Taka śliczna ważka lata po ogrodzie. Jest duża ma około 10 centymetrów. Najpierw nie potrafiłam jej "upolować", bo lata bardzo szybko, a potem mi pięknie, przez parę minut, pozowała.
Powoli
wraca codzienność, ale już nie w takich normach, jak przed
półtora tygodniem. Trzeba trochę życie przemeblować, coś ująć,
coś dodać, o czymś zapomnieć, a więcej zapamiętać. Trzeba
przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości.
Jednak
nie ukrywam, że przeżyłam ogromny wstrząs emocjonalny. Po raz
kolejny dotarło do mnie, że wszystko jest takie kruche- kruche i
nieprzewidywalne. Wszystko toczy się normalnie, a tu nagle buch!
Prosto w splot, w żołądek, w głowę, jak obuchem- świat się
wali i już nic nie jest takie, jak wczoraj.
I
tak jestem szczęśliwa, że zakończyło się (??) w miarę dobrze.
Mogło być gorzej- tak, o wiele gorzej. I jeszcze raz los dał znać,
że nic nie jest wieczne, że może w każdej chwili trzasnąć. Nie
potrafię żyć w myśl zasady: „Żyj tak, jakby każdy dzień był
ostatnim”. No niby jak ma to wyglądać? Co niby mam ekstra robić?
Mogę cieszyć się słońcem, obecnością ludzi bliskich, mogę
przytulać psa, mogę łazić po ogrodzie, podglądać pszczoły i
ważki, mogę słuchać ptaków, obserwować ich loty, mogę
obserwować samoloty (bardzo lubię), mogę- co tam jeszcze? Aha, mogę
tkać, haftować, słuchać muzyki, wcinać lody bakaliowe lub z
ciasteczkami, po prostu mogę sprawiać sobie drobne przyjemności,
łapać te drobniutkie chwile radości i sklejać do kupy.
Codziennie. Ale przecież ja to robię i wcale wtedy nie myślę o
dniu ostatecznym. Maksyma, którą przytoczyłam jest dla mnie tym,
czym trudny wiersz dla ucznia i postawione przez nauczyciela durne
pytanie: ”Co autor miał na myśli”. No, co miał, tworząc taką
maksymę? Przeciętny człowiek nie będzie codziennie sprawiał
sobie przyjemności ponad możliwości, balował, szalał, bo to może
być jego dzień ostatni. A na filozoficzne dumania też nie ma
czasu. Owszem, może ograniczyć się w fundowaniu sobie ujemnych
emocji, może nie zadzierać z ludźmi, może obudzić w sobie
empatię itp. Może. Tylko, że te rzeczy powinny być w jego życiu
również na porządku dziennym.
Ok,
pofilozofowałam sobie, a życie i tak będzie szło swoim torem- jak
zechce to znów los rąbnie, a my najczęściej nie będziemy mieli
na to wpływu. Ot taki chichot losu.
A
jednak, chociażby dzisiaj, w ramach: „Żyj tak, jakby jutro świat
się miał skończyć”, opchałam się malinami z krzaka- sama
przyjemność. Z nikim się nie podzieliłam- brzydka Jaskółka. To
późno owocująca odmiana. Owoce ogromne, soczyste i jest ich na
łodydze sporo. Dwa lata maliny nie potrafiły się pozbierać i na
zasadzonych 20 krzaczków, przyjęło się parę, w zeszłym roku te
parę zaczęło puszczać rozłogi, a w tym roku już jest na nich
dosyć dużo owoców.
Ogród
powoli szykuje się do jesieni. Martwiłam się o zimowity, a one
postanowiły w tym roku zakwitnąć później i dopiero teraz pojawia
się coraz więcej kwiatów. W dodatku, co mnie bardzo ucieszyło, wyrosła osobna kępka niedaleko głównej. Jak przekwitnie,
przesadzę w bardziej widoczne miejsce.
Zaczynają kwitnąć
jadwiżki- u nas jadwiżki (w rodzinie tak je nazywamy), gdzie
indziej marcinki lub michałki, a tak naprawdę to jest aster
jesienny. Fajna bylina- łatwa w przesadzaniu, łatwa w utrzymaniu,
mało wymagająca i kwitnie wtedy, kiedy inne kwiaty już przestają.
Kiedyś
miałam sporo gatunków chryzantem, ponieważ chciałam, by ogród
kwitł aż do listopada. Jednak one nie polubiły tutejszej gleby-
kilka lat rosły, a potem wymarzły. Ach, i anemony ciągle kwitną.
Anemony, moje ulubione wczesno jesienne lub późno letnie kwiaty.
Bardzo dekoracyjne i w sumie też łatwe w uprawie.
Kwitną również rozchodniki, które są uwielbiane przez pszczoły. Bardzo miododajny kwiat.
Upał
przyszedł, kolejny. Tym razem jednak powietrze już inne, zimne
ranki i wczesne wieczory łagodzą gorąco. Na tarasie 35 w słońcu,
na oknie; w kuchni, w cieniu, tylko 23 stopnie. Szału nie ma.
Nadal
bardzo brakuje porządnego deszczu. Podlałam dzisiaj ogród wodą z
węża. I chociaż poranne rosy są obfite, a ulewa, dosyć porządna, która
przeszła nad ogrodem tydzień temu, zasiliła glebę na tyle, że
jeszcze jest wilgotna (w trawnikach i w grządkach, bo w lasku
posucha), to po dzisiejszym upale rośliny oklapły.
Nie
ma również snujących się, o tej porze roku, nitek babiego lata.
Coś się w przyrodzie pomerdało. Czekam z
niecierpliwością na te babie nitki, które
szczególnie w mglisty dzień operlone, są bardzo dekoracyjne. No i pajęczyny w kropelkach wymiatają.
Barbula- w ogrodzie są dwie.
Jesień
też czuć już w domu- muchy stały się ospałe, niektóre same
padają na parapet martwe. Do domowego ciepełka pchają się myszy
(dobrze, że nie gnomy i trolle). Zrobiliśmy ich odłów- za
pierwszym razem do żywołapki weszły trzy w ciągu dwóch godzin.
Po kolei, jak jedną Jaskół wyniósł do lasku, właziła druga i
potem tak samo było z trzecią. W kolejnym dniu złapały się
jeszcze dwie. Wydawałoby się, że to już końcówka, a okazało
się, że po domu wędruje jeszcze jedna, a może dwie. I to już
jest mysz- mądralińska. Z jednej łapki wyżarła przynęta,
drzwiczki się nie zatrzasnęły. Po jakimś czasie sytuacja powtarza
się- skwarek mamuciej wielkości zniknął, drzwiczki nie
zatrzasnęły się. Mechanizmy w obu pułapkach działają. Stawiamy
te łapki codziennie w różnych miejscach i codziennie stwierdzamy,
że są puste, a ślady myszycy/myszora, pojawiają się tu i tam.
Niefajnie jest, kiedy otwieram drzwi do schowka, a tam mysz sobie
spaceruje po słoikach, kiedy mnie spostrzega, to wcale nie
panikuje, tylko spokojnie schodzi na podłogę, po czym znika za regałem.
Nie znoszę zapachu (smrodu) myszy, dostaję mdłości od niego i mysz
wyczuję, jak tylko w domu się pojawi. Z tą przechera też sobie
poradzimy- w końcu trafimy w jej gust i znęci ją do pułapki
kawałek czegoś dobrego.
Tkam
gobelinki na tamborkach.
Ot, taki kaprys mnie naszedł, by spróbować utkać coś na okręgu,
chociaż tkanie okrągłego dywanika na długi czas mnie do tego
zniechęciło.
Taki jest pierwszy. Więcej zdjęć i treści o sposobie tkania na drugim moim blogu.
