Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

08 września 2026

Planowane szaleństwo przed końcem świata.

 Taka śliczna ważka lata po ogrodzie. Jest duża ma około 10 centymetrów. Najpierw nie potrafiłam jej "upolować", bo lata bardzo szybko, a potem mi pięknie, przez parę minut, pozowała.


Powoli wraca codzienność, ale już nie w takich normach, jak przed półtora tygodniem. Trzeba trochę życie przemeblować, coś ująć, coś dodać, o czymś zapomnieć, a więcej zapamiętać. Trzeba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości.

Jednak nie ukrywam, że przeżyłam ogromny wstrząs emocjonalny. Po raz kolejny dotarło do mnie, że wszystko jest takie kruche- kruche i nieprzewidywalne. Wszystko toczy się normalnie, a tu nagle buch! Prosto w splot, w żołądek, w głowę, jak obuchem- świat się wali i już nic nie jest takie, jak wczoraj.

I tak jestem szczęśliwa, że zakończyło się (??) w miarę dobrze. Mogło być gorzej- tak, o wiele gorzej. I jeszcze raz los dał znać, że nic nie jest wieczne, że może w każdej chwili trzasnąć. Nie potrafię żyć w myśl zasady: „Żyj tak, jakby każdy dzień był ostatnim”. No niby jak ma to wyglądać? Co niby mam ekstra robić? Mogę cieszyć się słońcem, obecnością ludzi bliskich, mogę przytulać psa, mogę łazić po ogrodzie, podglądać pszczoły i ważki, mogę słuchać ptaków, obserwować ich loty, mogę obserwować samoloty (bardzo lubię), mogę- co tam jeszcze? Aha, mogę tkać, haftować, słuchać muzyki, wcinać lody bakaliowe lub z ciasteczkami, po prostu mogę sprawiać sobie drobne przyjemności, łapać te drobniutkie chwile radości i sklejać do kupy. Codziennie. Ale przecież ja to robię i wcale wtedy nie myślę o dniu ostatecznym. Maksyma, którą przytoczyłam jest dla mnie tym, czym trudny wiersz dla ucznia i postawione przez nauczyciela durne pytanie: ”Co autor miał na myśli”. No, co miał, tworząc taką maksymę? Przeciętny człowiek nie będzie codziennie sprawiał sobie przyjemności ponad możliwości, balował, szalał, bo to może być jego dzień ostatni. A na filozoficzne dumania też nie ma czasu. Owszem, może ograniczyć się w fundowaniu sobie ujemnych emocji, może nie zadzierać z ludźmi, może obudzić w sobie empatię itp. Może. Tylko, że te rzeczy powinny być w jego życiu również na porządku dziennym.

Ok, pofilozofowałam sobie, a życie i tak będzie szło swoim torem- jak zechce to znów los rąbnie, a my najczęściej nie będziemy mieli na to wpływu. Ot taki chichot losu.

A jednak, chociażby dzisiaj, w ramach: „Żyj tak, jakby jutro świat się miał skończyć”, opchałam się malinami z krzaka- sama przyjemność. Z nikim się nie podzieliłam- brzydka Jaskółka. To późno owocująca odmiana. Owoce ogromne, soczyste i jest ich na łodydze sporo. Dwa lata maliny nie potrafiły się pozbierać i na zasadzonych 20 krzaczków, przyjęło się parę, w zeszłym roku te parę zaczęło puszczać rozłogi, a w tym roku już jest na nich dosyć dużo owoców.

Ogród powoli szykuje się do jesieni. Martwiłam się o zimowity, a one postanowiły w tym roku zakwitnąć później i dopiero teraz pojawia się coraz więcej kwiatów. W dodatku, co mnie bardzo ucieszyło, wyrosła osobna kępka niedaleko głównej. Jak przekwitnie, przesadzę w bardziej widoczne miejsce. 


Zaczynają kwitnąć jadwiżki- u nas jadwiżki (w rodzinie tak je nazywamy), gdzie indziej marcinki lub michałki, a tak naprawdę to jest aster jesienny. Fajna bylina- łatwa w przesadzaniu, łatwa w utrzymaniu, mało wymagająca i kwitnie wtedy, kiedy inne kwiaty już przestają. 

 

Kiedyś miałam sporo gatunków chryzantem, ponieważ chciałam, by ogród kwitł aż do listopada. Jednak one nie polubiły tutejszej gleby- kilka lat rosły, a potem wymarzły. Ach, i anemony ciągle kwitną. Anemony, moje ulubione wczesno jesienne lub późno letnie kwiaty. Bardzo dekoracyjne i w sumie też łatwe w uprawie.




Kwitną również rozchodniki, które są uwielbiane przez pszczoły. Bardzo miododajny kwiat.


 

Upał przyszedł, kolejny. Tym razem jednak powietrze już inne, zimne ranki i wczesne wieczory łagodzą gorąco. Na tarasie 35 w słońcu, na oknie; w kuchni, w cieniu, tylko 23 stopnie. Szału nie ma.

Nadal bardzo brakuje porządnego deszczu. Podlałam dzisiaj ogród wodą z węża. I chociaż poranne rosy są obfite, a ulewa, dosyć porządna, która przeszła nad ogrodem tydzień temu, zasiliła glebę na tyle, że jeszcze jest wilgotna (w trawnikach i w grządkach, bo w lasku posucha), to po dzisiejszym upale rośliny oklapły. 


Nie ma również snujących się, o tej porze roku, nitek babiego lata. Coś się w przyrodzie pomerdało. Czekam z niecierpliwością na te babie nitki, które szczególnie w mglisty dzień operlone, są bardzo dekoracyjne. No i pajęczyny w kropelkach wymiatają. 

Barbula- w ogrodzie są dwie.




Jesień też czuć już w domu- muchy stały się ospałe, niektóre same padają na parapet martwe. Do domowego ciepełka pchają się myszy (dobrze, że nie gnomy i trolle). Zrobiliśmy ich odłów- za pierwszym razem do żywołapki weszły trzy w ciągu dwóch godzin. Po kolei, jak jedną Jaskół wyniósł do lasku, właziła druga i potem tak samo było z trzecią. W kolejnym dniu złapały się jeszcze dwie. Wydawałoby się, że to już końcówka, a okazało się, że po domu wędruje jeszcze jedna, a może dwie. I to już jest mysz- mądralińska. Z jednej łapki wyżarła przynęta, drzwiczki się nie zatrzasnęły. Po jakimś czasie sytuacja powtarza się- skwarek mamuciej wielkości zniknął, drzwiczki nie zatrzasnęły się. Mechanizmy w obu pułapkach działają. Stawiamy te łapki codziennie w różnych miejscach i codziennie stwierdzamy, że są puste, a ślady myszycy/myszora, pojawiają się tu i tam. Niefajnie jest, kiedy otwieram drzwi do schowka, a tam mysz sobie spaceruje po słoikach, kiedy mnie spostrzega, to wcale nie panikuje, tylko spokojnie schodzi na podłogę, po czym znika za regałem. Nie znoszę zapachu (smrodu) myszy, dostaję mdłości od niego i mysz wyczuję, jak tylko w domu się pojawi. Z tą przechera też sobie poradzimy- w końcu trafimy w jej gust i znęci ją do pułapki kawałek czegoś dobrego.

Tkam gobelinki na tamborkach. Ot, taki kaprys mnie naszedł, by spróbować utkać coś na okręgu, chociaż tkanie okrągłego dywanika na długi czas mnie do tego zniechęciło.

Taki jest pierwszy. Więcej zdjęć i treści o sposobie tkania na drugim moim blogu.


Nadal maszyna do szycia siedzi w szafie. Nie ma takiego miejsca, by wszystko rozłożyć i zostawić na parę dni. Inaczej- mam takie miejsce- zawsze szyję na stole w pokoju komputerowym, ale wkurza mnie zostawienie „rozbabranego” szycia na dłużej. Bo to i maszyna, i mata do cięcia, pudełko z przyborami, nożyce, igielnik, szpilki, linijki, szmatki, łatki, słonie, łonie i słasice latają po stole oraz okolicznych blatach. Do tego dochodzi deska do prasowania oraz żelazko, nie wspominając już o odstawionych od stołu krzesłach, postawionych w miejscach jeszcze wolnych, czyli w ciągach przelotowych i trzeba je omijać.... brrrrrr....

