„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

10 grudnia 2023

Samochody wyścigowe- Muzeum Tatry w Koprzywnicy (3)


Zdjęcia są dobrane losowo, niekoniecznie odpowiadają wymienionym modelom. Tylko zdjęcia dwóch współczesnych samochodów wyścigowych są odzwierciedleniem opisu.

Na filmach znajdują się wszystkie omówione modele. Nie filmowałam wszystkich metryczek, bo zajęłoby to zbyt dużo czasu. Można za to zobaczyć manekiny w strojach sportowych, odpowiednich do samochodów wyścigowych, nagrody-wieńce, dyplomy, akcesoria samochodowe oraz silniki.

Samochody z Koprzywnicy, od początku produkcji, brały udział w różnych
wyścigach i zawodach. Zmodyfikowane do tego celu pojazdy, występowały
niemal w każdej z serii modelowej. Pierwszy czysto wyścigowy 
egzemplarz specjalny został zbudowany w 1900 roku dla barona 
Theodora von Liebiega, który był pośrednio zaangażowany w narodziny 
Präsidenta.
Pierwsze modele z koncepcją podwozia Tatra i silnikiem chłodzonym 
powietrzem, zwłaszcza Tatra 11 i Tatra 12, odniosły również duże sukcesy
w wyścigach samochodowych, które zyskały popularność nie tylko 
w Czechosłowacji, ale także za granicą. 
„Już w 1921 roku Tatra zbudowała dwa samochody wyścigowe typu T, 
napędzane czterocylindrowym rzędowym silnikiem OHC o pojemności 
3,5 litra i mocy 40 kW (55 KM). Josef Veřmiřovský zajął tym samochodem
drugie miejsce już podczas pierwszego startu w Ecce Homo w Šternberku.
 Wystarczała mu prędkość maksymalna 120 km/h. W tym samym roku 
powstały dwa otwarte samochody wyścigowe typu U 
z sześciocylindrowym rzędowym silnikiem o pojemności 5,3 litra 
i mocy 54 kW (73 KM)i rozwijającym prędkość maksymalną 140 km/h.
Oba te rzadkie typy wyścigów są eksponowane w Muzeum Tatrzańskim 
w Koprzywnicy.

 
Jak smakuje sportowy sukces, przekonała się także słynna Tatra 11 
z chłodzonym powietrzem silnikiem z przodu, szkieletową ramą 
i napędem na tylne koła. W 1925 roku wyścigowa wersja tego typu wzięła
udział w słynnym włoskim wyścigu Targa Florio i zdobyła dwa pierwsze 
miejsca w kategorii poniżej 1,1 litra. Na cześć tego wyniku sportowe 
wersje typu T11 otrzymały nazwę Targa.
Na filmie samochody sportowe są w dalszej części

 


 
Do samochodów sportowych, przynajmniej z nazwy, można zaliczyć także
Tatrę 57 A Sport z 1936 r. Dwudrzwiowy, trzymiejscowy roadster (trzecie 
siedzenie awaryjne znajdowało się z tyłu) napędzany był chłodzonym 
powietrzem silnikiem czterocylindrowy silnik o pojemności 1155 cm3 
i mocy zaledwie 15 kW (20 KM). 
 

Popularność zyskała także wygodniejsza, sportowa wersja typu T75 
z atrakcyjną płetwą na rufie.
Również pierwszy seryjnie produkowany aerodynamiczny samochód Tatra 
T77 z chłodzonym powietrzem, trzylitrowym silnikiem V8 umieszczonym 
z tyłu, wziął udział w słynnym wyścigu „1000 Czechosłowackich mil”, 
gdzie w klasyfikacji absolutnej zajął czwarte miejsce.
Po zakończeniu II wojny światowej w Koprzywnicy zaczęto opracowywać 
aerodynamiczny samochód turystyczny T600, napędzany czterocylindrowym
płaskim silnikiem o pojemności dwóch litrów, chłodzonym powietrzem.

 
Produkcja seryjna rozpoczęła się w połowie 1948 roku i wkrótce potem 
T600 czy Tatraplan pojawił się na licznych konkursach krajowych 
i zagranicznych. Z doświadczonymi zawodnikami fabrycznymi Sojką, 
Pavelką, Chovancem, Vrdlovcem i innymi odnieśli szereg sukcesów. 
Chyba najbardziej znaczący był udział w Międzynarodowych Zawodach 
Alpejskich w Austrii w 1949 roku, gdzie Tatraplany zajęły cztery pierwsze 
miejsca w klasyfikacji generalnej. Karel Vrdlovec zwyciężył na Tatraplane 
T 601 Monte Carlo i wygrał Silver Alpine Crossing.”

