„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

25 lutego 2026

A tymczasem pompy suszą.

 

Jest prawdziwe przedwiośnie. Śnieg już zszedł, w ogrodzie i na polach szaro jeszcze. Wczoraj przeszła ulewa, dzisiaj normalny deszcz. No i tradycyjnie pojawiła się w piwnicy woda. Nie jest jej dużo, ale wkurza na maksa. Trzeba będzie małą pompę powierzchniową uruchomić. Zdjęłam uszczelnienia z piwnicznych okien i dopuściłam przewiew- niech suszy podłogi.

U sąsiada pracuje pompa- on też ma wodę w piwnicy. Parę lat temu zamówił fachowców, którzy ułożyli mu dreny na kawałku pola, blisko domu. Przed tą imprezą, na tym kawałku, robił się staw. Po położeniu nowych drenów, woda zaczęła zalewać mu piwnicę, a niewielki stawek i tak się tworzy. Całe przedsięwzięcie było bez sensu, bo woda z nowych drenów powinna mieć solidne ujście, a tego zabrakło. Owszem znalazła sobie sama ujście- do piwnicy sąsiada. Część wody z tego stawku spływa do piwnicy sister wielkie ucho i trochę do naszej. Taka sytuacja.

To ten sam sąsiad, który nadmiar szamba pompuje na własne pole (po kryjomu wieczorami), bo wybieranie kwartalne jednak nie starcza- duża rodzina, zbiornik szybko się napełnia. Częstsze wybieranie szamba puściłoby go z torbami. No, niestety, teraz to kosztuje. I nareszcie nasza oczyszczalnia jest tańsza w wywozie nieczystości, a robimy to tylko raz w roku. Tego sąsiada taniej wyniosłoby zrobienie dużej oczyszczalni, no ale...

Sąsiad zza płota pogłówkował i w zeszłym roku zrobił taką samą czyszczalnię (biologiczną z napowietrzaniem), jak nasza (a też pompował na swoje pole dosyć często) i dodatkowo ma piec do CO na ekogroszek. No proszę, a ja go uważałam za większego tradycjonalistę niż ten ze stawkiem na polu.

W domu zamieszkał super sprzęt AGD- suszarka do prania. 

 


Długo się wahałam, w sumie rok cały, czy ją kupić. I ten wypadek z palcem dobił decyzję dechą- kupujemy. Wysuszyłam już trzy prania, w tym 2x koce. Nie macie pojęcia, jakie mięciutkie pranie z suszarki wyjmuję  I nie jest pogniecione, chociaż programu przeciw zagnieceniom nie włączyłam. Kupiłam specjalne chusteczki pachnące do suszarek, ale jak je rozpakowałam, to zapach był tak intensywny, że mnie trochę cofnęło. Nie zaryzykowałam i nie dałam do prania suszącego się w suszarce. Powiesiłam jedną na kaloryferze w łazience- robi za odświeżacz. 

Nareszcie nie latam ze stojącymi suszkami, nie rozkładam i nie składam ich, nie wieszam mokrego prania, nie zdejmuję go. Suszki nie zagracają mieszkania, a czasem i trzy stały naraz. No i wilgoci mniej w powietrzu. Z jednego wsadu, na pół bębna, „wysuszyło” około 2 litrów wody, mimo, że pranie było mocno odwirowane w pralce. Każdy wkład suszyła o godzinę krócej niż program zakłada- ma wmontowane inteligentne rozpoznawanie poziomu zawilgocenia. Suszarka ze średniej półki cenowej, ale bez przesady z programami. Natomiast z pompą ciepła oraz energooszczędna. No i „dizajn” ponoć ma nowoczesny, co mi raczej, sorry, wisi, bo urządzenie ma spełniać, przede wszystkim, swoje zadanie, a dopiero potem „wyglądać”. 

Mam teraz więcej wolnego czasu- wybieram pranie z pralki, strzepuję, by nie było „skręcone” itp., wkładam je na płasko do bębna suszarki,  nastawiam program. Po jakimś czasie wyjmuję suche pranie, składam i od razu ląduje ono w szafach. Co trzeba to pewnie wyprasuję, ale na razie nie było takiej potrzeby. Od razu też czyszczę filtry. Ile to trwa? Pół godziny? Chyba nie więcej. A dodatkowo oszczędzam ręce i kręgosłup.

Suszarka jest potrzebna na czas jesienny, zimowy oraz wiosenny, bo latem pewnie, a tam- na pewno, będę wieszała pranie na sznurach (o ile fizycznie dam radę). Nic nie jest tak cudowne, jak pachnące wiatrem suche pranie.

A po głowie, już drugi rok, lata mi robot do mycia szyb. Decyzja do zakupu powoli dojrzewa. A co będziemy sobie żałować, trzeba sobie usprawnić życie.

Puścimy taki robot na okno, a kiedy on będzie zaiwaniał, poczytamy sobie książkę, albo wypijemy herbatę/kawę/czy coś tam, coś tam, na tarasie.

Zawsze przedkładałam urządzenia domowe, które usprawniają pracę nad bajery, ciuchy itp. Ważniejsze jest nasze zdrowie, sprawność, dobry humor i brak zmęczenia, które będą, jeżeli nie będziemy obciążeni, co tu wiele mówić, upierdliwymi pracami domowymi.

Tak wyglądał świat w poniedziałek- coś pięknego- ciemne chmury w tle i mokre od deszczu, z tysiącami kropelek wody, podświetlone słońcem drzewa.


 

Pierwsze kępy śnieżyczek, czekam na resztę, zawsze było ich sporo w ogrodzie, w różnych miejscach.

Pod magnolią- te pierwsze, potem będzie ich tam więcej.

Przy mniejszym tarasie.
 
Jaskół sprężył się, w sobotę złożył regał. Super, nareszcie zrobiło się, na reszcie półek z książkami, nieco luźniej.
A hiacyntowi zechciało się fiknąć kozła na parapecie i musiałam go oprzeć o ramę. Pojawił się też drugi kwiat. Zapach mają nadal zabójczy.

W piątek idę do kontroli i chyba zdejmą mi szwy z palca. No i wyjmą tę okropną szpilę. Mam nadzieję, że nie będę wieki czekać w poradni, a palec znów znieczulą.


 

 

 

 



23 lutego 2026

Mija

 4 rok rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Wojna trwa, rosyjskie ataki są częste i bardzo blisko naszej, z Ukrainą, granicy. Na razie nic nie zapowiada bliskiego końca tej wojny. 