Nadal
maszyna do szycia siedzi w szafie. Nie ma takiego miejsca, by
wszystko rozłożyć i zostawić na parę dni. Inaczej- mam takie
miejsce- zawsze szyję na stole w pokoju komputerowym, ale wkurza
mnie zostawienie „rozbabranego” szycia na dłużej. Bo to i
maszyna, i mata do cięcia, pudełko z przyborami, nożyce, igielnik,
szpilki, linijki, szmatki, łatki, słonie, łonie i słasice latają
po stole oraz okolicznych blatach. Do tego dochodzi deska do
prasowania oraz żelazko, nie wspominając już o odstawionych od
stołu krzesłach, postawionych w miejscach jeszcze wolnych, czyli w
ciągach przelotowych i trzeba je omijać.... brrrrrr....
No
i co mówić wtedy o życiu tu i teraz w perspektywie jutrzejszego
końca świata? Zawracanie głowy- ja tu mam konkretne problemy do
rozwiązania.
Napisałam
post o AI, a w tzw. międzyczasie bloger spłatał figla. Ponieważ
prawie nigdzie nie komentuję, napiszę tu, co o tej całej sprawie
sądzę, a przy okazji trochę rozwinę temat, dotyczący mojego
spojrzenia na blogowanie i komentowanie. Można się z moim zdaniem
zgodzić, można nie zgodzić, można się zapluć ze złości,
czytając mój post, można też shejtować mnie w blogosferze (wielu
nie zna w tym umiaru). Wszystko można, proszę bardzo, czyńcie, co
tam chcecie. Jednak nie można mnie obrazić i shejtować na moim
blogu i to jest tzw. plus dodatni wyłączonych komentarzy.
Zabawne...
No
więc (więc i tylko więc, tu pasuje), bloger zablokował wczoraj
komentowanie... naprawdę pozwolił sobie na takie faux pas wobec
blogerów. Oj, zablokował komentowanie.... oj... i stała się
tragedia blogowa... ale nie dla wszystkich, mówię uczciwie, bo są
blogerzy, którzy piszą posty nie dlatego, by potem utonąć w
komentarzach na ich temat, a dlatego, że mają potrzebę podzielić
się z ludźmi czymś ciekawym. Nie tylko ja do nich należę. Jednak
są blogerzy, którzy piszą posty po to, by pławić się w
komentarzach pod nimi, żyją blogiem i komentarzami, przeżywają
tragedię niemal narodową, kiedy coś się w blogerze schrzani.
Ech.... nie chcę się złośliwić i nie będę. Jednak trochę mnie zszokowało, kiedy zobaczyłam, że wstrzymanie przez blogera komentarzy, wywołało u wielu ataki paniki i niemal zatrzymanie akcji serca oraz stwierdzenie, jak teraz będzie blogosfera żyć... no jak blogerze żyć, jak żyć??????????!!. Może mogłabym wziąć za żartowanie, pokpiwanie z tej sytuacji, jednak, gdy na wielu blogach pojawił się ten temat, to uznałam, że blogerzy przeżywają "dramat" na serio. No nie, jeszcze teraz, kiedy to piszę, to śmiać mi się chce, bo naprawdę (o, naprawdę pisze się razem, prawda?) mnie takie podejście rozśmieszyło. Blogowanie uważam za dodatek do realnego życia i dwa dni poślizgu w blogowaniu czy komentowaniu nie zrobiłoby na mnie wrażenia. A tu okazało się, że mimo zarzekanie się blogerów, to jednak wyłączenie komentowania bardzo ich obeszło i zachwiało podstawą sensu ich blogowania.
Powtórzę jeszcze
raz- wyłączyłam komentowanie z całą świadomością pewnej
„straty”. A po czasie zauważyłam, że liczba wejść wcale się
nie zmniejszyła, czasem jest większa, często przekracza 100 w
danym dniu. Co znamienne, nie piszę też postów, by nabijać
licznik- z nikim nigdy nie konkurowałam i sprawdzam tylko dlatego,
by zobaczyć, jakie tematy są bardziej lub mnie chodliwe. Mam pewne
założenia i kierunki, w jakich chcę mój blog prowadzić i na
razie to się sprawdza.
Nie
zawsze trzeba pisać o pierdołach, pisać o rzeczach oczywistych,
które latają na innych blogach tak często, że aż mdli, pisać o
zdrowiu (wiem, trzeba się bólem dzielić i to pomaga- rozumiem, jak
pomaga to trzeba to napisać), nie trzeba uprawiać swoistego
ekshibicjonizmu i co trzeci post pisać o ogromnym dole, nie trzeba
kokietować oraz manipulować innymi, kiedy się jest klasycznym
narcyzem i czytający to widzą- kiedy jakichś treści
monotematycznych jest w nadmiarze, blog staje się nudny.
Nie
trzeba, ale rozumiem ludzkie potrzeby i wiele osób potrafi tylko w
ten sposób prowadzić swój blog, mają jakieś osobiste korzyści,
w czymś im to pomaga. To jest w myśl hasła latającego w
blogosferze: „To mój blog i mogę sobie pisać na nim, co chcę”.
Tak, prawda, ale po pewnym czasie taki mono blog przestaje
przyciągać, odrzuca swoją powtarzalnością, męczy.
Dlatego
w myśl drugiej blogowej zasady- „Jak ci się nie podoba, to nie
wchodź, nie czytaj” na takie blogi wchodzę bardzo rzadko, a najcześciej w
ogóle wykreślam je z pamięci.
I
poruszę sprawę słownictwa, języka używanego w postach. Ludzie,
zlitujcie się, po co te zdrobnienia, po co te dziwnie wymyślane
neologizmy, po co silenie się na „błędy ortograficzne”,
silenie się na językową oryginalność, jakieś lingwistyczne
szpanowanie aż do granic śmieszności, ten brak interpunkcji i
często prawdziwe błędy ortograficzne, mylenie pojęć, używanie
słów nieadekwatnych do sytuacji, język knajacki, że nie powiem
wprost- grypsera, wulgaryzmy (znam takie, co najmniej, 4 blogi)? Po
co? Prawdopodobnie ma to ubarwić tekst, ale nadużywane, stwarza, że
tekst staje się sieczką słowną. Blogi piszą ludzie dorośli,
nierzadko wykształceni, mający wiedzę, jak wzbogacić język. I
nie czepiałabym się, znów w myśl zasady „mój blog...”,
tylko, że ci sami ludzie mają pretensje do innych, że język
ubożeje, że staje się chaotyczny, niechlujny. Ci sami ludzie
przyzwalają w blogosferze na taki język. Jakiekolwiek próby
protestu (między innymi mojego) napotykają na brutalny atak ze
strony autorów tych blogów, oraz niewybredne teksty ze strony
komentatorów. Gdzie jest granica obłudy? I wczoraj sobie
pomyślałam- świetnie- nie będzie komentarzy, nie będzie
popleczników, nie będzie hipokryzji, a blogerzy będą musieli się
wysilić na dobre posty.
Może
bloger powinien w ten sposób oczyścić blogową atmosferę?
Owszem,
chcę się dzielić różnymi rzeczami, ale już nie chcę mieć
wiedzy „komentatorskiej”. Da się bez niej dobrze funkcjonować,
da się spokojnie bloga prowadzić. Ale żeby nie było, że ja
jestem taka fajniutka bezkrytyczna w stosunku do siebie- kilka razy
chciałam komenty włączyć, kilka razy za nimi zatęskniłam, kilka
razy chciałam przeczytać zdanie innych ludzi na temat posta, żal
mi też niektórych komentatorów- fajnie komentowali. Jednak czuję
w sobie ogromny opór- nie włączę. Bardzo proszę, by moi byli
komentatorzy nie odbierali tego jako mój brak zaufania oraz brak
szacunku do nich.
Jak
huknie cały bloger, odczuję tylko stratę tekstów, ale już nie
zdjęć, bo te mam w plikach na dyskach. Już raz straciłam blog i
założyłam nowy, dosyć gładko i bez bólu poszło.
Czytam
ten tekst- hmmmmm..... tak, wiem, piszę w sposób nudny dla
niektórych, zbyt poprawny, ale nie będę na siłę zmieniała
mojego stylu pisania po to, by przypodobać się garstce blogerów. W
realu mam ogromne poczucie humoru, próbowałam je przerzucić na
blog, napisałam jeden tekst, potem drugi... Nie wiem czy pamiętacie
taki blog z Pieprzem w tytule, albo inny blog z niepoprawną matką w
tytule czy jakoś tak... i doszłam do wniosku, że nie mam takich
umiejętności pisarskich, by pisać humorystyczne posty z życia
wzięte. Pozostało mi pozostać przy moim stylu i poprawnym (ech
niektórych to strasznie dziobie w oczy) słownictwie.