No i co mówić wtedy o życiu tu i teraz w perspektywie jutrzejszego końca świata? Zawracanie głowy- ja tu mam konkretne problemy do rozwiązania.

Puszczam bardzo fajną muzę.


https://pigletsddeepforest.com/en


05 września 2026

Bloger strzelił- o narodowej blogowej tragedii i panice na blogach.


Napisałam post o AI, a w tzw. międzyczasie bloger spłatał figla. Ponieważ prawie nigdzie nie komentuję, napiszę tu, co o tej całej sprawie sądzę, a przy okazji trochę rozwinę temat, dotyczący mojego spojrzenia na blogowanie i komentowanie. Można się z moim zdaniem zgodzić, można nie zgodzić, można się zapluć ze złości, czytając mój post, można też shejtować mnie w blogosferze (wielu nie zna w tym umiaru). Wszystko można, proszę bardzo, czyńcie, co tam chcecie. Jednak nie można mnie obrazić i shejtować na moim blogu i to jest tzw. plus dodatni wyłączonych komentarzy. Zabawne...

No więc (więc i tylko więc, tu pasuje), bloger zablokował wczoraj komentowanie... naprawdę pozwolił sobie na takie faux pas wobec blogerów. Oj, zablokował komentowanie.... oj... i stała się tragedia blogowa... ale nie dla wszystkich, mówię uczciwie, bo są blogerzy, którzy piszą posty nie dlatego, by potem utonąć w komentarzach na ich temat, a dlatego, że mają potrzebę podzielić się z ludźmi czymś ciekawym. Nie tylko ja do nich należę. Jednak są blogerzy, którzy piszą posty po to, by pławić się w komentarzach pod nimi, żyją blogiem i komentarzami, przeżywają tragedię niemal narodową, kiedy coś się w blogerze schrzani.

Ech.... nie chcę się złośliwić i nie będę. Jednak trochę mnie zszokowało, kiedy zobaczyłam, że wstrzymanie przez blogera komentarzy, wywołało u wielu ataki paniki i niemal zatrzymanie akcji serca oraz stwierdzenie, jak teraz będzie blogosfera żyć... no jak blogerze żyć, jak żyć??????????!!. Może mogłabym wziąć za żartowanie, pokpiwanie z tej sytuacji, jednak, gdy na wielu blogach pojawił się ten temat, to uznałam, że blogerzy przeżywają "dramat" na serio. No nie, jeszcze teraz, kiedy to piszę, to śmiać mi się chce, bo naprawdę (o, naprawdę pisze się razem, prawda?) mnie takie podejście rozśmieszyło. Blogowanie uważam za dodatek do realnego życia i dwa dni poślizgu w blogowaniu czy komentowaniu nie zrobiłoby na mnie wrażenia. A tu okazało się, że mimo zarzekanie się blogerów, to jednak wyłączenie komentowania bardzo ich obeszło i zachwiało podstawą sensu ich blogowania. 

 Powtórzę jeszcze raz- wyłączyłam komentowanie z całą świadomością pewnej „straty”. A po czasie zauważyłam, że liczba wejść wcale się nie zmniejszyła, czasem jest większa, często przekracza 100 w danym dniu. Co znamienne, nie piszę też postów, by nabijać licznik- z nikim nigdy nie konkurowałam i sprawdzam tylko dlatego, by zobaczyć, jakie tematy są bardziej lub mnie chodliwe. Mam pewne założenia i kierunki, w jakich chcę mój blog prowadzić i na razie to się sprawdza.

Nie zawsze trzeba pisać o pierdołach, pisać o rzeczach oczywistych, które latają na innych blogach tak często, że aż mdli, pisać o zdrowiu (wiem, trzeba się bólem dzielić i to pomaga- rozumiem, jak pomaga to trzeba to napisać), nie trzeba uprawiać swoistego ekshibicjonizmu i co trzeci post pisać o ogromnym dole, nie trzeba kokietować oraz manipulować innymi, kiedy się jest klasycznym narcyzem i czytający to widzą- kiedy jakichś treści monotematycznych jest w nadmiarze, blog staje się nudny.

Nie trzeba, ale rozumiem ludzkie potrzeby i wiele osób potrafi tylko w ten sposób prowadzić swój blog, mają jakieś osobiste korzyści, w czymś im to pomaga. To jest w myśl hasła latającego w blogosferze: „To mój blog i mogę sobie pisać na nim, co chcę”. Tak, prawda, ale po pewnym czasie taki mono blog przestaje przyciągać, odrzuca swoją powtarzalnością, męczy.

Dlatego w myśl drugiej blogowej zasady- „Jak ci się nie podoba, to nie wchodź, nie czytaj” na takie blogi wchodzę bardzo rzadko, a najcześciej w ogóle wykreślam je z pamięci.

I poruszę sprawę słownictwa, języka używanego w postach. Ludzie, zlitujcie się, po co te zdrobnienia, po co te dziwnie wymyślane neologizmy, po co silenie się na „błędy ortograficzne”, silenie się na językową oryginalność, jakieś lingwistyczne szpanowanie aż do granic śmieszności, ten brak interpunkcji i często prawdziwe błędy ortograficzne, mylenie pojęć, używanie słów nieadekwatnych do sytuacji, język knajacki, że nie powiem wprost- grypsera, wulgaryzmy (znam takie, co najmniej, 4 blogi)? Po co? Prawdopodobnie ma to ubarwić tekst, ale nadużywane, stwarza, że tekst staje się sieczką słowną. Blogi piszą ludzie dorośli, nierzadko wykształceni, mający wiedzę, jak wzbogacić język. I nie czepiałabym się, znów w myśl zasady „mój blog...”, tylko, że ci sami ludzie mają pretensje do innych, że język ubożeje, że staje się chaotyczny, niechlujny. Ci sami ludzie przyzwalają w blogosferze na taki język. Jakiekolwiek próby protestu (między innymi mojego) napotykają na brutalny atak ze strony autorów tych blogów, oraz niewybredne teksty ze strony komentatorów. Gdzie jest granica obłudy? I wczoraj sobie pomyślałam- świetnie- nie będzie komentarzy, nie będzie popleczników, nie będzie hipokryzji, a blogerzy będą musieli się wysilić na dobre posty.

Może bloger powinien w ten sposób oczyścić blogową atmosferę?

Owszem, chcę się dzielić różnymi rzeczami, ale już nie chcę mieć wiedzy „komentatorskiej”. Da się bez niej dobrze funkcjonować, da się spokojnie bloga prowadzić. Ale żeby nie było, że ja jestem taka fajniutka bezkrytyczna w stosunku do siebie- kilka razy chciałam komenty włączyć, kilka razy za nimi zatęskniłam, kilka razy chciałam przeczytać zdanie innych ludzi na temat posta, żal mi też niektórych komentatorów- fajnie komentowali. Jednak czuję w sobie ogromny opór- nie włączę. Bardzo proszę, by moi byli komentatorzy nie odbierali tego jako mój brak zaufania oraz brak szacunku do nich.

Jak huknie cały bloger, odczuję tylko stratę tekstów, ale już nie zdjęć, bo te mam w plikach na dyskach. Już raz straciłam blog i założyłam nowy, dosyć gładko i bez bólu poszło.

Czytam ten tekst- hmmmmm..... tak, wiem, piszę w sposób nudny dla niektórych, zbyt poprawny, ale nie będę na siłę zmieniała mojego stylu pisania po to, by przypodobać się garstce blogerów. W realu mam ogromne poczucie humoru, próbowałam je przerzucić na blog, napisałam jeden tekst, potem drugi... Nie wiem czy pamiętacie taki blog z Pieprzem w tytule, albo inny blog z niepoprawną matką w tytule czy jakoś tak... i doszłam do wniosku, że nie mam takich umiejętności pisarskich, by pisać humorystyczne posty z życia wzięte. Pozostało mi pozostać przy moim stylu i poprawnym (ech niektórych to strasznie dziobie w oczy) słownictwie.