 
" Posłużę się pewną metaforą: "Kiedy spada rakieta, widzimy zazwyczaj dym. Kiedy płonie biblioteka, widać zwykle ogień. Ale kiedy znika pamięć, nie widać już nic". I właśnie to metaforyczne "nic" jest dziś jedną z największych strat Ukrainy. Od pełnoskalowej inwazji Rosji w lutym 2022 roku wojna toczy się nie tylko o terytorium. Pisałem już o tym wiele razy. Ta wojna toczy się o to, czyja historia będzie opowiadana i czy w ogóle będzie co opowiadać.
Według danych ukraińskiego Ministerstwa Kultury do końca 2025 roku uszkodzonych lub zniszczonych zostało około 1 630 obiektów dziedzictwa kulturowego. Wśród nich są zabytki, historyczne budynki, świątynie, pomniki. Z kolei ponad 2 400 instytucji kultury - bibliotek, muzeów, teatrów, domów kultury - ucierpiało w wyniku działań wojennych. Prawie 500 z nich przestało istnieć całkowicie. To nie są tylko liczby. To są miejsca, które ludzie odwiedzali. To są miejsca, w których pamiętali.
Wystarczy wspomnieć Teatr Dramatyczny w Mariupolu. W marcu 2022 roku stał się symbolem tragedii cywilów, ale był też i pozostał symbolem czegoś innego. Pozostał symbolem miasta, które żyło kulturą. Ten teatr nie był tylko budynkiem. Był dowodem, że to miasto ma swoją opowieść. Dziś tą opowieść usiłuje kontynuować okupant, bez szacunku do ofiar i samej pamięci. Albo Sobór Przemienienia Pańskiego w Odessie. XIX-wieczna katedra w sercu Odessy, zniszczona w wyniku rosyjskiego ostrzału w 2023 roku. Świątynia odbudowywana już wcześniej po sowieckich represjach. Historia ta brzmi jak ironia losu: coś, co przetrwało imperium, mogło nie przetrwać "wyzwolenia".
UNESCO potwierdziło do lutego 2026 roku uszkodzenie ponad 500 obiektów kultury. Tylko tych, które udało się zweryfikować. W regionach okupowanych skala strat wciąż nie jest w pełni znana. Tam kultura znika ciszej. Czasem pod gruzami. Czasem w ciężarówkach wywożących zbiory muzealne.
Bo wojna z ukraińską kulturą to nie tylko bombardowanie. To także grabież. Z muzeów w okupowanych miastach. Jak choćby w Chersoniu, skąd zniknęły tysiące eksponatów: ikony, obrazy, skarby archeologiczne. Zostały skradzione przez Rosjan rzeczy, które nie miały ceny, bo były częścią opowieści o tym, kim są Ukraińcy.
Wojna uderzyła też w codzienność kultury. W Charkowie uszkodzone zostały biblioteki i uczelnie. W Kijowie alarmy przerywały spektakle. W Odessie artyści występowali przy dźwięku syren. I to już nie jest metafora "kultura w cieniu wojny". To kultura w dosłownym huku toczącej się wojny.
Największa strata nie polega jednak na tym, że spłonął budynek. Największa strata polega na tym, że ktoś próbuje kłamliwie powiedzieć: "tej kultury w ogóle nie było". Rosyjska propaganda od lat powtarza, że Ukraina nie ma odrębnej historii, że to tylko "część większej całości". W takim myśleniu zniszczony teatr czy muzeum to nie jest przypadek. To celowe działanie. To element rosyjskiej narracji.
Zniszcz bibliotekę, a trudniej będzie udowodnić, że pisałeś własnym językiem.
Zburz pomnik, a łatwiej wmówić, że nigdy nie miałeś własnych bohaterów.
Wywieź obrazy, a po latach ktoś powie: "to nasze".
Dlatego ta wojna jest także wojną o archiwa, o rękopisy, o lokalne domy kultury w małych wsiach i miasteczkach. O salę, w której dzieci uczyły się tańczyć ukraińskie ludowe tańce. O bibliotekę, w której starsi panowie czytali ukraińską prasę. O kino, w którym ktoś pierwszy raz zobaczył film po ukraińsku.
20 lutego 2026 roku Ukraina walczy nie tylko o granice. Walczy o pamięć. Digitalizuje zbiory, ukrywa dzieła sztuki, ewidencjonuje straty. Próbuje zapisać to, czego nie udało się wcześniej ocalić przed grabieżami. Bo państwo można odbudować w kilka lat. Most można postawić w kilka tygodni, być może potrwa to czasem nieco dłużej, może kilka miesięcy. Ale kulturę odbudowuje się pokoleniami. I być może właśnie dlatego atak na nią jest tak bolesny. Bo kiedy niszczy się kulturę, nie chodzi tylko o teraźniejszość. Temu kto niszczy chodzi o to, żeby ktoś w przyszłości nie miał już czego pamiętać."
 

 https://www.facebook.com/borys.tynka

 

luty 2026 muzyka: "Українське сонце" , Kozak System

Źródła- zdjęcia:

 https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1514997%2Coblicza-wojny-w-ukrainie-najmocniejsze-zdjecia-2022-roku. https://www.ukrainer.net/pl/wspomnienia-z-mariupola/ 

https://nowiny24.pl/ukraina-tak-wyglada-wojna-poruszajace-zdjecia-z-oblezonych-miast-i-linii-frontu/gh/c1-16074539/9 

https://culture.pl/pl/galeria/justyna-mielnikiewicz-w-ukrainie-galeria https://www.tvp.info/76087520/wojna-na-ukrainie-na-zdjeciach-front-zelenski-putin-bucza-mariupol-irpien 

https://wyborcza.pl/7,173236,29499652,our-hearts-are-with-the-people-of-ukraine-michnik.html 

https://www.fakt.pl/polityka/irpien-wstrzasajace-zdjecia-cmentarza-ofiar-wojny-w-ukrainie/ekkzp3g https://kobieta.wp.pl/matka-zmarlego-zolnierza-ochotnika-z-ukrainy-codziennie-placze-na-grobie-syna-6752578648013312a Facebook
 

20 lutego 2026

Ostatnie podrygi bialej zołzy.

 Wieczorową porą.

A jednak jest coś urokliwego w tej śnieżnej zimie. Wczoraj znów napadało sporo świeżego śniegu. Świat zrobił się czysty, bielutki i prześliczny. Można się wściekać na trudne warunki, ale urody to śnieżnej zimie nie odbierze.

Śniegu spadło sporo i na trasie katowickiej, już przed samym Cieszynem zrobił się zator samochodowy. Co to jest, że ci tirowcy jeżdżą tutaj zimą na upartego, chociaż wiedzą, co może ich spotkać, bo trasa jest pagórkowata. Nie ma roku, by w konkretnym miejscu, pod wielką górką, nie stanął któryś TIR, a bywa, że więcej naraz (niektórzy nawet w poprzek jezdni). Teraz tak samo- TIR zablokował podjazd pod górę, policja kierowała ruchem, a  korek sięgał kilku kilometrów.