No
dobra, Jakółka sobie napisała post niekoniecznie wesoły, a dla
was jeszcze coś smutniejszego od mojego tekstu. Wysłuchać, a potem,
jak mówił bardzo młody człowiek: „Nie smutać się”, idzie
piękna kolorowa jesień (i podobno ma być długo ciepła)
PS. Przypomniało mi się trzecie zdanie krążące na blogach: "Nie mam wpływu na to, jak ktoś odbierze słowa pisane w poście, jak ktoś odbierze je do siebie, to jego sprawa".
Myłam okna, kiedy zastanowił mnie głos
wokalistki. Najpierw
wysłuchałam utworu, który przewinął się mi na liście w YT jako kolejny. Potem zajrzałam, by zobaczyć kto to jest i jak ona wygląda. Doznałam
lekkiego szoku. Tego się nie spodziewałam. Wprawdzie imię i
nazwisko sugerują, że pochodzi ona ze Wschodu, jednak coś innego
mnie zaintrygowało. Wokalistka często występuje w kebaji i chuście
na głowie, wiązanej na modłę arabską.
W
dodatku te oczy, z oczami coś nie tak. Poszukałam o niej więcej
informacji.
Putri
Ariani ma 21 lat i pochodzi z Indonezji. W info. napisano, że śpiewa
pop, ale i utwory hard rockowe też ma na swoim koncie.
Wada
wzroku wzięła się stąd, że dziewczynka urodziła się w 6
miesiącu ciąży, po czym długo przebywała w inkubatorze. Kiedy opuściła
inkubator stwierdzono i niej zaćmę (tę zaraz usunięto) oraz
retinopatię wcześniaka, czyli ciężką wadę wzroku. Wprawdzie
przeprowadzono operację prawego oka, ale się nie udała i uznano
dziewczynkę za całkowicie ślepą.
Jak
mówiła moja babcia: „W życiu zawsze jest coś za coś”. Putri
Ariani nie widzi, za to jest fenomenalnie uzdolniona muzycznie i ma
genialny głos.
Dodatkowo, w trakcie śpiewania, akompaniuje sobie na fortepianie
Pierwszy
raz publicznie wystąpiła, kiedy miała 7 lat. W świat muzyki i
śpiew wprowadziła ją babcia, która pochodziła z Sumatry
Zachodniej.
Potem
zaczęła uczęszczać do szkoły muzycznej, ale jako specjalność
wybrała grę na flecie.
Kiedy
miała 17 lat, wystąpiła w amerykańskim „Mam talent” i dotarła
do półfinału. Ale to nie był jej pierwszy sukces – wcześnie,
kiedy miała 8 lat, wystąpiła w indonezyjskim „Mam talent”,
który wygrała.
Podczas amerykańskiej
edycji stwierdziła: „Moim
największym problemem jest to, że ludzie patrzą na mnie jak na
osobę niewidomą, a nie jak na muzyka. Ale kiedy śpiewam, czuję
się jak supergwiazda”. Zresztą jej inność powodowała, że w
szkole czuła się zastraszana. Nie tylko z powodu braku wzroku, ale
i z powodu sylwetki.
W
2024 roku rozpoczęła studia wyższe na Wydziale Prawa w Gadjah Mada
University, na kierunku Sztuki wokalne.
Desert Rose najlepiej śpiewa chyba Sting, przynajmniej mnie się ta piosenka najbardziej podoba w jego wykonaniu, ale wykonanie Putri Ariani też jest świetne. Urzeka mnie ten niezwykle czysty głos o orientalnym brzmieniu oraz skala w jakiej operuje wokalistka.
Putri Ariani śpiewa w kilku językach, komponuje i jest producentką. Działa również charytatywnie- daje datki na budowę meczetu oraz wspomaga finansowo sieroty oraz ludzi ubogich. Finanse czerpie ze sprzedaży każdego wydanego jej albumu.
To bardzo nowoczesna, otwarta osoba, można
obserwować ją na Facebooku.
PS. Tak na marginesie ta uwaga. Niektórym wydaje się, że jak ktoś napisze rzetelną informację to jest to robota AI. No cóż, dobrze, że tylko wydaje im się i dobrze, że tylko niektórym. Jakieś ogólnospołeczne przewrażliwienie występuje na punkcie AI, a żeby było śmiesznej to ci obłudnicy sami się nią, cichcem, milczkiem, posługują.
Chyba napiszę post na temat AI, ale nie o notkach info., tworzonych przez AI, tylko jak ja to widzę ogólnie.
Halo, więcej wiary w ludzki umysł, wykształcenie, erudycję i znajomości tematu. Nie wszyscy są głąbami, którzy muszą się posiłkować AI albo z braku wiedzy, albo z braku rozumowania, albo po prostu ze zwykłego lenistwa.
Mój
instynkt samozachowawczy jest niezawodny. Instynkt, dotyczący
oszczędzania nerwów, a może to nie tyle instynkt, co lata
doświadczenia w pokonywaniu ogromnych stresów i radzeniu sobie, by
nie zaliczyć tego najgłębszego dna. A już blisko do niego było kilka razy.
W
zasadzie od dziecka rozładowuję stresy aktywnością, głównie
fizyczną. Moje bieganie po lesie, włóczenie się po nim,
sprzątanie pokoju, „nadprogramowe” granie na pianinie na full
(tak, trzeba było ćwiczyć do lekcji), czy pranie ręczne- sama
sobie prałam lżejsze ciuchy, nawet rąbanie drewna oraz oporządzanie zwierząt, to wszystko pomagało mi poradzić
sobie z lękami, bólem duszy, niepewnością, poczuciem zagrożenia
czy niesprawiedliwości.
I
biegiem lat, mój organizm tak się wytresował, że jak tylko był
problem, to brałam się do roboty, by poradzić sobie ze stresem, a
problem zamieniał się w zadanie do wykonania. Poza tym- na początku
z tych słów się śmiałam- spostrzegłam, że ten
mechanizm działa i to pozytywnie. Pamiętacie Scarlett O'Hara z
„Przeminęło z wiatrem”? Otóż ona, kiedy napotykała na
trudności, mówiła spokojnie: „Jutro też jest dzień, zastanowię
się jutro”. A przez noc przecież tyle się zmienia, zmieniają
się myśli, nastawienie, człowiek inaczej patrzy na świat po
przebudzeniu. Często, kiedy nawiedzają mnie czarne myśli, mówię
sobie spokojnie: nie teraz, teraz nie chcę o tym myśleć i szukam w
głowie wesołego tematu, pogodnych myśli, jasnych obrazów. Tak
samo podchodzę do problemów- nic na siłę, pośpiech jest wskazany
tylko przy łapaniu pcheł, jutro też jest dzień. I to działa, oba
sposoby działają. Nie znaczy to, że uciekam od problemu, po
prostu, po nawet krótkim czasie, wygląda on zupełnie inaczej. I
jest czas na podejście zadaniowe, wymyślenie wariantów działania.
Ale nie zawsze tak było, walka z ujemnymi emocjami jest cholernie
trudna i zanim się tego nauczyłam, spaliłam się prawie na węgiel.
Niestety mocne osady pozostały, jest tylko pilnowanie, by znów nie
dopuścić do pożaru.
I
teraz tak samo staram się pokonać stres- od poniedziałku wymyłam wszystkie okna, wykosiłam
trawniki, wyprasowałam pranie, wymyłam krzesła i nogi stołu w
kuchni- Beza włazi pod stół, a że ma futerko jakie ma, to po
pewnym czasie nogi krzeseł i stołu są czarne. Kurcze, wymyłam
nawet ściany w sieni do wysokości 50 centymetrów, które też
miały smugi w miejscach, gdzie przechodzi Beza. To samo z
narożnikami ścian i futryn oraz drzwiami. Wyprałabym również firanki,
ale obiecałam solennie "wybyłym" domownikom, że jak będę sama w
domu, to nie ma: po pierwsze łażenia po drabinie i po drugie cięcia mechanicznym
sekatorem (tu uważam jak diabli, ale go raczej nie odstawiam).