 
Na początku lat 50-tych wyprodukowano kilka egzemplarzy samochodów 
formuły Tatra 607, które kopiowały ówczesne przepisy Formuły 1. 
Niestety, „żelazna kurtyna” nie pozwoliła tym samochodom odnieść 
międzynarodowego sukcesu. Zespół zawodniczy Tatra, który w ostatnim 
okresie swojej działalności korzystał z zmodyfikowanych limuzyn 
Tatra 603, zakończył swoją działalność w 1967 roku. Od początku 
lat 70-tych silniki benzynowe Tatra chłodzone powietrzem weszły do ​​ 
oferty specjalnej dla nowego wówczas sportu samochodowego 
– autocross.


 
Do historii w niezatarty sposób przeszły także konkurencyjne warianty 
ciężarówek Tatra, ale ponieważ byliśmy tylko w muzeum samochodów 
osobowych, nie będę o sportowych ciężarówkach tu pisać.

 Tatra Ecorra Sport V8



„O uczczenie czeskiej legendy zadbały zakłady Eccora, w których zaprojektowano między innymi karoserie dla marki Innotech. Tym razem pod koniec 1996 roku przygotowano wyścigowe coupe Sport V8 na podwoziu Tatry T700, pamiętającym limuzynę serii 613 czyli... końcówkę lat sześćdziesiątych. Pod maską długiego na ponad 5,1 metrów auta znalazła się widlasta, wolnossąca, chłodzona powietrzem ósemka z czterema wałkami rozrządu o pojemności 4,4 litrów i mocy około 400 koni mechanicznych, połączona z 6-stopniową, sekwencyjną skrzynią biegów (początkowo pięciostopniową).

Samochód sportowy na filmie pokazany jest w końcowej części.
 

Pojazd o masie tylko 1150 kilogramów miał rozwijać prędkości 100 km/h w czasie niecałych 4,5 sekund i rozpędzać się aż do 300 kilometrów na godzinę, co stawiało go w pozycji najszybszego samochodu z Czech. Urodziny Tatry miała ostatecznie przypieczętować próba bicia krajowego rekordu prędkości, w który celowało też 220-konne coupe MTX. Na lotnym kilometrze na płycie lotniska Ostrawa w pobliżu miejscowości Mosnov uzyskano średnią 276 km/h. Sukces! Po udanej próbie Ecorra Sport V8 objechała kraj na różnych wystawach, a później brała udział w regionalnych wyścigach długodystansowych (Tatra kontra Gallardo - widok bezcenny), przechodząc w ciągu dekady niezliczone modyfikacje i zmieniła kolor z czerwonego na czarny. Po zrobieniu swojego jedyny egzemplarz spoczął w Muzeum Samochodów Sportowych w miejscowości Lany, położonej 35 kilometrów od Pragi.


 

Piękne coupe zaprojektowane przez Václava Krála zostało po raz 
pierwszy zaprezentowane publiczności podczas Salonu Samochodowego 
w Pradze w październiku 1991 roku. Nadwozie z włókna szklanego 
z klejonym szkłem zostało umieszczone na rurowej ramie przestrzennej 
połączonej z nitowanymi profilami ze stopów lekkich. Z przodu Králova 
Tatra posiadała składane reflektory, drzwi otwierały się do góry i do 
przodu. Klinowy profil nadwozia wykończono ostro ściętym tyłem 
ze zintegrowanym spojlerem. W sumie w Metalexie zbudowano cztery 
samochody MTX Tatra Sport. Z jednym z nich, inż. Petr Bold w 1997 roku 
ustanowił krajowy rekord prędkości 210,895 km/h.

 
   Dziś słynną sportową tradycję samochodów Tatra podtrzymuje zespół 
Tatra 603 z Koprzywnicy, założony w 1996 roku przez braci Hajdušków, 
synów Stanisława Hajduška, którzy w 1967 roku jeździli jednym 
z samochodów Tatra 2-603 B5 (pilotnicy Veřmiřovský , Mark) na trasie 
Marathon de la Route. Starannie odrestaurowali ten samochód i jest on 
używany w zabytkowych wyścigach pod górę i na torach w kraju 
i za granicą.”