Mają łączność, ostrzegają się przez policją, mówią przez CB którędy szybko i bezpiecznie, a i tak corocznie, jak spadnie śnieg, albo zrobi się ślisko parę z nich ugrzęźnie w połowie tej jednej górki- jak nie z jednej to z drugiej strony. A przecież mają główną trasę- 4 pasową „wiślankę” i potem taką samą wygodną drogę Bielsko- Cieszyn, aż do granicy. Ale nie... Ale NIE, to muszą tędy na skróty walić w takich warunkach, by potem ludziom utrudnić dojazd do domu i trzymać ich w warunkach zimowych parę godzin w samochodach (ach, skąd ten smog, skąd- widzicie już te kłęby spalin unoszące się na kilometrowym odcinku nad samochodami?).

Nigdy nie zrozumiem tirowców. To jakaś ekstra nacja, co to gna na łeb na szyję (tu ich ciśnie pracodawca, niestety), wbrew logice, wisi na tylnym zderzaku, błyska światłami i trąbi, chociaż prędkość jest ograniczona. Ostatnio pani kierowca TIRa, nie wybrała na rondzie we wsi i zdemolowała kiosk z kwiatami, który zaraz za rondem od wielu lat stoi (jeszcze ronda nie, a on tam trwał od lat 70). Na dobry miesiąc odebrała kwiaciarce pracę i zarobek, bo.... nie wiadomo, co się stało, ale chyba zagadała się z koleżanką, która siedziała obok. A że pora była bardzo ranna (4 rano), to gnała sobie pustą szosą i jak zobaczyła rondo, pewnie za późno hamowała. Co by było, gdyby to była godzina normalnego ruchu, a w kiosku byli pracownicy i klienci?

No więc... no więc stały te TiRy w poprzek drogi, a za nimi rząd osobówek. Ciemno, śnieg wali, zimno...wyobrażam sobie, co mówili kierowcy.

 

Tak sypało co chwilę.


 

To było przedwczoraj, bo piszę ten post na raty- dzisiaj sobota.

Świeci słońce, na tarasie już jest 0 stopni po dosyć mroźnej nocy. Dzisiejsza ma być jeszcze bardziej mroźna. Na razie wieje silny wiatr, ale zimny. Czekam na halniak, który niesie ciepło i wiosnę. Ostatnio jakby ich mniej. Cały śnieg z drzew został zdmuchnięty. Cisy i tuje pochylone. Martwię się o cisa przed oknem komputerowego czy się wyprostuje. Jak nie to.... ja naprawdę nie chcę już nic wycinać, ale takiego rozwalonego drzewa nie da rady utrzymać

Oglądam gimnastykę artystyczną- koło, szarfa... rany, jak te dziewczyny wywijają. Niesamowite są. Pięknie „tańczą”, bezbłędnie. Ekstra akrobatyka.

I oglądam jazdę figurową na IO. Super. Tenisa teraz mniej, bo tych najlepszych brak a IO zabierają więcej czasu.

Zrobiłam dwa pasy dzianiny na krośnie, teraz tkam trzeci. Kocyka przybywa.. Poprzedni robiłam co drugi słupek, ten robię na każdym słupku- splot jest gęsty i ładniejszy.

 


Zmieniam opatrunek i widzę, jak szpila z palca wysuwa się w górę (jest wyżej, ale tkwi mocno). Fajnie 😟. Kiedy pytałam lekarza, czy wyciąganie takiej szpili boli, stwierdził, że często sama wychodzi. A potem przestrzegł, by jej z powrotem nie wciskać w palec. Nawet na myśl mi to nie przyszło. Brrrrrrr... 

No i jeszcze taki ambaras- dwaj lekarze na oddziale poinformowali, że zdejmowanie szwów po trzech tygodniach, a na wypisie jak wół stoi- do zdjęcia szwów w 14 dobie. Młoda, która była parę razy szyta, radzi iść po tych dwóch tygodniach, by szwy nie zarosły. No i tak zrobimy. Najwyżej odeślą bez zdejmowania, tylko to włóczenia się po szpitalu jest do d..... Wszędzie kolejki, wszędzie czekanie. Zdjęcie szwów a potem, podobno, jeszcze trzy tygodnie palec w „łupkach”. I nawet nie mogę sobie powiedzieć „Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało....” , bo działanie było koniecznie a nie, że to był mój kaprys i upór. Jeden palec, a takie utrudnienia (samochodem te nie mogę jeździć😭)- szlag.

Dostałam od Młodej, pięknie pachnie, a drugi pcha się obok niego. 

Bezka na tarasie- uwielbia leżeć na śniegu.  


18 lutego 2026

"Pogranicza".

 

Taka ładna wczoraj zima była. Była, bo już się spsiła. Wiatr śnieg strzepał  z gałęzi i zrobiło się ponuro.

 Fotkę strzeliłam na okoliczność. Opatrunek ma być luźny to i wyszła taka gruba kukieła.

 

Jeden szpital, różne oddziały, różne traktowanie pacjenta. Na SORZE super- sprawnie, szybko. Na oddziale świetnie- spokojnie, życzliwie, bez napinki. W przychodni uraz-ort. porażka. Nie chce mi się w ogóle o tym pisać. Dość, że palca nie obejrzano i gdyby nie to, że mam jakieś pojęcie o wyglądzie zamartwicy, to szukałabym pomocy w innej. Ale nie boli, tylko kawałek czubka jest ciemniejszy, to może być siniak tylko. W piątek pójdę do innej przychodni, by się upewnić, że wszystko goi się, jak należy. Nabrałam wprawy w zmianie opatrunku. Niby nie muszę go zmieniać codziennie, ale chcę mieć pewność, że nic złego się nie dzieje, to obserwuję  i zmieniam.

Życie z wyłączonym kciukiem lewej ręki, jest nawet interesujące. Okazuje się, że pozostałe 9 palców też sobie jakoś radzi. JAKOŚ. No dobra, wkurzające jest to główkowanie, jak przytrzymać i pilnowanie, by nie urazić.

Człowiek ma  wkomponowane atawistyczne kombinowanie, jak sobie w trudnych warunkach radzić i teraz to we mnie się odzywa. No jak małpa, po prostu jak małpa- za krótka ręka, to „kijkiem” może; nie przytrzymam lewą, to może przysunąć do ściany i zaszprajcować na sztywno- słoik nie lata. Głowę jedną ręką umyję i gary też mi się udało. Dzisiaj będzie próba prasowania. Dzierganie na krośnie opanowałam, ale tkanie muszę poćwiczyć. Tu jest gorzej- bandażowa kukiełka przeszkadza.

Nie będę ciągle wołała Jaskóła do pomocy, jeżeli nie ma konkretnej potrzeby. Tym bardziej, że on już wcześniej lewą rękę miał wyłączoną z pełnego obiegu. Teraz się mu poprawia, ale też niektórych ruchów jeszcze nie potrafi, bez bólu, zrobić.