W
sumie mają rację, ale wpędziło mnie to w jakąś fobię, bo łażę
wszędzie z telefonem, by w razie co....
Niby
już jest dobrze, wszystko wraca do normy, ale ten cholerny niepokój,
gdzieś tam targa podświadomością.
W
ogrodzie przekwitają kwiaty. Zakwitły ostatnie gladiole- biała,
która od razu deszcz połamał oraz ciemnobordowa- piękna.
Kwitną
wrzosy i czekam na zimowity. Już powinny zakwitnąć, a tu ciągle puste miejsce na grządce. Mam nadzieję, że susza ich nie
zniszczyła. Dziwna roślina- na wiosnę ma liście ogromne, potem
iście usychają, a jesienią zimowit zakwita już bez liści.
Od
paru dni snują się wokół domu dymy, takie dymy, które od razu
przywołują wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to palono na polach
łęty, a w ogniskach piekły się ziemniaki. Wdycham ten dym z
przyjemnością, jest nienachalny, pachnie przyjemnie. Na razie nie
zauważyłam babiego lata- nitek pajęczych, snujących się wszędzie.
A przecież już czas na nie. Jeszcze dwa tygodnie i rozpocznie się
jesień. Najpiękniejsza kolorystycznie pora roku. Urodziłam się
jesienią, jestem jesienna, w kolorytach też. Lubię jesień w
każdej postaci. Nawet w tej z deszczem albo z mgłami.
Napisałam
post o krótkiej wyprawie w teren, by zobaczyć stary słup
graniczny, postawiony kiedyś na granicy Prus i Austrii. No i post
wcięło, zanim go zamieściłam.
A
wycieczka była półtora tygodnia temu- w piątek.
Na
razie ten temat odstawiam, jak będzie wena, to napiszę, o co chodzi
z tymi słupami granicznymi.
A
teraz to, co dzieje się na bieżąco. Sobota- jedziemy Bezie obciąć
pazurki (bardzo szybko jej rosną, a może to ten czas tak leci?
Niedawno przecież byliśmy.). Zong, przed weterynarią kupa
samochodów, Beza 7 w kolejce, a czynne do 13. Nie czekamy, naszym
zwyczajem zaliczamy krótki wypad w teren. A teren to dokładnie staw
w sąsiedniej wiosce. Nieplanowany. W sumie to nie wiem, co Jaskół
planował mi pokazać. Na pewno chciał mi pokazać nowe rondo, ale
naburczałam na niego, że rondo nie jest dla mnie interesujące,
niech mnie zawiezie gdzieś „w przyrodę”. Trochę się spiął,
bo rondo miało być pokazane dlatego, żebym wiedziała, jak z niego
korzystać w drodze do Jastrzębia. Przyznać jednak muszę, że
uważnie skanowałam całą trasę, a w obecnej sytuacji akurat mi
się przyda. Normalnie do Jastrzębia jeździmy inną drogę, ale
aktualnie trwa przebudowa torów pod szybką kolej i jest szaleństwo
z drogami (kolejny most w przebudowie, kolejna droga zamknięta i
same objazdy). Ta normalna trasa ma objazdy, ta z „rondem” jest
nowa, ale omija całe to szaleństwo. Teraz jak znalazł.
Ok,
no cóż, ja tam wolę jednak teren „niezabudowany”. Zatem
zatrzymaliśmy się przy ogromnym stawie, na którym siedziało stado
mew. Dla mnie choćby kawałek takiego widoku to frajda. Nasz pobyt
nad stawem był krótki, ale udało mi się zrobić kilka fotek i
nakręcić film.
To jest jedna trzecia stawu- on jest ogromny, ale tylko w jednym miejscu siedziały na wodzie mewy.
A
w domu się chrzani. W niedzielę przeżyłam niefajne déjà vu- to
z tych, których zakończenia nie chciałabym przeżyć jeszcze raz.
A dzisiaj już lepiej, niemniej trochę nerwów mi strzeliło. Ja
wiem, że wkurzają czytających takie niedomówienia, ale nie mam w
zwyczaju dokładnie opisywać, jakie nieszczęścia chodzą po moich
bliskich, czy po mnie samej.
Przez
kilka dni jestem zdana tylko sama na siebie. Mam na szczęście
zapasy jedzenia. A w razie posuchy, ładuję psa do samochodu i robię
zakupy. Boję się tylko, że jak na chwilę zostawię Bezę w aucie,
to zaraz znajdzie się jakiś obrońca zwierząt i gotów wybić w
samochodzie szybę. Z jednej strony sama jestem za tym, by nie
zostawiać zwierząt w samochodzie samych, a z drugiej strony, są
sytuacje, kiedy nie ma innego wyjścia. Problem jest w zbyt narwanych
ludziach, którzy chcą zgrywać bohaterów, zanim pomyślą, jak
wyglądać może sytuacja. No ale, na razie, nie ma potrzeby ruszać
się z domu.
Mam
jeszcze brata do pomocy i dzisiaj mi konkretnie pomógł- jednak
tylko w sytuacji kompletnie bez wyjścia, będę go prosić. Sister
wielkie ucho w sytuację nie chcę wprowadzać, a jak nie chcę tego,
to i o pomoc nie poproszę. Zresztą ona sama mi konkretnie nie
pomoże, a szwagier.... tu spada zasłona milczenia.
No
dobra, byliśmy nad ogromnym stawem, sfilmowałam ptaszory. Muszę popracować nad robieniem filmów. Nie potrafię opanować nowego aparatu. Już wydawało mi się, że przesuwam powoli obiektyw i trzymam rękę, by nie drżała, a tu ciągle na filmie wahnięcia i obraz leci szybko. Trzeba też popracować nad obrazem przy dużych zbliżeniach. Stary aparat był łatwiejszy w prowadzeniu, nowy Canon płata mi figle.
Porobiłam
zdjęcia.
Przed samym wyjazdem, pogadałam z właścicielem, który
przyjechał badać stopień napowietrzenia wody. Podczas tak długotrwałych
wysokich temperatur trzeba pompować powietrze w wodę, by ryby miały
czym oddychać. Stawy hodowlane są płytkie. Zastanawialiśmy się z
Jaskółem, dlaczego nie są głębsze. Doszliśmy do wniosku, że
prawdopodobnie chodzi o zapełnianie ich wodą po zimie. Na zimę
woda z tych stawów jest spuszczana. Cieki wodne zanikają, ziemia
wysycha, stawy coraz trudniej napełnić. Hodowca skarżył się też,
że karpie męczy jakaś choroba. Faktycznie sporo niedużych
śniętych ryb pływało przy brzegu. Przykre.
Ławica malutkich rybek. Dwa razy pytałam pana co to za gatunek, dwa razy podał nazwę szybko oraz lekceważąco no i nie zapamiętałam. Sprawiał wrażenie, jakby te drobne rybki nie liczyły się w stawie. Nie rozwijał tematu, więcej nie pytałam. Widocznie uznaje zasadę "Nie ciekawić się".
Przeszłam z Bezą kawałek groblą, stronę małego stawu, za którym, na łące, pasły się konie. Niesamowicie wiejski obrazek. I ten spokój nad stawami, kiedy tylko mewy latają i popiskują, a ciche szumy cywilizacji są w dalekim tle, jest kojący. Lubię takie klimaty. Beza wyraźnie się tym krótkim spacerem zmęczyła, trzeba było wracać.
