„Miniaturka
filmowa „Rodzanice” to kolejna odsłona cyklu Kalendarz
Słowiańskich Baśni, realizowanego przez Siostry Bui dzięki
stypendium MKiDN.
Tym
razem, w okresie jesiennych długich wieczorów, sięgamy do korzeni
jednego z najpopularniejszych polskich zwyczajów – Andrzejek. . To
artystyczna wizja spotkania z przeznaczeniem, utkana z ludowych
wierzeń i pragnienia poznania przyszłości.
RODZANICE (zwane też
Narecznicami, Sudiczkami, Zorzami lub Zorzeczeńkami) – w
wierzeniach dawnych Słowian były niewidzialnymi tkaczkami losu.
Pojawiały się przy kołysce nowonarodzonego dziecka, by na czole
zapisać jego przyszłość i uprząść nić życia. To one
decydowały o długości trwania żywota oraz o tym, czy będzie on
szczęśliwy. Choć zazwyczaj kojarzone z narodzinami, ich obecność
była wyczuwalna zawsze tam, gdzie ważyły się losy człowieka –
także w sprawach miłosnych.
ANDRZEJKI
A POGAŃSKIE JĘDRZEJKI Współczesne Andrzejki to echo dawnych,
pogańskich obrzędów, które odbywały się w okresie przesilenia
jesienno-zimowego. Był to czas graniczny, kiedy zasłona między
światem ludzi a zaświatami stawała się cieńsza, co sprzyjało
wszelkim wróżbom. Kościół, nie mogąc wyplenić tych praktyk,
schrystianizował je, wiążąc z postacią św. Andrzeja.
Dla
dawnych panien ten wieczór nie był zabawą, lecz śmiertelnie
poważnym rytuałem. Wierzono, że odpowiednio zadane pytania i
wykonane czynności mogą nagiąć nić przeznaczenia lub
przynajmniej pozwolić ją podejrzeć. . LANIE WOSKU I SYMBOLIKA
Najsłynniejszy zwyczaj – lanie wosku (ceromancja) – ma głębokie
korzenie magiczne. Dlaczego wosk? Jako produkt pszczeli był uważany
za substancję czystą, świętą i mającą moc łączenia ze
światem duchów. Wylewanie go przez klucz (symbol otwierania
tajemnic i bram zaświatów) na zimną wodę miało utrwalić kształt
przyszłości.
Cień
rzucany przez odlew na ścianę był wiadomością z „drugiej
strony”.
W filmie wykorzystano
autentyczne zaklęcie – pieśń z prośbą o dobrego męża,
skierowaną bezpośrednio do Rodzanic (Zorzy). Tekst ten został
odnaleziony i zachowany w zapiskach etnograficznych w Miesięczniku
Geograficzno-Etnograficznym „Wisła” (1887/1905). To dowód na
to, jak mocno wiara w sprawczość tych mitycznych opiekunek trwała
w ludzie, mieszając się z chrześcijańską modlitwą.
ZAKLĘCIE:
Zorzyczki, zorzyczki, trzy was jest jedna porankowa, druga
południowa, trzecia wieczorowa. Dajcie mi losu, szczęścia,
Miłości. i towarzysza mojego Zorze, zorzeczeńki! Wszystkieśta
moje siostruczeńki! Siadajta na konia wronego I jedźta po
towarzysza mojego. Żeby on nie mógł beze mnie ni spać, ni jeść,
ni siadać, ni gadać. Żeby ja mu się spodobała we stanie, w
robocie, w ochocie. Żeby ja była wdzięczna i przyjemna Bogu i
ludziom, i temu towarzyszowi mojemu.
Realizacja:
Siostry Bui Projekt zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego. .
WYSTĄPILI:
CHŁOPAK: Grzegorz Gastman
DZIEWCZYNA:
Kaja Domańska
RODZANICE:
Beata Godlewska, Marta Suzin, Gaja Grabowska
GROMADA:
Tomasz Poręba, Mia Tejwan, Martyna Tejwan, Karolina Barszczewska,
Sylwia Domańska, Taniec z Wachlarzami Bojowymi .
KOSTIUMY:
Katarzyna Sałdak, Beata Godlewska, Siostry Bui .
POMOC:
Rafał Grabowski, Dorota Borodziuk, Tomasz Poręba, Iwona Czapla. .
Podziękowania za udostępnienie Chaty: Fundacja Numinosum .
ZDJĘCIA, REŻYSERIA,
SCENARIUSZ, MONTAŻ, SCENOGRAFIA, MUZYKA i wiele innych funkcji:
Siostry Bui . „Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i
Dziedzictwa Narodowego”.”
Chleb
upiekłam. Pierwszy raz piekłam chleb z sera i z różnych ziarenek.
To chyba chleb keto. Przepis dostałam od Młodej. Sposób pieczenia
prosty jak drut. Najbardziej obawiałam się zakalca, ale w tym
chlebie nie sposób zrobić zakalec, bo chleb sam w sobie jest zbity
oraz wilgotny. I super smakuje.
Mam
wrażenie, że przepis jest ogólnie znany, ale go tutaj podam. Warto według niego pobawić się w pieczenie chlebka.
Składniku
na dwa nieduże chlebki:
0,5
kg twarogu (ja miałam twaróg tłusty),
3
całe jajka,
1
łyżeczka proszku do pieczenia,
1
łyżeczka soli (chyba należy dać więcej, bo mój chleb wyszedł
ciut za płony),
30
dag całych płatków owsianych (górskich- nie instant, nie
mielonych),
8
dag siemienia lnianego (może być zwykłe, ja dałam złote siemię
lniane),
4
dag łuskanych pestek słonecznikowych,
4
dag łuskanych pestek dyni.
Wykonanie:
ser
zblendować na gładką masę,
dodać
do sera jajka, łyżeczkę soli, łyżeczkę proszku do pieczenia i
wszystko dobrze wymieszać,
osobno
wymieszać płatki z ziarnami,
wrzucić
płatki z ziarnami do sera (ja dawałam partiami i za każdym razem
dobrze mieszałam) i dobrze wszystko razem wymieszać- ciasto
powinno stać się gęste (płatki i ziarna wchłoną wilgoć z sera
oraz jajek),
uformować
chlebki i położyć je na blasze do pieczenia- ciasto może być
trochę lepkie, jednak nie posypywać go mąka, ani nie sypać mąki
na blachę pod chlebki (mąki w ogóle tam nie ma być). Lepiej podzielić ciasto na dwa mniejsze chlebki- przepieką się w środku, upieką się równiej i szybciej,
piec
w temperaturze 180 stopni aż chleby zbrązowieją. Potem zmniejszyć
temperaturę do 150-100 stopni i jeszcze zostawić je w piekarniku
na jakiś czas. Można użyć termoobiegu.
Ja
piekłam bez termoobiegu i dostałam ochrzan, że można z nim piec.
Wybór należy do was. Nie należy jednak wkładać chlebów do
jakichkolwiek form- szklanych, metalowych czy silikonowych, bo chleb
nie odparuje.
Po
wyjęciu chlebów z piekarnika, położyć je na kratce lub zostawić
na blasze, ale podnieść je na chwilę, by spód ewentualnie
odparował. Tego typu chleby są wilgotne i nadmiar wilgoci powinien z nich wyjść. Chleb przechowywać w lodówce.