I tak sobie trwamy, takie dwa boroki, z wyautowanymi, na pół gwizdka, lewymi rękami. W sumie to odbywa się tu domowa tragifarsa. Każde z nas chce temu drugiemu pomagać, a nie bardzo samo potrafi koło siebie zrobić wszystko jak trzeba (najgorsze jest ubieranie się).

Odpuściłam, na razie, oglądanie „Ołowianych dzieci”. Czytam recenzje, czytam opinie, czytam wypowiedzi Ślązaków i odchodzi mi ochota na zobaczenie serialu. Wygląda na to, że znów poświęcono prawdę na rzecz netfliksowej rozrywki. Jaskół ogląda, trochę mówi. No nie wiem, jak znajdę czas to obejrzę. Wolę czytać (jest książka „Ołowiane dzieci”, na podstawie której nakręcono serial). 

Właśnie skończyłam kapitalną „Odrzanię” Rokity, a teraz czytam jego inną książkę „Aglo. Banką po Śląsku” (banka- tramwaj, w tym przypadku nr „7”). 

 „Odrzania”- doskonały opis ziem wyzyskanych, jak słusznie określa je Rokita, „Aglo...” charakterystyka „przystanków”, które mija tramwaj nr 7, pod kątem ciekawych zdarzeń, postaci, architektury i historii.

Obie czyta się lekko- Rokita ma dar gawędziarza, który nie przynudza, a jego opisy oparte są o konkretną wiedzę historyczną oraz wywiady z historykami specjalizującymi się w historii danego miejsca, a także na rozmowach ze starszymi mieszkańcami (ich wspomnieniach). Tam nie ma gdybania i ściemy, nie ma również radykalnych opinii i wniosków- jest dużo miejsca na własne przemyślenia.

I nadal twierdzę, że nie jestem zafiksowana Śląskiem, chociaż z boku może tak to wyglądać. Po prostu nareszcie mam dostęp do jego historii, nareszcie ktoś opisuje to wszystko, co chciałam wiedzieć, nareszcie jest dostęp do różnych źródeł. Dla równowagi czytam wszystko, co dostępne o Śląsku Cieszyńskim (Śląsku Austriackim, Księstwie Cieszyńskim) no i o Czechach. Wygląda na to, że jestem „człowiekiem pogranicza” (matka prusoczka, ojciec cesarok, i prawie całe życie mieszkam kilometr od granicy prusko- cesarskiej, jak nie z jednej to z drugiej strony)- nie tylko pogranicza między Śląskami, ale i pogranicza polsko- czeskiego. A historia, tych trzech ziem, jest bogata, pokręcona i niesamowicie interesująca.

Natomiast blog służy mi do porządkowania tego wszystkiego, co teraz poznaję na temat "trzech ziem". Mniej mnie interesuje polska Polska.

Przedwczoraj obejrzeliśmy konkurs skoków w parach. Bardzo, bardzo się cieszę, że nasi zdobyli srebrny medal. I cieszę się, jakkolwiek paskudnie to zabrzmi, że medal wygrali młodzi zawodnicy z Beskidów. Ale dalej nie rozumiem, dlaczego komentatorzy upierają się mówić, że Tomasiak pochodzi z Beskidu Wysokiego, kiedy on jest Bielszczaninem, a konkretnie mieszka w Bystrej, trenuje w Szczyrku. To przecież jest ogromna różnica. Natomiast Wąsek jest z Ustronia. Nie ma Beskidu Wysokiego, jest Beskid Wyspowy. Kiedy słucham sprawozdawców sportowych, to zastanawiam się, kto tak niedouczone, mówiące tragicznie po polsku osoby, dopuszcza do prowadzenia transmisji.

I to ciągłe dziwienie się, że Wąsek to ewangelik. Noż patrzajta i dziwujta sie- wanielik a skacze i medale zdobywa, kto by pomyślał. Tak samo traktowano Piotra Żyłę i Małysza. Ohoho, ohoho.... wanielicy, a potrafią. Cholera może człowiekiem trzepnąć.  

Zdumiała mnie porażka faworyta męskiej jazdy figurowej Malinina. Aż żal było oglądać, jak często trzepał pupą o lód, a przecież, od paru lat, nie ma sobie równych.

Tenis- dziewczyny w końcu się zbuntowały. I słusznie, jak długo można je traktować jak maszyny do zarabiania pieniędzy dla kogoś- organizatorów i WTA. One też zarabiają i to bardzo dobrze, ale mają swoje granice wytrzymałości i granice zdrowotne. Ciekawa jestem, co dalej z tym będzie.

To jest regał na książki.

 Czeka na złożenie i chyba długo poczeka, bo Jaskół ma rękę niesprawną, no a ja.... też.

Najpierw wybrałam zamykaną witrynę, bo chcę chronić książki przed kurzem. Ale wszystkie witryny, które mi się podobały i były w potrzebnym wymiarze, miały szklane półki. Nie o to chodzi, by postawić trzy egzemplarze, a o to, by regał zapełnić, bo z innych półek książki już "wychodzą".  Regał ma stać w sypialni- wybrałam kolor typowy- dąb sonomę, ponieważ może się zdarzyć, iż będę miała kaprys postawić regał w pokoju z dużym tarasem i wtedy musi pasować do tamtych mebli. One nie są w sonomie, ale bardzo kolorem zbliżone. Nie będzie widać różnicy. Eksperymentowanie z meblowymi stylami mam już za sobą. Teraz ma dominować kolor jasny, funkcjonalność oraz  prostota. I ma wszystko do siebie pasować.

W domu wiosennie. Tydzień temu nacięłam i już rozkwitła.

Pogoda? Czasem słońce, czasem śnieg. Dzisiaj już plusowo, jutro i pojutrze ponoć powrót mrozów. Dwie noce, po niedzieli mocne ocieplenie. Da się wytrzymać, chociaż już chciałoby się otworzyć szeroko drzwi na tarasy i wpuścić do domu słońce oraz wiosenny wiatr. Jak będą wyglądały prace wiosenne w ogrodzie? No nie wiem, prawa ręka sprawna, może da się coś zrobić. Przez 6 tygodni lewa wyłączona będzie- jeden już mija.

15 lutego 2026

Kiedy Anioł Stróż zaśnie na moment.

 

Uszkodziłam się. Mam wyłączony kciuk w lewej ręce co najmniej na 6 tygodni- jak dobrze pójdzie. Nie będę opisywała co i jak, bo nie jest w moim zwyczaju pisać o własnych słabościach na publicznych forach. Może troszeczkę, ale o tym akurat nie mam zamiaru. W każdym razie stało się, bo działanie było konieczne, a to był wypadek przy pracy.