No dobra, Jakółka sobie napisała post niekoniecznie wesoły, a dla was jeszcze coś smutniejszego od mojego tekstu. Wysłuchać, a potem, jak mówił bardzo młody człowiek: „Nie smutać się”, idzie piękna kolorowa jesień (i podobno ma być długo ciepła)

PS. Przypomniało mi się trzecie zdanie krążące na blogach: "Nie mam wpływu na to, jak ktoś odbierze słowa pisane w poście, jak ktoś odbierze je do siebie, to jego sprawa".

Taka sytuacja:)
 

04 września 2026

Coś za coś.

 


 


 Myłam okna, kiedy zastanowił mnie głos wokalistki. Najpierw wysłuchałam utworu, który przewinął się mi na liście w YT jako kolejny. Potem zajrzałam, by zobaczyć kto to jest i  jak ona wygląda. Doznałam lekkiego szoku. Tego się nie spodziewałam. Wprawdzie imię i nazwisko sugerują, że pochodzi ona ze Wschodu, jednak coś innego mnie zaintrygowało. Wokalistka często występuje w kebaji i chuście na głowie, wiązanej na modłę arabską.

W dodatku te oczy, z oczami coś nie tak. Poszukałam o niej więcej informacji.

Putri Ariani ma 21 lat i pochodzi z Indonezji. W info. napisano, że śpiewa pop, ale i utwory hard rockowe też ma na swoim koncie.

Wada wzroku wzięła się stąd, że dziewczynka urodziła się w 6 miesiącu ciąży, po czym długo przebywała w inkubatorze. Kiedy opuściła inkubator stwierdzono i niej zaćmę (tę zaraz usunięto) oraz retinopatię wcześniaka, czyli ciężką wadę wzroku. Wprawdzie przeprowadzono operację prawego oka, ale się nie udała i uznano dziewczynkę za całkowicie ślepą.


Jak mówiła moja babcia: „W życiu zawsze jest coś za coś”. Putri Ariani nie widzi, za to jest fenomenalnie uzdolniona muzycznie i ma genialny głos.

Dodatkowo, w trakcie śpiewania, akompaniuje sobie na fortepianie


 

Pierwszy raz publicznie wystąpiła, kiedy miała 7 lat. W świat muzyki i śpiew wprowadziła ją babcia, która pochodziła z Sumatry Zachodniej.

Potem zaczęła uczęszczać do szkoły muzycznej, ale jako specjalność wybrała grę na flecie.

Kiedy miała 17 lat, wystąpiła w amerykańskim „Mam talent” i dotarła do półfinału. Ale to nie był jej pierwszy sukces – wcześnie, kiedy miała 8 lat, wystąpiła w indonezyjskim „Mam talent”, który wygrała. 

 

Podczas amerykańskiej edycji stwierdziła: „Moim największym problemem jest to, że ludzie patrzą na mnie jak na osobę niewidomą, a nie jak na muzyka. Ale kiedy śpiewam, czuję się jak supergwiazda”. Zresztą jej inność powodowała, że w szkole czuła się zastraszana. Nie tylko z powodu braku wzroku, ale i z powodu sylwetki.

W 2024 roku rozpoczęła studia wyższe na Wydziale Prawa w Gadjah Mada University, na kierunku Sztuki wokalne.

 Desert Rose najlepiej śpiewa chyba Sting, przynajmniej mnie się ta piosenka najbardziej podoba  w jego wykonaniu, ale wykonanie Putri Ariani też jest świetne. Urzeka mnie ten niezwykle czysty głos o orientalnym brzmieniu oraz  skala w jakiej operuje wokalistka. 

 Putri Ariani śpiewa w kilku językach, komponuje i jest producentką. Działa również charytatywnie- daje datki na budowę meczetu oraz wspomaga finansowo sieroty oraz ludzi ubogich. Finanse czerpie ze sprzedaży każdego wydanego jej albumu.

To bardzo nowoczesna, otwarta osoba, można obserwować ją na Facebooku. 

https://www.facebook.com/putriarianni/

https://tvn24.pl/kultura-i-styl/americas-got-talent-niewidoma-putri-ariani-w-polfinale-simon-cowell-wcisnal-zloty-przycisk-st7166320

https://en.wikipedia.org/wiki/Putri_Ariani

Zdjęcia z Internetu

PS. Tak na marginesie ta uwaga.  Niektórym wydaje się, że jak ktoś napisze rzetelną informację to jest to robota AI. No cóż, dobrze, że tylko wydaje im się i dobrze, że tylko niektórym. Jakieś ogólnospołeczne przewrażliwienie występuje na punkcie AI, a żeby było śmiesznej to ci obłudnicy sami się nią, cichcem, milczkiem, posługują.

Chyba napiszę post na temat AI, ale nie o notkach info., tworzonych przez AI, tylko  jak ja to widzę ogólnie.

Halo, więcej wiary w ludzki umysł, wykształcenie, erudycję i znajomości tematu. Nie wszyscy są głąbami, którzy muszą się posiłkować AI albo z braku wiedzy, albo z braku rozumowania, albo po prostu ze zwykłego lenistwa. 


02 września 2026

"Jutro o tym pomyślę"

 


Mój instynkt samozachowawczy jest niezawodny. Instynkt, dotyczący oszczędzania nerwów, a może to nie tyle instynkt, co lata doświadczenia w pokonywaniu ogromnych stresów i radzeniu sobie, by nie zaliczyć tego najgłębszego dna. A już blisko do niego było kilka razy.

W zasadzie od dziecka rozładowuję stresy aktywnością, głównie fizyczną. Moje bieganie po lesie, włóczenie się po nim, sprzątanie pokoju, „nadprogramowe” granie na pianinie na full (tak, trzeba było ćwiczyć do lekcji), czy pranie ręczne- sama sobie prałam lżejsze ciuchy, nawet rąbanie drewna oraz oporządzanie zwierząt, to wszystko pomagało mi poradzić sobie z lękami, bólem duszy, niepewnością, poczuciem zagrożenia czy niesprawiedliwości.

I biegiem lat, mój organizm tak się wytresował, że jak tylko był problem, to brałam się do roboty, by poradzić sobie ze stresem, a problem zamieniał się w zadanie do wykonania. Poza tym- na początku z tych słów się śmiałam- spostrzegłam, że ten mechanizm działa i to pozytywnie. Pamiętacie Scarlett O'Hara z „Przeminęło z wiatrem”? Otóż ona, kiedy napotykała na trudności, mówiła spokojnie: „Jutro też jest dzień, zastanowię się jutro”. A przez noc przecież tyle się zmienia, zmieniają się myśli, nastawienie, człowiek inaczej patrzy na świat po przebudzeniu. Często, kiedy nawiedzają mnie czarne myśli, mówię sobie spokojnie: nie teraz,  teraz nie chcę o tym myśleć i szukam w głowie wesołego tematu, pogodnych myśli, jasnych obrazów. Tak samo podchodzę do problemów- nic na siłę, pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł, jutro też jest dzień. I to działa, oba sposoby działają. Nie znaczy to, że uciekam od problemu, po prostu, po nawet krótkim czasie, wygląda on zupełnie inaczej. I jest czas na podejście zadaniowe, wymyślenie wariantów działania. Ale nie zawsze tak było, walka z ujemnymi emocjami jest cholernie trudna i zanim się tego nauczyłam, spaliłam się prawie na węgiel. Niestety mocne osady pozostały, jest tylko pilnowanie, by znów nie dopuścić do pożaru.