Zaczyna
się wrzesień. Po głowie chodzą tylko urywki myśli- szkoła,
szkoła się zaczyna i nic więcej, zero, nul rozważań o tym, jak się pracowało w oświacie oraz w nauce. Tak dawno, tak odległe czasy i nawet długi staż pedagogiczny, przynoszący różne momenty, zaginął w czasie. Po co? Na co teraz dywagacje o tym, co było? A to, co jest, to w sumie mnie mało interesuje- jakieś przepychanki, pretensje, jojczenia, skarżenia się, obwinianie jedni drugich, głupie decyzje.... beznadzieja.... nie mam wpływu, odstawiam
Nadal
robię ogórki małosolne. Ale jest problem- w sklepach nie ma już
zestawów: koper+ korzeń chrzanu + czosnek. Nie ma, bo jak twierdzą
ekspedientki- sezon się skończył. Gdzie, jak to się skończył-
teraz właśnie kisi się ogórki, bo późne odmiany teraz dojrzały.
No to radzę sobie inaczej- koper zielony, czosnek- zawsze jest, bo
go sprzedajemy, a chrzan kupiłam w płatkach suszony. Do tego liście
winorośli i powinno się udać. W tych tutejszych sklepach to czasem
porażka zaopatrzeniowa- chleb tylko do określonej godziny, w jednym
paskudne warzywa, w innym mały wybór. Człowiek tylko jeździ od
„marketu” do „marketu” różnych sieci i „składa” te
zakupy do kupy- w jednym warzywa, w drugim mięso i sery, jeszcze w
innym ryby świeże. Niby mamy to połapane, ale kilometry uciekają.
Chrzan suszony w płatku kupiłam w Internecie. Już mnie męczy to
wieczne poszukiwanie korzenia chrzanu w okresie, kiedy kisi się
ogórki. Bez chrzanu cała sprawa się nie uda.
Był kiedyś w ogrodzie posadzony i nawet ładnie się rozrastał, a potem zaginął. Zamówiłam dwie sadzonki w Internecie i dzisiaj przyszły- posadzę je pod płotem. Jak się przyjmą,
dokupię następne. A może nie dokupię, bo jeżeli się sprawdzi
suszony i inne zamienniki, to nie warto sadzić, podlewać itp.
Zamienniki
przypraw do małosolnych:
świeży
korzeń chrzanu- chrzan suszony w płatkach, dawać mniej, bo jest
bardziej aromatyczny,
świeże
liście chrzanu- liść czarnej porzeczki albo liście winorośli,
albo liście wiśni,
suchy
koper, łodygi, baldachy- świeży zielony koper, albo suszony
estragon- szczypta na litr zalewy, łodyżka świeżego estragonu,
suszone nasiona kopru, (nie dodawać suszonego koperku, bo jest
gorzki w zalewie), można dodać lubczyk- świeże łodyżki lub
listki.
Wyhaftowałam
pawia na szarym gobelinie. Więcej o moich zmaganiach, z tym
projektem, na drugim blogu (prawa strona, zakładka- drugi blog).
Tak się niespodziewanie złożyło, że dokończyłam jeszcze dwa hafty z pawiami, a trzeci czeka w kolejce- wzór naniesiony na materiał rok temu sobie leży i dojrzewa. Pawie, pawie, pełno pawi, "zapawiło" się w moich robótkach.
Miał
być post solidny z dawką porządnej wiedzy o bohemie, ale... czy ja
wiem, przecież na pewno (????) większość z czytających kojarzy,
o co chodzi.
Poza
tym wiedza ogromna, dużo informacji, szmat czasu obejmuje jej
występowanie- prawie 100 lat od pierwszej połowy XIX wieku do II
wojny, a i potem grupy artystyczne, które można nazwać bohemą,
istniały i nadal istnieją.
Pewnie
są i współczesne grupy artystyczne, środowiska artystyczne, ale
czy przyjmują one styl życia, jaki przyjęli artyści w latach
wczesnej „bohemy” i potem aż do początku II wojny światowej,
a jeszcze po niej w latach 50 (Paryż, Warszawa...), nie wiem. Pewnie
te, po II wojnie, wczesne powojenne środowiska, podobnie jak
przedwojenna bohema, przyjmowały np. postawy dekadenckie, zgadzali
się z ideami egzystencjalizmu, krytykowali zasady życia
drobnomieszczańskiego itp.
Na
pewno zmieniały się np. style oraz kierunki malarskie,
architektoniczne (np. wejście stylu socrealistycznego w Polsce).
Zastanawiałam się również, ale to tak na marginesie, czy ruch
hippisowski można by zaliczyć do bohemy lat 60. Miał on sporo cech,
jakie charakteryzowały środowiska bohemy w różnych okresach jej
istnienia, od początku jej zdefiniowania. Ale jedno na pewno różni
hippisów od bohemy w tradycyjnym pojęciu- radość życia, śpiew,
taniec, czyli zupełne zerwanie z egzystencjalizmem. Ruch hippisowski
to obraz pełni życia, tu i teraz, na maksa.
Świat
bohemy, świat artystyczny, zawsze mnie fascynował. Może z racji
wykształcenia, a może dlatego, że to świat niebanalny, nie dający
się zaszufladkować, świat pełen interesujących indywidualności,
a może dlatego też, że ten świat artystyczny, wychodzący poza
różne ogólnie przyjęte konwencje, wydawał się bliski mojemu
niepokornemu charakterowi? Bunty, pogranicza, dociskanie do dechy,
dochodzenie do ściany, naciąganie struny... oj kusiło, zwłaszcza
w młodości. Ale Bozia nie dała dostatecznego talentu artystycznego
(dała talent sportowy w zamian), dlatego pozostała mi fascynacja
twórczością oraz życiem artystycznej bohemy.
Ponieważ
materiału, na ten temat, jest bardzo dużo, opiszę tylko niektóre
wątki (i to też tak raczej jako zasygnalizowanie czegoś ważnego
lub interesującego).
Bohema (z francuskiego
la
bohème-
cyganeria)- to środowisko artystyczne, którego członkowie
wzbudzali kontrowersje zarówno pod względem obyczajowym jak i pod
względem awangardowego podejścia do sztuki. Po raz pierwszy
określenia cyganeria (la
bohème)
użyto
w latach trzydziestych XIX wieku we Francji. Były to czasy
romantyzmu, ale grupy cyganerii, przede wszystkim, tworzyły się w
późniejszym modernizmie (głównie Berlin) oraz po II wojnie światowej, w czasach egzystencjalizmu (Paryż).
Artyści,
należący do cyganerii, manifestowali pogardę do panujących norm
obyczajowych, demonstrowali bunt przeciwko stylowi i wartościom
drobnomieszczańskim. Tworząc, łamali zasady przyjętych dotychczas
norm estetycznych oraz reguł twórczości artystycznej.
Co
więcej, by podkreślić swoją przynależność do bohemy, ubierali
się ekscentrycznie, celowo zachowywali się swobodnie i
niekonwencjonalnie, stawiając, tym samym, świadome wyzwanie rzucone
opinii społecznej. Profesor Tomasz Weiss w "Literatura polska.
Przewodnik encyklopedyczny" pisze tak:
„Środowiska
cyganeryjne były charakterystycznym elementem życia artystycznego
szczególnie u schyłku XIX i w początkach XX wieku, w okresie
modernizmu, kiedy głównymi ośrodkami międzynarodowej cyganerii
stały się Wiedeń i Berlin. Cyganeria jest przede wszystkim
zjawiskiem socjologicznym, występującym zwykle w dobie przemian
społecznych i obyczajowych, kryzysów i fermentów ideowych i
artystycznych (jak np. XIX-wieczny dekadentyzm), przy czym dziedzina
sztuki nie stanowi jedynego, a często nie jest najważniejszym polem
jej aktywności. Cechą zasadniczą cyganerii jest postawa
demonstracyjnej negacji – obojętności, protestu, buntu,
prowokacji wobec konserwatywnego społeczeństwa, wobec przymusów i
nawyków pospolitego bytowania, którym cyganie przeciwstawiają
mgliste, zazwyczaj marzycielsko-utopijne idee przebudowy świata,
jego rewolucyjnej przemiany, odnowy sztuki itp. To bliżej
nieokreślone przeświadczenie o własnym prekursorstwie i
awangardowości splata się w ich świadomości z poczuciem
społecznego wykorzenienia: czują się i są traktowani jak
outsiderzy, którzy nie tylko utracili kontakt z zachowawczym
społeczeństwem, ale w ogóle nie pragną jego nawiązania. Stąd
znamienne dla cyganerii poczucie niestabilności czy nawet tragizmu
własnej sytuacji, przejawiające się w sferze psychologicznej i w
stylu życia, np. programową abnegacją czy ekstrawagancją
zachowania i stroju.”