Nie
przejmować się tym, że skóra lekko twarda, a środek wilgotny-
tak ma być.
Myślę,
że wszystkie wypieki pieczywa- chlebów, bułek, powinny obywać się
bez jakichkolwiek form. Uformowane bułki lub chleb, najlepiej piec
na blasze.
Ja
piekłam bułeczki w formie silikonowej i nie były zbyt pulchne,
choć piekłam z lekkiej mąki- cała wilgoć zostawała w tych
bułkach (silikon nie puszczał). Ona powinna podczas pieczenia
parować z pieczywa.
Ale
ja piekłam pieczywo tylko na proszku do pieczenia i tu mogę się
podzielić tego typu uwagami. Natomiast nie wiem, jak zachowuje się
pieczywo na zakwasie i na drożdżach.
Śnieg
był i prawie się zbył. Strasznie dużo wody w ogrodzie- w piwnicy
też. Oczywiście....co tu się dziwić... w piwnicy też, jak
zawsze... ale mało. Postanowiłam się nie przejmować tą wodą.
Śnieg
narobił trochę strat- dwie duże gałęzie z dwóch jarząbów oraz
potężna gałąź z sosny „poszły się paść”. Na chodniku
zapora ze zwisających gałęzi pigwowców, przytłamszonych mokrym
śniegiem- musiałam szybko ciąć sekatorem, by zrobić przejście.
Jak tak dalej pójdzie to kolejne zimy załatwią sprawę
„niwelowania” ogrodu. Jeden mokry obfity opad śniegu, potem
następny, następny- połamie gałęzie, zerwie wierzchołki, nagnie
gałęzie do ziemi i po kolei drzewa, krzewy będzie trzeba wyciąć.
I nie kraczę bez sensu, bo przecież nie tak dawno musieliśmy wyciąć
sporo tui, połamanych przez mokry śnieg.
Trawnik, zryty przez krety
oraz nornice zapada się pod nogami, woda w nim chlupie. Za każdym
razem aura i jej skutki, zaskakują mnie. I za każdym razem
powtarzam sobie: „Rany, jeszcze czegoś podobnego tutaj nie było”.
W
każdym razie nuda mi nie grozi. Pozostaje tylko ćwiczenie
cierpliwości oraz zaprzestanie dziwienia się czemukolwiek.
Często
posty piszę na raty. To, co wyżej, napisałam wczoraj, dzisiaj
zupełnie inaczej wygląda świat. Rano -5 stopni i dosyć mocno
przymrożona ziemia w ogrodzie. Na górze, bo na dole woda w rowku
normalnie sobie płynie. Góry sino- szare, dobrze widoczne, wróżą pogodę. Idzie pełnia- pełnia zimą, przy bezchmurnym niebie, to mocne mrozy. Niefajnie.
Od wschodu niebo się zaróżowiło- to wszystko o 7 rano.
Może nawet lepiej, że trzyma taki mróz- przyhamuje topnienie
śniegu, a to z kolei zahamuje napływ wody do piwnicy.
W
domu chłodno, ale da się wytrzymać. Przez tę wcześniejszą zimę,
obawiam się, że nam zabraknie opału. Palić zaczynamy po południu,
by wieczorem było ciepło. Zresztą i tak do południa wszyscy są w
ruchu, dlatego zimna nie odczuwamy. Nadal wahamy się, jaki piec CO
zamontować- pelet czy groszek i nadal szale tkwią na równym
poziomie. Na razie marzną mi tylko wierzchy dłoni. Chyba uszyję
sobie mitenki- pełno teraz tutków na YT, jak je uszyć. Bardzo
proste i szybkie szycie. Muszę tylko wygrzebać z kredensu jakiś,
nadający się na nie, materiał.
Czeka
nas też remont schodów zewnętrznych do piwnicy. Kolejna fuszerka
przy budowie domu. Ten remont wisi nad schodami już od dawna, ale
żadna ekipa dotychczas nie podjęła się go. Schody trzeba skuć do
ziemi i zrobić na nowo. A teraz fachowców od groma, ale jak kogoś
do konkretu potrzeba, to żaden się nie kwapi. Jaskół wymyślił,
że po prostu zrobimy schody na metalowej konstrukcji, zawieszonej
nad tymi, co są. Coś na kształt schodów z tarasu. I to jest dobre
wyjście, bo nie trzeba nic skuwać. Nowe schody będą prawie leżały
na starych (dystans tylko grubości kątowników ze stelaża) i zrobi
się je również z desek kompozytowych. Wtedy cały front domu
stylistycznie się dopnie. W lutym wrzucimy temat majstrowi, który
robił schody z tarasu.
W
moim życiu trzy wróżby się spełniły. No tak, można się śmiać,
bo z wróżeniem to jest tak, jak z „być”, albo „nie być”,
albo się spełnią, albo nie.
A
los traktuje nas często jak pies naszego gajowego. Pies na imię
miał Arok- pudel królewski o małym rozumku. Szczekał jak najęty
całymi dniami i trudno go było uspokoić. Kiedy tak którąś z
rzędu godzinę pies darł japę, wychodził przed dom gajowy i
wrzeszczał do psa:
Arok,
bydziesz cicho abo niy!!!!!!!
Pies
chwilę milczał, a potem wybierał „abo niy”.
A
my jednak nie chcemy wierzyć w to „abo niy” i ciągle szukamy
wiedzy o przyszłości we wróżbach, choć los i tak po swojemu nas
prowadzi, najczęściej na nie.
W
dodatku większość z nas ma świadomość, że wróżenie opiera
się na samych ogólnikach i umiejętności „wmawiania” tego, co
było, co jest i co na pewno będzie według wizji wróżbity.
Wróżący
mają dar przenikliwości i dar manipulowania oraz usypiania
czujności. W dodatku trzymają się zasady- tylko dobre mówić, o
złym przemilczeć. Rzadko który przepowie nieszczęście, a jak
już, to stara się powykręcać „opowieść tak, by potrzebujący
wróżby jakoś to przełknął.
Pierwsza
wróżba, w moim życiu, została wypowiedziana przez Cygankę, kiedy
byłam niemowlakiem. Do dębiny, obok leśniczówki (tej pierwszej, w
której mieszkałam 6 lat), jesienią przyjeżdżał cygański tabor.
Cyganie ustawiali wozy, palili ogniska. Matka zaprzyjaźniła się
wtedy z cygańska rówieśnicą. Tak się złożyło, że ona wtedy
też miała malutkie dziecko, syna- mojego rówieśnika. Tę historię
znam z opowiadań matki, dlatego traktuję ją z przymrużeniem oka,
choć wróżba spełniła się co do joty. Otóż Cyganka,
spojrzawszy na mnie, leżącą w łóżeczku zawyrokowała- będzie
miała życie niezwykłe trudne, pełne wybojów, ciężkich chwil,
będziesz jej strzegła i pomagała, ale niewiele to da. A potem się
uspokoi wszystko i będzie dobrze.
Moja
matka, owszem, wysłuchała, a moje życie potoczyło się dokładnie
tak, jak we wróżbie.
Można
powiedzieć- każdy ma ciężkie chwile w życiu, nieszczęścia po
drodze itp. No tak, ale ja znam mnóstwo moich rówieśników i nie
tylko, którzy mieli normalne trudności związane z życiem, ale
dodatkowych „atrakcji”, które mnie spotkały, jednak nie mieli.