I teraz tak samo staram się pokonać stres- od poniedziałku wymyłam wszystkie okna, wykosiłam trawniki, wyprasowałam pranie, wymyłam krzesła i nogi stołu w kuchni- Beza włazi pod stół, a że ma futerko jakie ma, to po pewnym czasie nogi krzeseł i stołu są czarne. Kurcze, wymyłam nawet ściany w sieni do wysokości 50 centymetrów, które też miały smugi w miejscach, gdzie przechodzi Beza. To samo z narożnikami ścian i futryn oraz drzwiami. Wyprałabym również firanki, ale obiecałam solennie "wybyłym" domownikom, że jak będę sama w domu, to nie ma: po pierwsze łażenia po drabinie i po drugie cięcia mechanicznym sekatorem (tu uważam jak diabli, ale go raczej nie odstawiam).

W sumie mają rację, ale wpędziło mnie to w jakąś fobię, bo łażę wszędzie z telefonem, by w razie co....

Niby już jest dobrze, wszystko wraca do normy, ale ten cholerny niepokój, gdzieś tam targa podświadomością.


W ogrodzie przekwitają kwiaty. Zakwitły ostatnie gladiole- biała, która od razu deszcz połamał oraz ciemnobordowa- piękna.




 

Kwitną wrzosy i czekam na zimowity. Już powinny zakwitnąć, a tu ciągle puste miejsce na grządce. Mam nadzieję, że susza ich nie zniszczyła. Dziwna roślina- na wiosnę ma liście ogromne, potem iście usychają, a jesienią zimowit zakwita już bez liści.



Od paru dni snują się wokół domu dymy, takie dymy, które od razu przywołują wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to palono na polach łęty, a w ogniskach piekły się ziemniaki. Wdycham ten dym z przyjemnością, jest nienachalny, pachnie przyjemnie. Na razie nie zauważyłam babiego lata- nitek pajęczych, snujących się wszędzie. A przecież już czas na nie. Jeszcze dwa tygodnie i rozpocznie się jesień. Najpiękniejsza kolorystycznie pora roku. Urodziłam się jesienią, jestem jesienna, w kolorytach też. Lubię jesień w każdej postaci. Nawet w tej z deszczem albo z mgłami.

Taka przypominajka


 


01 września 2026

Chrzanienie nie tylko o chrzanie.

 


Napisałam post o krótkiej wyprawie w teren, by zobaczyć stary słup graniczny, postawiony kiedyś na granicy Prus i Austrii. No i post wcięło, zanim go zamieściłam.

A wycieczka była półtora tygodnia temu- w piątek.

Na razie ten temat odstawiam, jak będzie wena, to napiszę, o co chodzi z tymi słupami granicznymi.

A teraz to, co dzieje się na bieżąco. Sobota- jedziemy Bezie obciąć pazurki (bardzo szybko jej rosną, a może to ten czas tak leci? Niedawno przecież byliśmy.). Zong, przed weterynarią kupa samochodów, Beza 7 w kolejce, a czynne do 13. Nie czekamy, naszym zwyczajem zaliczamy krótki wypad w teren. A teren to dokładnie staw w sąsiedniej wiosce. Nieplanowany. W sumie to nie wiem, co Jaskół planował mi pokazać. Na pewno chciał mi pokazać nowe rondo, ale naburczałam na niego, że rondo nie jest dla mnie interesujące, niech mnie zawiezie gdzieś „w przyrodę”. Trochę się spiął, bo rondo miało być pokazane dlatego, żebym wiedziała, jak z niego korzystać w drodze do Jastrzębia. Przyznać jednak muszę, że uważnie skanowałam całą trasę, a w obecnej sytuacji akurat mi się przyda. Normalnie do Jastrzębia jeździmy inną drogę, ale aktualnie trwa przebudowa torów pod szybką kolej i jest szaleństwo z drogami (kolejny most w przebudowie, kolejna droga zamknięta i same objazdy). Ta normalna trasa ma objazdy, ta z „rondem” jest nowa, ale omija całe to szaleństwo. Teraz jak znalazł.

Ok, no cóż, ja tam wolę jednak teren „niezabudowany”. Zatem zatrzymaliśmy się przy ogromnym stawie, na którym siedziało stado mew. Dla mnie choćby kawałek takiego widoku to frajda. Nasz pobyt nad stawem był krótki, ale udało mi się zrobić kilka fotek i nakręcić film. 

To jest jedna trzecia stawu- on jest ogromny, ale tylko w jednym miejscu siedziały na wodzie mewy.


 

A w domu się chrzani. W niedzielę przeżyłam niefajne déjà vu- to z tych, których zakończenia nie chciałabym przeżyć jeszcze raz. A dzisiaj już lepiej, niemniej trochę nerwów mi strzeliło. Ja wiem, że wkurzają czytających takie niedomówienia, ale nie mam w zwyczaju dokładnie opisywać, jakie nieszczęścia chodzą po moich bliskich, czy po mnie samej.

Przez kilka dni jestem zdana tylko sama na siebie. Mam na szczęście zapasy jedzenia. A w razie posuchy, ładuję psa do samochodu i robię zakupy. Boję się tylko, że jak na chwilę zostawię Bezę w aucie, to zaraz znajdzie się jakiś obrońca zwierząt i gotów wybić w samochodzie szybę. Z jednej strony sama jestem za tym, by nie zostawiać zwierząt w samochodzie samych, a z drugiej strony, są sytuacje, kiedy nie ma innego wyjścia. Problem jest w zbyt narwanych ludziach, którzy chcą zgrywać bohaterów, zanim pomyślą, jak wyglądać może sytuacja. No ale, na razie, nie ma potrzeby ruszać się z domu.

Mam jeszcze brata do pomocy i dzisiaj mi konkretnie pomógł- jednak tylko w sytuacji kompletnie bez wyjścia, będę go prosić. Sister wielkie ucho w sytuację nie chcę wprowadzać, a jak nie chcę tego, to i o pomoc nie poproszę. Zresztą ona sama mi konkretnie nie pomoże, a szwagier.... tu spada zasłona milczenia.

No dobra, byliśmy nad ogromnym stawem, sfilmowałam ptaszory. Muszę popracować nad robieniem filmów. Nie potrafię opanować nowego aparatu. Już wydawało mi się, że przesuwam powoli obiektyw i trzymam rękę, by nie drżała, a tu ciągle na filmie wahnięcia i obraz leci szybko. Trzeba też popracować nad obrazem przy dużych zbliżeniach. Stary aparat był łatwiejszy w prowadzeniu, nowy Canon płata mi figle.

 


Porobiłam zdjęcia.

 



 Przed samym wyjazdem, pogadałam z właścicielem, który przyjechał badać stopień napowietrzenia wody. Podczas tak długotrwałych wysokich temperatur trzeba pompować powietrze w wodę, by ryby miały czym oddychać. Stawy hodowlane są płytkie. Zastanawialiśmy się z Jaskółem, dlaczego nie są głębsze. Doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie chodzi o zapełnianie ich wodą po zimie. Na zimę woda z tych stawów jest spuszczana. Cieki wodne zanikają, ziemia wysycha, stawy coraz trudniej napełnić. Hodowca skarżył się też, że karpie męczy jakaś choroba. Faktycznie sporo niedużych śniętych ryb pływało przy brzegu. Przykre.

Ławica malutkich rybek. Dwa razy pytałam pana co to za gatunek, dwa razy podał nazwę szybko oraz  lekceważąco no i nie zapamiętałam. Sprawiał wrażenie, jakby te drobne rybki nie liczyły się w stawie. Nie rozwijał tematu, więcej nie pytałam. Widocznie uznaje zasadę "Nie ciekawić się".


 Przeszłam z Bezą kawałek groblą, stronę małego stawu
, za którym, na łące, pasły się konie. Niesamowicie wiejski obrazek. I ten spokój nad stawami, kiedy tylko mewy latają i popiskują, a ciche szumy cywilizacji są w dalekim tle, jest kojący. Lubię takie klimaty. Beza wyraźnie się tym krótkim spacerem zmęczyła, trzeba było wracać.

