Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

poniedziałek, stycznia 12, 2026

Ooooooooo, ja cie pierdolę, czyli prawdziwa masakra piłą mechaniczną.

 

Wycięli najpiękniejsze drzewo w ogrodzie. Nie w naszym, w ogrodzie sister- wielkie ucho. To był (strasznie to brzmi- był) ogromny bożodrzew. Drzewo z dwoma pniami zrośniętymi przy ziemi, o pięknej, rozłożystej koronie.  

Zdjęcia z 2021 roku- jeszcze mocno się rozrósł od tego czasu. Nie ma już tych tui, bo je połamał śnieg- trzeba było wyciąć.


W sobotę rano usłyszałam pracującą piłę mechaniczną. Pomyślałam sobie, że sąsiad tnie drewno, bo on pali tylko drewnem. Jednak ta piła pracowała bliżej. No to pewnie mój pożal się boże szwagier znów coś wycina. Ostatnio wyciął najładniejszą leszczynę, która zasłaniała widok na obskurny wędzok i starą szopę. Po co wyciął? Nie mam pojęcia, ale chyba na opał. Ale to bezsens, bo takim świeżym drewnem nie da się palić. 

 Idę do pokoju z dużym tarasem- nie myliłam się, coś szwagier wycina. Patrzę, a tu już jeden ogromny pień bożodrzewu leży na ziemi, drugi się chwieje. Po chwili słychać stukot siekiery. Miałam nadzieję, że to tylko kosmetyka po wycięciu jednego pnia, a tu nagle trach i drugi pień leci na ziemię. Aż mnie serce zabolało- głos padającego drzewa zawsze budził we mnie rozpacz. 


 

Nie mamy pojęcia, dlaczego tak piękne, dorodne drzewo ścięli. I chyba nigdy się nie dowiem. Pewnie już wiecie z moich wpisów, że z moją sister wielkie ucho, ledwo się tolerujemy. Mieszkamy obok siebie tyle lat, a układy między nami są po prostu złe. I nie będę pisała dlaczego, bo tyle się tego nazbierało, a w całym tym układzie ważna jest tylko informacja- moi sąsiedzi (sister i szwagier) są po prostu nie do przeskoczenia w pewnych kwestiach. No to żyjemy sobie obok siebie, starając się nie wchodzić sobie w drogę. 

 Na bożodrzewie zawsze dużo się działo. A to wiewiórki się goniły po pniu, a to dzięcioły robiły sobie na nim poligon i waliły dziobami mocno w korę w poszukiwaniu żarełka, a to sierpówki siadały rzędem na grubej gałęzi i obserwowały ogród. Siadał na nim również jastrząb oraz inne ptactwo. Drzewo było zdrowe. I tak- albo potrzebują opału- i znów bezsens, bo tej zimy już nim nie napalą, a i tak mają piec gazowy, drewnem i węglem jedynie „dogrzewają”, albo drzewo zanadto im cieniło- znów bezsens, bo od zachodniej strony rosło i tam już mało słońca do domu docierało. A jak rzeczywiście im cieniło, to raczej mnie przysłużyli się tym ścięciem, bo na nasz tras będzie więcej słońca dochodziło i będzie ono na nim dłużej. Fakt, że mnóstwo nieba się odsłoniło oraz ogród w tym względzie zyskał, ale bardziej nasz niż ich (szybciej będzie się ziemia osuszała- z tej strony mają odpływ trzy rynny z naszego dachu). Jest jeszcze jedna opcja- bożodrzew to gatunek inwazyjny. 

 


Nie zaleca się go sadzić, ale też nie ma nakazu wycinki już rosnących. Bożodrzew jest rośliną mocno trującą. Jednak, kto łazi po drzewie i pasie się liśćmi- dużym zagrożeniem jest większość sadzonych w ogrodach kwiatów i krzewów- niektóre są słabo trujące inne bardzo mocno i nikt się tym nie przejmuje (przeważnie nie wie, że sadzi truciznę).