Kciuk unieruchomiony- szpila, szycie, jedna doba w szpitalu. No i super. Przeżyłam. Pobyt na SORZE dosyć krótki, przyjęcie szybkie. Miałam do wyboru- robimy paluch na miejscu, czy decyduję się na oddział. Wybrałam to drugie. Musiałam mieć pewność, że przynajmniej przez noc będę pod opieką i nie będziemy kursowali, jakby się coś działo (nie działo się nic złego, ale ryzyko było, a sprawa dosyć poważna).

W szpitalu lekarze i cały personel na wysokim poziomie. Uśmiechnięci, życzliwi- wszystko sprawnie, ale jednak bolesne. Zachwyciło mnie podejście do kwestii bólu- domagać się przeciwbólówki, jak tylko zaboli. Nie skorzystałam, bo byłam nimi nafaszerowana po kokardy.

W domu, wczoraj, z pomocą Jaskóła, sama zmieniłam sobie opatrunek. Przydało się szkolenie sanitarne na „wojsku”, na studiach oraz dokładna instrukcja przemiłej pielęgniarki. Sam widok rany nieprzyjemny, ale ratujemy palec, to nie ma się co rozczulać. Przemyłam, zdezynfekowałam, otuliłam taką fajną otuliną w bandażu, zabandażowałam kłosowym i wszystko gra. Czy boli? Jasne, że boli, ale mam dosyć silne przeciwbólowe i kiedy nie potrafię wytrzymać, to łykam. Nie chcę nadużywać, bo jeszcze antybiotyk, a żołądek mam dosyć wrażliwy.

Teraz uczę się życia, pracując prawą ręką. Nie ma tragedii, ale niektóre momenty mnie wkurzają.

No dobra. Jak to w dowcipie było? Aha- „Znów spadło to białe kurestwo...”.



 


Chyba z 15 centymetrów spadło białego puchu. Świat wygląda ślicznie, taki czyściutki, biało-opatrunkowy. Na razie temperatura jest plusowa, ale dzisiaj w nocy ma być bardzo ujemna. Bardzo. Liczę na to, że jednak nie będzie to – 12 stopni.

Drapol przylatuje od czasu do czasu i siada teraz na gałęzi orzecha. Jego ulubiony bożodrzew został ścięty. 

Ten nie odleci- sister wielkie ucho lubi ozdabiać ogród "wisielcami" różnego asortymentu. One sobie wiszą latami, murszeją, tracą kolory, czasem spadną, częściej straszą.

A tu ciekawostka. 

 


Ciasteczka bez cukru. Sęk w tym, że kiedy zrobiłam pierwszy gryz, to poczułam, że są mega słodkie. Bez cukru i przesłodzone, taka sytuacja. No to do etykietki z tyłu a tam...
 

Substancja słodząca -maltitol. Czy to cukier?

Za AI " Maltitol to popularny, naturalny zamiennik cukru (poliol) otrzymywany ze skrobi, o słodkości 75–90% sacharozy i smaku bardzo do niej zbliżonym. Dostarcza ok. 2,4 kcal/g (o połowę mniej niż cukier) i ma niższy indeks glikemiczny (

), co czyni go odpowiednim dla diabetyków, choć nadmierne spożycie może wywołać efekt przeczyszczający.

06 lutego 2026

Śląska Katanga czyli o tym, co zatajano o życiu na Śląsku.

 

Od dłuższego czasu nie oglądam seriali i raczej mnie do ich oglądania nie ciągnie. Jednak ten obejrzę. Temat serialu jest mi znany, czytałam o tych dzieciach w paru publikacjach. Jest to kolejna część porażającej historii Śląska, historii, którą chciano wymazać, którą przed resztą Polski skrzętnie ukrywano.

Ukrywali ją nie Ślązacy, a Polacy, którzy przyjechali na Śląsk po wojnie i się kokosili, spychając Ślązaków na margines.

To nie jest, mam nadzieję, spojler. Ten artykuł należy potraktować jako wstęp do trudnego tematycznie serialu.

„Kto nie zna Śląska, "Ołowiane dzieci" odbierze dosłownie, jak opowieść o ratowaniu dzieci przed ołowicą. Na Śląsku - jestem pewien - serial będzie ważnym świadectwem, jak nieuczciwie polskie władze traktowały ten region.

Leonid Breżniew, pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego w 1974 roku odwiedzał Górny Śląsk. W opowieść o tym, jak doniosła dla naszego kraju była ta wizyta, zaprzęgnięto wtedy cały aparat propagandy. Wszystko miało być dopięte na ostatni guzik, czuwał nad tym sam Edward Gierek, który rządził Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą.


 

Prasa, radio i telewizja drobiazgowo relacjonowały przebieg wizyty. Breżniew odwiedził Hutę Katowice w Dąbrowie Górniczej, a w Czeladzi kopalnie "Czerwona Gwardia" i "Milowice-Czeladź", gdzie gensek usłyszał prośbę o "przekazanie jak najserdeczniejszych życzeń górnikom radzieckim". Potem był przejazd przez Siemianowice Śląskie do Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, gdzie spędzono ponad 15 tys. harcerek i harcerzy.

Tłumy obstawiły ulice, którymi podążała kolumna z Breżniewem. Z Chorzowa do Bytomia. Tam, na Placu Tadeusza Kościuszki, cztery ładne dziewczyny "spontanicznie" podbiegły do samochodu i wręczyły radzieckiemu przywódcy bukiety kwiatów, a tłum równie "spontanicznie" wzniósł okrzyk "niech żyje i zwycięża pokojowa polityka Związku Radzieckiego i państw wspólnoty socjalistycznej".

Dzieci zbadamy po cichu

Szopienice Breżniew ominął. W tej katowickiej dzielnicy toczy się inna historia. Młoda lekarka Jolanta Wadowska-Król od niedawna pracuje w miejscowej przychodni. Od dłuższego czasu próbuje leczyć małego chłopca, który mieszka z rodzicami w pobliżu huty. Objawy wskazują na anemię, ale stan zdrowia dziecka się nie poprawia. Lekarka wysyła go do szpitali, najpierw w Janowie, potem do Kliniki Pediatrii w Zabrzu. Profesor Bożena Hager-Małecka, która prowadzi klinikę, zleca szczegółowe badania krwi małego pacjenta. Wyniki są jednoznaczne – dziecko ma ołowicę. Hager-Małecka jest konsultantką w dziedzinie pediatrii w czterech województwach, prosi Wadowską-Król, żeby przebadała wszystkie dzieci, które mieszkają w pobliżu huty Szopienice. Tylko po cichu!

W świecie, w którym rządzi klasa robotnicza, państwo musi przynajmniej zachowywać pozory, że troszczy się o pracowników wielkich zakładów przemysłowych. Dzieci robotników nie mogą zapadać na choroby zawodowe! Gdyby ktoś się dowiedział, że umierają z powodu działań wielkiej huty w Szopienicach, byłby skandal. I co by na to powiedział towarzysz Breżniew!? Taka informacja to wizerunkowa katastrofa.

