„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

04 lutego 2026

Co tam, pani, na się włożyć?

 

 


Kupiłam puchówkę. Nie znoszę tego typu kurtek, ale tym razem złamałam się. Po ostatniej wyprawie na nowy most nad Olzą, stwierdziłam, że gruby polar i na wierzch porządny ocieplany sztormiak, to jednak za mało przy mrozach AŻ -6 stopni. No za mało. Nie zmarzłam, ale było mi chłodno.

Jest dopiero początek lutego, ma być cieplej, taka puchówka to nie jednorazówka, będzie służyła mi, mam nadzieję, przez kilka następnych zim. Bo ja jestem przekonana, że na naszej szerokości geograficznej, mimo ocieplenia, takie zimy, jak teraz- mroźne i śnieżne- będą często. Zresztą przecież nie musi być taka cała zima. Wystarczy parę dni, kiedy jest mróz – 10 stopni w dzień i minus kilkanaście w nocy (u nas tutaj takich nawet teraz nie ma), a świat zamiera, kurczy się z zimna.

Puchówka jest w ładnym ciemnozielonym kolorze (ciemna mięta). Była jeszcze czarna do wyboru. Od czasów żałoby po poprzednim mężu (cały tok chodziłam tylko w czerni- taka „porządna” we wsi byłam), nie noszę czarnych rzeczy. Nawet podczas żałoby po rodzicach nie założyłam nic czarnego oprócz spodni. Bo z kolei spodnie lubię nosić czarne, ewentualne klasyczne dżinsy. Nie jestem przekonana do spodni w jasnych kolorach. Nawet nie mam pojęcia dlaczego. Nie podobają mi się np. bawełniane (popelinka?)jasne portki, za kolano, na pupach starszych pań. Są szerokie, marszczą się w okolicach pupy i bioder. Często pod nimi odcinają się majty. Taki nieapetyczny widok. Tak samo nie podobają mi się wyłażące ramiączka spod wąskich ramiączek letnich koszulek. Wiele pan ma obfite ramiona, obfite biusty i nosi koszulki bez rękawów albo koszulki na wąskich ramiączkach. No nie. Te podwójne ramiączka też powodują, że coś we mnie się buntuje.

Ale mnie nic do tego, bo większość starszych i nie tylko starszych pań preferuje wygodę i na swój własny wygląd, w tym kontekście, ma wydmuchane. Ale to mój osąd, a teraz tak modnie, asertywnie zwraca się uwagę: „Nie musisz patrzeć”. Otóż to, odwracam wzrok, myślę swoje i idę własnymi ścieżkami dalej. Tylko w głowie mi kołacze taka natarczywa myśl: „Rany, naprawdę nie wygląda to dobrze”. I mam mocne postanowienie: „Nigdy w życiu tak nie wyglądać, nie tak”.

A swoją drogą, czy to tak trudno połączyć wygodę z fajnym wyglądem, nie stwarzającym innym dyskomfortu estetycznego?

W kolorze czarnym ładnie jest młodym kobietom, paniom powyżej 60. niekoniecznie czarny służy. Nie wiem, czy zauważyliście, że bluzka/sweterek/ żakiet/ sukienka, w czarnym kolorze, kładzie cień na skórę twarzy- twarz robi się szara, brak jej naturalnego rozświetlenia. Wystarczy założyć na czarną górę kolorową apaszkę, szal i już robi się jaśniej. Tak samo z czarnymi rajstopami (od tamtej żałoby nie założyłam w tym kolorze ani razu). Co jest z tymi paniami nie tak, że nie widzą, iż czarne (lub mocno"opalone") rajstopy do jasnej sukienki, w ogóle nie pasują. A ubierają się w ten sposób.

Unikam również białego koloru. Po prostu jest mi w nim niedobrze. Dodatkowo przez białe materiały przebija się to, co nosi się pod spodem. Niefajny widok.

Oczywiście nie jestem wyrocznią modową, ani wizażystką, ale chyba nie mylę się, kiedy twierdzę, że w czerniach, szarościach, brudnych buraczkach, zgaszonych granatach czy zszarzałych zieleniach, starsze panie wyglądają smętnie, nijako, ponuro. A jakby się uparły, właśnie takie kolory zakładają, kiedy przekroczą 60 (ciut młodsze też się tak noszą). To wygląda tak, jakby weszły w jakąś smugę cienia, chcą być niewidoczne czy co? Nie generalizuję, bo jest coraz więcej pań chodzących w „odważnych” kolorach, ale jednak wciąż przeważają te w szarościach. Widuję takie zjawisko tutaj na wsiach i w miasteczkach.

Lubię kolory wyraziste, lubię kolorowe printy, ale nie założę pstrokatych spodni (nie mam takich i nie będę miała) oraz pstrokatej góry równocześnie. Jedna z tych części musi być jednokolorowa. A cały zestaw w pasującej tonacji (nigdy np. niebieski z czerwonym- gdzieś tam resztki rozsądku, w kwestii gustu, jeszcze we mnie są). Chyba nie grozi mi być niegustowną „papugą”.  


Za to bardzo lubię, co bardzo mnie samą zaskakuje, oglądać modę haute cuture- „przeładowaną” w kolory, czy detale”, modę barokową, tę współczesną, na wybiegach- suknie haftowane bogato, z błyszczącą nicią, perełkami, kolorowymi printami, niebanalnym krojem itp. Jak by ją określić wyrazem będącym teraz na topie- modę epicką- bogatą w formie oraz w przekazie.  W tym się widzi artyzm, mnóstwo fantazji i mrówczej pracy.

Kilimki w stylu crazy patchwork.


Sama tworzę, co bardzo mi się podoba, crazy patchworki czy hafty jakobińskie- kolorowe, z różnymi ściegami hafciarskimi, naszywkami koronkami itp. Takie haftowane opowieści (epika w hafcie). Lubię, kiedy w moich pracach coś się „dzieje”.


Lubię też oglądać na wybiegach ubiory zachwycające w swej prostocie, w typie Chanel i sama ubieram się w podobnej formie. Nawet biżuterii nie zakładam. Jedynym wyjątkiem w łamaniu tej prostoty są haftowane własnoręcznie bluzki czy sukienki.

Gdyby ta puchówka była w niebieskim, żółtym lub czerwonym kolorze, od razu wybrałabym jeden z nich. Najpewniej czerwony. A co! Wściekle żółtą oraz mocno niebieską- mam wiosenne, a w indyjskim różu (jaki śliczny kolor) przejściówkę. Mam też kurtkę w kolorowe maziaje... no trochę tych kurtek jest, bo to mój słaby punkt. Mam też słabość do butów. Ale kurcze, gdzie w nich chodzić, kiedy zapotrzebowanie na ruszenie się z domu wyraźnie spadło?

No dobra. Dość smędzenia modowego.

Dzisiaj ma być ostatni dzień mrozów. U nas od trzech dni, w dzień jest – 5 stopni, nocami – 8 stopni. Dzisiaj temperatura idzie w górę, były – 2 stopnie w nocy i słupek leci na plusową. 

W lasku zaczynają nieśmiało „dzwonić” sikorki.

PS. O wyglądzie mężczyzn wolę się nie wypowiadać (w każdym razie nie teraz), bo napisałabym post bardzo krytyczny, bardzo.

Często wygląda to tak.