Moja mocna depresja nie wzięła się z życia usłanego różami, a
chory kręgosłup od leżenia godzinami na leżaku.
Drugą
wróżbę postawiła też Cyganka.
Stoję
sobie pod ogromną starą katedrą w Legnicy, załamana moją
sytuacją życiową (utrata pracy, zlecone zajęcia 7 godzin jazdy w
jedną stronę od domu, pusto w kieszeni, długi i nikogo do pomocy)
i zastanawiam się, czy wejść do katedry (lubię czasem posiedzieć
w ciszy w kościele), czy iść do „akademika”. Nagle podchodzi
do mnie Cyganka:
Daj
10 złotych, powróżę ci.
Daj
mi spokój- patrzę na Cygankę: długa spódnica, kożuszek
(grudzień to był), a na nogach złote balerinki, długi czarny
warkocz. Buzia przyjazna, młodsza ode mnie, ma jakieś 35 lat, nie
więcej. Te balerinki mnie złamały- śnieg i balerinki na nogach,
może potrzebuje forsy?
Dobra,
wróż- wyciągam dychę i daję jej do ręki. Ona bierze szybko
banknot, wkłada do torebeczki i nagle cap, wyrywa mi włos z
grzywki.
Ała!
Co robisz???? - pytam zaskoczona. O mało co, a dostałaby w
łepetynę, bo ja, jak jestem zaskoczona jakimś atakiem i w dodatku
mnie zaboli, to walę na oślep.
Oj,
miałaś ty ciężkie życie...- rozpoczyna niezrażona moim
protestem- ciężkie, trudne, oj nie zawsze było słońce, oj....
Powiedz
mi co będzie, a nie co było- powoli przechodzi mi ochota na
wiedzę o przyszłości, w dodatku wcale nie jestem zaskoczona jej
słowami. Głupia naiwna, zawsze któreś słowo o ciężkim życiu
trafia na podatny grunt i one na tym bazują. Cyganicha ciągnie
dalej.
Daj
10 złotych, to ci jeszcze powiem, co będzie- mówi lekko
nachalnie.
Dostałaś
już swoje, mów....- nie popuszczam, ale ona zaczyna się zbierać
do odejścia..
Dobra,
masz- łamię się koncertowo, wyciągając z portmonetki następną
dychę. Prawie wyrywa mi ją z rąk i zamierza odejść. O, nie tak
prędko. Łapię ją za rękę z forsą:
Albo
mówisz, albo wzywam policję- wściekłam się. No to ona wyrywa
rękę z mojej i cap, wyrywa mi znów niespodziewanie włos z
grzywki. Tym razem się wściekłam na całego. Po cholerę rwie mi
te włosy, przecież w ogóle z nich nie wróży. Wyrywa włos, a
potem go puszcza z wiatrem bez mrugnięcia okiem. Do dziś nie mam
pojęcia, co taki zabieg miał znaczyć.
Gadaj-
złapałam ją za rękę i przytrzymałam.
Dalej
to ty będziesz szczęśliwa....- zaczęła pospiesznie- Będziesz
miała dobre życie...- przerwała, popatrzyła na mnie chytrze,
przez chwilę milczałyśmy i wtem ona:
Daj
50 złotych, to powiem więcej- jej bezczelność mnie poraża.
Fakt, widziała pięćdziesiątkę, kiedy wyciągałam dychy.
Nie
ma mowy! Albo gadasz, albo zaraz tutaj narobię wrzasku, że mnie
okradasz- rozejrzałam się wkoło, z katedry wychodziło kilka
osób, po przeciwnej stronie ulicy stało następne kilka. Tym razem
wystraszyła się i zaczęła trajkotać jak najęta:
Cyganka
prawdę ci powie, będzie wielka miłość, będzie szczęście,
będzie dobrze...- nagle milknie i patrzy z natężeniem na drugą
stronę ulicy. Patrzę i ja- stoi tam dwóch Cyganów i bacznie nam
się przygląda. Oooo.... robi się niebezpiecznie, czuję, że
trzeba imprezę kończyć. Ona też jest spłoszona. Chyba bardziej
niż ja.
Jak
masz na imię?- zadaję jeszcze pytanie, kiedy zaczyna odchodzić
Larysa....-
znika za ścianą katedry.
Potem
jeszcze nie raz mijałyśmy się na ulicach Legnicy. Zawsze
uśmiechałyśmy się do siebie. Larysa w złotych balerinkach.
Wróżba
spełniła się dokładnie tak, jak powiedziała. A przecież, nie
każdej kobiecie po 50. (wtedy) jest dana wielka miłość,
uspokojenie i dobre życie.
Trzecia
wróżba, która mi się spełniła, zawiązana jest z Bożym
Narodzeniem. Podobno kiedyś wierzono, że kiedy w Wigilię posłucha
się, z której strony naszczekuje pies, z tej strony przyjdzie
kawaler lub panna.
Kiedy
byłam jeszcze samotną wdową, poszłam wieczorem do ogrodu w
Wigilie BN. Przypomniała mi się wtedy ta wróżba i z głupia frant
zaczęłam nasłuchiwać, z której to strony świata psy szczekają.
Szczekał tylko jeden- z północy. No, a ja wtedy miałam nadzieję
(hipotetycznie wszystko się odbywa), że zaszczeka z innej strony.
Ale nie, ale NIE. Pies uparcie darł mordę z północy, jakby nie
wiedział, że mnie inna strona świata interesuje i z niej życzę
sobie usłyszeć szczekanie. Jeden pies, tylko jeden pies wtedy
szczekał, a tych sierściuchów dookoła jest sporo. Z północy....No
i niedługo potem właśnie z północy przyszło do mnie szczęście
i sobie teraz trwa.
I
znów można się uśmiać, że takie wróżby to bery i bojki, a
jednak.....
Jak
wziąć cuzamen do kupy- wróżbę Cyganki i szczekanie psa (w tym
samym roku obie) to już mus uwierzyć, że się spełniły.
Zresztą,
nie czarujmy się, wielu ludzi myśli życzeniowo, zwłaszcza jak coś
bardzo chce, albo bardzo chce czegoś uniknąć. Zaklinamy wtedy los,
a takie wróżby tylko naszą ”życzeniowość” psychicznie
wzmacniają. A jak się jeszcze spełnia po naszej myśli...
W
każdym z nas tkwi atawistyczna cząstka zabobonu, ale nie lubimy się
do tego głośno przyznawać. Wszak jesteśmy tacy nowocześni i
oświeceni.
A
ja poszłabym to takiej starej szeptunki i posłuchałbym jej
mądrości. Niektórzy mają nadprzyrodzoną zdolność „wnikania”
w głąb człowieka i potrafią nim pokierować. Nie, nie myślę
teraz o Cygankach i innych „wróżkach”.
No
dobra....Jakby nie było, wszystkie trzy wróżby spełniły się i
nie wnikam, czy to przypadek był, czy zbieg okoliczności różnych,
czy jeszcze coś innego.
Jednak
do wróżki z certyfikatem nie pójdę. Mimo wszystko nie mam ochoty
poznawać dalszego mojego losu. Natomiast wszelkie wróżby andrzejkowe, weselne, "z przyrody wzięte" oraz inne, bardzo mi się podobają i od czasu do czasu sobie trochę wróżę, ale z przymrużeniem oka.
