Chcieliśmy obejrzeć NATO-DAY- coroczne pokazy militarne w Ostrawie. Są to pokazy sprzętu wojskowego oraz loty nowoczesnych natowskich samolotów. Szukaliśmy na mapie miejsca, w którym moglibyśmy przystanąć niedaleko lotniska (tam to się odbywa) i poobserwować samoloty, ale doszliśmy do wniosku, że nie ma co Bezy męczyć, najpierw prawie godzinnym dojazdem (trzeba zajechać za lotnisko), a potem jeszcze kazać jej stać lub dreptać prawie w miejscu i czekać (w samochodzie bez nas jej nie zostawiamy).
No to gdzie jechać w taki piękny (jeszcze) letni czas? Może na grzyby- tych po suszy mało jest, a może na lwywy (wzorem Starszych Panów)- Sahara się robi, a i lwów jednak brak. Ryby też odpadają. Jak, zatem, skorzystać z tak pięknej wrześniowej pogody? Teraz akurat jest ten czas, kiedy wycieczki są najprzyjemniejsze- nie pada i jest ciepło, a nie gorąco.
Jaskół znalazł, po stronie czeskiej, pomnik. Mnie nie trzeba dużo, by się byle pierdołą pozachwycać, bo ja lubię takie rzeczy- lubię i miejsca zielone, i starocie w postaci pomników, ruin oraz pałaców „zaklętych”, żeby nie powiedzieć- też często zamkniętych.
No dobra, jedziemy zobaczyć, gdzie to najjaśniejszy pón cysorz zaszczycił swą obecnością swych poddanych.
Przy zjeździe do Cieszyna są takie obłędne widoki.
Taka sobie granica gdzieś z dala od głównych szlaków.
Jaskół nie lubi polskich map, bo niedokładne, obstalował trasę na czeskiej mapie, włączył nawigację- jedziemy. I wszystko fajnie szło aż do pewnego rozwidlenia dróg. Hmmmm... dróg to ładnie powiedziane- dwóch wąskich asfaltowych wprawdzie, ale takich wiejskich dróg już po czeskiej stronie. Zatrzymaliśmy się, bo gdzie teraz? W prawo, czy w lewo? Jaskół zaczął studiować Google, a ja z Bezą na krótkie siusiu (Bezy nie moje). No nie powiem, spacerek krótki, nawet fajne krowy tam były- chciałam zrobić im zdjęcie, kiedy Jaskół zarządził- jedziemy w lewo. Ruszyliśmy, ale naszły go wątpliwości- może jednak w prawo należało? OK, zawracamy, jedziemy w prawo.
Jechaliśmy, jak to przeważnie w naszym przypadku bywa, drogą „od zaplecza”. Bardzo rzadko jeździmy, „jak ludzie”, porządnymi drogami, zawsze nas skusi jakiś skrót albo boczna trasa itp. (jest to wpisane, od dawna, w nasze wyprawy- nie denerwujemy się, mamy czas, nic nas nie goni), czyli taką, którą zapewne chodziłyby owce, muflony i kozice górskie, gdyby raczyły żyć na tych terenach. Była ona wprawdzie dosyć szeroka, ale bardzo stroma, a co jakiś kawałek, wystawał z niej niewielki uskok zrobiony z podmytego i ukruszonego asfaltu (kiedyś chyba była na niej warstwa asfaltu, teraz to kamole i kawały zrytego asfaltu). Miałam wrażenie, że albo wpadniemy w jakiś wądół i urwiemy koło, albo zahaczymy miską olejową o ten zryty asfalt. Najgorsze było to, że trzeba było jechać tylko do przodu („coś być musi, do cholery, za zakrętem”), bo cofanie nie wchodziło już w grę. Wyjechaliśmy na wzgórze i ukazał nam się pomnik. Pomnik, jak pomnik, jednak te widoki.... dech zapierało.
Na polską stronę.
Na zdjęciu poniżej widać daleko Cieszyn, a za nim (w perspektywie) czeską elektrownię w Dziećmarowicach, a z lewej strony kopalnie w Karwinie. Bliżej kawałek Czech. Taki przekładaniec- Czechy, Polska, Czechy. Po czeskiej stronie
Przed nimi Przełęcz Jabłonkowska idzie od zachodu z Czechy na wschód do Słowacji- przełęcz jest w większości w Czechach.
Tu z dołu przyjechaliśmy- kawałek w dół jest w miarę fajna droga, potem stroma i zryta.
No i aby dokończyć wątek drogi dojazdowej, to od pomnika dalej, wiodła droga asfaltowa, równiutka, która po 100 metrach, krzyżowała się z drogą dosyć szeroką, łączącą Trzyniec z Leszną Górną. Czy trzeba było nią od razu? No nie, ale NIE, przecież- hej przygoda woła nas. My lasami, dolinami, po strumieniach, wyrwach i stromo po zrytym asfalcie przecież musimy- taką ma Jaskół, a ja się przychylam, fantazję (serio to przecież Jaskół nie mógł nawet przypuszczać, że władujemy się na taki survivalowy trakt). Tą porządną drogą zjechaliśmy do Trzyńca, a potem przez Cieszyn do domu.