Natomiast
o polskiej bohemie, Weiss pisze tak:
„W
Polsce najbardziej znanymi ugrupowaniami cyganeryjnymi były
romantyczna Cyganeria warszawska z lat czterdziestych XIX wieku i
cyganeria młodopolska z przełomu XIX i XX wieku skupiona w Krakowie
wokół Stanisława Przybyszewskiego. Przeszczepił on na grunt
krakowski obyczaje międzynarodowej cyganerii berlińskiej, wśród
której jako "genialny Polak" odgrywał znaczną rolę.
Przybyszewski dobierał sobie kompanów nie tyle wśród uznanych
artystów, ile wśród ludzi skłóconych z mieszczańskim otoczeniem
(uosobionym w pogardzanej i wyszydzanej postaci "filistra"
i "kołtuna"). Niektórzy z nich znaleźli się później w
gronie inicjatorów i wykonawców programu kabaretu Zielony Balonik,
ostatniego już przejawu aktywności młodopolskiej cyganerii, a
zarazem świadectwa jej schyłku: obyczaj cyganeryjny uległ tu nie
tylko teatralnej konwencjonalizacji, ale także bywał przedmiotem
parodii i kpiny. Wśród licznych wspomnień poświęconych
cyganerii, osobom jej przywódcy i uczestników, miejscom spotkań
(kawiarnie Paon,
Jama Michalikowa, siedziba Zielonego Balonika) pozycję szczególną
zajmują szkice Tadeusza Boya-Żeleńskiego (zwłaszcza ze zbioru
"Znaszli ten kraj?…"), dzięki któremu cyganeria
młodopolskiego Krakowa przeszła do legendy literacko-obyczajowej
swej epoki.
Cyganeria
była fenomenem kulturowo- towarzyskim, które w Polsce najmocniej
utrwaliło się w legendzie.
Artystyczna
Bohema całą swą „filozofię życia” oparła na dekadentyzmie.
„Dekadentyzm-
nurt filozoficzny, kulturowy i artystyczny, który wyrażał
pesymistyczny światopogląd i tęsknotę za pięknem, a jednocześnie
był krytyką racjonalizmu, industrializacji i materializmu.
Dekadenci postrzegali świat jako zmierzający ku degeneracji,
szukając ucieczki w sztuce, estetyzacji życia i refleksji nad
przemijaniem.”
Dekadentyzm
zapoczątkowała twórczość Charles'a Baudelaire'a, który w
połowie XIX wieku, we Francji wydał tomik wierszy „Kwiaty zła”.
Poezja Charles'a Baudelaire'a była manifestem nowego spojrzenia na
życie i sztukę.
Cyganeria-
świat artystów, dekadencki świat, który tonął w oparach
alkoholu absurdu i przeświadczenia, że tylko taki sposób na życie-
narkotyki, alkohol, włóczęga po knajpach i negowanie wartości-
stworzy warunki do docenianej twórczości. Nic bardziej mylnego.
Wielu z tych, zapowiadających się nawet dobrze, artystów nigdy się
ponad poziom nie wybiło. Ci, którzy się wybili ponadprzeciętność,
mieli opinie pijaków i narkomanów, drogo też zapłacili za
hulaszczy tryb życia- zbyt wczesna śmierć, reszta życia w
przytułku, samobójstwa itp.
Artyści
zaliczani do Cyganerii XIX oraz tworzący do czasów II wojny światowej,
chętnie sięgali po morfinę, kokainę, opium. Nie gardzili
meskaliną oraz eterem. Z alkoholi najczęściej pili absynt
oraz czyste wódki, chociaż i wino lało się strumieniami także.
Interesujący
eksperyment z narkotykami prowadził Witkacy. Polegał on na tym, że
Witkacy zażywał dany narkotyk, po czym malował pod jego wpływem,
a potem opisywał jak ten narkotyk wpływa na twórczość. Na każdym
namalowanym, pod wpływem narkotyku, obrazie (malował głównie
portrety), zapisywał informacje- data, narkotyk. Witkacy zapisywał
również informacje na dziełach malowanych po alkoholu oraz podczas
tworzenia których, palił papierosy. Nawet te, powstałe w czasie,
kiedy niczego nie zażywał i nie palił, miały odpowiednie
adnotacje. Całość wyników tego eksperymentu opisał w zbiorze
esejów „Narkotyki”.
Do
czego zmierzał Witkacy, tak eksperymentując? Chciał on sprostować
krążącą o nim opinię, że rzekomo jest narkomanem, oraz chciał
się podzielić swoimi doświadczeniami, dotyczącymi wpływu używek
na twórczość artystyczną.
„Kwestia substancji
psychoaktywnych korespondowała według niego z nienasyceniem
związanym z samym faktem istnienia – skłonność do przyjmowania
ich miała zaś wyrastać z tych samych potrzeb, co szukanie w
religii, sztuce i filozofii przeżycia metafizycznego. Długotrwałe
przyjmowanie tych środków prowadzi jednak do degeneracji wskutek
zamknięcia się we własnej, hermetycznej rzeczywistości, czego
następstwem jest utrata zdolności do porozumiewania się z innymi.
Zaspokojenie w ten sposób uczuć metafizycznych jest więc
niemożliwe – przede wszystkim ze względu na to, że prowadzi do
przytępienia, a następnie całkowitego zaniku tego rodzaju stanów.
Zdaniem Witkacego, po narkotyki mieli też sięgać coraz młodsi
ludzie, co miało się przyczyniać do wyniszczania najzdolniejszych
jednostek – obdarzonych największą wrażliwością, najsilniej
odczuwających owo metafizyczne nienasycenie .”
I
jeszcze:
„Witkacy
zaliczał do „narkotyków” tytoń i alkohol. Nikotyna miała
umożliwiać stworzenie pewnego rodzaju mechanizmu psychicznego
stanowiącego „doskonały wstęp” do wszelkiego rodzaju
uzależnień. Nałóg ten miał skutkować wyrabianiem postawy
charakteryzującej się unikaniem realnych problemów, czego
następstwem była dezorganizacja woli. Z kolei alkohol miał pomagać
przy tworzeniu pewnych kombinacji w malarstwie i muzyce (w mniemaniu
Witkacego zawodził natomiast tam, gdzie potrzeba było najwyżej
sprawności w operowaniu pojęciami). Podobnie jak w przypadku
nikotyny, nadużywanie alkoholu miało stanowić ucieczkę od
odpowiedzialności – co więcej zaś – skutkowało niemożnością
adekwatnej oceny i zdolności wartościowania moralnego. Za bardzo
niebezpieczną uznawał także kokainę, dostrzegając zagrożenia
jakie niesie za sobą nałogowy kokainizm. Przyznawał jednak, że
dzięki zintensyfikowaniu rzeczywistości jest ona szczególnie
atrakcyjna dla artystów. Sam stosował wyłącznie małe dawki tej
substancji, niemal zawsze w połączeniu z alkoholem .
Witkacy
opisał również działanie pejotlu- wyciągu z kaktusa. Artysta
uważał, że pejotl nie tylko nie uzależnia, ale może być
stosowany jako środek wspomagający odwyk od innych narkotyków.
Jak
wpływał pejotl na twórczość malarską Witkacego?