Oba klipy z Cyganami pochodzą z filmu "Tabor wędruje do nieba", z 1975 roku, w reżyserii Emila Loteanu.
Przedstawiciele
Ruchu Autonomii Śląska byli obecni 19 listopada podczas obchodów
upamiętniających zamordowanych, zamęczonych Ślązaków (i nie
tylko ich), w obozie „Zgoda”, w Świętochłowicach. Kilka
słów o samym obozie. Tragedia Górnośląska, rok 1945,
zakończenie okrutnej nieludzkiej drugiej wojny światowej, radość,
jednak nie dla wszystkich. Mieszkańcy Śląska mieli się dopiero
przekonać, co znaczy odpowiedzialność zbiorowa. W jeszcze do
niedawna niemieckich obozach koncentracyjnych pojawili się nowi
zarządzający. Według katowickiego IPN na terenie Śląska po
zakończeniu wojny funkcjonowało co najmniej 200 obozów
administrowanych przez polskie władze. Oprawcy w obozach posługiwali
się językiem polskim, nosili na ramieniu biało-czerwone opaski.
Polski rząd na emigracji też nie wyrażał sprzeciwu wobec
prześladowań na terenie Śląska. Realizowana z rozmachem wizja
jednolitej narodowo Polski była realizowana nie tylko na Śląsku.
Wyniszczano także inne mniejszości narodowe: Łemków, Mazurów,
Kaszubów. Na Górnym Śląsku akcja ta nie była prosta, ponieważ
przemysł potrzebował rąk do pracy i fachowców, którzy mogliby
pracować w hutach i kopalniach. Ilość obozów poraża.
Wymienionych powyżej 200 to bardzo ostrożna liczba, mówi się, że
obozów mogło być około 500! Jak można było się znaleźć w
takim obozie? Na przykład poprzez donos sąsiada, któremu podobało
się nasze mieszkanie. Albo było się właścicielem kamienicy lub
jakiegoś zakładu, który wpadł w oko napływającym na bogaty
Górny Śląsk Polakom. Wtedy robiło się donos, właściciel
lądował w obozie, a jego rodzina w piwnicy budynku (przykład z
Chorzowa, konkretnie z obecnej ulicy Truchana). Cały ten proceder
regulował dokument z dnia 28 lutego 1945 roku, w którym można
m.in. przeczytać: „Sąd grodzki orzeka postanowieniem, w którym w
razie uwzględnienia wniosku [o rehabilitację], że wnioskodawca
posiada pełnię praw obywatelskich i nakazuje zwolnienie jego
majątku spod zajęcia, dozoru i zarządu, w razie zaś odrzucenia
wniosku postanawia: umieszczenie wnioskodawcy na czas nieoznaczony w
miejscu odosobnienia (obozie), poddanie go przymusowej pracy, utratę
na zawsze praw publicznych oraz obywatelskich praw honorowych tudzież
przepadek całego mienia. Sąd może ponadto postanowić przepadek
mienia, żyjących z wnioskodawcą bliskich członków rodziny.” Jak
możemy przeczytać na stronach IPN, przy kierowaniu do obozu
stosowano bowiem dosyć niejasne kryteria i jednym z powodów były z
pewnością względy materialne, czyli chęć zagarnięcia majątku
osoby osadzonej w obozie. Wiele osób zamknięto w obozie jedynie
dlatego, że nie posiadały przy sobie dokumentów tożsamości.
Obozem w świętochłowickiej Zgodzie kierował Salomon Morel
-urodzony w 1919 w Grabowie – funkcjonariusz polskiego aparatu
bezpieczeństwa. Morderca, sadysta, bestia w ludzkiej skórze.
Zmuszał członków rodzin do wzajemnego katowania się, a nawet do
kanibalizmu. Osobiście zatłukł kilkanaście osób nogą od
krzesła. Dla zabawy kazał układać piramidy z ludzi, którzy
kładli się jeden na drugim. Ci na samym dole umierali w
męczarniach. Morel w 1964 roku obronił pracę magisterską pod
tytułem „Praca więźniów i jej znaczenie”. Chwalił się
współpracą z władzami klubu Ruch Chorzów, w Chorzowie mieszkał
na przedłużonej ul. Wolności. W 1996 postawiono mu zarzut
ludobójstwa. Zmarł w 2007 roku w Izraelu, którego władze odmówiły
ekstradycji Morela do Polski. Do końca życia cieszył się polską
wysoką emeryturą. Obozem w Łambinowicach kierował Czesław
Gęborski – urodzony 1924 w Dąbrowie Górniczej – funkcjonariusz
polskiego aparatu bezpieczeństwa. Sprawował funkcje komendanta
między majem 1945 a październikiem 1946 roku. Poddawał więźniów
śmiertelnym torturom, pozwalał na wielokrotne gwałty, mordował
kobiety w ciąży, bił na miazgę, zastrzelił dwuletnią
dziewczynkę składającą kwiaty na grobie matki, odciął piłą
nogę choremu nauczycielowi, pozwolił, aby strażnik przejechał
ciężarówką po głowie osadzonego. A przede wszystkim podpalił
barak i pod pretekstem tłumienia buntu osobiście zastrzelił 48
osób. Oskarżony o zbrodnie zmarł w trakcie procesu 2006 roku w
wieku 82 lat. To tylko sylwetki dwóch oprawców, a było ich około
500, do tego cały personel obozowy. To przedstawia niewyobrażalną
skalę prześladowań. Należy Pamiętać!!! Ludzie na całym
świecie wiedzą o niemieckich nazistowskich obozach
koncentracyjnych. Jeżeli tylko ktoś nazwie je polskimi, podnoszą
się głosy oburzenia. My Górnoślązacy/Ślązacy powinniśmy być
oburzeni, kiedy zbrodnie na Górnym Śląsku przypisuje się
„beznarodowym” komunistom”.
Kilka
komentarzy uzupełniających wiedzę.
"Szymon
Niejadlik
wszystkie systemowe zbrodnie miały miejsce za zgodą i przyzwoleniem
ówczesnej władzy i konkretnych ludzi którzy ją wówczas
reprezentowali. Armia czerwona przekraczając rzekę Brynicę,
niegdysiejszą granicę między zaborami pruskim i rosyjskim uznała,
że jest na terenie wroga! Zapewne nik z nich nie miał świadomości,
że Katowice przed wojną były miastem polskim i niezależni
Gabriela
Staneke
od narodowości i poglądów mieszkańcy w tym mój ojciec przed
zbliżającą się wojną zostali powołani do wojska polskiego.
Podobnie było na terenie całego Śląska. Decydujący był adres
zamieszkania i obywatelem jakiego kraju było się w dniu powołania.
to
za zbrodnie na nich kto odpowiada? Jakim prawem używa się
sformułowania "polskie obozy " skoro ich więźniami byli
Ślązacy czyli Polacy. Były to komunistyczne obozy i tyle.
Szymon
Niejadlik
systemowo organizowane przez ówczesną władzę polską i
konkretnych ludzi, którzy byli Polakami. Po zmianie "systemu"
nikt nikogo nie planował pociągnąć do odpowiedzialności mimo, że
prześladowania dot. ogromnej liczby osób Ślązaków, Mazurów i
Kaszubów.
Szymon
Niejadlik
Idac tym tropem, poniewaz przez pierwsze 6 lat wiezniami obozow
niemieckich byli Niemcy, nie mozna ich nazywac niemieckimi. Byly to
obozy nazistowskie.
Ruch
Autonomii Śląska koło Chorzów
" komunistycznym na pewno. Zwłaszcza że kłamliwie pomijacie
że przez tych parę miesięcy jego działalności rządy w
Świętochłowicach trzymała Armia Czerwona.
Ale
to nie pasuje do waszej antypolskiej narracji.
Ruch
Autonomii Śląska koło Chorzów
Nie. Niemcy nazizm i hitlera wybrali sobie w DEMOKRATYCZNYCH wyborach
i same społeczeństwo prezentowało nieludzką postawę. Polacy
Armii Czerwonej nie zapraszali. Władza, która przyjechała na
radzieckich czołgach była władzą okupacyjną i zbrodnie
popełniane przez tych ludzi były przygotowane w politbiurach
moskiewskich. W komuniźmie narodowość nie miała znaczenia z
tytułu budowy nowego wyzwolonego człowieka. I powtórzę to co
Szymon
Niejadlik
już tu napisał wcześniej - dobrze o tym wiecie tyko "nie
pasuje to do waszej antypolskiej narracji."
Ra
Pa
Jaki był stosunek rządu polskiego na uchodźstwie do wydarzeń
znanych dzisiaj jako Tragedia Górnośląska. Skoro rządy po 45 były
nielegalne dlaczego do dzisiaj obowiązuje dekret Bieruta o
likwidacji autonomii. Dlaczego po 89' roku Morel nadal pobierał
polską emeryturę? Nawet po ucieczce do Izraela? NSDAP na Śląsku
wyborów nie wygrało.
Polskie
obozy koncentracyjne byly polskie i nie dacie ich rady zwalic, ani na
Zydow, ani na Sowietow. Zatepca Morela Wroblewski byl Polakiem,
identycznie cala kadra polskiego obozu koncentracyjnego w
Lambinowinach komendant Geborski, zastepca Szypula i cala obozowa
wierchuszka Furman, Zagablo, Pampuch to Polacy z Zaglebia
Dabrowskiego. Nie zaslaniajcie sie tym, ze Polska byla wowczas
niesuwerenna, bo Sowieci mieli w d... polskie czystki etniczne.
Identycznie Niezalezne Panstwo Chorwackie bylo jeszcze bardziej
zalezne od III Rzeszy, niz Polska od ZSRR, ale Chorwaci nie probuja
sie wybielac i zrzucac swoich zbrodni na Niemcow. To nie Rosja, ani
Izrael, tylko suwerenna III Rzeczpospolita Polska wyplacala
zbrodniarzom oskarzonym o ludobojstwo Morelowi i Geborskiemu
kombatackie emerytury. Wiezniowie, ktorym udalo sie te obozy opuscic,
musieli podpisac deklarację wiernosci narodowi polskiemu, a nie
zydowskiemu, ani sowieckiemu.”
Pan
wpisał błędną nazwę- chodzi o obóz w Łambinowicach na terenie
Opolszczyzny.
W
czasie II wojny był w nich hitlerowski obóz (potem założono obok
tego, drugi obóz), a po wojnie:
„Obozy jenieckie
zostały wyzwolone przez Armię
Czerwoną w dniach 17 i 18 marca 1945 roku. Jeszcze w 1945 roku w
ich sąsiedztwie powstał zarządzany przez Urząd
Bezpieczeństwa Publicznegoobóz,
w którym przetrzymywano Ślązaków
i Niemców oraz
byłych członków SS.
Do obozu trafiali także powracający do Polski żołnierze armii
Andersa, którzy wstąpili do niej po dezercji z Wehrmachtu,
do którego wcielono ich wcześniej w ramach volkslisty.
Początkowo, zbudowany na terenie poligonu wojskowego, obóz MBP miał
status obozu przejściowego, następnie został przekształcony w
obóz pracy. Jednym z jego komendantów był Czesław
Gęborski. W obozie zmarło i zginęło 1000–1500 Niemców i
Górnoślązaków[14].
Pamięć zmarłych i zabitych upamiętnia Pomnik Pomordowanych
Jeńców. Istnieje także Centralne
Muzeum Jeńców Wojennych, prowadzące badania nad losem jeńców
w stalagach oraz ofiar obozu”
O
historii Śląska (całego Śląska) pojawią się tu jeszcze posty,
bo zakłamanie na ten temat, w reszcie Polski (że nie napiszę- tam,
w Polsce), jest ogromne.
Ktoś
pisze o antypolskiej narracji Ślązaków. A jaką narrację prowadzą
„prawdziwi” Polacy z Polski? Czy „opcja niemiecka” to nie
jest antyśląska narracja? Czy nazywanie Ślązaków szwabami,
vehrmachtowcami to nie antyśląska narracja? Prawda jest taka, że
Ślązacy nie mają za co „kochać” Polski (zdewastowane tereny,
eksterminacyjna powojenna polityka, blokowanie Ślązakom awansów,
przywożenie władzy z „Warszawki” w teczkach, zakaz używania
gwary w szkołach, GOP utrzymujący resztę Polski można jeszcze
dużo wyliczać) i nadal są przez Polaków szykanowani.
Kiedy
w końcu Polacy zrozumieją, że Ślązak nie jest Polakiem i Ślązak
nie jest Niemcem, Ślązak jest Ślązakiem.
Jeszcze
raz polecam lekturę „Kajś” Zbigniewa Rokity.
„Przez
większość życia uważałem Ślązaków za jaskiniowców z kilofem
i roladą. Swoją śląskość wypierałem. W podstawówce
pani Chmiel grała nam na akordeonie Rotę, a ja nie
miałem pojęcia, że ów plujący w twarz Niemiec z pieśni
był moim przodkiem.
O
swoich korzeniach wiedziałem mało. Nie wierzyłem, że na Śląsku
przed wojną odbyła się jakakolwiek historia. Moi antenaci byli
jakby z innej planety, nosili jakieś niemożliwe imiona: Urban,
Reinhold, Lieselotte.
Później
była ta nazistowska burdelmama, major z Kaukazu, pradziadek
na „delegacjach” w Polsce we wrześniu 1939, nagrobek
z zeskrobanym nazwiskiem przy kompoście. Coś pękało.
Pojąłem, że za płotem wydarzyła się alternatywna historia,
dzieje odwrócone na lewą stronę. Postanowiłem pokręcić się po
okolicy, spróbować złożyć to w całość. I czego tam
nie znalazłem: blisko milion ludzi deklarujących „nieistniejącą”
narodowość, katastrofę ekologiczną nieznanych rozmiarów,
opowieści o polskiej kolonii, o separatyzmach i ludzi
kibicujących nie tej reprezentacji co trzeba. Oto nasza
silezjogonia.
Zbigniew
Rokita”
Warto
również przeczytać książki Kazimierza Kutza-
reżysera, który pierwszy zrealizował pełnometrażowe filmy o
historii i życiu Ślązaków.
Czytam:
„W grudniu możemy mieć jeszcze jeden epizod zimowy(...)”.
Ach.... epizod zimowy.😁 To my teraz mamy epizody zimowe, a nie zimę?
Fajnie. Mnie się podoba. Epizod, czyli zjawisko krótkotrwałe.
Niech tak zostanie.
Na
razie żadne epizody zimowe nas nie dotknęły, bo nie liczę dwóch
dni z – 3 stopniami około 6,30. Ten śnieżny, głośno
komentowany w mediach armagedon, przeszedł z prawej strony, a ten
zapowiadany pewnie przejdzie z lewej strony. Może nas trochę
musnąć, ale mam nadzieję, że to będzie tylko trochę śniegu. Do kalendarzowej zimy jeszcze miesiąc, ale już czuć jej pierwsze powiewy. Cieszy mnie jednak perspektywa przesilenia. To będzie też za miesiąc, a potem poleci z górki.
Strzelił
nam bojler elektryczny. Stary był, miał prawo. No to w Interety i
Jaskół kupił nowy, bardzo popularny. Dlaczego podkreślam, że
popularny? Zawsze wydawało mi się, że jak produkt jest popularny,
to wszelkie instrukcje do niego powinny być jasno sformułowane, ponieważ mnóstwo ludzi na różnym poziomie je czyta. Ale
może się mylę, bo ta, która przyjechała wraz z bojlerem,
to raczej dla takich z profesorskim technicznym tytułem. Bojler z
programatorem elektronicznym, trzeba było zaprogramować. No i
zaczęły się schody. Ikonki na ekranie są, ale w instrukcji już
ich objaśnienia nie ma. Informacja, że są 4 programy, ale który
co oznacza, już nie podano. W końcu, znaleźliśmy na YT film, na
którym, po kolei, po węgiersku, gość tłumaczy, jak taki bojler
zaprogramować. Po węgiersku mówi, ale na szczęście wyświetla
się również tłumaczenie w j. angielskim. Jaskół ustawił
program, bojler grzeje, woda gorąca, pełnia szczęścia. Dwa dni
mycia się w miskach, w wodzie grzanej na piecu, nie zrobiły na mnie
wrażenia. Przetarłam się w leśniczówce – zimna woda rano, do
mycia się bojler 80l na 6 osób, kąpiel, wtedy (niestety) tylko raz
w tygodniu. Ale wtedy to była norma. W internacie było gorzej. Tam
w ogóle nie było ciepłej wody. Nie było też wolno wody grzać.
Grzałyśmy, po kryjomu, grzałkami w dwulitrowym garnku. Dobra,
było, minęło.
Ja
przyzwyczajona, ale Jaskół złapał zespół bolesnego barku i ma
do dyspozycji tylko prawą rękę. Dla niego, mycie się w misce,
było gimnastyką na wyższym poziomie. Dwa dni, tylko i aż...
I
dygresja, związana z ułatwieniami internetowymi. Jakby nie było,
to tłumaczenie angielskie, w węgierskim filmie, uratowało nas
przed wzywaniem „fachowca”. Ułatwienie jest, ano jest.
Właśnie odkryłam, że kiedy
puszczam film na blogu robótkowym, na którym mam włączone
tłumaczenie tekstu na polski, głos AI tłumaczy, krok po kroku
słowa instruktorki, na polski. Super. To na filmie małym, na blogu.
Cykam ten sam film, by przeszedł na YT i tam rozczarowanie.
Wprawdzie widzę lepiej, co instruktorka robi, ale jej instrukcja
nadal jest w jej ojczystym języku. Trzeba będzie otworzyć obie
strony- na YT oglądać, zza kadru słuchać. Niemniej jest to cudna
sprawa, bo teraz jeszcze lepsze mam objaśnienie, co należy robić.
Zdążyłam
przed tym zimnem okryć część krzewów. W tym roku okryłam
włókniną tylko hibiskusy i nowo nasadzone azalie oraz małą
budleję. Reszta krzewów musi sobie poradzić. Są jednak już
dobrze zakorzenione, nabrały masy- mam nadzieję, że im zima nie
zaszkodzi.
Zakończyłam
haftować „ufoka”. Ten obrus, wyhaftowany w trzech czwartych,
przeleżał w szafie około 25 lat. Nie dokończyłam wtedy haftu, bo
prawdopodobnie wkurzyłam się na to ciągłe obracanie, przy
haftowaniu, taką masą materiału. Wtedy też haftowało się bez
tamborków i ciągle niepotrzebny materiał podłaził pod igłę. Wzór
pewnie wzięłam z ówczesnej Burdy.
Obrus
był zażółcony, ale zaryzykowałam i wyhaftowałam resztę. I tu
ukłon w stronę nowoczesnych środków piorących. Wszystkie
zażółcenia, po wypraniu, znikły. Nie lubię białych obrusów.
Teraz staram się haftować na tle w jakimś kolorze (chyba, że
jakaś biała tkanina zalega i trzeba ją wykorzystać). Wtedy jednak
nie było jeszcze takiego wyboru w tkaninach. Brało się, co było
dostępne.
A
na zdjęciach biały nie jest białym. Chyba to światło w pokoju
sprawia, że już kolejny raz wychodzi takie przekłamanie kolorów.
Ciągle
męczę tkany chodnik w paseczki. Co za licho mnie pokusiło coś
takiego sobie wymyślić. Jestem w połowie ramy. Może do nowego
roku wymęczę ten chodniczek. Chciałoby się już coś nowego, ale
kolejnego „ufoka” nie wytworzę. Poza tym, musiałabym zablokować
sobie ramę, zostawiając chodnik na niej- jak raz zdejmę tkany
materiał, to już jego osnowy po raz kolejny nie założę. I w ten
sposób, sama sobie, zgotowałam taki tkacki los.
„11
listopada” postanowiliśmy świętować poza Polską. Chcieliśmy
zrobić, krótki wypad. Z Bezą, oczywiście.
Postanowiliśmy
pojechać nad tzw. karwińskie morze (tak, znów Czechy, bo Polska
nam obrzydła z tymi wiecznymi tłumami niezadowolonych ludzi oraz
zawłaszczeniem przez narodowców święta wszystkich Polaków). To
niedaleko, jakieś 15 kilometrów od domu. Karwińskie morze? Czesi
chyba mają kompleks braku morza, bo nazwa nijak nie przystaje do
obszaru wodnego w Karwinie. To ogromny (no jest dosyć spory, ale
zaraz morze?) zbiornik, który powstał na kopalnianym wyrobisku.
Czesi wokół niego zniwelowali hałdy, zrobili alejki i powstało
całkiem znośne miejsce rekreacji. Chyba, bo... wjechaliśmy na
parking. Było w miarę pusto. Czesi mieli normalny dzień pracy,
dlatego założyliśmy, że będzie mało ludzi, a może w ogóle
będzie bezludnie. Miała to być, dla nas i Bezy, komfortowa
sytuacja. A tu Zonk! Wzdłuż drogi dojazdowej parę samochodów, na
parkingu trzy. Ok, może być. Wysiadamy, Beza na smyczy lata wokół
samochodu. Po 5 minutach zaparkowały, obok nas, dwa samochody i
zaraz potem jeszcze dwa. Z jednego wysiał pan, z border collie bez
smyczy. No to ja Bezkę na krótko. Odwracam się, a z drugiej strony
jadą rowerzyści i idzie małżeństwo z dobermanem. Jak to się
mówi- nagle z niczego zrobiło się COŚ. I wszyscy idą alejką w
stronę grobli nad zbiornikiem. Piesi, psy, między nimi
rowerzyści... Nikt nie ma zamiaru pójść boczą drogą.
O nie. W
takich warunkach, to ja nie chcę. Namówiłam Jaskóła, żeby
pojechać w zupełnie inne miejsce i to był dobry pomysł. Niedługo
potem, dotarliśmy nad stawy przed Bohuminem. Po czesku nazywają się
rybniki. Wszystkie mają swoje nazwy własne: Vdovec, Żenich, Panic,
Dubowy, Olszowy oraz Lipowy. Poszliśmy groblą między Dubowym i
Lipowym. Grobla dzika, z powalonymi drzewami, taka, jaką tygryski
najbardziej lubią. Ale Beza musiała iść na smyczy, ponieważ
brzegi grobli są strome i gdyby zjechała do wody, nie mielibyśmy
szans szybko jej wyciągnąć. Krajobraz już mocno listopadowy, z
małą ilością kolorów, a jednak coś w nim było takiego
klimatycznego, że chciało się tą groblą iść i iść przed
siebie. W ogóle listopad jest nostalgiczny, mglisty, z przytłumionym
światłem, spokojny, daje wytchnienie, uspokojenie. Przynajmniej
mnie.
Grobla
kończy się przed torem kolejowym. Nie doszliśmy tam, zawróciliśmy
w 3/4 drogi. Przeszliśmy niedługi odcinek, ale obiektów, do
pogapienia się i sfotografowania, mieliśmy sporo. Na wodzie i
drzewach, które rosną na groblach, trochę ptactwa wodnego. Stawy
duże, trudno było robić zdjęcia przeciwległych grobli. Odległość
ograniczało zrobienie dobrego zdjęcia ptactwu, które spłoszone
przez nas, przeniosło się na drzewa, rosnące na przeciwległych
brzegach stawów.
Listopadowe
kolory zdominowała rdza. Jest jeszcze brąz, szarości, trochę
żółci i resztki złota na drzewach oraz srebra na wodzie. Te
przytłumione kolory ożywiają, mocno czerwone, owoce dzikich róż.
Niektóre miejsca na grobli wyglądały jakby ktoś przeniósł je z
dzikiej kniei i wkomponował, w przyrodę, między stawami- lejące się kaskadą, z konaru starego drzewa, pędy
przyschniętego chmielu, obok leżący pień potężnego dębu, już mocno
omszały i jeszcze zielona trawa przy ścieżce. Gdzie indziej,
powalony przez wiatr nieduży dąbczak, oparł się o konar innego
drzewa. Po prostu przytulił się, ratując się przed upadkiem. Na powierzchni wody odbicia zwisających nad nią konarów oraz leżące, w stawie, powalone
kłody. Wszystko to splątane, splecione, oplecione, trwające w
symbiozie, nie ruszone ludzką ręką (tylko pnie, zwalonych przez
wichurę drzew, zagradzające ścieżkę były przecięte- zrobiono
przejście).
Nad
stawami byliśmy krotko, ponieważ zrobiło się chłodno i trochę
zmarzliśmy. Na pewno pojedziemy tam jeszcze raz, ale przejdziemy się
groblami między innymi stawami. Miejsc do spacerowania z psem, jest
tam dużo.
Doszłam
do wniosku, że prezentacja będzie najlepsza- zdjęć, do pokazania,
jest dużo.
Muzyka:Giovanni Marradi, "Sarabanda"
zdjęcia- zasoby własne
Otwórzcie
na dużym ekranie, popatrzcie, to jest mój świat, świat
zbutwiałych liści, brązu dzikiego chmielu, zapachu wody,
powalonych drzew... mogłabym usiąść na takim pniu i godzinami tam
siedzieć, wgapiając się w wodę, pojedyncze gałązki, koraliki
róży... W takich miejscach wraca świat mojego dzieciństwa i
młodości, kiedy uciekałam od ciągłych awantur domowych w głąb
ciszy leśnej, kiedy włóczyłam się godzinami po groblach, łąkach,
siedziałam nad stawami... mój świat. To ten duży ogród miał mi
go zrekompensować, ta ujarzmiona ogrodowa dzicz, ten lasek. I w
pewnym sensie zrekompensował, stanowi mój azyl. Jednak nasze
wycieczki w teren, w takie miejsca, jakie tu pokazuję i opisuję, są
dopełnieniem braku przestrzeni, oddechu, życia leśnego, żywiołu
i dzikiej zwierzyny.
Jaka
szkoda, że nie potrafię tego oddać na obrazach. Kiedyś uczyłam
się sztuki rysunku, ale po roku kurs rozwiązano. Może to dziwne,
jednak nigdy nie ciągnęło mnie, by spróbować malarstwa, a przecież
teraz jest to już ułatwione- pełno tutoriali na stronach
Internetu. Postawiłam na haft, szycie, tkactwo i na fotografowanie
przyrody- tego, co widzę, co mnie przyciąga, co fascynuje, co
wzrusza i wstrzymuje oddech.
Myślę,
że te moje prezentacje w pełni pokazują świat, jakim ja go widzę.
Rafael....
Rafael Santi. Kto go nie zna? Prawie wszyscy, którzy coś tam ze
sztuki liznęli, wiedzą, kim był ten artysta. Wraz z Leonardem da
Vinci oraz Michałem Aniołem zalicza się go do wielkiej trójki
malarzy Renesansu. Jednak nie o nim dzisiaj.
Kiedy
na studiach przygotowywałam się do egzaminu ze „sztuki”
(napakowany przedmiot, trzeba było znać wszystkie dziedziny sztuki
w szczegółach), znalazłam wzmiankę o Prerafaelitach. Wtedy nie
było Internetu, nie było takich dobrych dojść do informacji,
jakie mamy teraz, dlatego przeczytałam notkę o nich i później już
nie szukałam więcej takich informacji. Zresztą, po co? Do egzaminu
wystarczyła wiedza, jaką wtedy o nich miałam. Jednak nazwa gdzieś
tam z tyłu głowy się tłukła. „Pre” znaczy „przed”, czyli
artyści sprzed Rafaela? No nie, przecież grupa powstała dużo
później po jego śmierci. Dlaczego Prerafaelici a nie
Postrafaelici, zatem?
Ale
może od początku...
W
1848 roku, w Londynie, powstało stowarzyszenie, które założyli
studenci Royal Akademy of Arts. Założenie grupy było wyrazem buntu
przeciwko akademickiej sztuce wiktoriańskiej. Było to nawoływanie
do powrotu do sztuki bardziej wiernej naturze, szczerej i prostej.
Grupę stworzyli: John Everett Millais, Dante Gabriel Rossetti i
William Holman Hunt. Później dołączyli inni, np. James Collinson,
Frederick George Stephens, Walter Hower Deverell i Charles Alliston
Collins, William Morris.
Wymieniłam
bardziej znanych, ale grupa była dosyć liczna.
Nazwali
siebie Prerafaelitami, bo właśnie przed Rafaelem istniała sztuka,
do kontynuacji której nawoływali artyści. Jeszcze pierwsze dzieła
tworzy Rafael w stylu, który preferują Prerafaelici, natomiast
jego późniejsze obrazy są postrzegane jako wzorcowe dla sztuki
akademickiej, opierającej się na dziełach starożytnych mistrzów.
Prerafaelici,
zainspirowani sztuką wczesnorenesansową, ułożyli własny program
artystyczny, bazujący na poglądach Jahna Ruskina, angielskiego
pisarza i poety. Nie będę teraz zgłębiać tych poglądów, ani
ich tutaj przedstawiać. Dość, że Prerafaelici, w ostateczności,
pomieszali w swej twórczości, w odpowiednich proporcjach, wizje
rodem ze średniowiecza z nowoczesnością. Nurt prerafaelicki szybko
zyskał zwolenników w Europie. Najwięcej ich było w Belgii,
Niemczech i we Francji. No i, rzecz jasna, w Anglii, gdzie zmodernizowali również sztukę rzemiosła czyli Arts and Crafts.
Angielscy
Prerafaelici, na początku działalności grupy, skupili się głównie
na sztuce użytkowej. Mieli także swój sklep, w którym można było
nabyć wykonane przez nich przedmioty codziennego użytku.
Artyści
nurtu prerafaelickiego, specjalizowali się w malarstwie
olejowym, chociaż uprawiali również inne techniki sztuki, a nawet
poezję.
Inspiracje
do swojej twórczości czerpali, między innymi, z Biblii oraz z
legend z Królem Arturem w roli głównej. Ich inspiracją były
również dzieła znanych poetów, w tym Williama Szekspira, Dantego,
czy Petrarki. Te inspiracje pozwalały malarzom przenieść się w
światy: baśni, legend, magii, które były o wiele bardzie
intrygujące i interesujące niż rzeczywistość tchnąca nudą oraz
dotychczasowa sztuka, nie wnosząca nic nowego, żadnej tajemnicy.
Koniecznie na dużym ekranie.
Prerafaelici
malowali raczej w duchu realizmu, ale równie chętnie sięgali do
symbolu. Ich obrazy zawierały swoisty kod, co czyniło je
wyjątkowymi. Zamiarem artystów nurtu prerafaelickiego było zachęcenie innych
malarzy do uprawiania „sztuki prawdziwej”, czyli takiej, jaka ich
osobistym i subiektywnym zadaniem, była sztuką prawdziwą.
No...
odbieram to jako mocne narzucanie, innym artystom, stylu, według
„mojego widzenia świata”. Ale czy poprzednicy i następcy
Prerafaelitów tak nie robili? Czy każdy artysta nie stara się w
jakiś sposób narzucić, innym artystom oraz odbiorcom, swoje wizje
rzeczywistości? To chyba jest wkodowane w „dar tworzenia”-
patrzcie, jak tak widzę świat, przejrzyjcie, zobaczcie to, co ja i
zmieńcie trochę swój sposób postrzegania. Widzę żyrafę z
płonącymi szufladkami w długiej szyi... czy tak nie można jej
widzieć(?)- pokazałem i teraz wy też to widzicie.... piękną
płonącą żyrafę. Świat nie jest jednoznaczny, pełno w nim
podtekstów i ja wam je pokazuję.
I
tak czynili Prerafaelici. Ich sposób przedstawiania postaci nie był
stereotypowy. Malując je, skupiali się na najdrobniejszych
szczegółach w ich wyglądzie. Kompozycja obrazów, artystów tego
nurtu, jest połączeniem mistycyzmu, archaizmu oraz sentymentalizmu.
Obrazy Prerafaelitów tchną nutą romantyzmu. Ich twórczość
cechują również jasne kolory i wierność w oddawaniu szczegółów
przyrody.
Ulubionym
tematem Prerafaelitów były kobiety, szczególnie rude. Były to
kobiety z pięknymi, długimi włosami, wcielające się w postaci
legendarne, mistyczne. Szczególnie upodobał je sobie Rossetii.
Wcale mu się nie dziwię, rude włosy są piękne, a kobiety o
takich włosach zazwyczaj mają interesującą urodę- interesującą,
a nie, że są przepiękne.
Wkurza
mnie, że rude włosy niosą za sobą idiotyczne osądy- rudy to
fałszywiec, o... nie rudy, w polskiej nomenklaturze rudy nie
istnieje, to ryży- ryży dominuje- taka naleciałość ruska. Mam
koleżankę z podstawówki, wołali na nią marchewka. Była
nieszczęśliwa z powodu rudych włosów i kiedy już mogła, to
przefarbowała je na blond. Straciła na urodzie, ale odzyskała
spokój. A ja zawsze jej zazdrościłam tych rudych włosów i nie
potrafiłam odżałować ich rudości, kiedy je zafarbowała, a w
dodatku nie mogłam jej powiedzieć, że to był błąd. Wtedy nie
wiedziałyśmy, iż malarze uznawali rudowłose za piękności i
chętnie je malowali ku pamięci potomnych, między innymi. Może
gdybyśmy wiedziały, jej decyzja byłaby inna? Nie, chyba nie, nie w
Polsce, nie w ówczesnym i nie we współczesnym społeczeństwie.
Kolejny raz wściekam się na durną polską mentalność. Jak jest w
innych krajach? Nie interesuje mnie to, bo ja tutaj mieszkam i z tą
mentalnością ciągle się zderzam.
Zostawiam,
mnie się rude włosy podobają.
Dante
Gabriel Rossetti, Venus Verticordia,
1868
Głównym tematem
obrazów Prerafaelitów stał się pejzaż. To oni, dokonali pewnej
malarskiej rewolucji w technice malowania pejzażu, co później
kontynuowali impresjoniści. Pejzaże malowali z natury, wychodząc w
teren. Twierdzili, iż przyroda niesie ze sobą ogromny ładunek
emocjonalny, przyrodę się nie tyle ogląda, co głównie przeżywa.
Prerafaelici
malowali na jasnym tle- na płótno kładli akryl lub gesso- przez co
nakładane następnie kolory, stawały się jaśniejsze, bardziej
świetliste.
John
Everett Millais, Spokojny październik,
1870
William
Holman Hunt, Angielskie
wybrzeże,
1852
Ford
Madox Brown – Zwózka
zboża
(1854–1855)
Prerafaelici
torowali drogę innym kierunkom malarstwa i kiedy w 1919 roku umierał
ostatni z nich, Rossetti, impresjonizm był w rozkwicie, rozwijała
się secesja, raczkował kubizm oraz abstrakcja.
Dodam
jeszcze, że na szczególną uwagę zasługuje William Morris. W 1890
roku założył, na przedmieściach Londynu, drukarnię, a jego
zamysłem było przywrócenie książkom piękna. Morris uważał, że
postępujący proces umasawiania przedmiotów niszczy te przedmioty.
Wszystkie książki w jego drukarni były składane ręcznie.
Prerafaelici twierdzili, że idealne książki to te, które pochodzą
z okresu włoskiego renesansu. Dlatego szukali dla nich właściwych,
w ich mniemaniu, elementów dekoracyjnych. Stosowali czcionkę
wzorowaną na antykwie Jensona oraz iluminacje. Były to małe dzieła
sztuki. Ponieważ książki nie miały popytu, ich druk zakończył
się dosyć szybko. Natomiast Morris tworzył artystyczne, użytkowe
kafelki łazienkowe i projektował tkaniny. Jego twórczość wniosła
tak duży wkład w sztukę użytkową epoki wiktoriańskiej, że
należałoby poświecić mu osobny post.
Jeżeli
ktoś śledzi moje rękodzieło, to znajdzie hafty ze wzorami Morrisa
np. haft „Czapla z ryba”. Jest to wzór z kafelka
zaprojektowanego przez Williama Morrisa ( mój drugi blog, zakładka
kolekcja ptaków).