Tak zaczynają się "Ołowiane dzieci", nowy serial Netfliksa. Zbudowany na konflikcie interesów, który polega na tym, że władza robi wszystko, by nikt nie dowiedział się o ołowicy, na którą chorują dzieci hutników, a Wadowska-Król robi co może, żeby wszystkich o tym poinformować, a przede wszystkim sprawić, żeby dzieci już nie umierały.

Żeby tylko dzieciom nie "poszło na gowa"

Działacze partyjni żyją w lepszym świecie. Zajmują się nowoczesnymi Katowicami, budują dobrze zaprojektowane osiedla Tysiąclecia, "gwiazdy", halę Spodka czy Koszutkę. Wadowska-Król ogląda stare, brudne, zagrzybione domy z czerwonej cegły, bez łazienek, z ubikacjami na podwórkach. Widzi dzieci bawiące się na placach, wdychające pył, który unosi się z pozbawionej zieleni ziemi. Cierpi, gdy dowiaduje się, że wszyscy tam jedzą warzywa z przydomowych ogródków. Słucha opowieści, np. żółtej mazi, która nocą, gdy huta wypuszcza dym z kominów, pokrywa osiedle.

Huta Szopienice lata 40 XX wieku.
 

Ludzie chętnie dzielą się z nią historiami o zwierzętach, np. ktoś kupił szczeniaka, a po kilku tygodniach pies zaczął tłuc łbem o podłogę. Weterynarz nic nie mógł zrobić. A kanarki? Żyją najdłużej dwa-trzy dni. Nie ma tu wałęsających się psów ani kotów, tylko szczurów pełno. Mniej są wylewni, gdy chodzi o dzieci. Matki martwią się, żeby tylko ich potomstwu "nie poszło na gowa".

Bo w Szopienicach mnóstwo dzieci choruje. Można przeboleć, że mają zepsute zęby czy koślawe nogi, ale jak choroba "idzie na gowa", to jest nieszczęście. Wiele dzieci spod huty i tak ma obniżony iloraz inteligencji, szkołę specjalną w dzielnicy trzeba było otworzyć jeszcze przed wojną. W "Ołowianych dzieciach" przepaść między tymi dwoma światami podkreślają zdjęcia. Jasne, czyste, pełne energii centrum miasta, a przed hutą brudne osiedle w kolorach ochry jak z „Germinala" Zoli.

Huta jest nieludzką maszyną, Mordorem, który sięga domów, żeby za chwilę je pożreć. Ludzie żyją tu codziennym, stałym rytmem, bez nadziei na zmianę losu, pogodzeni z nim. Każdy, kto chce zburzyć ten ustalony porządek, jest traktowany jak intruz.

Huta była, jest i będzie

Wadowska-Król musi się zmierzyć z powszechnym na hutniczym osiedlu myśleniem, że dziecko można stracić, tak się bowiem zdarza, ale świata bez huty wyobrazić sobie nie sposób. Ona była, jest i będzie. To ich dobrodziejka, która karmi, daje dach nad głową. Centrum ich wszechświata. Lekarka wkłada wiele wysiłku, by przekonać mieszkańców osiedla, że nie mogą ufać hucie. Nie wie, że aby wygrać tę bitwę, hutnicy muszą stoczyć walkę sami ze sobą. Te zmagania są bardzo wartościową i przejmującą częścią serialu.


 

Niektórzy nazywają Wadowską-Król "Matką Boską Szopienicką", ja wolę określenie „śląska Erin Brockovich". Reżyser Maciej Pieprzyca obsadził w tej roli Joannę Kulig, która budując postać, mogła z powodzeniem skopiować Julię Roberts, i nikt nie miałby do niej o to pretensji. A jednak "śląska Brockovich" Joanny Kulig jest inna – mniej przebojowa, bardziej ostrożna, poukładana życiowo. Kalkuluje, bo wie, że za swoje działania konsekwencje dotkną nie tylko ją, ale i jej rodzinę. Może dlatego wydaje się mniej odważna, choć potem okaże się, że to tylko wrażenie.

Obie bohaterki działają w innych czasach i realiach. Brockovich bezpardonowo walczy z koncernem, który zatruwa wodę. Wadowska-Król musi działać inaczej, bo staje przeciwko państwu z całym jego aparatem przemocy.

Na szczęście w tej walce ma sojuszników. Po hutniczym osiedlu jej przewodniczką jest pielęgniarka Wiesława Wilczek (w tej roli Kinga Preis), wspiera ją także prof. Hager-Małecka. Szkoda, że w serialu została zastąpiona fikcyjną postacią profesor Krystyną Berger (w tej roli świetna Agata Kulesza), a przecież jej nazwisko powinno tu wybrzmieć!

W serialu (podobnie jak w rzeczywistości) największym sojusznikiem lekarki jest jednak gen. Jerzy Ziętek (Marian Dziędziel), na Śląsku zwany Jorgiem. Znali się dobrze z mężem prof. Hager-Małeckiej jeszcze z III Powstania Śląskiego.

Fantastycznie w "Ołowianych dzieciach" została pokazana relacja między starym Jorgiem, a Zdzisławem Grudniem, sekretarzem wojewódzkim PZPR w Katowicach, nazywanym "Cysorzem" (w tej roli Zbigniew Zamachowski). Grudzień był próżny, miał kompleksy, był chorobliwie zazdrosny o pozycję gen. Ziętka. Nienawidził go. Ziętek nie był mu dłużny.


 

"Cysorz" nie był zbyt lotny, ale ten brak nadrabiał sprytem. Podejrzliwy, zadufany, od nikogo nie przyjmował rad, chętnie za to słuchał plotek o współpracownikach, a szczególnie o konkurentach. Doskonałe są sceny w "Ołowianych dzieciach", gdy obydwaj władcy Śląska podglądają się zza firanek swoich gabinetów, a "Cysorz" mierzy ze strzelby w okna konkurenta.

Nareszcie kobieta jest bohaterką śląskiej opowieści

Świetnie poprowadzony jest także wątek innej relacji – między Hubertem Niedzielą, oficerem Służby Bezpieczeństwa (świetna rola Michała Żurawskiego), a Wadowską-Król. Ubek jest zaufanym Grudnia, podlega mu bezpośrednio. Ma za wszelką cenę uciszyć lekarkę. Niedziela próbuje wszystkiego, by omotać Wadowską-Król. Próbuje ją przekupić, zauroczyć, w końcu zastraszyć. Dociera do jej przyjaciół i współpracowników, szantażuje ich i robi z nich donosicieli, wie wszystko. SB nie zawsze musiała stosować drastyczne środki, żeby kontrolować niepokornych. Czasami wystarczył lekki nacisk. Obietnica awansu, korzyści materialnych, lepsze stanowisko też potrafią czynić cuda. Koniunkturalizm i wtedy, i dzisiaj miewa się doskonale.