„Właściwe
wizje uzyskane po spożyciu kaktusa charakteryzowały się ciągłym
i płynnym przetwarzaniem jednych kształtów w drugie oraz olbrzymią
i szybką zmiennością przekształcanych obrazów (przy jednoczesnym
zachowaniu niezwykłej wyrazistości, a także tej samej ostrości
widzenia na bliskich i dalszych planach). Poszerzyła się także
optyka Witkiewicza – przywidzenia nie tylko objęły całe
widzialne pole, artysta pisał bowiem o odczuwanym przez niego
dziwnym zjawisku „widzenia plecami”. Oprócz tego doświadczał
także „spuchnięcia czasu” – miał wrażenie, że minuty
trwają tyle, co tygodnie. Zwrócił także uwagę na fakt, że
użycie pejotlu niezwykle sprzyja słowotwórstwu. Innym
charakterystycznym motywem wizji pejotlowych było doznanie
spoglądających nań ze wszystkich stron oczu . Co prawda
doświadczenie pejotlowe nie zrewolucjonizowało twórczości
Witkacego, jednak niewątpliwie pogłębiło ową dziwność, która
miała cechować Czystą Formę w sztuce. Dzięki niemu artysta
rozwinął wątki obecne już wcześniej w jego twórczości.
Właściwe dla omawianych wizji było niezwykłe zagęszczenie
widzianych form i kształtów – w tym potworów, takich jak
zwierzęce hybrydy oraz mieniące się, różnokolorowe węże.
Dorobek Witkiewicza poszerzył się wówczas o motyw głów w locie –
szybujących na skrzydełkach bądź oderwanych całkowicie od
korpusu, przypominających kosmiczny dryf na barwnych smugach. Innym
charakterystycznym malarskim wątkiem są ludzkie głowy wyrastające
z roślin lub zwierzęcych ciał; często skorpiona, jaszczurki bądź
jakiegoś morskiego stworzenia. W odróżnieniu od innych tego
typu środków, które zdaniem Witkacego „potęgowały
rzeczywistość”, pejotl miał być „narkotykiem metafizycznym”
dającym poczucie dziwności Istnienia. Dlatego wyraźnie wywyższał
pejotl ponad inne substancje psychoaktywne – w jego opinii kaktus
był specyfikiem jakościowo daleko doskonalszym, a podróż do
świata Świętej Rośliny (za jaką uważają go rdzenni mieszkańcy
Ameryki Środkowej) dawała „pewien bezpośredni sposób widzenia
siebie i swoich przeznaczeń, dając po jednorazowym użyciu
drogowskazy na dalekie przestrzenie przyszłości .
Wizyjne
działanie uświadamiające, o którym wspomina Witkiewicz w
odniesieniu do działania pejotlu, ma związek z podróżą do, jak
go nazywa, „własnego Hadesu”. W trakcie szczegółowo opisanego
doświadczenia pod wpływem rzeczonego kaktusa, miał on bowiem
ujrzeć w spotworniałym wydaniu wszystkie popełnione dotychczas
błędy oraz komplet swoich wad. Podczas trwania pejotlowego seansu
artysta kilkukrotnie powtarza za Indianami, że rośliny nie można
przyjmować w stanie niegodnym i każdy ma takie wizje, na jakie
zasłużył – kaktus „każe winnych”. Na wstępie do
sporządzanego wówczas protokołu wspomina, że na kilka dni przed
rozpoczęciem eksperymentu przyjmował kokainę i spożywał alkohol
. Nadmienić należy, że społeczności tradycyjne, w których
pejotlu używa się w celach sakralnych, sam akt spożycia Świętej
Rośliny poprzedzony jest długim okresem abstynencji i duchowego
oczyszczenia.”
Sami
przyznacie, że to, co opisał Witkacy o swoich eksperymentach z
narkotykami, jest bardzo interesujące.
Mimo,
iż Witkacy bronił się przed opiniami, że jest narkomanem,
tłumaczył zażywanie używek eksperymentem, to ja nie jestem
przekonana do tych tłumaczeń. Jeżeli ktoś zna proces uzależniania
się od używek, ten wie, że każdy uzależniony (obojętnie czy
alkoholik, czy narkoman, czy seksocholik, czy zakupoholik, czy inny
„-holik”) twierdzi, że nim nie jest. U Witkacego sam fakt
opisania przez niego wpływu określonego narkotyku na dane dzieło,
może być genialnym wybiegiem- usprawiedliwieniem nałogu, w którym
najnormalniej w świecie artysta tkwił. A w tamtych czasach ludzie
nie znali jeszcze całego procesu uzależnienia, dlatego przyjmowano
tłumaczenia artysty jako prawdziwe, ba, nawet uznano je za
wartościowe. No.... wartościowe to one pewnie są pod względem
procesu twórczego, ale według mnie, raczej nie jest to dobry
przykład na tworzenie. I jeszcze zaznaczę, że w tamtych czasach te
wszystkie używki wchodziły dopiero w obieg, ludzie nie znali ich
działania, dlatego łatwo było tłumaczyć nałóg
eksperymentowaniem.
Pod wpływem pejotlu.
Przyznam,
że prawie wszystkie obrazy Witkacego do mnie przemawiają. Równocześnie
zastanawiam się, czy gdyby nie narkotyki, alkohol i papierosy,
tworzyłby na takim samym poziomie jak pod „wpływem”? Czy warto
było niszczyć sobie zdrowie, reputację, by zaistnieć
artystycznie? A z drugiej strony trudne dzieciństwo, człowiek po
przejściach, dekadencki tryb życia... i pewnie to „coś”, co go
pchało, by tworzyć nieprzeciętnie, jakaś ambicja, chęć wybicia
się, niepokorny charakter- popuszczały hamulce i pchały, by
eksperymentować, ryzykować.
Dla
mnie to postać kontrowersyjna i nie da się ukryć, chyba
najbardziej charakterystyczna w całej polskiej przedwojennej
Cyganerii. No może jeszcze Przybyszewski był równie
kontrowersyjny, ale z innych przyczyn.
No
dobrze, to może dam już spokój Witkacemu, chociaż przyznam, że
jest to niezwykła postać w polskiej historii nie tylko sztuki
malarskiej ale również w historii polskiego teatru (teatr czystej
formy, do którego nie mam przekonania).
Nie
tylko Witkacy opisywał swoje doświadczenia z używkami i ich wpływ
na twórczość. Tym problemem zajmowali się choćby amerykański
ruchu Beat Generation, William S. Burroughs, Jack Kerouac, Allen
Ginsberg, ale to już czasy późniejsze, powojenne.
Jakże
złudne jest przeświadczenie, że narkotyki oraz alkohol, wzniosą
artystę na wysoki poziom artystyczny. Ponarkotykowe oraz
poalkoholowe wizje, gorączka, maligna, totalny odlot świadomości,
na początku bywają napędem do tworzenia. Potem zaczyna się równia
pochyła. To co wspomagało, zaczyna przeszkadzać, mącić,
zagłuszać. Artysta traci to, co dla niego najcenniejsze- talent,
twórcze spojrzenie na świat. Tylko nielicznym udało się zaliczyć
„przygodę” z narkotykami w taki sposób, że zmieniła się ich
twórczość artystyczna (np. Witkacy, Ginsberg), wielu oprócz
wpadnięcia w uzależnienie, nie zyskało nic. No chyba jedynie
czasowe wizje i omamy, których nie zdołali artystycznie
uzewnętrznić na tyle, by zachwycił się nimi świat.
Nierzadko
tzw. artyście wydaje się, że alkohol czy narkotyk, pomogą mu w
tworzeniu dzieł nieprzeciętnych. Ba, często w określonych grupach
artystycznych istnieje „moda” na ćpanie i chlanie, bo „świat
artystyczny tak ma”. A tu ani ekstra artystycznego przeniesienia
poalkoholowej czy po narkotykowej wizji na dzieło/pracę nie ma i
być nie może, bo jak się nie ma talentu, jak się nie ma w sobie
tego czegoś, tej prawdziwiej duszy artystycznej, która nie potrafi
bez tworzenia ani godziny przeżyć (tworzy i świat się wtedy nie
liczy, innego życia poza pracownią nie ma), to żadne alkoholowe i
narkotykowe „wznoszenia się ponad poziomy” trzeźwego życia nic
nie da.
Bo
poza używkami w świecie pierwszej bohemy, przede wszystkim,
istniała głęboka filozofia negacji, rezygnacji, czarnowidztwa, a
tego we współczesnym świecie (poza małymi wyjątkami) nie
uświadczysz.