Zaczyna się wrzesień. Po głowie chodzą tylko urywki myśli- szkoła, szkoła się zaczyna i nic więcej, zero, nul rozważań o tym, jak się pracowało w oświacie oraz w nauce. Tak dawno, tak odległe czasy i nawet długi staż pedagogiczny, przynoszący różne momenty, zaginął w czasie. Po co? Na co teraz dywagacje o tym, co było? A to, co jest, to w sumie mnie mało interesuje- jakieś przepychanki, pretensje, jojczenia, skarżenia się, obwinianie jedni drugich, głupie decyzje.... beznadzieja.... nie mam wpływu, odstawiam

Nadal robię ogórki małosolne. Ale jest problem- w sklepach nie ma już zestawów: koper+ korzeń chrzanu + czosnek. Nie ma, bo jak twierdzą ekspedientki- sezon się skończył. Gdzie, jak to się skończył- teraz właśnie kisi się ogórki, bo późne odmiany teraz dojrzały. No to radzę sobie inaczej- koper zielony, czosnek- zawsze jest, bo go sprzedajemy, a chrzan kupiłam w płatkach suszony. Do tego liście winorośli i powinno się udać. W tych tutejszych sklepach to czasem porażka zaopatrzeniowa- chleb tylko do określonej godziny, w jednym paskudne warzywa, w innym mały wybór. Człowiek tylko jeździ od „marketu” do „marketu” różnych sieci i „składa” te zakupy do kupy- w jednym warzywa, w drugim mięso i sery, jeszcze w innym ryby świeże. Niby mamy to połapane, ale kilometry uciekają. Chrzan suszony w płatku kupiłam w Internecie. Już mnie męczy to wieczne poszukiwanie korzenia chrzanu w okresie, kiedy kisi się ogórki. Bez chrzanu cała sprawa się nie uda.

Był kiedyś w ogrodzie posadzony i nawet ładnie się rozrastał, a potem zaginął. Zamówiłam  dwie sadzonki w Internecie i dzisiaj przyszły- posadzę je pod płotem. Jak się przyjmą, dokupię następne. A może nie dokupię, bo jeżeli się sprawdzi suszony i inne zamienniki, to nie warto sadzić, podlewać itp.

Zamienniki przypraw do małosolnych:

  • świeży korzeń chrzanu- chrzan suszony w płatkach, dawać mniej, bo jest bardziej aromatyczny,

  • świeże liście chrzanu- liść czarnej porzeczki albo liście winorośli, albo liście wiśni,

  • suchy koper, łodygi, baldachy- świeży zielony koper, albo suszony estragon- szczypta na litr zalewy, łodyżka świeżego estragonu, suszone nasiona kopru, (nie dodawać suszonego koperku, bo jest gorzki w zalewie), można dodać lubczyk- świeże łodyżki lub listki.

Wyhaftowałam pawia na szarym gobelinie. Więcej o moich zmaganiach, z tym projektem, na drugim blogu (prawa strona, zakładka- drugi blog).

Tak się niespodziewanie złożyło, że dokończyłam jeszcze dwa hafty z pawiami, a trzeci czeka w kolejce- wzór naniesiony na materiał rok temu sobie leży i dojrzewa. Pawie, pawie, pełno pawi, "zapawiło" się w moich robótkach.
 

28 sierpnia 2026

Uprawiać "sztukę dla sztuki" , "szokować mieszczucha" i "niech żyje absolutna wolność twórcza".

 


Miał być post solidny z dawką porządnej wiedzy o bohemie, ale... czy ja wiem, przecież na pewno (????) większość z czytających kojarzy, o co chodzi.

 

Poza tym wiedza ogromna, dużo informacji, szmat czasu obejmuje jej występowanie- prawie 100 lat od pierwszej połowy XIX wieku do II wojny, a i potem grupy artystyczne, które można nazwać bohemą, istniały i nadal istnieją.

Pewnie są i współczesne grupy artystyczne, środowiska artystyczne, ale czy przyjmują one styl życia, jaki przyjęli artyści w latach wczesnej „bohemy” i potem aż do początku II wojny światowej, a jeszcze po niej w latach 50 (Paryż, Warszawa...), nie wiem. Pewnie te, po II wojnie, wczesne powojenne środowiska, podobnie jak przedwojenna bohema, przyjmowały np. postawy dekadenckie, zgadzali się z ideami egzystencjalizmu, krytykowali zasady życia drobnomieszczańskiego itp.

Na pewno zmieniały się np. style oraz kierunki malarskie, architektoniczne (np. wejście stylu socrealistycznego w Polsce). Zastanawiałam się również, ale to tak na marginesie, czy ruch hippisowski można by zaliczyć do bohemy lat 60. Miał on sporo cech, jakie charakteryzowały środowiska bohemy w różnych okresach jej istnienia, od początku jej zdefiniowania. Ale jedno na pewno różni hippisów od bohemy w tradycyjnym pojęciu- radość życia, śpiew, taniec, czyli zupełne zerwanie z egzystencjalizmem. Ruch hippisowski to obraz pełni życia, tu i teraz, na maksa.

Świat bohemy, świat artystyczny, zawsze mnie fascynował. Może z racji wykształcenia, a może dlatego, że to świat niebanalny, nie dający się zaszufladkować, świat pełen interesujących indywidualności, a może dlatego też, że ten świat artystyczny, wychodzący poza różne ogólnie przyjęte konwencje, wydawał się bliski mojemu niepokornemu charakterowi? Bunty, pogranicza, dociskanie do dechy, dochodzenie do ściany, naciąganie struny... oj kusiło, zwłaszcza w młodości. Ale Bozia nie dała dostatecznego talentu artystycznego (dała talent sportowy w zamian), dlatego pozostała mi fascynacja twórczością oraz życiem artystycznej bohemy.

Ponieważ materiału, na ten temat, jest bardzo dużo, opiszę tylko niektóre wątki (i to też tak raczej jako zasygnalizowanie czegoś ważnego lub interesującego).

Bohema (z francuskiego la bohème- cyganeria)- to środowisko artystyczne, którego członkowie wzbudzali kontrowersje zarówno pod względem obyczajowym jak i pod względem awangardowego podejścia do sztuki. Po raz pierwszy określenia cyganeria (la bohème) użyto w latach trzydziestych XIX wieku we Francji. Były to czasy romantyzmu, ale  grupy cyganerii, przede wszystkim, tworzyły się w późniejszym modernizmie (głównie Berlin) oraz po II wojnie światowej, w czasach egzystencjalizmu (Paryż).

Artyści, należący do cyganerii, manifestowali pogardę do panujących norm obyczajowych, demonstrowali bunt przeciwko stylowi i wartościom drobnomieszczańskim. Tworząc, łamali zasady przyjętych dotychczas norm estetycznych oraz reguł twórczości artystycznej.

Co więcej, by podkreślić swoją przynależność do bohemy, ubierali się ekscentrycznie, celowo zachowywali się swobodnie i niekonwencjonalnie, stawiając, tym samym, świadome wyzwanie rzucone opinii społecznej. Profesor Tomasz Weiss w "Literatura polska. Przewodnik encyklopedyczny" pisze tak:

„Środowiska cyganeryjne były charakterystycznym elementem życia artystycznego szczególnie u schyłku XIX i w początkach XX wieku, w okresie modernizmu, kiedy głównymi ośrodkami międzynarodowej cyganerii stały się Wiedeń i Berlin. Cyganeria jest przede wszystkim zjawiskiem socjologicznym, występującym zwykle w dobie przemian społecznych i obyczajowych, kryzysów i fermentów ideowych i artystycznych (jak np. XIX-wieczny dekadentyzm), przy czym dziedzina sztuki nie stanowi jedynego, a często nie jest najważniejszym polem jej aktywności. Cechą zasadniczą cyganerii jest postawa demonstracyjnej negacji – obojętności, protestu, buntu, prowokacji wobec konserwatywnego społeczeństwa, wobec przymusów i nawyków pospolitego bytowania, którym cyganie przeciwstawiają mgliste, zazwyczaj marzycielsko-utopijne idee przebudowy świata, jego rewolucyjnej przemiany, odnowy sztuki itp. To bliżej nieokreślone przeświadczenie o własnym prekursorstwie i awangardowości splata się w ich świadomości z poczuciem społecznego wykorzenienia: czują się i są traktowani jak outsiderzy, którzy nie tylko utracili kontakt z zachowawczym społeczeństwem, ale w ogóle nie pragną jego nawiązania. Stąd znamienne dla cyganerii poczucie niestabilności czy nawet tragizmu własnej sytuacji, przejawiające się w sferze psychologicznej i w stylu życia, np. programową abnegacją czy ekstrawagancją zachowania i stroju.”