 


 

https://www.muzeumnj.cz/tatra/expozice/se-sportovnimi-ambicemi

https://www.eurooldtimers.com/cze/historie-clanek/905-tatra-sportovni
-modely.html
https://autogen.pl/dna-135-tatra-ecorra-sport-v8.html
https://3dosetki.pl/aktualnosci/tatra-mtx

 

 

07 grudnia 2023

A tymczasem: -Zawiyrej dźwiyrze, bo mi ciasto spadnie

Moja babcia Emilia (mama taty, mamy mojej matki nie poznałam, bo zmarła tragicznie przed moimi urodzinami), smażyła wspaniałe pączki. Każdy pączek był nadziany śliwkowymi powidłami, był puszysty, miał chrupiącą skórkę i wokół biały paseczek. Przy smażeniu pączków babcia stosowała reżim kuchenny. Kiedy ciasto rosło, w postawionej na stole kuchennym  miednicy pod czystą ściereczką, nikt nie mógł pałętać się po kuchni, ani wyjść, ani wejść do niej, bo od razu babcia groźnie warczała:

- Zawiyrej dźwiyrzy, bo mi ciasto spadnie.

A jak mimo ostrzeżenia pchaliśmy się w te lub we w te na siłę, to było:

- Sapraporta, sakramyncki kluki wynocha mi stąd!!- I ściera szła w ruch. Pilnowała ostro, by ciasto świetnie wyrosło i chyba to był właśnie ten etap pieczenia, w którym decydowało się być, albo nie być wspaniałego ciasta drożdżowego. Pączki smażyła w roztopionym smalcu wieprzowym (wersja super lux) albo w oleju rzepakowym (wersja super), albo w Ceresie (wersja ekonomiczna). Każdy pączek przewracała „szpilką” do krupnioków (kto nie wie, to mówię- taki patyczek łamany na kilka części i taką częścią przebijało się jelito z kaszą, by nie wypłynęła z niego). Całe pączkowe misterium odchodziło wtedy.

Oprócz pączków, babcia piekła drożdżowe buchty i super strudel (ale to już nie drożdżówka). Z tamtych czasów zostało we mnie przekonanie, że pieczenie drożdżówki jest bardzo trudne.

Jakby na potwierdzenie tego, do tej pory, niestety, nie dane mi było upiec udane ciasto drożdżowe. Dwa razy wyszły zakalce i powiedziałam sobie- drożdżowe? Never!

Ale ze mną, jak z tą żabą, jeżeli chodzi o takie np. kulinarne rzeczy (w życiowych jak raz zadecyduję, to jestem raczej konsekwentna)- żaba stała przed kałużą i zarzekała się: „Do wody? Ja mam wskoczyć? Do takiej wody? Nigdy”, po czym chlup i już się w kałuży moczyła.


No i wskoczyłam w ciasto drożdżowe. Ale tym razem miałam kulinarnego przewodnika, który pilnował każdego etapu tworzenia. Moja córa od dawna piecze chleby. Namawiała mnie do tego wielokrotnie, a ja nie i nie. W końcu stwierdziła, że mnie nauczy, no i nauczyła. Efekt na razie jest taki sobie. Są bułki, pachnie w domu nieziemsko, ale kształt bułek pozostawia trochę do życzenia. Za to smak…no naprawdę to są prawdziwe wodne bułki pszenne. 

Nie prowadzę bloga kulinarnego, dlatego zdjęcia z całego procesu pieczenia są zwyczajne, robione w normalnej, nie przestylizowanej kuchni.  

 I tak- uwaga będę się teraz mądrzyła, kto umie piec drożdżowe ciasto niech weźmie na wstrzymanie, a najlepiej niech ominie cały ten fragment- do garnka wlewamy mleko (w przepisie jest woda), kruszymy drożdże, dajemy łychę lub dwie cukru- w przepisie nie ma cukru, jednak ponoć drożdże lepiej rosną w jego towarzystwie. Wszystko mocno mieszamy.

Lekko nagrzewamy wszystkie palniki, by piec był ciepły i je wyłączamy. Jest to chyba najlepszy sposób, by drożdże mogły wyrosnąć w cieple ( wszystkie ścianki garnka są równo nagrzewane). Można oczywiście postawić koło kaloryfera, ale mnie właśnie się dlatego nie udawało ciasto, bo drożdże miały jednak zimno. Garnek stawiamy między palniki i przykrywamy ściereczką, dajemy drożdżom szansę na wyrośnięcie tak około 10-15 minut.

