, jak na zawodniczkę takiej rangi, przegrywa. A najnowsze rankingi opierają się na nerwowym liczeniu punktów- spadnie, czy nie spadnie.
Poszewki na jaśki wyhaftowałam. Najpierw miała być jedna, potem dwie no i zrobiły się trzy. Nie wiem, dlaczego zdjęcia wyszły takie przyżółcone. Może to światło w pokoju zawiniło? Kolory przekłamane- szkoda, bo ładnie je dobrałam. Lepszych nie będzie, bo poszewki poszły "na służbę" do Młodej
Haft, jak haft, z jednej strony trudny, bo trzeba liczyć, z drugiej strony szybciutko się haftuje.
Trochę szczegółów na fotkach, a więcej (technika haftowania, nici, igły itp.) będzie na moim drugim blogu
A tak to normalny dzień- Jaskół pojechał po towar, Beza drzemie przed domem, ja ogarniam chałupę, w planach wycieczka w ciekawe ruinki.
Niesamowicie szybko przeleciał mi październik, a i listopad się rozpędza.