Natomiast o polskiej bohemie, Weiss pisze tak:

„W Polsce najbardziej znanymi ugrupowaniami cyganeryjnymi były romantyczna Cyganeria warszawska z lat czterdziestych XIX wieku i cyganeria młodopolska z przełomu XIX i XX wieku skupiona w Krakowie wokół Stanisława Przybyszewskiego. Przeszczepił on na grunt krakowski obyczaje międzynarodowej cyganerii berlińskiej, wśród której jako "genialny Polak" odgrywał znaczną rolę. Przybyszewski dobierał sobie kompanów nie tyle wśród uznanych artystów, ile wśród ludzi skłóconych z mieszczańskim otoczeniem (uosobionym w pogardzanej i wyszydzanej postaci "filistra" i "kołtuna"). Niektórzy z nich znaleźli się później w gronie inicjatorów i wykonawców programu kabaretu Zielony Balonik, ostatniego już przejawu aktywności młodopolskiej cyganerii, a zarazem świadectwa jej schyłku: obyczaj cyganeryjny uległ tu nie tylko teatralnej konwencjonalizacji, ale także bywał przedmiotem parodii i kpiny. Wśród licznych wspomnień poświęconych cyganerii, osobom jej przywódcy i uczestników, miejscom spotkań (kawiarnie Paon, Jama Michalikowa, siedziba Zielonego Balonika) pozycję szczególną zajmują szkice Tadeusza Boya-Żeleńskiego (zwłaszcza ze zbioru "Znaszli ten kraj?…"), dzięki któremu cyganeria młodopolskiego Krakowa przeszła do legendy literacko-obyczajowej swej epoki.

Cyganeria była fenomenem kulturowo- towarzyskim, które w Polsce najmocniej utrwaliło się w legendzie.


Artystyczna Bohema całą swą „filozofię życia” oparła na dekadentyzmie.

Dekadentyzm- nurt filozoficzny, kulturowy i artystyczny, który wyrażał pesymistyczny światopogląd i tęsknotę za pięknem, a jednocześnie był krytyką racjonalizmu, industrializacji i materializmu. Dekadenci postrzegali świat jako zmierzający ku degeneracji, szukając ucieczki w sztuce, estetyzacji życia i refleksji nad przemijaniem.”

Dekadentyzm zapoczątkowała twórczość Charles'a Baudelaire'a, który w połowie XIX wieku, we Francji wydał tomik wierszy „Kwiaty zła”. Poezja Charles'a Baudelaire'a była manifestem nowego spojrzenia na życie i sztukę.

Cyganeria- świat artystów, dekadencki świat, który tonął w oparach alkoholu absurdu i przeświadczenia, że tylko taki sposób na życie- narkotyki, alkohol, włóczęga po knajpach i negowanie wartości- stworzy warunki do docenianej twórczości. Nic bardziej mylnego. Wielu z tych, zapowiadających się nawet dobrze, artystów nigdy się ponad poziom nie wybiło. Ci, którzy się wybili ponadprzeciętność, mieli opinie pijaków i narkomanów, drogo też zapłacili za hulaszczy tryb życia- zbyt wczesna śmierć, reszta życia w przytułku, samobójstwa itp.

Artyści zaliczani do Cyganerii XIX oraz tworzący do czasów II wojny światowej, chętnie sięgali po morfinę, kokainę, opium. Nie gardzili meskaliną oraz eterem. Z alkoholi najczęściej pili absynt oraz czyste wódki, chociaż i wino lało się strumieniami także.

Interesujący eksperyment z narkotykami prowadził Witkacy. Polegał on na tym, że Witkacy zażywał dany narkotyk, po czym malował pod jego wpływem, a potem opisywał jak ten narkotyk wpływa na twórczość. Na każdym namalowanym, pod wpływem narkotyku, obrazie (malował głównie portrety), zapisywał informacje- data, narkotyk. Witkacy zapisywał również informacje na dziełach malowanych po alkoholu oraz podczas tworzenia których, palił papierosy. Nawet te, powstałe w czasie, kiedy niczego nie zażywał i nie palił, miały odpowiednie adnotacje. Całość wyników tego eksperymentu opisał w zbiorze esejów „Narkotyki”.

Do czego zmierzał Witkacy, tak eksperymentując? Chciał on sprostować krążącą o nim opinię, że rzekomo jest narkomanem, oraz chciał się podzielić swoimi doświadczeniami, dotyczącymi wpływu używek na twórczość artystyczną.

„Kwestia substancji psychoaktywnych korespondowała według niego z nienasyceniem związanym z samym faktem istnienia – skłonność do przyjmowania ich miała zaś wyrastać z tych samych potrzeb, co szukanie w religii, sztuce i filozofii przeżycia metafizycznego. Długotrwałe przyjmowanie tych środków prowadzi jednak do degeneracji wskutek zamknięcia się we własnej, hermetycznej rzeczywistości, czego następstwem jest utrata zdolności do porozumiewania się z innymi. Zaspokojenie w ten sposób uczuć metafizycznych jest więc niemożliwe – przede wszystkim ze względu na to, że prowadzi do przytępienia, a następnie całkowitego zaniku tego rodzaju stanów. Zdaniem Witkacego, po narkotyki mieli też sięgać coraz młodsi ludzie, co miało się przyczyniać do wyniszczania najzdolniejszych jednostek – obdarzonych największą wrażliwością, najsilniej odczuwających owo metafizyczne nienasycenie .”

I jeszcze:

„Witkacy zaliczał do „narkotyków” tytoń i alkohol. Nikotyna miała umożliwiać stworzenie pewnego rodzaju mechanizmu psychicznego stanowiącego „doskonały wstęp” do wszelkiego rodzaju uzależnień. Nałóg ten miał skutkować wyrabianiem postawy charakteryzującej się unikaniem realnych problemów, czego następstwem była dezorganizacja woli. Z kolei alkohol miał pomagać przy tworzeniu pewnych kombinacji w malarstwie i muzyce (w mniemaniu Witkacego zawodził natomiast tam, gdzie potrzeba było najwyżej sprawności w operowaniu pojęciami). Podobnie jak w przypadku nikotyny, nadużywanie alkoholu miało stanowić ucieczkę od odpowiedzialności – co więcej zaś – skutkowało niemożnością adekwatnej oceny i zdolności wartościowania moralnego. Za bardzo niebezpieczną uznawał także kokainę, dostrzegając zagrożenia jakie niesie za sobą nałogowy kokainizm. Przyznawał jednak, że dzięki zintensyfikowaniu rzeczywistości jest ona szczególnie atrakcyjna dla artystów. Sam stosował wyłącznie małe dawki tej substancji, niemal zawsze w połączeniu z alkoholem .

Witkacy opisał również działanie pejotlu- wyciągu z kaktusa. Artysta uważał, że pejotl nie tylko nie uzależnia, ale może być stosowany jako środek wspomagający odwyk od innych narkotyków.

Jak wpływał pejotl na twórczość malarską Witkacego?