Kiedy
czytałam biografie członków artystycznej bohemy, nasuwał się
często jeden wniosek- wspomaganie się alkoholem i narkotykami,
prowadziło do powstawania dzieł nieprzeciętnych, ale w życiu
bardzo często taki artysta był po prostu skur...synem- takimi byli
np. Pablo Picasso, Gauguin, Przybyszewski,
Witkiewicz, Kantor i wielu innych. To takie artystyczne złoto z
góry, a pod spodem świńska skórka. Dobrze, jak wychodził talent
i działo się pozytywnie artystycznie, ale ilu by takich, co mierny
i w dodatku życiowy dziad (często alkoholik lub narkoman, albo
przemocowiec), no ale.... artysta (jestem ponad, jestem wielki, macie
mi wybaczać).
To
właśnie w czasach Bohemy powstał mit, że artysta, by dobrze
tworzyć, powinien się wspomagać, bo wizje, bo lekkość tworzenia
itp. I ten mit pokutuje do dziś.
Pozostałe hasła
związane z Bohemą (skrócie, bo każde z nich niesie mnóstwo
ważnych treści, na które w jednym poście nie ma miejsca)
Modernizm-
modern art- umowny okres w dziejach sztuki, który rozpoczął się w
połowie XIX wieku, charakteryzował się nowym, awangardowym
podejściem do artystycznej twórczości- malarskiej, literackiej,
teatralnej, kompozytorskiej a także baletowej-tanecznej.
W
malarstwie modernizm obejmuje: impresjonizm, symbolizm (i
tajemnica), ekspresjonizm,
secesja, fowizm i awangarda. Następuje zerwanie z realizmem
malarskim na rzecz awangardowego poszukiwania nowych technik oraz
materiałów.
W
teatrze sztuki modernistyczne pojawiają się pod koniec XIX
wieku. Teatr modernistyczny odchodzi od realizmu obiektywizmu i
tradycyjnie pojmowanej intrygi, natomiast pojawiają się symbol,
przerysowanie, groteska, deformacja, synkretyzm (łączenie teatru z
muzyka, tańcem, malarstwem- tekst staje się zaledwie jednym z
elementów sztuki) ważną rolę zaczyna odgrywać ruch, światło,
ekspresja sceniczna. W treściach wyraźnie odzwierciedlają się
idee dekadentyzmu.W Polsce pojawia się Witkacy z teatrem czystej formy.
W
literaturze- odrzucenie pozytywistycznych idei i skupienie się
na aspektach wolności twórczej. Za najważniejsze wyznaczniki
uznano indywidualność artystyczną, operowanie symbolem oraz
niejednoznaczność przekazu. Do głównych tematów należało
poczucie kryzysu cywilizacji europejskiej. Koniec wieku narzucał
rozliczenie się z przeszłością i poszukiwanie nowych rozwiązań.
Treści utworów uzupełniano tematyką mistyczną, fantastyczną
oraz opisywaniem zjawisk wykraczających poza ludzkie rozumienie.
Ponownie, po epoce romantyzmu, na pierwszym planie znalazły się
opisy ludzkich uczuć i emocji. I dotyczyło to zarówno dramatu, jak
i poezji oraz powieści.
W
muzyce modernizm charakteryzował się odejściem od romantyzmu.
Zmienia się również źródło poszukiwań. Moderniści inspiracji
szukają w technice, w życiu codziennym. Odchodzi się o tradycyjnej
linii melodycznej na rzecz porwanej frazy, statyki, sekwencyjności,
czy snucia motywistycznego.
Mały wtręt- jestem osłuchana w muzyce różnych epok i w różnych
gatunkach muzycznych, ale muzyki modernistycznej oraz
postmodernistycznej za chiny nie pojmuję (zresztą trudno coś w
niej pojąć) i jak nie muszę, to uciekam od niej jak tylko mogę
najdalej. Te wszystkie a tonacje, zawieszenia na jednej nucie,
dysonanse, dysharmonia... no.. posłuchajcie Pendereckiego lub
Strawińskiego Lutosławskiego albo jeszcze innego modernistycznego
muzyka, to zrozumiecie, o jakiej muzyce mówię.
Dandysizm/
dandyzm- noszenie się w sposób elegancki, dbałość o
strój jako wyraz buntu przeciwko szarej mieszczańskiej
rzeczywistości. Dandysi nosili przesadnie kolorowe stroje oraz
przestrzegali przesadzonej, nieraz karykaturalnej etykiety.
Początkowo kolorowe stroje łączono z artyzmem, niejako obyciem ze
sztuką, potem ruch zaczął przybierać formę pozbawioną
artystycznego pierwiastka, co spowodowało banalizację całego
nurtu.
Moja
dygresja- kiedy studiowałam, na uczelni studiowali również
przyszli nauczyciele muzyki i plastyki. Uważali się za artystów i
starali się to podkreślać swoim ubiorem. Wiecie takie szaty
powłóczyste, szale, płaszcze do łydki, jakieś wstążki we
włosach, wisiorki, bransoletki, chusty, katany.... do tego rulony
pod pachami, gdzieś pędzel wystawał z lnianego wora, no fakt
barwni byli. Jakoś tak się utarło w świecie artystycznym, że
koniecznie, ale to koniecznie trzeba podkreślić, choćby ciuchem swoją odrębność. Nieważne, że artysta mierny, mizerny, ale
barwnym ptakiem z wierzchu jest. I oni doskonale w to artystyczne
przeświadczenie wpisywali się
Jednak
w tym samym czasie większość studentów ubierała się
niebanalnie, bo takie były czasy, że trzeba było ciuch samemu
kombinować, a i duch ogólnoartystyczny panował choćby na moim
kierunku, który był bardzo związany z kulturą oraz sztuką, toteż
na naszym kierunku nie brakowało oryginalnych strojów. No cóż,
życie bywa brutalne i nasi artyści na kierunkach artystycznych po
otrzymaniu dyplomu spadali na ziemię- szli uczyć dzieciaki do
podstawówek, a na grzbiet wkładali bardzo praktyczne odzienie. Ale
4 lata mogli uchodzić za ludzi, którzy niebawem wkroczą w wielki
świat sztuki i będą mieli ogromne wernisaże.
Kawiarnie
artystyczne-
miejsce spotkań artystycznej bohemy, w których prowadzono dyskusje
o literaturze, malarstwie muzyce i polityce. Toczono spory, bratano
się i odkrywano nowych twórców.
W takich miejscach
rodziły się nowe idee artystyczne, były one też przestrzenią
inspiracji. W kawiarniach artystycznych organizowano również mini
wystawy, poeci deklamowali swoje utwory. Było to miejsce rozrywki-
tańczono, śpiewano, pito alkohol i zażywano narkotyki do utraty
przytomności.
W
Paryżu
najbardziej znane to Les Deux Magots, Cafe de Flore, oraz kabaret
Moulin Rouge, gdzie również spotykali się artyści, by się
przednio zabawić.
W
Berlinie
miejscem spotkań bohemy berlińskiej była Gospoda „Pod Czarnym
Prosiakiem”- w niej spotykała się niemiecka i skandynawska
cyganeria (Strindberg, Dagny Juel, Edvard Munch, a także bywał tam
Stanisław Przybyszewski).
W
Krakowie
centrum spotkań bohemy polskiej były kawiarnie Paon (Pod Pawiem)
oraz Jama Michalikowa, w której działał „Zielony Balonik”. W
okresie międzywojennym dołączyła do miejsc spotkań bohemy
kawiarnia Esplanda.
W
Warszawie
artyści spotykali się w kawiarni „Pod Picadorem”, później
również w „Małej Ziemiańskiej”
I
jeszcze dla porządku kawiarnie
wiedeńskie-
miejsce spotkań cyganerii wiedeńskiej- Café
Griensteid, lCafé
Central,Café
Sperl
Café
Schwarzenberg
oraz kawiarnie artystyczne w
Pradze:Café
Slavia, Café Savoy, Café Louvre.
I
to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o Bohemę. Oczywiście w ogromnym
skrócie.
O eksperymentach Witkacego z używkami można przeczytać tu: