„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

30 grudnia 2025

Jeże, jeże wszędzie jeże i wszystkiego najlepszego w nowym roku.

 


Jak już pisałam, było tak, jak sobie zaplanowaliśmy- bez choinki, zabiegania, prezentów oraz nadmiaru jedzenia. Kupiliśmy tylko kolorowe, drobne światełka na druciku i rozwiesiliśmy je w holiku. I one robią nastrój zimowego wieczoru.  

 

W BN powiesiłam, na krzewach przed tarasem, kule dla ptaków. Tak, tak wiem, ponoć ptaki zaplątują się w siateczki, ale mamy kule pod ciągłą kontrolą- gdyby ptak się zaplątał, to od razu będzie akcja ratunkowa. Poza tym, jak długo wieszam takie kule, jeszcze nie zdarzyło się, by któryś ptak zaplątał się w siateczkę, a jakoś dokarmiać je trzeba, bo jest mroźno. Oprócz kul, stoi karmnik pełen ziarna.  

 W niedzielę, tę przed BN, podczas wieczornego spaceru po ogrodzie, znalazłam niedużego jeża przy stosie z drewnem. Jeż leżał na boku i wydawało się, że nie żyje. Lekko go dotknęłam, igły drgnęły. No tak, hibernował- był w zimowym śnie. I co tu teraz z takim jeżem zrobić? Było ciemno, dlatego okryłam go kępami suchej trawy oraz przyniosłam z kompostu zasuszone kwiatostany hortensji. Usypałam na jeżem spory kopiec i postanowiłam, że jak go rano znajdę w tym miejscu, to zrobię mu norę w kompoście. Rano bardzo chciałam, by jeża tam nie było. Zawsze to niepokój, czy dobrze zaplanowałam, że zostanie, czy nie należało go zawieźć do schroniska. Ale kiedyś pan z tego schroniska powiedział mi, że takie średnie jeże sobie poradzą i należy je zostawić w środowisku, jak nie są ranne czy chore. Ten wyglądał na zdrowego. Niestety (dla mnie, bo nie lubię takiej odpowiedzialności) był tam, gdzie go znalazłam. Wzięłam jeża do kosza, przyniosłam do kompostu. To ogromna sterta suchych gałęzi, chwastów, na wpół zasuszonych, zmurszałych itp. Wygrzebałam z boku kompostu sporu dołek, wymościłam go suchą trawą, położyłam na niej jeża. Ukręciłam z tej trawy grube wałki, obłożyłam jeża z trzech stron i zrobiłam nad nim rusztowanie. Na rusztowaniu też ułożyłam trawę, suche kwiatostany hortensji, gałązki jodły, z sosny i inne suchelce- stworzył się namiocik. Potem od strony wejścia też zabezpieczyłam jeża tak, by mógł wyjść. Następnego dnia położyłam jeszcze parę gałęzi, robiąc rusztowanie, na to położyłam stary ceratowy obrus, by mu woda do tej norki nie przeciekła. Obrus przyłożyłam gałęziami sosny. I teraz boję się, że zrobiłam za mało, bo nie wiem, czy to przetrzyma 7 stopniowy mróz. Przeczytałam, że jeże w swoich norach potrafią przeżyć do -15 stopni na zewnątrz. W każdym razie zrobiłam wszystko, by jeż przezimował. Jaskół śmieje się, że jeż na wiosnę obudzi się i przeżyje szok. Był na trawie, znalazł się w norce.

To już druga akcja z ratowaniem jeży w tym roku, ale o pierwszej napiszę kiedy indziej. Ten jeżyk, prawdopodobnie jest z gniazda, które niechcący rozkopałam podczas palenia sterty suchych gałęzi.

W każdym razie wpadłam w fobię, bo teraz, kiedy chodzę po ogrodzie, wszędzie widzę jeże i mam pietra, że znów będę musiała kombinować z tworzeniem im legowiska zimowego, a ja przecież nie jestem jeżem i nie mam pojęcia jak to się robi fachowo „pojeżowemu”.

A dnia już przybywa, a z jasnością rośnie optymizm i dobry humor. I chodniczek, upierdliwiec rośnie. Miałam go skończyć w święta, ale palec wskazujący skaleczyłam w takim miejscu, że nie mogę nim podbierać osnowy. I znów przestój, i dalej widok chodniczka na ramie mnie wkurza. Nic nie może być dopięte, zawsze musi coś wyskoczyć.

Wyjęłam maszynę do szycia- uszyłam polarowe mitenki dla Jaskóła i dla siebie. Nie obszyłam ich górą, bo polar jest dosyć gruby i podszycie przeszkadzałoby w pracy. Podszyłam kant przy nadgarstku, żeby łatwiej się nakładały.  

Mitenki Jaskóła. 

Moje. Śmiesznie wyglądają, ale grzeją i to jest ich główne zadanie.
Jest jeszcze inny sposób na uszycie mitenek, ale do tego trzeba cieniutkiej dzianiny- wtedy warstwy są podwójne. Niestety, nie mam takiej dzianiny i na razie będą tylko polarowe.
 

Z polaru uszyłam też poszewkę na kocyk- legowisko dla Bezy. Psica ma teraz mocniejszą izolacje od lastrikowej podłogi, na której leży jej "łóżeczko".

Ten polar to zbawienie dla mojej skóry. Mam ją bardzo wrażliwą i jak w tkaninie jest chociaż trochę wełny, to od razu moja skóra jest czerwona oraz bardzo swędzi. Matka robiła nam na drutach leginsy z „żywej” owczej wełny. Takiej surowej, szorstkiej. Moja siostra nosiła je z lubością, ja nie mogłam nawet wtedy, kiedy pod spodem miałam bawełniane rajtuzy. O te leginsy były wieczne awantury, zimy ostre, a ja nie mogłam, no nie mogłam nosić żrącej wełny na nogach. Zresztą, nie tylko leginsy matka robiła z takiej wełny. Dziergała czapki, rękawiczki swetry, szaliki (nie powiem, ładne rzeczy z tej wełny robiła)... i ja to musiałam nosić, brrrrrr. Dla niej sprawa oczywista, że jak się ma kilka owiec, to się je strzyże, potem daje wełnę do gręplowania, sprzędzenia i dalej na druty. Dla mnie to był terror, ze swędzącą obolałą skórą, w tle.

I do dzisiaj żadnej wełenki nie mogę nosić. Żadnej alpaki, szetlanda, wielbłądka, moherku, tudzież merynosa, angory, kaszmiru itp. A wiadomo, wełna najlepiej grzeje. I teraz pojawił polar- polar mięciutki, o różnej grubości i jeszcze grzeje. Cudo. Polar pozyskuje się z butelek PET, zatem pochodzi z recyclingu w 100%. Po zużyciu można go ponownie przetworzyć. Czyli w jakimś sensie jest to tkanina ekologiczna. Współcześnie nie ma tkanin w 100% ekologicznych, bo uprawa lnu czy bawełny, wymaga choć trochę nawozów, nie mówiąc już o pozyskiwaniu ogromnych połaci ziemi pod uprawę kosztem całych biosystemów. Bielenie, zmiękczanie, farbowanie- wszędzie chemia, chemia chemia. Obecnie nie ma już naturalnej produkcji tych tkanin poza malutkimi manufakturami, ale ceny tkanin z takich zakładzików są horrendalne. Jak prześledziłam produkcję tkanin jedwabnych, to mi się odechciało- ekologia taka sama jak przy uprawach lnu i bawełny (przecież gdzieś te morwy trzeba sadzić), a traktowanie jedwabników, z podejściem humanitarnym do nich, nie ma nic wspólnego. Wełna i przędza, do pewnego momentu pozyskiwania, może być uznana jako ekologiczna, a potem znów bielenie, zmiękczanie, barwienie- chemia, chemia, chemia. I to samo, jak przy tkaninach- małe manufaktury i pojedyncze osoby barwią włóczkę ręcznie, barwnikami naturalnymi jednak to mikroskala. I ceny zaporowe.

Dlatego ten polar z recyclingu jest, w pewnym sensie, dobrym ekologicznym wyborem.  

Kończy się rok 2025. Podsumowań nie robię, planowania na rok przyszły też nie.  Na razie bardzo martwię się jutrzejszym dniem i kondycją Bezy. 


 


 

28 grudnia 2025

Dla nich ten wieczór był smutny.

 

Mogłabym tu teraz wiele napisać, bo to temat bardzo aktualny, bardzo szeroki, bardzo trudny. Ale po co pisać tysiące słów, kiedy w tym przypadku obraz przemawia najbardziej.

Polska świętowała- Ukraina próbowała świętować, ale kiedy jest się atakowanym na okrągło, to raczej o tradycyjnych świętach nie się myśli.  


 Muzyka: Сумний Святий Вечір- Українська Колядка 

Zdjęcia: 

https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1514997%2Coblicza-wojny-w-ukrainie-najmocniejsze-zdjecia-2022-roku.html 

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/swiat/galeria/9440715,dwa-lata-wojny-na-ukrainie-w-obiektywach-fotoreporterow-zobacz-pelne.html 

https://nowiny24.pl/ukraina-tak-wyglada-wojna-poruszajace-zdjecia-z-oblezonych-miast-i-linii-frontu/gh/c1-16074539 

https://www.ukrainer.net/pl/100-zdjec-2024/ 

https://wiadomosci.onet.pl/swiat/wojna-w-ukrainie-zdjecie-ciezarnej-z-mariupola-obieglo-swiat-teraz-zabrala-glos/jrjg0r3

 https://natemat.pl/401113,atak-na-szpital-dzieciecy-w-mariupolu-to-zdjecie-ktore-zobaczy-caly-swiat https://polityka.se.pl/wiadomosci/zdjecia-ze-szpitala-dzieciecego-w-zaporozu-zalamuja-dzieci-strasznie-cierpia-aa-EGu2-xNBP-b6c7.html

 https://wyborcza.pl/multimedia/ukraina-3-lata-wojny/

26 grudnia 2025

A tymczasem rozważania poświąteczne o wyzwalaniu się spod presji tradycji oraz szantażu emocjonalnego.

 

Ciepło- miło- niebo- raj- myślała małpa siedząc w kąpieli, a ja, jak ta małpa (nie bronię się przed tym określeniem- jest stosunkowo łagodne w porównaniu do tych, jakimi mnie złośliwie obrzucano, a w dodatku jestem chińską zodiakalną małpą), delektuję się spokojem tych dni. Jest miło, jest ciepło, jest niebo, jest raj. Miałam szyć, nie ruszyłam, na razie, maszyny, miałam tkać- coś tam potkałam, ale palec wskazujący mam uszkodzony, zawinięty plastrem i ciężko nim podbierać osnowę. Tak więc dywanik w paseczki dalej się ślimaczy, robota przy nim utyka co i rusz.

Wczoraj bardzo leniwie, na ogromnym luzie, coś tam czytałam, coś jednak tkałam, przesłuchiwałam YT itp. No i żadnego przejedzenia się, a wręcz odwrotnie mam lekki niedosyt- „coś by się przekąsiło”, ale to jest dobre uczucie. Wszystko przygotowałam w normie- trochę rolmopsów, po dwie rolady nieduże, miskę (średnią) sałatki jarzynowej i po dwa kawałki ryby. Jeszcze po dwa kawałki sernika i trochę ciasteczek, które Młoda upiekła. I to wszystko- żadnym pierogów, uszek, barszczyku, multum rodzajów ryb, tudzież sałatek oraz ciężkostrawnych ciast świątecznych. I to mi się podoba. Moja wątroba, mój żołądek, mój kręgosłup oraz moje kolana dziękują mi serdecznie, że ich nie obciążyłam, powodowana naciskami i fanaberiami w kwestii kuchni świątecznej.


A swoją drogą, teraz, kiedy już nic nie muszę, zastanawiam się, po cholerę te sterty jedzenia? Przy czym każdy, kto zasiada do mocno zastawionego stołu, zdaje sobie sprawę z tego, że zbyt dużo, zbyt tłusto, zbyt ciężko, że mogło być o połowę mniej. I zażera się prawie do nieprzytomności, cichcem podjada sylimarol, by napychać się nadal. I wciskanie gościom „na drogę” tego, co zostało na stole, bo mogłoby się po dwóch dniach zepsuć. Fajnie- zwyczaj obdarowywanie jest nie do przecenienia, ale obdarowywanie „resztkami” (specjalnie piszę w cudzysłowie, bo jest to jednak porządne jedzenie) ze świątecznego stołu odbywa się często z naciskiem- weź, bo co ja z tym zrobię, weź, bo w domu nie macie itp. To po grzyba tyle szykować?

 




To jest moje podejście do świąt, ale rozumiem, że mnóstwo ludzi lubi święta tradycyjne, z przejadaniem się i unieruchomieniem, na długi czas, za świątecznym stołem, z gadkami szmatkami, nawet głupimi uwagami cioć, czy babci albo teściów i lekko agresywnym, po kielichu, wujkiem. Wszystko to rozumiem, kiedyś też taki „sport” uprawiałam. Nie rozumiem tylko, że jak ktoś nie robi tradycyjnych świąt, to sporo dyszy, w ich kierunku, świętym oburzeniem- Jak to? Czemu tak? No wiesz....

Ale.... jest też sporo ludzi, którzy, jak my z Jaskółem, odeszli od tradycji świątecznej i dobrze z tym jest nam wszystkim. A mam takie podświadome przekonanie, że ci „tradycyjni” nierzadko marzą, aby zerwać z tym żarciem spędami, naciskami, sprzątaniem, strojeniem, by na końcu jeszcze zaliczyć awanturę przy stole wigilijnym. A jak sobie przypomnę to rodzinne przemieszczanie się- święta u mamy, nie u teściów, nie- chyba u siostry w tym roku... pakowanie prezentów, walizek, żarcia dodatkowego- no bo w tym roku ja robię sałatkę i piekę makowca... a u nas do tego całego bagażu dochodził jeszcze pies, to....

Każdego roku trwa w najlepsze rodzinny około świąteczny szantaż emocjonalny. Ciężko zaprotestować, ciężko odmówić, ale jak się nie potrafi, to potem się kursuje, gotuje, sprząta i et cetera, et cetera, dookoła świąt Wojtek.

Od miesiąca czytam, w ramach wglądu w rzeczywistość, różne opowiadania o tym, jak ludzie podchodzą do świąt, jak próbują je zorganizować i jakie tworzą się w związku z tym  problemy. Są to problemy wynikające z różnic w obchodzeniu świąt, problemy pokoleniowe, problemy rodzin patchworkowych. I zawsze podstawą tych problemów są różne oczekiwania jednych członków rodziny wobec innych. I najczęściej te oczekiwania zderzają się ze sobą, albo są do siebie nieprzystające. A to młodzi chcą sami organizować święta bez rodziny, albo chcą wyjechać w ciepłe kraje na czas świąt, czego rodzice lub teściowie nie rozumieją. A to matka- wdowa już nie chce całej rodziny na święta, czego nie akceptują jej dzieci z rodzinami. A to młodzi chcą w ciepłe kraje zabrać samotnego ojca, ale on nie chce nigdzie jechać- zostawić go samego też nie chcą. A to jedna siostra organizuje święta przez wiele lat dla czwórki rodzeństwa z rodzinami i kiedy oznajmia, że już świąt nie będzie robić, reszta jest oburzona i prawie wyklina ją z rodziny. A to teściowa przy stole wigilijnym ciągle krytykuje synową i ta już w kolejne święta nie chce tam iść, a teście do nich też nie przyjdą. Można tak mnożyć przykłady.

I to wszystko ma być w kontekście radosnych Świąt B.N.

Aż chce się postawić pytanie- Ludzie, po co wam kolejne takie święta, po co sami sobie stwarzacie takie problemy, dlaczego dajecie sobą manipulować i nie potraficie postawić stanowczo na swoim? Nie każde emocje są pozytywne, nie każde okazane zrozumienie, jest właściwie odebrane, nie każdy dobry gest spotka się z wdzięcznością. Sami sobie fundujecie stresy przedświąteczne i świąteczne. A czasem po prostu wystarczy powiedzieć- sorry, moje, życie, to ja decyduję. Obrazi się? To się obrazi. Będzie się żalić? No to będzie. Będzie obgadywać? Pewnie nie pierwszy raz. Zależy wam na kimś, kto tak reaguje?

Pomijam tu kwestie opieki, to odrębny temat.

To nie jest tekst z żalu za „utraconym rajem” świątecznym. To nie jest tekst dający powód do głupiej gadki „Żal jej, nie może mieć, to odwraca kota ogonem do przodu”.

To jest tekst na pochwałę umiejętności oderwania się od tego świątecznego cyrku, na pochwałę, w pewnym sensie, asertywności, nie poddawaniu się szantażom. I myśmy te umiejętność opanowali i dlatego mamy święty spokój.

 


To jest tekst zachęcający do działania na rzecz spędzania świątecznego czasu w taki sposób, w jaki się chce. Naprawdę można i naprawdę nie ma sensu poddawać się presji rodzinnej, bo w ogólnym rozrachunku i tak ten, który najwięcej się nabiega i napracuje, zostanie z niesmakiem i zmęczeniem, choćby impreza się udała. Coraz mniej wierzę w zapewnienia, że tak, o tak, te święta były udane, o tak... A to zmęczenie w oczach, ten zgaszony głos, a te gorzkie słowa przemycone w tekście o „fajnych świętach”?

Wszystko, co napisałam, jest oparte na moich doświadczeniach. Przez prawie 50 lat ganiałam, z wywieszonym jęzorem, przed świętami, w trakcie świąt i po świętach. W końcu powiedziałam „dość”. Jaskół przyklasnął i mamy teraz „ciepło- miło- niebo- raj”, bez poczucia straty czegoś „cennego” w kwestii świąt BN. 

 





24 grudnia 2025

A kiedy pierwsza gwiazda...

 

Niech te Święta będą dla Was najpiękniejsze, niech będą takie, jakich oczekujecie, o jakich zawsze marzycie. 

Pogodnych, zdrowych i spokojnych Świąt. 

 

 

A tu taki mały dodatek, muzyka ma równoważyć te przesłodzone  piękności widoczków.
 

Jak znajdziecie chwilę czasu, to włączcie duży ekran i złapcie oddech. Miłego oglądania.


 
Zdjęcia- Pinterest 

Muzyka: Metallica: Carol of the Bells

22 grudnia 2025

Jeszcze przedświątecznie o szulkach.

 

Delikatne, kruche rurki o smaku cynamonowym, czyli tak zwane szulki, to ciasteczka, które wypieka się na Boże Narodzenie, na Śląsku Cieszyńskim i na Zaolziu.

Szulki można spotkać po polskiej, czeskiej oraz słowackiej stronie granicy.

Te kruche rurki, smakiem podobne do opłatka, związane są głównie z tradycją luterańską na Śląsku Cieszyńskim. W domach ewangelickich najpierw wymyślono je dla dzieci, ale i dorośli są amatorami tych cynamonowych pyszności. W każdym domu ewangelickim, na Boże Narodzenie, nie może zabraknąć opłatka oraz szulek. Dawniej wypiekano je w każdym luterańskim domu, teraz można rurki kupić w parafiach ewangelickich.

W cieszyńskim Muzeum Protestantyzmu, znajdują się zabytkowe formy do pieczenia szulek.

Przepis na cynamonowe rurki jest bardzo prosty.

Składniki na szulki:

  • pół litra mleka,

  • 25 dkg mąki,

  • 8 dkg cukru,

  • 3 dkg sklarowanego masła (topionego),

  • 1 jajko,

  • 8-10 dkg miodu,

  • 1 łyżeczkę cynamonu.


Wystarczy wymieszać cukier, roztopione masło, jajka, mąkę, ciepłe mleko oraz cynamon. Najlepiej użyć do tego trzepaczki.

Odstawić na noc (to mówi stary przepis, w nowym tego nie znalazłam), a potem piec w specjalnym urządzeniu tzw. „żelazku” 

 


Wylewa się łyżkę ciasta na okrągły blat.

Po krótkiej chwili wyjmuje się ciepły, jeszcze wilgotny placek, szybko nawija się go na specjalną rurkę lub drewniany patyk i zostawia do ostygnięcia. Do pieczenia szulek trzeba mieć dużą wprawę oraz wyczucie. Jak się za dług trzyma w urządzeniu ciasto- szulka jest sucha i nie da się nawinąć na rurkę. Kiedy placek trzyma się za krótko, ciasto jest zbyt wilgotne i rwie się w palcach podczas nawijania na rurkę.

 


Kiedyś do pieczenia rurek używano dwóch płaskich patelni, złączonych razem dwoma uchwytami. Najpierw ciasto podpiekało się z jednej strony, apotem z drugiej strony. Do całego procederu trzeba było mieć silne ręce, bo patelnie były żeliwne, bardzo ciężkie. Żeby zrobić sporą liczbę szulek, trzeba było się solidnie napracować.


Szulki można nadziać bitą śmietaną, ale wtedy trzeba je szybko zjeść, bo śmietana rozmiękcza ciasto. Najsmaczniejsze są same szulki jeszcze ciepłe.

Rurki przechowuje się w pudełku, a kiedy zmiękną, wystarczy je położyć  w pudełku na grzejniku, albo na chwilę włożyć do piekarnika i podsuszyć.


 

Te smaczne cynamonowe rurki nierzadko bywają prezentem. I to dosyć cennym, bo urządzenie do pieczenia szulek nie jest wcale tanie. Można je kupić tylko na Słowacji, a jego cena to około 250 euro. 

Natomiast w polskich sklepach trzeba pytać o urządzenia do pieczenia naleśników z płaskim blatem (od biedy mnożna na nim piec szulki), ale też jest drogie.


https://wiadomosci.ox.pl/szulki-dla-smakoszy,25254

https://zwrot.cz/2021/12/w-oldrzychowicach-sie-szulkuje-podpatrzylismy-jak-to-robic/


21 grudnia 2025

Oooooo, ja cierpie dolę, czyli karp i wegetariańska zupka ze śmieci.

 



Był kiedyś w blogosferze blog pt. „Ja to się dziwić nie przestanę”.

Stare stażem blogerki pewnie się orientują o czyj blog chodzi. Ja pamiętam nick, ale nie będę tu go podawać.

Podczytuję ją na Facebooku, gdzie pisze fajne teksty, mocno udziela się w tzw. kulturze i nawet jej trochę tych możliwości zazdroszczę. Mnie chodzi o tytuł jej zamkniętego dawno już bloga, bo też na pewnym etapie stwierdziłam, że mnie już chyba nic nie będzie w stanie zadziwić, a jednak, życie ciągle mi takie „zadziwienia' podsyła. I wtedy od razu przypomina się tytuł tego bloga.

Co mnie lekko zszokowało tym razem? Otóż, mieszkamy w miejscu, gdzie dookoła jest mnóstwo stawów hodowlanych. Hoduje się w nich głównie karpie. Karpia odławia się w listopadzie, wpuszcza do rybników z czystą wodą i ten karp się filtruje- oczyszcza. 


Jeszcze wszystko w porządku, jeszcze wszystko w normie. Od początku grudnia hodowcy na wszelkie sposoby ogłaszają, że będą karpia sprzedawać. Punktów sprzedaży jest naprawdę wiele. Oczywiście, cena za świeżego karpia wcale nie jest taka niska, jak za tego z marketu. Myśmy za naszego 2 kilowego, z wypatroszeniem, zapłacili niecałe 50 zeta. No ale, czas na karpia jest tylko w grudniu i takie są prawa rynku. Tutaj karpia można kupić o każdej porze roku, jednak np. mnie najbardziej smakuje ta ryba tylko w grudniu. I to bez względu na skojarzenia ze świętami. 

 

 Dobra, już widać brzeg.

Jaskół załatwiał sprawy z oprogramowaniem kasy w niedalekim miasteczku. Tam i z powrotem przejeżdżał koło „Biedronki”.

Wchodzi do kuchni i mówi, że nigdy nie zrozumie mentalności tutejszych ludzi. Nadstawiam ucho, bo ja też z tą mentalnością steloków mam kłopot.

  • Wyobraź sobie, że na parkingu „Biedronki” stał ogromny TIR a do niego zakręcona w ogonek, długa kolejka.
  • Po co ta kolejka?- Pytam i żaden, wart długiego stania, towar nie przychodzi mi do głowy.

  • Jak to po co?- Jaskół wyraźnie jest jeszcze zbulwersowany- Po karpia stali, karpia z TiRa sprzedawano.

Szczerze? Jeszcze, kiedy to piszę, trudno mi zrozumieć tych ludzi. Cena? Tylko cena się Liczy? Czy naprawdę jest taki typ ludzi co to „d..ę da sobie tępym szkłem oskrobać”, jak to tutaj się mówi, byle grosz zaoszczędzić. Na świętach ściubią? Kupują zagraniczne badziewie, może portugalskie, albo i inne, wymęczone w tym samochodzie, nie wiadomo jakie to mięso, może glonem zalatuje, może podtrute „ekstra karmą”. I to tylko, by „zaoszczędzić” 7 złotych na kilogramie. I to mając pod nosem świeże ryby prosto z wody? Na pewno, by dojechać do tej „Biedronki”, mijają kilka punktów sprzedaży ryb z okolicznych stawów. Rozumiem ludzi w miastach, którzy nie mając takiej okazji, kupują w marketach ryby, ale tutaj?

A potem przy stole wigilijnym będą się chwalić bez żenady- „Wjycie jo żech kupiła karpia za patnost złotych. No, przy Biedronce stoli i sprzedowali”.

Chyba bym się ze wstydu pod ziemię zapadła. Gościom taki tekst podać. A wiem, że tak może być, bo nie jeden raz uczestniczyłam w rodzinnych spędach i podobne rzeczy się słyszało. No dobra, może i dla niektórych te około 7 złocisza, a w pomnożeniu o kilogramy i więcej, naprawdę jest za drogo, ja to uznaję, jednak wierzcie mi, tu naprawdę nie ma aż takiej biedy, by każdy grosz w okolicznościach tak „umiłowanych” świąt liczyć. To jest jakaś chytrość, takie cwaniactwo. A potem jeszcze powtarzają utarte slogany: „Kupuj tylko polskie produkty”. Koń by się uśmiał. 

 


Nasz świeżutki karp, na razie, siedzi w zamrażalniku. Karp prosto z hodowli, ze stawu koło dużego lasu. Karp z czystym różowym mięsem, bez żadnego zapaszku glonu.

Ach, jakby ktoś marudził czytając, że jemy karpia- nigdy nie deklarowałam się być wegetarianką czy weganką. Mięso jest w naszym jadłospisie, ryby również. Jestem częścią kultury i tradycji, mam prawo wyboru, wybieram to, co w naszym klimacie jada się codziennie. Nikt mi nie będzie głupimi tekstami o „biednych zwierzątkach”, oraz o „braku humanitaryzmu” wpływał na sumienie. Jestem odporna na tego typu szantaż emocjonalny. Karp, którego kupiliśmy, do końca swego życia pływał w wodzie, nie był duszony w reklamówce. A reszta był zgodna z humanitarnym ubojem. I nie będę dalej tego tematu rozwijać. Przypomnę tylko, że na plantacje soi (główne wegańskie żarcie) wycina się całe połacie lasów i niszczy całe ekosystemy (zwierzątka giną, a jakże), a owoce morza i ryby morskie (ach to sushi, mniam) dużo mniej humanitarnie są traktowane. Gdyby weganie i wegetarianie chcieli naprawdę ekologicznie i humanitarnie się odżywiać, to powinni zabrać się za recycling śmieci i z tego, co otrzymają, gotować zupki.

I tak od karpia doszliśmy do wegetariańskiej i wegańskiej oraz ekologicznej obłudy. A tej jest tak sporo, że tu to długo dziwić się nie przestanę.

W memie powinni jeszcze dodać "i wegetarianie oraz weganie..." 


 






19 grudnia 2025

Mgła psujka i inne "codzienności".


 Trzy dni temu, 6,30 rano.


 

No nie, jeszcze nie przerwa, jeszcze nie odpoczynek. Ciągle się kręci. Ludzie nie przyjmują do wiadomości, że sklep jest czynny w określonych dniach i muszą się pozbierać, zakupy zrobić w tych dniach: „A jo se zapomnioł”, „To nie bydzie otwarte?”, "Mogym jeszcze w pióntek kupić, mocie zawarte, to co jo tera zrobiym?”. No i miej tu sumienie odprawić z kwitkiem. Do bramki, koło domu, co i rusz dzwonek- stoi taka sirota, bo musi, bo mięso już kupione...Telefon się urywa.

I zawsze uwaga- w Internecie macie podane godziny... tu podaje z jakieś strony, nie wiadomo skąd taka strona, kto tam to wpisał, ale godziny i dni otwarcia naszego sklepu są jeszcze sprzed 15 lat, kiedy pracowaliśmy od poniedziałku do soboty włączenie, po 9 godzin. Rozdawaliśmy wizytówki, kiedy zmienialiśmy godziny pracy (zawsze z nowym czasem pracy sklepu). Niektórzy przychodzą z pierwszymi wizytówkami. Nie było go przez 10 lat i ma pretensje, że są zmiany.

No, niestety, zdrowie, siły już nie te. A stronę internetową mamy tylko jedną i tam zmieniamy godziny w odpowiednim czasie.

Czyli jeszcze dodatkowo w piątek, poniedziałek i wtorek Jaskół pracuje do 13, ja już mam inne zajęcia. Muszę jednak ogarnąć choć trochę dom. A jak mnie wkurzy, to kichnę na to wszystko (najbardziej prawdopodobna wersja), naprawdę świat się nie zawali, jak coś będzie niedosprzątane.

A fiołek nadal kwitnie. Kwitnie od maja bez przerwy. Widać trafiłam z miejscem dla niego.  

Dzisiaj mgła zepsuła mi plany. Jest dosyć gęsta. Miałam jechać na zakupy. Auteczko odmrożone, zagrzane, a mgła spada i spada, ale w pewnym momencie zatrzymało się to spadanie, świat stał się wokół mlecznobiały. Widzialność 20 metrów, a ja muszę dostać się na główną drogę (środek prostki między dwoma zakrętami). Nie zaryzykuję przy tak słabej widzialności. No i znowu trzeba przemeblować porządek dnia i to nie tylko tego, ale tych następnych też. Jaskół wyjeżdża podopinać sprawy administracyjne, a ja te zakupy muszę zrobić, tym razem, sama.

Podobno idą mocne mrozy i śnieg ma trochę popadać. Nie znoszę zimna. Taka perspektywa mnie dołuje.

Postanowiłam kupić kolorowe mikroświatełka i powiesić je holiku, by ożywiły te mroczne zimowe czasy. Widziałam takie fajne złote pszczółki, ale one odpadają, bo to są solary. Takie kupię później i wiosną i owinę "sznurem pszczółkowym" krzew mahoni, rosnącej przy tarasie. A w ogóle, to czasem taka tandetka daje wiele radości i zamierzam sobie tej radości trochę dostarczyć.

Skończyłam czytać powieść o Chopinie. To nie jest biografia. To powieść, zawierająca dużo wątków biograficznych, do których autorzy wykorzystali

sporo ze spuścizny po kompozytorze. Ponoć jest ona bogata. I przetrwała chyba tylko dlatego, że została we Francji. W Polsce prawdopodobnie zostałaby zniszczona.

Książkę warto przeczytać, ale to „kobyła literacka” i jak ktoś ma kłopot czytać 700 stronicowe pozycje, to będzie to dla niego dosyć spore wyzwania. 

Ten haft chyba może być uznany za świąteczny. Pełno teraz renów, jeleni, sarenek na pocztówkach, jako ozdoby. Poduchę wyhaftowałam ojcu na urodziny, jakieś 20 lat temu. Taty już nie ma, poszewka wróciła do mnie. 

Wieszajcie jemiołę, jemioła cuda robi. No i miejsce pod nią całuśne. 


 

Za trzy dni zacznie dnia przybywać. 

18 grudnia 2025

Trochę popuściło.

 Trochę zieleni

Jest już lepiej. Pracujemy od wtorku popołudnia. Na razie bez awarii, ale kasa wymaga dopracowania przez serwis. W poniedziałek Jaskół ją zawiezie. No, to sklep już w porządku, chociaż jeszcze wczoraj strzeliła żarówka w jednej z lamp, ale to już pikuś.

Jaśminowiec pachnący, pusty. Jest jeszcze krzew jaśminowca pełnego, pachnącego. 

Ze zdrowiem też się polepsza. Wolno, bo wolno, ale idzie do przodu. Tylko to nieznośne zmęczenia osłabia i zniechęca. Myślałam, że jeszcze ciut uporządkuję dom, ale nie mam sił, a w sumie, to nie mam ochoty. Teraz to chciałabym gdzieś wybyć w teren, jednak pogoda jest d...ta. Niby ciepło, a zimno, niby słońce, a mglisto. Mokro w powietrzu, ale ziemia już przeschła. Gdzie by tu wybyć? Zabrać psa, gumiaki na nogi, ciepłe kurtki na grzbiety i w las, łąki, nad stawy- gdziekolwiek, byle się trochę powłóczyć. I z dala od ludzi. Koniecznie z dala od ludzi. 

W tym tygodniu ludziska zalazły mi za skórę- dociyrne to, niecierpliwe, prostackie, czasem wręcz bezczelne oraz chamskie. Niestety, mamy klientelę w większości męską (chłopską) i często wydaje się tym panom, że wszystko im wolno z racji tego, że są- klientem oraz z racji tego, że są- facetem, a ja jeszcze dodam- dochodzi wredny charakter chłopów cieszynioków- maczystów i samców z wybujałem EGO. Nie zdarzyło się jeszcze, by facet po dokonaniu zakupów, jak jest z żoną, wziął siatkę (sam z własnej woli) z zakupami, przepuścił żonę w drzwiach i wyszedł za nią. Kupi, zapłaci, potem wychodzi, a żona bierze toboły i posłusznie wychodzi za nim. Jeszcze tylko wielbłąda do scenki brakuje. A często taki chłop warczy na żonę, pogania ją, albo wręcz skąpi:"Na co ci to je? Dyć mómy to doma". I kompletny brak żenady- on tera rzóndzi. Jakaś cholerna samcza nacja tu mieszka- długo opowiadać. A mam przykłady z własnej rodziny- dwóch mężów cieszynioków, brat, ojciec, szwagry, wujki, kuzynowie. I wszyscy z tą samą maczystowską skazą- „Baba mi tu rzóndzić nie bydzie!” oraz ”Óna? Óna niy mo nic do godania”. A kobiety tutejsze? to jest odrębny temat.

I nie chodzi tu o mnie, bo widzę, że Jaskóła też „próbują”. On jest cierpliwy, ja muszę częściej gryźć się w język i trzymać łapy w kieszeni. Uśmiech, potakiwanie, dobra mina do złej gry. Klient, to klient, trudno.

Dobra, jedna wycieczka jest zaplanowana- przejedziemy nową trasą S1, od Bielska do Zwardonia i może wrócimy przez Słowację, Czechy, do domu. Musimy wybrać dzień- może przyszły czwartek, może piątek.

Podsyłam Wam pomysły na świąteczny wystrój domu.


 

Sama nie stroję, a z kulinarnych to tradycyjne- karp, sałatka, rolady, buraczki... i... wsio. Chyba. Jak cudnie, że już nie musimy oraz jak cudnie, że już nie chcemy....


16 grudnia 2025

Znów zadziałało.... ja cię pierdolę!!!!!!

Prawo Murphy'ego szaleje, u nas, w najlepsze. Dzisiaj trzeci punkt- awaria kasy fiskalnej. No cóż, święta się zbliżają, kolejka przed sklepem (w zeszłym tygodniu był zamknięty- choroba poplątała nam szyki). Ten tydzień jest ostatnim przed świętami, kiedy ludzie robią wyroby mięsne. A do tego potrzebują naszych artykułów. No i d... blada. Pierwszy klient w środku, a 5 stoi przed drzwiami, bo sklep malutki (w czasie pandemii ograniczyliśmy miejsce, tylko dla jednego klienta, za ladą)- trach.... kasa odmawia współpracy. W dodatku ten klient jakiś dziwny, a to dopytuje o paragon, a to o fakturę.... może skarbówka to była? Czort wie. Jaskół dzwoni do serwisanta- ten spokojnie oznajmia, że po tygodniu przerwy kasa miała prawo się rozładować. Trzeba ją przywieźć do serwisu.... Druga d... blada. Znaczy trzeba zamknąć sklep na parę godzin, a klientów przed sklepem przybywa.

Jaskół uzgadnia godzinę w serwisie, klientom wręczam wizytówki z numerem telefonu- mają dzwonić po trzynastej i pytać, czy już sklep czynny. My cali w przeprosinach, prawie w lansadach, głupia sytuacja się zrobiła- w zeszłym tygodniu tłumaczenie (telefoniczne), że w tym na pewno otworzymy, że tak, że na pewno...

Wieszam kartkę z informacją na bramie.

Parking robi się pusty, ale telefony od innych ciągle są. Urwania głowy. Robię herbatę, siadam przed kompem i jak co roku liczę (to cholerne prawo działa zawsze w takich okresach przedświątecznych)- ręka Jaskóła, mój ząb, kasa.... trzy.... TRZY... może już nic nie strzeli.

Dotychczas na trójce się kończyło.

To tak, jakby ktoś myślał, że Jaskółka, oprócz paseczków w tkanym dywaniku, robienia prezentacji tudzież przesuwania terminu szycia polarku  itp. nie ma innych kłopotów i zmartwień.

Tyle.😔


 

PS. Któryś z tych punktów się przedawnił. Może mój ząb. Doszedł następny. Przyszły puszki z karmą dla Bezy. Na 24 puszki, 18 uszkodzonych. Z 6 wychodzi karma brzegiem. No i jak się pierdo....li, to się pieprzy nadal.


 

09 grudnia 2025

W oparach czerwonego wytrawnego wińska.

 

Jak się pieprzy, to się pieprzy, nie mam ochoty na dłuższe pisanie co? gdzie? Kiedy? Jestem dzisiaj cała na NIE!

Mam ochotę na składanie zdjęć, kombinowanie, sklejanie filmów i dobieranie, do tego misz- masz, muzy.

I dalej tkam ten cholerny pasiasty chodniczek. Już nigdy...NEVER... tego typu paseczków. W planie gobelinek nieduży, a potem znów chodnik, ale już w jakiś wzór albo ciapy, bo tej niefajnej, do tkania, włóczki jeszcze pół kosza zostało.

Wysłałam parę kartek świątecznych. Tak się porobiło, że teraz życzenia albo mailem, albo SMSem się podsyła i to jakieś badziewne wklejki. Nie wklejam, odpowiadam długimi życzeniami ”z głowy”. Chociaż tyle szacunku mogę okazać adresatowi. Kartek już nie posyłam, bo ludzie zmienili adresy, a w ogóle co tu dużo mówić- to naprawdę droga impreza jest teraz.

Ostatni raz, kiedy wysłałam sporo kartek, kosztowało mnie to około 100 zeta, a to było jakieś 10 lat temu. No i zwrotnych życzeń w postaci kartki nie dostałam ani jednej. No nie... jak nie to nie, ja też nie muszę, a teraz już nawet nie chcę. I nie chodzi o kasę, a może chodzi też o kasę? Wysłać komuś kartkę to- kupić odpowiednią, bo nie może być byle jaką, potem wypisać interesujące życzenia, nie na odwal się, zaadresować kopertę, kupić cholernie drogi znaczek, pojechać do miasteczka, gdzie jest jedyny urząd pocztowy (15 kilosów) i to wszystko jeszcze wykonać w terminie, by kartka doszła przed świętami. A potem? ZONK, ludzie olewają twoje starania.

Przyznam, że już wtedy mnie wkurzał ten brak reakcji, bo nawet telefonicznego „zwrotu” nie było. No cóż, widać „nie jestem tego warta”. Ale też jakoś specjalnie z tego powodu nie ubolewam.

Moja sister wielkie ucho, pochwaliła się, że zrobiła 60 kartek, a na znaczki zbierała forsę przez cały rok. Ona bawi się w dekupaż i robienie kartek, ma sporo akcesoriów do tego. Tym razem sister podziwiam. 

To tak na marginesie, bo o innych sprawach, na razie, nie mam ochoty pisać.

A jeszcze... przyszedł polarek, z którego uszyję pokrowiec na kocyk Bezy. Wybrałam wzór tygrysi. Były jakieś myszki, mikołajki, kropeczki itp., ale taka dama jak Beza powinna mieć kocyk ubrany w poważniejsze wzory. A tak naprawdę to one były na jasnym tle, natomiast polary jednobarwne miały smutne kolory. Praktyczne, ale smutne.

Teraz czeka mnie wyjęcie maszyny i uszycie mitenek, pokrowca na kocyk, młoda zażyczyła sobie narzutkę na kosz na pranie („Wiesz Mami, koniecznie w kolorze zielonym, ale może być patchwork”) oraz czeka na poprawki dużo ciuchów (trzeba zwężać- super).


Bigos gotuję (o bigosie zakładka- kuchnia polska). Gotuję wielki gar bigosu. Grudzień i styczeń to jedyne miesiące, kiedy nam bigos smakuje najbardziej. W domu podśmierduje wińskiem, jak w jakieś taniej winiarni. Wino, czerwone wytrawne, zawsze daję do bigosu. Tym razem też wlałam szklankę dobrego wina. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat jego zapach przebił się przez inne bigosowe. Nie kapusta, nie boczek, mięso, czy jałowiec. Nie... czuć wińskiem. Gdyby muchy latały o tej porze roku, pewnie by od razu padły.


Kończę czytać tomiszcze o Chopinie „Zaklinacz Dźwięków”. Jestem na 535 stronie, a w sumie jest ich 710. Fabuła mocno zbeletryzowana, ale naszpikowana interesującym informacjami o ludziach epoki (pisarzach, poetach, kompozytorach,malarzach, politykach itd., różnych narodowości), no i o samym Chopinie oraz George Sand.

 I tylko to mnie jeszcze przy książce trzyma. Dialogi są w niej co najmniej dziwne, jakby autorzy silili się na pokazanie bohaterów jako luzaków, dowcipnisiów, język u nich jest  bardziej współczesny, niż z epoki, itp. Podobno Chopin miał poczucie humoru, tylko, że od tych dialogów aż bije sztucznością. Poza tym autorzy wplatają w tekst powiedzonka współczesne, co razi i nie pasuje do całości. Jednak książkę warto przeczytać choćby ze względu na opis świata współczesnego Chopinowi. 

W kolejce

oraz 


i jeszcze

Ta ostatnia interesuje mnie ze względu na tradycje wołoskie w muzyce tego regionu. Bzik na tle Wołochów jeszcze mnie nie opuścił, a wręcz się pogłębia. Tak samo pogłębia się mój bzik na punkcie śląskości. Spoko- oba bziki nieszkodliwe, nie skręcę ku regionalnemu nacjonalizmowi, to mnie nie rajcuje. 

PS 1. +12 na blacie za oknem, jeże latają wieczorem po ogrodzie- spasione,  pewnie dobrze przezimują.
 PS 2. Ani jednego łyka tego wina nie skosztowałam. Odrzuca mnie od alkoholu. Dziwne, ale nie niepokojące, a wręcz dobrze rokujące😁😁😁


06 grudnia 2025

Zrób to sam- alternatywa choinki na BN.

 


 

Bawi mnie wyszukiwanie zdjęć, a potem układanie ich i tworzenie całej prezentacji. Odpoczywam przy tym, odprężam się, wspominam, główkuję. To jest coś podobnego do np. tkania czy innych robótek- najpierw koncepcja, a potem mozolne tworzenie. Zaczynam jednak od podkładu muzycznego. I to nie jest precyzyjnie określony utwór. Przesłuchuję utwory na YT tak sobie, po prostu słucham różności, a potem nagle, przy jednym z nich pojawia mi się pomysł stworzenia prezentacji z tym utworem. Muzyka nasuwa temat. Ale nie zawsze. Do Prerafaelitów szukałam muzyki pasującej do takiego malarstwa. Często wybieram muzykę, która pozornie nie ma z tematem nic wspólnego. Na przykład do prezentacji zimowej powinnam wybrać utwory z związane z zimą, takie „pasujące”. Jakiś Vivaldi może jakieś amerykańskie zimowe piosenki, bo polskie są przaśne i infantylne. Chociaż z drugiej strony te amerykańskie często też są. Kiedy odsłuchuję utwór, zwracam uwagę na słowa. Nie chodzi mi o to, by dokładnie pasował tekst do prezentacji. Chodzi mi o to, by nie było zgrzytu typu- prezentacja o górach, a piosenka o wojnie.

 A kiedy jest odwrotnie- robię prezentację, wybierając najpierw zdjęcia, to staram się dobrać muzykę do klimatu tych zdjęć. Tak było z „Latarnikiem” Klinczu i tematem morskim.

Oglądam muzyczne klipy- często obrazy dobierane są do słów utworu. To jest celowy zabieg, by podkreślić temat utworu. Mnie niezbyt na czymś takim zależy. Bardziej zależy mi na pokazanie obrazu, a muzyka ma być tylko tłem podkreślającym nastrój.

Tworzeniem prezentacji zajęłam się głównie dlatego, że liczba wklejonych zdjęć na blogu jest ograniczona cierpliwością czytającego. By zdjęcie dobrze wyglądało, musi być duże, musi być czytelne, odpowiednio sformatowane i przyciągające uwagę. Na moim blogu muszą te zdjęcia wyglądać porządnie, nie mogą być byle jakie (szanuję czytających), niech oglądanie zdjęć cieszy, a nie męczy. Prezentacja stworzyła możliwość pokazania sporej liczby zdjęć w jednym formacie- obraz w poście nieduży, a liczba do zobaczenia różnych wielka.

Na razie mam prosty program do tworzenia prezentacji, ale zastanawiam się, czy nie kupić bardziej skomplikowanego. Nie jestem pewna, czy w pełni go wykorzystam. Jednak czas mam ograniczony, a takie złożenie prezentacji kosztuje go sporo.

Mój program przetestowałam i na razie najlepiej wychodzi, w prezentacji, przechodzenie zdjęć jedno w drugie oraz ich „przesuwanie” (na boki i w przód oraz w tył). Wydaje mi się to trochę monotonne, ale zdjęcia powinny przechodzić płynnie, by nagłymi przeskokami nie męczyć oczu oglądającego. Problemem w tym programie było umieszczanie tekstu na pojedynczym slajdzie. I tu też znalazłam na to sposób.

Czy ja już mogę nazywać siebie twórcą cyfrowym? Niektórzy umieszczają sobie taką wizytówkę na fejsie. Brzmi to znacznie lepiej niż durne „szlachta nie pracuje”, co od razu wskazuje na wielkiego buca.

Tworzenie prezentacji wymaga trochę kreatywności i to lubię. Natomiast nie mam zamiaru bawić się w „twórczość” przy współpracy AI. Owszem, podoba mi się muzyka przez nią tworzona, podobają filmy, ale to nie dla mnie. Mimo wszystko, jak nazwa wskazuje, jest to sztuczne, odrealnione, choć często niezwykłe, piękne.


A miałam pisać o podłaźniczkach i wyszło, jak zawsze- słowa o prezentacjach same podlazły mi pod palce.


 

Czyli podłaźniczki. O nich pisałam już tutaj- kliknąć w zakładkę święta cykliczne post:

https://poranek55.blogspot.com/2022/12/starsza-siostra-choinki-podazniczka.html

A dzisiaj nowa prezentacja- to trzeba oglądać na dużym ekranie. Zawsze to podkreślam, bo oglądanie w maleńkim wymiarze psuje cały efekt.

Muzyka: soul; ballet: "Am I close enought" 

Zdjęcia, do prezentacji oraz w poście, z Internetu.
 

Kto nie ma pomysłu na wystrój domu, może skorzystać z pokazanych obrazów. 

Film- instruktaż do tworzenia podłaźniczki