„Właściwe wizje uzyskane po spożyciu kaktusa charakteryzowały się ciągłym i płynnym przetwarzaniem jednych kształtów w drugie oraz olbrzymią i szybką zmiennością przekształcanych obrazów (przy jednoczesnym zachowaniu niezwykłej wyrazistości, a także tej samej ostrości widzenia na bliskich i dalszych planach). Poszerzyła się także optyka Witkiewicza – przywidzenia nie tylko objęły całe widzialne pole, artysta pisał bowiem o odczuwanym przez niego dziwnym zjawisku „widzenia plecami”. Oprócz tego doświadczał także „spuchnięcia czasu” – miał wrażenie, że minuty trwają tyle, co tygodnie. Zwrócił także uwagę na fakt, że użycie pejotlu niezwykle sprzyja słowotwórstwu. Innym charakterystycznym motywem wizji pejotlowych było doznanie spoglądających nań ze wszystkich stron oczu .
Co prawda doświadczenie pejotlowe nie zrewolucjonizowało twórczości Witkacego, jednak niewątpliwie pogłębiło ową dziwność, która miała cechować Czystą Formę w sztuce. Dzięki niemu artysta rozwinął wątki obecne już wcześniej w jego twórczości. Właściwe dla omawianych wizji było niezwykłe zagęszczenie widzianych form i kształtów – w tym potworów, takich jak zwierzęce hybrydy oraz mieniące się, różnokolorowe węże. Dorobek Witkiewicza poszerzył się wówczas o motyw głów w locie – szybujących na skrzydełkach bądź oderwanych całkowicie od korpusu, przypominających kosmiczny dryf na barwnych smugach. Innym charakterystycznym malarskim wątkiem są ludzkie głowy wyrastające z roślin lub zwierzęcych ciał; często skorpiona, jaszczurki bądź jakiegoś morskiego stworzenia.
W odróżnieniu od innych tego typu środków, które zdaniem Witkacego „potęgowały rzeczywistość”, pejotl miał być „narkotykiem metafizycznym” dającym poczucie dziwności Istnienia. Dlatego wyraźnie wywyższał pejotl ponad inne substancje psychoaktywne – w jego opinii kaktus był specyfikiem jakościowo daleko doskonalszym, a podróż do świata Świętej Rośliny (za jaką uważają go rdzenni mieszkańcy Ameryki Środkowej) dawała „pewien bezpośredni sposób widzenia siebie i swoich przeznaczeń, dając po jednorazowym użyciu drogowskazy na dalekie przestrzenie przyszłości .

Wizyjne działanie uświadamiające, o którym wspomina Witkiewicz w odniesieniu do działania pejotlu, ma związek z podróżą do, jak go nazywa, „własnego Hadesu”. W trakcie szczegółowo opisanego doświadczenia pod wpływem rzeczonego kaktusa, miał on bowiem ujrzeć w spotworniałym wydaniu wszystkie popełnione dotychczas błędy oraz komplet swoich wad. Podczas trwania pejotlowego seansu artysta kilkukrotnie powtarza za Indianami, że rośliny nie można przyjmować w stanie niegodnym i każdy ma takie wizje, na jakie zasłużył – kaktus „każe winnych”. Na wstępie do sporządzanego wówczas protokołu wspomina, że na kilka dni przed rozpoczęciem eksperymentu przyjmował kokainę i spożywał alkohol . Nadmienić należy, że społeczności tradycyjne, w których pejotlu używa się w celach sakralnych, sam akt spożycia Świętej Rośliny poprzedzony jest długim okresem abstynencji i duchowego oczyszczenia.”

Sami przyznacie, że to, co opisał Witkacy o swoich eksperymentach z narkotykami, jest bardzo interesujące.

Mimo, iż Witkacy bronił się przed opiniami, że jest narkomanem, tłumaczył zażywanie używek eksperymentem, to ja nie jestem przekonana do tych tłumaczeń. Jeżeli ktoś zna proces uzależniania się od używek, ten wie, że każdy uzależniony (obojętnie czy alkoholik, czy narkoman, czy seksocholik, czy zakupoholik, czy inny „-holik”) twierdzi, że nim nie jest. U Witkacego sam fakt opisania przez niego wpływu określonego narkotyku na dane dzieło, może być genialnym wybiegiem- usprawiedliwieniem nałogu, w którym najnormalniej w świecie artysta tkwił. A w tamtych czasach ludzie nie znali jeszcze całego procesu uzależnienia, dlatego przyjmowano tłumaczenia artysty jako prawdziwe, ba, nawet uznano je za wartościowe. No.... wartościowe to one pewnie są pod względem procesu twórczego, ale według mnie, raczej nie jest to dobry przykład na tworzenie. I jeszcze zaznaczę, że w tamtych czasach te wszystkie używki wchodziły dopiero w obieg, ludzie nie znali ich działania, dlatego łatwo było tłumaczyć nałóg eksperymentowaniem.

Pod wpływem pejotlu. 

Przyznam, że prawie wszystkie obrazy Witkacego do mnie przemawiają. Równocześnie zastanawiam się, czy gdyby nie narkotyki, alkohol i papierosy, tworzyłby na takim samym poziomie jak pod „wpływem”? Czy warto było niszczyć sobie zdrowie, reputację, by zaistnieć artystycznie? A z drugiej strony trudne dzieciństwo, człowiek po przejściach, dekadencki tryb życia... i pewnie to „coś”, co go pchało, by tworzyć nieprzeciętnie, jakaś ambicja, chęć wybicia się, niepokorny charakter- popuszczały hamulce i pchały, by eksperymentować, ryzykować.

Dla mnie to postać kontrowersyjna i nie da się ukryć, chyba najbardziej charakterystyczna w całej polskiej przedwojennej Cyganerii. No może jeszcze Przybyszewski był równie kontrowersyjny, ale z innych przyczyn.

No dobrze, to może dam już spokój Witkacemu, chociaż przyznam, że jest to niezwykła postać w polskiej historii nie tylko sztuki malarskiej ale również w historii polskiego teatru (teatr czystej formy, do którego nie mam przekonania).

Nie tylko Witkacy opisywał swoje doświadczenia z używkami i ich wpływ na twórczość. Tym problemem zajmowali się choćby amerykański ruchu Beat Generation, William S. Burroughs, Jack Kerouac, Allen Ginsberg, ale to już czasy późniejsze, powojenne.

Jakże złudne jest przeświadczenie, że narkotyki oraz alkohol, wzniosą artystę na wysoki poziom artystyczny. Ponarkotykowe oraz poalkoholowe wizje, gorączka, maligna, totalny odlot świadomości, na początku bywają napędem do tworzenia. Potem zaczyna się równia pochyła. To co wspomagało, zaczyna przeszkadzać, mącić, zagłuszać. Artysta traci to, co dla niego najcenniejsze- talent, twórcze spojrzenie na świat. Tylko nielicznym udało się zaliczyć „przygodę” z narkotykami w taki sposób, że zmieniła się ich twórczość artystyczna (np. Witkacy, Ginsberg), wielu oprócz wpadnięcia w uzależnienie, nie zyskało nic. No chyba jedynie czasowe wizje i omamy, których nie zdołali artystycznie uzewnętrznić na tyle, by zachwycił się nimi świat.

Nierzadko tzw. artyście wydaje się, że alkohol czy narkotyk, pomogą mu w tworzeniu dzieł nieprzeciętnych. Ba, często w określonych grupach artystycznych istnieje „moda” na ćpanie i chlanie, bo „świat artystyczny tak ma”. A tu ani ekstra artystycznego przeniesienia poalkoholowej czy po narkotykowej wizji na dzieło/pracę nie ma i być nie może, bo jak się nie ma talentu, jak się nie ma w sobie tego czegoś, tej prawdziwiej duszy artystycznej, która nie potrafi bez tworzenia ani godziny przeżyć (tworzy i świat się wtedy nie liczy, innego życia poza pracownią nie ma), to żadne alkoholowe i narkotykowe „wznoszenia się ponad poziomy” trzeźwego życia nic nie da.

Bo poza używkami w świecie pierwszej bohemy, przede wszystkim, istniała głęboka filozofia negacji, rezygnacji, czarnowidztwa, a tego we współczesnym świecie (poza małymi wyjątkami) nie uświadczysz.