  Być może te dwa argumenty podziałały i moja sister wielkie ucho, która zanim pomyśli, strzeli głupstwo, poleciała tym tropem. Nieważne- żal mi tak pięknego drzewa. Kiedy siedzę przy kompie, mam widok właśnie na „wyrwę” po tym drzewie. Trudno mi się, na razie, przyzwyczaić do takiego widoku. A ścięte, wielkie drzewo leży i nie jest to przyjemny widok. I pewnie jeszcze długo będzie tak leżało, ponieważ mój szwagier pożal się boże, ma długi lajtung, a każde narzędzie parzy go w ręce. Wiatrołomy, po zeszłorocznych wichurach wiosennych, do dzisiaj leżą na dole ich ogrodu niesprzątnięte. „A niech se leżą, dziury nie wyleżą”- słynne powiedzenie mojej matki, a potem powielane przez siter wielkie ucho- „Przewróciło się niech leży....” jak śpiewa Kuba Sienkiewicz.

A z drugiej strony, szwagier pożal się boże, ma dziwne szusy- co jakiś czas wylatuje z piłą mechaniczną i ścina a to drzewo, a to krzew, chyba bez jakiegoś planu. Ściął prześliczny, dorodny krzew bzu przed bramą- krzew nie zasłaniał, a ozdabiał. Ściął tuje przed oknem kuchennym- sister wielkie ucho musiała mieć widok na plac sąsiada (ciekawe, co tam też u.... się dzieje). Mnie też podpytywała, czy zetnę moje tuje, bo wtedy będzie miała widok na innego sąsiada. Aż mnie zatkało- powód dziwaczny. Po tujach powstała wyrwa, widok na zapadniętą dziurę po szambie pod ścianą siostry domu- od strony ulicy widok tragiczny, nic z tym nie robią. Szwagier przeleciał się z piłą mechaniczną, a jakże (to chyba jest jego ulubiona zabawka), wzdłuż płotu od ulicy, ścinając wszystkie wierzchołki krzewów, które pięknie kwitły i nikomu nie wadziły. Prawdziwa „Masakra piłą mechaniczną”' tu się odbywa. Jeszcze parę lat, a z pięknych nasadzeń, w ich ogrodzie, nic nie zostanie.

Fakt- ich ogród, mogą robić, co chcą, jednak przykro patrzeć, kiedy niepotrzebnie ginie coś ładnego, kiedy „gospodarka”, w ich wydaniu, jest kompletnie pozbawiona logiki i racjonalności.

Na zdjęciach widać, że dzisiaj u nas tylko 10 cm śniegu, ale mrozy dosyć poważne, bo AŻ -9 stopni nocami 😁. Grunt to mieszkać w fajnym miejscu- zimami, bo jesienią i na wiosnę to nas zalewa, niestety. A i teraz pewnie, jak się zacznie śnieg topić, w piwnicy pojawi się woda. Trudno, przeżyjemy.




sobota, stycznia 10, 2026

I zrozpaczony, wraz ze swoim krzyżem, zwiał za obudowę.

 

W szkole, w naszej wsi, w której pracowałam przez 16 lat od początku lat 90. ubiegłego wieku, też powieszono krzyże zaraz po podpisaniu Konkordatu. Wszędzie, gdzie się dało- od sal lekcyjnych począwszy, na kamerliku dla pań sprzątaczek i kuchni skończywszy. Rodzice? Jedni byli za, inni przeciw, ale jakiegoś wielkiego protestu nie było. Od początku krzyż wisiał w sali, która była przydzielona mojej klasie. Była to pracownia z obudowaną ścianą, na której tablice były przesuwane. Na szczęście, kiedy pisałam na tablicy, obudowa zasłoniła mi widok ukrzyżowanego faceta. I tak sobie pracowaliśmy w tej klasie przez parę lat, do momentu, kiedy jakieś dziecko zauważyło, że krzyża nie ma nad tablicą. Ja sama braku nie zauważyłam, choć powinnam, bo mimo wszystko, miałam co innego do roboty w klasie, niż monitorować codziennie, czy krzyż wisi. Oczywiście, OCZYWIŚCIE, od razu podejrzenie padło na mnie, czyli tę ateistkę, która nie wierzy i pewnie krzyż jej przeszkadzał. Owszem nie jestem wierzącą, owszem, krzyże w salach w pewnym sensie mnie raziły, bo nie jest przyjemnie patrzeć na półnagiego męczennika ukrzyżowanego, który wisi nad tablicą, a ty na tej tablicy musisz często pisać, niefajnie jest stać z tyłu sali i ciągle mieć ukrzyżowanego przed oczami, niefajnie jest, kiedy dzieciaki, widząc codziennie tego ukrzyżowanego, obojętnieją na przekaz, na symbol i walą mokrą gąbką w tego faceta. Zwracałam im uwagę, że tak nie można, że to symbol, chyba lepiej niż niejeden katecheta- skoro już ten krzyż wisiał, to moim zadaniem było go jednak chronić.