Wielką wartością serialu jest wiarygodne przedstawienie realiów życia w PRL-u. Objawia się to w kostiumach, kolorach, wystroju mieszkań, muzyce, widokach ulic, a nawet w oparach tytoniowego dymu, którym tamta Polska była przesiąknięta.

Mieszkańcowi Śląska dobrze ogląda się "Ołowiane dzieci", bo od razu rozpozna miejsca, w których toczy się akcja. Poczucia swojskości dodaje także obecność katowickich aktorów, m.in. Grażyny Bułki, Grzegorza Przybyła czy Roberta Talarczyka.

I cieszy, że bohaterką tej historii jest kobieta. To ważne, bo do tej pory śląska historia była opowiadana głównie przez mężczyzn i niemal wyłącznie z ich perspektywy.

Kto nie zna Śląska, odbierze serial dosłownie - jak opowieść o ratowaniu dzieci przed ołowicą. Na Śląsku – jestem pewien – zostanie odebrany inaczej, nie tylko z powodów sentymentalnych. Dla wielu Ślązaków będzie świadectwem, z jakim wyrachowaniem i jak brutalnie polskie władze traktowały Górny Śląsk.

Cena życia w Katandze

Katanga – tak się w Polsce mówiło o tej ziemi. Jak o obfitującej w bogactwa naturalne prowincji Konga. Komuniści wiedzieli, jakim skarbem dysponują. Związek Radziecki żądał coraz większej produkcji. Żeby ją zapewnić, Gierek musiał sobie kupić spokój. Rozszerzył karty górnika i hutnika. To ogromne przywileje: wcześniejsze emerytury, dłuższe urlopy, możliwość kupienia towarów niedostępnych na rynku w specjalnych sklepach za żółtymi firankami. Gierek pilnował, żeby sklepy na Śląsku, zwłaszcza mięsne, były lepiej zaopatrzone niż w reszcie kraju. Mieszkanie – niemal od ręki. Zwabieni przywilejami przyjeżdżały na Śląsk werbusy, zasilały załogi kopalń i hut. Władze zacierały ręce, bo rosło wydobycie węgla i produkcja stali. Zakłady pracy za wykonanie planów rozdawały talony na kolorowe telewizory, pralki, zagraniczne wczasy, meble i samochody.

Konsumpcja, ale i trujące wyziewy z niemodernizowanych od lat, jeszcze poniemieckich hut. A na dole albo przy wielkich piecach jak w obozach pracy. W kopalniach system czterobrygadowy, robota w świątek-piątek. Ministerstwo żądało wyników, opieprzało tych ze zjednoczenia, a ci ze zjednoczenia ochrzaniali dyrektorów kopalń. Dyrektorzy wyżywali się na dozorze, a dozór na górnikach. Krzyki, chamstwo, upodlenie.

Polska o tym nie wiedziała, Polska zazdrościła. Na węglarkach, które wracały puste znad morza na Śląsk, napisy: "Masz zabić świniaka, lepiej zabij Ślązaka". Pogarda to niewielka cena życia w Katandze.

Kto słyszał o Jolancie Wadowskiej-Król?

Na Śląsku trwa właśnie dyskusja, czy TVP powinna wznawiać popularny w latach 90. serial "Święta wojna". Głównym bohaterem był Bercik – górnik, który stracił pracę w zlikwidowanej kopalni. Naiwny, a nawet głupkowaty, żyje wymyślaniem kolejnych "biznesów", które nie kończą się dobrze. Dla jednych serial to "tylko komedia", której nie warto brać na poważnie. Dla innych utrwalanie szkodliwego stereotypu. Dlatego cieszę się, że Netflix po "Wielkiej wodzie" i "Heweliuszu" daje nam "Ołowiane dzieci" – wielką i wzruszającą opowieść o malutkim wycinku śląskich losów.

Tych dwóch seriali nawet nie wypada porównywać. Kto obejrzy, przekona się, że Śląsk to nie tylko krupnioki, orkiestry dęte, kiepskie szlagry i nieogarnięci górnicy. To ważny i niezwykle ciekawy region jak każde pogranicze. Naznaczony historią niemiecką, polską, czeską i żydowską, pokaleczony, cierpiący na zerwaną pamięć, którą z mozołem odtwarza. Opowieść, którą zobaczymy w "Ołowianych dzieciach", jest smutna i niełatwa, ale pouczająca, bo pokazuje prawdziwy fragment życia w regionie przez resztę kraju uznawanym za niesprawiedliwie uprzywilejowany.  

Jednego żałuję - że serialu nie zobaczy Jolanta Wadowska-Król. Za swoje uczynki zapłaciła karierą naukową – nigdy nie obroniła pracy doktorskiej. Po latach w wolnej Polsce Uniwersytet Śląski uhonorował ją doktoratem honoris causa, od Śląskiego Uniwersytetu Medycznego dostała medal. Została honorową obywatelką Katowic, powstały o niej reportaże, książki, słuchowiska radiowe i przedstawienie teatralne. Jest bohaterką muralu w katowickim Załężu. A mimo to nawet na Śląsku wciąż nie jest powszechnie znana. Kto o niej słyszał w Polsce?

No to teraz usłyszy o niej cały świat.


 

"Ołowiane dzieci", reżyseria Maciej Pieprzyca, scenariusz Jakub Korolczuk, zdjęcia Witold Płóciennik. W rolach głównych: Joanna Kulig, Agata Kulesza, Kinga Preis, Marian Dziędziel, Michał Żurawski, Zbigniew Zamachowski, Grzegorz Przybył, Sebastian Pawlak, Robert Talarczyk. Premiera 11 lutego, Netflix.”


https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35063,32575616,slask-znalazl-bohaterke-ktora-moze-pochwalic-sie-swiatu-olowiane.html?_gl=1*1iytpu2*_gcl_au*MTgwOTgxMzc1MC4xNzY5ODQ1NzgyLjIwMTEzODU5MTAuMTc3MDE5MzY5Mi4xNzcwMTkzNjkx*_ga*MTUyMzIwMDg4My4xNzY5ODQ1Nzgy*_ga_6R71ZMJ3KN*czE3NzAyMTcyMzEkbzMkZzEkdDE3NzAyMTc0MjgkajU5JGwwJGgw#s=S.TD-K.C-B.6-L.1.duzy


Zdjęcia z artykułu

04 lutego 2026

Co tam, pani, na się włożyć?

 

 


Kupiłam puchówkę. Nie znoszę tego typu kurtek, ale tym razem złamałam się. Po ostatniej wyprawie na nowy most nad Olzą, stwierdziłam, że gruby polar i na wierzch porządny ocieplany sztormiak, to jednak za mało przy mrozach AŻ -6 stopni. No za mało. Nie zmarzłam, ale było mi chłodno.

Jest dopiero początek lutego, ma być cieplej, taka puchówka to nie jednorazówka, będzie służyła mi, mam nadzieję, przez kilka następnych zim. Bo ja jestem przekonana, że na naszej szerokości geograficznej, mimo ocieplenia, takie zimy, jak teraz- mroźne i śnieżne- będą często. Zresztą przecież nie musi być taka cała zima. Wystarczy parę dni, kiedy jest mróz – 10 stopni w dzień i minus kilkanaście w nocy (u nas tutaj takich nawet teraz nie ma), a świat zamiera, kurczy się z zimna.

Puchówka jest w ładnym ciemnozielonym kolorze (ciemna mięta). Była jeszcze czarna do wyboru. Od czasów żałoby po poprzednim mężu (cały tok chodziłam tylko w czerni- taka „porządna” we wsi byłam), nie noszę czarnych rzeczy. Nawet podczas żałoby po rodzicach nie założyłam nic czarnego oprócz spodni. Bo z kolei spodnie lubię nosić czarne, ewentualne klasyczne dżinsy. Nie jestem przekonana do spodni w jasnych kolorach. Nawet nie mam pojęcia dlaczego. Nie podobają mi się np. bawełniane (popelinka?)jasne portki, za kolano, na pupach starszych pań. Są szerokie, marszczą się w okolicach pupy i bioder. Często pod nimi odcinają się majty. Taki nieapetyczny widok. Tak samo nie podobają mi się wyłażące ramiączka spod wąskich ramiączek letnich koszulek. Wiele pan ma obfite ramiona, obfite biusty i nosi koszulki bez rękawów albo koszulki na wąskich ramiączkach. No nie. Te podwójne ramiączka też powodują, że coś we mnie się buntuje.

Ale mnie nic do tego, bo większość starszych i nie tylko starszych pań preferuje wygodę i na swój własny wygląd, w tym kontekście, ma wydmuchane. Ale to mój osąd, a teraz tak modnie, asertywnie zwraca się uwagę: „Nie musisz patrzeć”. Otóż to, odwracam wzrok, myślę swoje i idę własnymi ścieżkami dalej. Tylko w głowie mi kołacze taka natarczywa myśl: „Rany, naprawdę nie wygląda to dobrze”. I mam mocne postanowienie: „Nigdy w życiu tak nie wyglądać, nie tak”.

A swoją drogą, czy to tak trudno połączyć wygodę z fajnym wyglądem, nie stwarzającym innym dyskomfortu estetycznego?

W kolorze czarnym ładnie jest młodym kobietom, paniom powyżej 60. niekoniecznie czarny służy. Nie wiem, czy zauważyliście, że bluzka/sweterek/ żakiet/ sukienka, w czarnym kolorze, kładzie cień na skórę twarzy- twarz robi się szara, brak jej naturalnego rozświetlenia. Wystarczy założyć na czarną górę kolorową apaszkę, szal i już robi się jaśniej. Tak samo z czarnymi rajstopami (od tamtej żałoby nie założyłam w tym kolorze ani razu). Co jest z tymi paniami nie tak, że nie widzą, iż czarne (lub mocno"opalone") rajstopy do jasnej sukienki, w ogóle nie pasują. A ubierają się w ten sposób.

Unikam również białego koloru. Po prostu jest mi w nim niedobrze. Dodatkowo przez białe materiały przebija się to, co nosi się pod spodem. Niefajny widok.

Oczywiście nie jestem wyrocznią modową, ani wizażystką, ale chyba nie mylę się, kiedy twierdzę, że w czerniach, szarościach, brudnych buraczkach, zgaszonych granatach czy zszarzałych zieleniach, starsze panie wyglądają smętnie, nijako, ponuro. A jakby się uparły, właśnie takie kolory zakładają, kiedy przekroczą 60 (ciut młodsze też się tak noszą). To wygląda tak, jakby weszły w jakąś smugę cienia, chcą być niewidoczne czy co? Nie generalizuję, bo jest coraz więcej pań chodzących w „odważnych” kolorach, ale jednak wciąż przeważają te w szarościach. Widuję takie zjawisko tutaj na wsiach i w miasteczkach.

Lubię kolory wyraziste, lubię kolorowe printy, ale nie założę pstrokatych spodni (nie mam takich i nie będę miała) oraz pstrokatej góry równocześnie. Jedna z tych części musi być jednokolorowa. A cały zestaw w pasującej tonacji (nigdy np. niebieski z czerwonym- gdzieś tam resztki rozsądku, w kwestii gustu, jeszcze we mnie są). Chyba nie grozi mi być niegustowną „papugą”.  


Za to bardzo lubię, co bardzo mnie samą zaskakuje, oglądać modę haute cuture- „przeładowaną” w kolory, czy detale”, modę barokową, tę współczesną, na wybiegach- suknie haftowane bogato, z błyszczącą nicią, perełkami, kolorowymi printami, niebanalnym krojem itp. Jak by ją określić wyrazem będącym teraz na topie- modę epicką- bogatą w formie oraz w przekazie.  W tym się widzi artyzm, mnóstwo fantazji i mrówczej pracy.

Kilimki w stylu crazy patchwork.


Sama tworzę, co bardzo mi się podoba, crazy patchworki czy hafty jakobińskie- kolorowe, z różnymi ściegami hafciarskimi, naszywkami koronkami itp. Takie haftowane opowieści (epika w hafcie). Lubię, kiedy w moich pracach coś się „dzieje”.


Lubię też oglądać na wybiegach ubiory zachwycające w swej prostocie, w typie Chanel i sama ubieram się w podobnej formie. Nawet biżuterii nie zakładam. Jedynym wyjątkiem w łamaniu tej prostoty są haftowane własnoręcznie bluzki czy sukienki.

Gdyby ta puchówka była w niebieskim, żółtym lub czerwonym kolorze, od razu wybrałabym jeden z nich. Najpewniej czerwony. A co! Wściekle żółtą oraz mocno niebieską- mam wiosenne, a w indyjskim różu (jaki śliczny kolor) przejściówkę. Mam też kurtkę w kolorowe maziaje... no trochę tych kurtek jest, bo to mój słaby punkt. Mam też słabość do butów. Ale kurcze, gdzie w nich chodzić, kiedy zapotrzebowanie na ruszenie się z domu wyraźnie spadło?

No dobra. Dość smędzenia modowego.

Dzisiaj ma być ostatni dzień mrozów. U nas od trzech dni, w dzień jest – 5 stopni, nocami – 8 stopni. Dzisiaj temperatura idzie w górę, były – 2 stopnie w nocy i słupek leci na plusową. 

W lasku zaczynają nieśmiało „dzwonić” sikorki.

PS. O wyglądzie mężczyzn wolę się nie wypowiadać (w każdym razie nie teraz), bo napisałabym post bardzo krytyczny, bardzo.

Często wygląda to tak.