Kiedy czytałam biografie członków artystycznej bohemy, nasuwał się często jeden wniosek- wspomaganie się alkoholem i narkotykami, prowadziło do powstawania dzieł nieprzeciętnych, ale w życiu bardzo często taki artysta był po prostu skur...synem- takimi byli np. Pablo Picasso, Gauguin, Przybyszewski, Witkiewicz, Kantor i wielu innych. To takie artystyczne złoto z góry, a pod spodem świńska skórka. Dobrze, jak wychodził talent i działo się pozytywnie artystycznie, ale ilu by takich, co mierny i w dodatku życiowy dziad (często alkoholik lub narkoman, albo przemocowiec), no ale.... artysta (jestem ponad, jestem wielki, macie mi wybaczać).

To właśnie w czasach Bohemy powstał mit, że artysta, by dobrze tworzyć, powinien się wspomagać, bo wizje, bo lekkość tworzenia itp. I ten mit pokutuje do dziś.


Pozostałe hasła związane z Bohemą (skrócie, bo każde z nich niesie mnóstwo ważnych treści, na które w jednym poście nie ma miejsca)

Modernizm- modern art- umowny okres w dziejach sztuki, który rozpoczął się w połowie XIX wieku, charakteryzował się nowym, awangardowym podejściem do artystycznej twórczości- malarskiej, literackiej, teatralnej, kompozytorskiej a także baletowej-tanecznej.

W malarstwie modernizm obejmuje: impresjonizm, symbolizm (i tajemnica), ekspresjonizm, secesja, fowizm i awangarda. Następuje zerwanie z realizmem malarskim na rzecz awangardowego poszukiwania nowych technik oraz materiałów.

W teatrze sztuki modernistyczne pojawiają się pod koniec XIX wieku. Teatr modernistyczny odchodzi od realizmu obiektywizmu i tradycyjnie pojmowanej intrygi, natomiast pojawiają się symbol, przerysowanie, groteska, deformacja, synkretyzm (łączenie teatru z muzyka, tańcem, malarstwem- tekst staje się zaledwie jednym z elementów sztuki) ważną rolę zaczyna odgrywać ruch, światło, ekspresja sceniczna. W treściach wyraźnie odzwierciedlają się idee dekadentyzmu.W Polsce pojawia się Witkacy z teatrem czystej formy.

W literaturze- odrzucenie pozytywistycznych idei i skupienie się na aspektach wolności twórczej. Za najważniejsze wyznaczniki uznano indywidualność artystyczną, operowanie symbolem oraz niejednoznaczność przekazu. Do głównych tematów należało poczucie kryzysu cywilizacji europejskiej. Koniec wieku narzucał rozliczenie się z przeszłością i poszukiwanie nowych rozwiązań. Treści utworów uzupełniano tematyką mistyczną, fantastyczną oraz opisywaniem zjawisk wykraczających poza ludzkie rozumienie. Ponownie, po epoce romantyzmu, na pierwszym planie znalazły się opisy ludzkich uczuć i emocji. I dotyczyło to zarówno dramatu, jak i poezji oraz powieści.

W muzyce modernizm charakteryzował się odejściem od romantyzmu. Zmienia się również źródło poszukiwań. Moderniści inspiracji szukają w technice, w życiu codziennym. Odchodzi się o tradycyjnej linii melodycznej na rzecz porwanej frazy, statyki, sekwencyjności, czy snucia motywistycznego.

Mały wtręt- jestem osłuchana w muzyce różnych epok i w różnych gatunkach muzycznych, ale muzyki modernistycznej oraz postmodernistycznej za chiny nie pojmuję (zresztą trudno coś w niej pojąć) i jak nie muszę, to uciekam od niej jak tylko mogę najdalej. Te wszystkie a tonacje, zawieszenia na jednej nucie, dysonanse, dysharmonia... no.. posłuchajcie Pendereckiego lub Strawińskiego Lutosławskiego albo jeszcze innego modernistycznego muzyka, to zrozumiecie, o jakiej muzyce mówię.

Dandysizm/ dandyzm- noszenie się w sposób elegancki, dbałość o strój jako wyraz buntu przeciwko szarej mieszczańskiej rzeczywistości. Dandysi nosili przesadnie kolorowe stroje oraz przestrzegali przesadzonej, nieraz karykaturalnej etykiety. Początkowo kolorowe stroje łączono z artyzmem, niejako obyciem ze sztuką, potem ruch zaczął przybierać formę pozbawioną artystycznego pierwiastka, co spowodowało banalizację całego nurtu.

Moja dygresja- kiedy studiowałam, na uczelni studiowali również przyszli nauczyciele muzyki i plastyki. Uważali się za artystów i starali się to podkreślać swoim ubiorem. Wiecie takie szaty powłóczyste, szale, płaszcze do łydki, jakieś wstążki we włosach, wisiorki, bransoletki, chusty, katany.... do tego rulony pod pachami, gdzieś pędzel wystawał z lnianego wora, no fakt barwni byli. Jakoś tak się utarło w świecie artystycznym, że koniecznie, ale to koniecznie trzeba podkreślić, choćby ciuchem swoją odrębność. Nieważne, że artysta mierny, mizerny, ale barwnym ptakiem z wierzchu jest. I oni doskonale w to artystyczne przeświadczenie wpisywali się

Jednak w tym samym czasie większość studentów ubierała się niebanalnie, bo takie były czasy, że trzeba było ciuch samemu kombinować, a i duch ogólnoartystyczny panował choćby na moim kierunku, który był bardzo związany z kulturą oraz sztuką, toteż na naszym kierunku nie brakowało oryginalnych strojów. No cóż, życie bywa brutalne i nasi artyści na kierunkach artystycznych po otrzymaniu dyplomu spadali na ziemię- szli uczyć dzieciaki do podstawówek, a na grzbiet wkładali bardzo praktyczne odzienie. Ale 4 lata mogli uchodzić za ludzi, którzy niebawem wkroczą w wielki świat sztuki i będą mieli ogromne wernisaże.

Kawiarnie artystyczne- miejsce spotkań artystycznej bohemy, w których prowadzono dyskusje o literaturze, malarstwie muzyce i polityce. Toczono spory, bratano się i odkrywano nowych twórców.

W takich miejscach rodziły się nowe idee artystyczne, były one też przestrzenią inspiracji. W kawiarniach artystycznych organizowano również mini wystawy, poeci deklamowali swoje utwory. Było to miejsce rozrywki- tańczono, śpiewano, pito alkohol i zażywano narkotyki do utraty przytomności.

W Paryżu najbardziej znane to Les Deux Magots, Cafe de Flore, oraz kabaret Moulin Rouge, gdzie również spotykali się artyści, by się przednio zabawić.

W Berlinie miejscem spotkań bohemy berlińskiej była Gospoda „Pod Czarnym Prosiakiem”- w niej spotykała się niemiecka i skandynawska cyganeria (Strindberg, Dagny Juel, Edvard Munch, a także bywał tam Stanisław Przybyszewski).

W Krakowie centrum spotkań bohemy polskiej były kawiarnie Paon (Pod Pawiem) oraz Jama Michalikowa, w której działał „Zielony Balonik”. W okresie międzywojennym dołączyła do miejsc spotkań bohemy kawiarnia Esplanda.

W Warszawie artyści spotykali się w kawiarni „Pod Picadorem”, później również w „Małej Ziemiańskiej”

I jeszcze dla porządku kawiarnie wiedeńskie- miejsce spotkań cyganerii wiedeńskiej- Café Griensteid, l Café Central, Café Sperl

Café Schwarzenberg oraz kawiarnie artystyczne w Pradze:Café Slavia, Café Savoy, Café Louvre.

I to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o Bohemę. Oczywiście w ogromnym skrócie. 


 

O eksperymentach Witkacego z używkami można przeczytać tu:

https://witkacy.eu/wp/eksperymenty-halucynacyjne-w-kulturze-i-sztuce-stanislaw-ignacy-witkiewicz-i-beat-generation/

Inne źródła:

https://www.wandea.org.pl/dekadentyzm-dekadenci.html

https://ozkultura.pl/node/878

https://culture.pl/pl/artykul/cyganeria