No więc krzyża na ścianie nie było i gwoździa, na którym wisiał, również. Zaczęło się dochodzenie, co też mogło się z tym krzyżem stać. Nawet zebranie rodzicielskie było, w tej sprawie, z rodzicami mojej klasy. Jakoś nie przyszło nikomu do głowy, że nie tylko moja klasa w tej sali się uczyła i ktoś inny mógł się „zabawić w zdejmowanie krzyża”. No nie przyszło, bo w tej szkole tylko ja jedna byłam niewierząca i według innych, tylko ja miałam interes w zdjęciu tego krzyża. Na szczęście któryś przytomny rodzic wszedł na drabinę, obejrzał dziurę po gwoździu i stwierdził, że krzyż pewnie spadł za obudowę tablic. I miał rację, podczas remontu odsunięto obudowę i znaleziono nadłamany krzyż. Pewnie któryś z uczniów tak mocno trzepnął gąbką w „umiłowanego”, że ten z rozpaczy, wraz ze swoim, nomen omen, krzyżem, postanowił zwiać za obudowę.

Jednak tu jest wioska ekumeniczna i jedna, i druga „wiara”, pilnują się mocno, by się religijnie nie wygłupić.

Jestem zbulwersowana nagonką na nauczycielkę, o której już cała Polska wie, ale z powodu tego, że jestem niewierząca, doznałam sporo szykan ze strony wierzących, dlatego nic mnie już nie zdziwi „w temacie- my biedni katolicy jesteśmy prześladowani, dlatego musimy robić pikiety, nagonki, zaszczuwać innych- to jest nasza misja”.

Podczas mojego długiego życia zostałam: kocią wiarą, świnią co to „przeszła koło broga (kapliczki) nie żegnała pana boga” (miałam 10 lat); zostałam wyrzucona z salki katechetycznej (miałam 8 lat) przez heksę w habicie, bo nie będzie taka tutaj kalała świętego miejsca (koleżanka zaprosiła mnie na religię); w przedszkolu byłam systematycznie wywalana do wygódki przybudowanej do ściany budynku, zimnej, ciemnej, śmierdzącej z drewnianą deską klozetową tylko dlatego, że nie chciałam jeść- inne dzieci za to przewinienie stały w ciepłej sali, w kącie (siostry zakonne wiedziały kim są moi rodzice- dziecko płaciło za ich brak chodzenia do kościoła); kiedy zmarł mój przyjaciel (miałam 12 lat), nie pozwolono mi iść za trumną, wywalono mnie na koniec orszaku (wzięto za rękę i zaprowadzono na tyły), bo przecież nie może taka wejść do kościoła za trumną, co mi dobitnie oznajmiono, puszczając moją rękę; już tutaj we wsi, w szkole, ksiądz powiedział uczniom, że niewierzący śmierdzą- wszyscy wiedzieli, że chodzi o mnie (kazałam się dzieciom obwąchać, a że zawsze używałam perfum, żadne się nie skrzywiło- dzieci są szczere, gdybym im śmierdziała, to złapałyby się za nosy- upadła teza księżunia- wredy); ta heca z krzyżem na dobitkę. No i tak... pewnie drobnych szykan było więcej, ale ja je po prostu wzięłam za normę i przestałam na to zwracać uwagę. Bardziej przeżywałam je jako dziecko, które nie rozumiało, dlaczego spotyka je taka niesprawiedliwość. Rodzice mieli na to wydmuchane- matka nas hartowała, „przygotowywała do życia”, ale z przedszkola, które prowadziły katolickie mendy (tak, nie waham się tych sadystek tak nazwać), po moich skargach, wypisała mnie.

Jakoś kompletnie się katolikom rozjechało- wiara a posłuszeństwo wobec sekciarzy katolickich. Już nie wspomnę o przykazaniu „Nie będziesz miał nade mną....”, bo katolicy mają już tak pomieszane w głowach od tych „kazań”, „przykazań”, nakazów, zakazów, jedynie słusznej drogi postępowania, dogmatów itp. sączonych przez klechy, że stracili rozsądek nawet wobec swojej religii i wiary.