Huta w Trzyńcu nadal pracuje.
Teraz o pomniku. Znajduje się na teranie czeskiej wioski Kojkovice. Ta z kolei graniczy z Polską. Ale w czasach Franza Josefa żadnej granicy przecież tu nie było. Przyjeżdżał na inspekcję swoich ziem.
Zdjęcie współczesne.
Zdjęcie z 2014 roku.
„W 1908 roku Kojkowice, dziś będące dzielnicą Trzyńca, były samodzielną gminą. Jej władze postanowiły uczcić sześćdziesięciolecie panowania cesarza, który osobiście odwiedził miejscowość, poprzez ustawienie na tzw. Kojkowickiej Górce głazu z tablicą pamiątkową.
Jak
informuje portal „fotokresy.pl”: Odsłonięty
został we wtorek 8 września 1908 r. o godz. 14. Program
uroczystości był następujący: 1. Powitanie, 2. Chór mieszany, 3.
Odsłonięcie pomnika, 4. Odśpiewanie hymnu ludowego, 5. Wycieczka
do pobliskiego lasku. Wieczorem miało miejsce odpalanie sztucznych
ogni, a następnie zabawa taneczna w gospodzie gminnej przy
współudziale hutniczej kapeli z Trzyńca. W uroczystości brało
udział około 2 tys. osób.
Tego
samego dnia wysłano do cesarza telegram o następującej treści:
„Gmina Kojkowice przy Cieszynie składa przy odsłonięciu pomnika
na pamiątkę pobytu Najjaśniej. Pana na manewrach w r. 1906 u stóp
Tronu z powodu jubileuszu sławnych rządów wyrazy głębokiej czci
z życzeniami: niech Bóg raczy Go nam jak najdłużej przy zdrowiu
zachować.
Po I wojnie światowej na pomniku umieszczono tablicę z nazwiskami czterech obywateli Kojkowic, którzy zginęli w czasie wojny. Byli to: Józef Klimsza, Jerzy Stokłosa, Adam Trombik i Jan Cholewik. W późniejszym okresie tablica ta została przeniesiona do budynku polskiej szkoły. W 1950 r. pomnik ponownie otrzymał nową tablicę. Tym razem na mało czytelnej płycie z wyobrażeniem gołębia symbolizującego pokój pojawił się dwujęzyczny napis: „Za trvalý mír – Za trwały pokój – r. 1950″.
W takiej postaci przetrwał do października 2010 r., kiedy staraniem Miejscowego Koła PZKO oraz dofinansowaniu przez władze miasta Trzyńca został odnowiony.
Do szczegółów dotyczących historii pomnika dotarł też w 2007 roku (kiedy to tablica na wapiennym głazie mówiła o pokoju) Stanisław Zahradnik. Wyjaśniał on wówczas czytelnikom „Głosu Ludu” (nr 118 z 11 października 2007, s.3), że pomnik stanął na Kojkowickiej Górce, gdyż to z tego właśnie miejsca cesarz Franciszek Józef obserwował wraz ze swą świtą we wrześniu 1906 roku przebieg wielkich ćwiczeń wojskowych, tzw. manewrów cesarskich (które tak barwnie opisywał Gustaw Morcinek w „Czarnej Julce”). Widok stąd bowiem wspaniały na Puńców i Dzięgielów. Zahradnik zwraca też uwagę i podkreśla, że ówczesny wójt Paweł Kajzar cesarza witał po polsku.”
Tyle cytat z:
https://zwrot.cz/2018/06/spacery-ze-zwrotem-pomnik-cesarza-w-kojkowicach
Więcej o pobycie cesarza w Cieszynie oraz o manewrach, które odbyły się na puńcowskich wzgórzach, można przeczytać tu:
https://muzeumcieszyn.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=41&Itemid=152
Zastanawiam się, dlaczego napis na tablicy jest tylko w j. polskim. Wydawałoby się, że powinien być w dwóch językach. Tym bardziej, że przedstawiciele polscy- PZKOL oraz czescy- władze Trzyńca- finansowali jego renowację. Sam pomnik znajduje się w Czechach. Wygląda na to, że Czesi nie są małostkowi, a napis przecież rozumieją.
Zdjęcia moje i ze strony artykułu oraz ze stron
https://w.eksploratorzy.com.pl/viewtopic.php?t=3122&p=12534
https://www.visitcieszyn.com/dawny-pomnik-cesarza-franciszka-jozefa-i
Gdyby ktoś pytał :"Gdzie żeś to bywał czarny baranie?", mogę dać namiary na miejsce jego pobytu.