Nauczycielce bardzo współczuję. Nie jej sposób uczenia, nie jej wiedza, nie jej stosunek do uczniów, rodziców czy innych nauczycieli był naganny. Nie sprawy, które w szkole naprawdę są ważne. Jakiś gadżet- zabawka zaważył na jej karierze, jakieś przesądy, zacietrzewienie, fanatyzm. Ma wsparcie w rodzicach, innych nauczycielach (czytałam z nią wywiad https://www.facebook.com/protestzwykrzyknikiem), ale do końca życia będzie to w niej siedziało- poczucie, że ktoś ją niesprawiedliwie skrzywdził i to w miejscu, które lubiła, w którym pracowała „całą sobą”.

Teraz czytam, że nie lubiły się z katechetką i że to ta druga nagrała sprawę, czyli jakaś „prowokacja” z tym krzyżem była. Dla mnie nieważne, kto to nagrał (a tak się dziwnie składa, że wielu katechetów, to ludzie roszczeniowi, wyobrażający sobie, że ich przedmiot i oni sami są najważniejsi w szkole- piszę o własnych z nimi doświadczeniach i wieściach z okolicznych szkół), dla mnie jest paskudne to, że ucierpi człowiek, nauczycielka, która nie miała zamiaru czegokolwiek sprofanować.

A brać nauczycielska po raz kolejny straciła poczucie bezpieczeństwa, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś czegoś w rodzaju tego religijnego wyskoku, nie „wysmaruje” nauczycielowi, podczas wykonywania pracy w szkole.


PS. Przeczytałam wywiady z tą nauczycielką, parę artykułów i wpisów  o zajściu, i na tej podstawie wypracowałam sobie zdanie. Teraz mam nadzieję, że ktoś panią przeprosi. A gdybym mogła jej coś poradzić, to powiedziałabym- wiej z tej szkoły, bo już nic dobrego cię tu nie spotka. Zawsze będzie nad tobą wisiało to zajście i łata tej, co walczy z krzyżami. 


piątek, stycznia 09, 2026

Żełwia, szurza, swak, paszenog- odkryj, kogo masz w rodzinie.

 

W mojej rodzinie określanie pokrewieństwa czy powinowactwa było proste. Wszystkie siostry (braci nie mieli) moich rodziców to były ciotki, ich mężowie -wujkowie. Dzieci ciotek i wujków, byli dla nas kuzynostwem. Matki moich mężów to były teściowe, a ojcowie- teście. Mąż moje siostry jest moim szwagrem, a żona mojego brata- bratową. Rodzeństwo moich mężów i ich połówki to szwagierki i szwagrowie.

Babcia była babcią, a dziadek dziadkiem (na cieszyńskim mówi się starka,starzyk; na Śląsku- óma, ópa), ale je tak nie mówiłam.

Tak, wiem, że to bardzo uproszczone, bo nazwy osób pozostających w pokrewieństwie lub powinowactwie są bardziej urozmaicone.

W programie j. polskiego, którego uczyłam, w którejś klasie podstawówki, był temat poświęcony nazwom osób, będących krewnymi i powinowatymi, ale nawet w połowie tylu nazw, nie wymieniono, co w przytoczonym przeze mnie artykule.

Czytajcie, rozplątujcie swoje rodzinne węzły i bawcie się dobrze.


„Świekra; pociotek, naciot, zełwa, sneszka, świekier, szurzy, paszenog — kto jest kim przy świątecznym stole?

Czy wiesz, że prawdopodobnie spędzisz tegoroczną Wigilię w towarzystwie świekry, świekra, snecha i sneszki? Jeśli urządzasz dużą kolację i zapraszasz dalszą rodzinę, to na wigilijnej wieczerzy pojawić się może zełwa, szurzyn oraz dziewierz, razem ze swoją żoną jątrewką i świeść razem ze swoim mężem paszenogiem.

W języku staropolskim przez wieki istniała grupa indywidualnych nazw, określających relacje pokrewieństwa i powinowactwa zachodzące pomiędzy członkami rodziny. Niestety, nazwy te nie przetrwały próby czasu i nie są już używane we współczesnej polszczyźnie. Znaczące uproszczenie i pomniejszenie zasobu naszego słownika wynika ze zmian, jakie zaszły we współczesnej rodzinie. Dziś rzadziej niż w przeszłości potrzebujemy i utrzymujemy kontakt z dalszymi krewnymi. Staropolskie określenia krewnych?

Porównując staropolskie i dzisiejsze nazwy członków naszych rodzin, zauważyć możemy, że najmniejszym zmianom uległy te, które dotyczą najbliższego pokrewieństwa. Chodzi tu przede wszystkim o relacje w stopniu pierwszym pomiędzy rodzicami a dziećmi i w stopniu drugim, pomiędzy dziadkami a wnukami, oraz w stopniu pierwszym w linii bocznej, pomiędzy rodzeństwem rodzonym i przyrodnim. Jednak warto zaznaczyć występujące różnice. W przeszłości rodzic był określeniem właściwym tylko dla ojca, który w społeczeństwie patriarchalnym sprawował pełną opiekę nad dzieckiem, zwanym też czędem. Idąc dalej, dziadkowie na wnuka i wnuczkę mówili wnęk i wnęka.

Dawniej bliższą rodziną byli męscy potomkowie, jako zachowujący to samo nazwisko, a w przypadku rodzin szlacheckich — również herb. Rodzinę ze strony ojca zwano krewnymi po mieczu, a po matce krewnymi po kądzieli. Dla rodzeństwa rodziców ze strony ojca używano określenia stryjostwo – stryj/stryjek, czasem także mówiona stryjenka/stryjna na żonę stryja, czyli bratową ojca. Siostra ojca to po prostu ciotka. Rodzeństwo matki to zawsze wuj lub ciotka. Dziś, często wbrew tradycji, używamy tych nazw do opisania rodzeństwa ojca. Mężem ciotki był pociot, pociotek lub naciot; nazywano tak zarówno męża siostry ojca, jak i siostry matki. Terminy wuj i stryj rozszerzano także na kuzynów rodziców. Dzieci wujów i stryjów nierodzonych, to po prostu bracia i siostry przestryjeczne.

Kiedyś mężczyzna nazywał dzieci swoich braci synowcami i synowicami, kobieta – bratankami i bratanicami. Dzieci sióstr były zwane siostrzeńcami i siostrzenicami. Według niektórych źródeł dzieci rodzeństwa określano ogólnie terminami nieć/ nieść i nieściora, według innych źródeł terminy te odnosiły się do dzieci kuzynów.

Dzieci rodzeństwa rodziców to dziś po prostu nasi kuzyni. Lecz tradycyjną nazwą takiej relacji, używaną nadal w niektórych regionach Polski jest rodzeństwo cioteczne, jeśli jest po siostrze rodzica lub stryjeczne, jeśli jest po bracie ojca. Czasem rodzeństwem stryjecznym nazywamy nieprawidłowo także dzieci po bracie matki, których powinniśmy określać mianem rodzeństwa wujecznego. Krewni dalszych stopni w linii bocznej to nasze drugie i dalsze kuzynostwo.  


 

W staropolskim słownictwie nie zapomniano także o powinowatych!

Powinowaty, czyli osoba będąca w stosunku rodzinnym z krewnymi współmałżonka, ale niepowiązana z nimi więzami krwi. Sposób określania rodzinnych relacji jeszcze bardziej komplikuje staropolski słownik nazw stopni powinowactwa, który w chwili zawarcia małżeństwa swaćby rozszerzony zostaję o krewnych osoby zaślubionej. Rodzice męża lub żony to współcześnie teściowie, a więc teść i teściowa. Jednak kiedyś rodzice męża nazywani byli: świekier (świakier, świokier) i świekrew (świekra, swiekrucha). Natomiast ojca i matkę żony określano jako cieść i cieścia, od których pochodzą współczesne znane teść i teściowa. Mężem córki był, podobnie jak dziś, zięć, za to synową, żonę syna określano terminem snecha, sneszka.

Szwagierka i szwagier to współczesne określenia dla rodzeństwa współmałżonka. Szwagrem jest również mąż siostry. Jednak w przeszłości każde z tych powinowactw miało swoją nazwę. Siostra męża zwana była zełwą, zołwą, zełwicą, żółwicą lub żełwią. Brat męża to dziewierz, jego żona nosiła nazwę jątrew lub jątrewka, tą samą nazwą określano czasem również żonę brata, a więc dzisiejszą bratową. W staropolszczyźnie mąż siostry był określany jako swak. Brata żony określano terminem szurzy, czasem szurza lub szurzyn. Jeśli żona miała siostrę to mówiona na nią świeść, a jej męża określano czasem terminem paszenog.

Dziś niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że współczesne określenia pokrewieństw i powinowactw, którymi się posługujemy, to tylko niewielka część tego, co funkcjonowało w staropolszczyźnie. Warto więc przy świątecznym stole przywołać dawne tradycje i spróbować opisać relacje między nami i naszymi najbliższymi na nowo w dawny sposób.

Karolina Szlęzak”

https://www.onet.pl/informacje/yourrootsinpoland/swiekra-pociotek-naciot-zelwa-sneszka-swiekier-szurzy-paszenog-kto-jest-kim-przy/l59yv3v,30bc1058


 


niedziela, stycznia 04, 2026

Pełnia w pełni.

 




Wieczorem, podczas ostatniego spaceru wokół ogrodu, widzę księżyc na wschodnim niebie. To wilcza pełnia. Księżyc jest ogromny, srebrny, zimny. 

 


 



A rano, przed siódmą, podczas pierwszego spaceru wokół ogrodu, widzę go, świecącego wysoko na zachodnim niebie. Coś w tym wilczym księżycu jest niepokojącego, tajemniczego i bardzo nostalgicznego. 

 


Wczoraj była koniunkcja księżyca z Jowiszem. Na ciemnym niebie oba świeciły mocnym blaskiem. Teraz, kiedy jest wieczorami lekki mróz, niebo jest bardziej wyraziste, gwiazdy mocno widoczne, jakby jaśniejsze. 


Zimą, podczas pełni, chwytają silne mrozy. I takie zapowiadają. W sumie nie ma się co dziwić- na naszej szerokości geograficznej takie zimy bywają, a kiedyś były normą.

Patrzę na zapasy opału- być może starczy do lutego, a potem trzeba dokupić tyle, by starczyło jeszcze do kwietnia. No, a potem montujemy nowy piec. Takie mamy postanowienie i to jest jeden konkretny plan na ten rok.

Beza czuje się dużo lepiej. Kuracja działa, pies odzyskał wigor. Tylko ten słuch jej szwankuje. Przyzwyczajamy się do nowej sytuacji, uczymy psa reagowania na gesty. Dużo już zna od szczeniaka, ale trzeba wdrożyć dodatkowe.

Zniesmaczona sama sobą i własnym wyobrażeniem o włóczkach w tkaniu, widząca, że tej złej włoczki, nawet przy tkaniu pasemkami dywanika, nie ubywa, kupiłam krosno dziewiarskie tzw. Loom. 

 


Kiedyś już się do niego przymierzałam, jednak po obejrzeniu filmików- instrukcji, dotyczących pracy na nim, zrezygnowałam. Pomyślałam sobie, że druty i szydełko jednak prostsze. Ale ja nie znoszę i drutów, i szydełka. No i jednak kupiłam długie (40 cm) krosno dziewiarskie. Jest to krosno proste, ale chyba skuszę się też na okrągłe. W jednym przestrzeliłam- na tym krośnie słabo pracuje się z cienką włóczką (podwójna też się nie nadaje), a mam tej włóczki jeszcze dużo i  chcę się jej pozbyć. 

Na krośnie dziewiarskim najlepiej pracuje się grubą włóczką na druty od 6 wyżej. Wygrzebałam trzy motki grubaśnej włóczki i robota leci. Bardzo szybko przybywa tkaniny. Jak się już załapie, o co biega z tym nawijaniem na kołki i zrzucaniem oczek, to praca na krośnie jest samą przyjemnością. 

 


I w dodatku tkaniny przybywa w kosmicznym tempie oraz nie plącze się ona pod drutami i nie ciąży kiedy jest jej już dużo. Ja mam dosyć prosty wzór, ale tych wzorów jest sporo. Na takim krośnie można tkać i szale, i swetry, kocyki, chusty itp. Na okrągłym, z kolei, tka się skarpetki, kominy, getry, czapki itp. Na moim drugim blogu wrzucę film instruktażowy dla początkujących.


A teraz zrobię kilka kawałków, zszyję je- powstanie kocyk, który podszyję i podaruję kotom w Przystani-Ocalenie.