Przygotowujemy mąkę, sól, olej  no i mikser.

Na wyrośniętych drożdżach powinna pojawić się piana. Jeśli się nie pojawi, możemy cały proces z drożdżami zacząć od nowa. U mnie się pojawiła😀
 
Wlewamy zaczyn do misy miksera, wsypujemy połowę mąki i zaczynamy miksować- mikser planetarny ma iść na najniższych obrotach.Moje dziecię nie bawi się  w wyrabianie ciasta mikserem. Wszystko robi ręcznie. No cóż, widać ja jestem ta wygodnicka. 

Po kilku minutach miksowania, wsypujemy drugą część mąki, dajemy sól i wlewamy olej, miksujemy tak długo, aż ciasto będzie jednolicie gładkie. No i tu trzeba kontrolować gęstość ciasta. Jeżeli jest lejące, to dodajemy trochę mąki, ale zbyt dużo mąki powoduje, że ciasto po upieczeniu będzie twarde.

Po zmiksowaniu misa z ciastem znowu ląduje na nagrzanej płycie pieca  (powtarzamy historię z nagrzewaniem palnikami).

Przykrywamy ją ściereczką i zostawiamy ciasto do wyrośnięcia. No i mamy ten najważniejszy moment- nie wolno dopuścić do schłodzenia rosnącego ciasta, bo klapnie. Lepiej jak dłużej je zostawimy niż z niecierpliwością będziemy zaglądać "czy już". Jaki to czas? Mniej więcej około 45 minut do godziny.

No i pięknie wyrosło. Wyjmujemy ciasto na stolnicę, formujemy wałek, dzielimy na tyle części, ile chcemy mieć bułeczek. Formujemy bułeczki, kładziemy je na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Górę bułek zwilża się wodą i nacina nożem. Podobno bułki powinny leżeć nacięciem do dołu podczas dalszego wyrastania. Przykrywamy bułki, leżące na blasze, ściereczką i pozwalamy im dalej rosnąć. Dajemy im na to tak około 40 minut. Potem odwracamy je nacięciem do góry. Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni, bez termoobiegu, grzałka górna i dolna, wkładamy blachę z bułkami do piekarnika i pieczemy około 20 minut. W tym czasie lepiej piekarnika nie otwierać i znów lepiej im dać więcej czasu na pieczenie, niż wyjąć niedopieczone.

Przepis na bułki kajzerki  (9 sztuk)

- 400 g mąki pszennej  (do bułek stosować najlepiej typ 650, albo o większej liczbie),

- 240 ml wody ( ja dałam mleko),

- 20 g świeżych drożdży,

- płaska łyżeczka soli,

- 25 ml oleju (dałam dwie duże łyżki),

- dałam 2 duże łyżki cukru- w przepisie ich nie ma, ale drożdże lepiej rosną z cukrem, a w smaku bułek w ogóle go nie czuć,

- opcjonalnie sezam lub mak do posypania.

Takie wyszły moje pierwsze bułki drożdżowe. Hmmmmm...ale jestem dumna mimo ich plackowatego wyglądu.
 


Na co teraz zwrócić uwagę? Mąka jednak musi być grubiej mielona. Ja piekłam z mąki typu 500, a do pieczenia pieczywa używa się mąki typu 2000. Im grubiej mielona mąka, tym ciasto bardziej zwarte. I to było widać po moich bułkach- ciasto trochę się rozlało na blasze, a jak wyrosło, to bułki połączyły się bokami.

Niby takie placki płaskie, a w środku pięknie upieczone bez zakalca.

No nic to, trening czyni mistrza, następne bułki, mam nadzieję, będą bardziej udane, bo już opuścił mnie ten opór porzeciwdrożdżówkowy.
 

 

 

05 grudnia 2023

O ptasich głodomorach, szaliku i ziemi, co to pod zaborami nie była.

 

Nie zdążyłam przed tymi ogromnymi opadami śniegu postawić karmnika dla ptaków mniejszych.A głodomorki zlatywały się i szukały żarełka

Teraz też nie ma szans postawić go w kopnym śniegu. Trudno, nie będzie dla ptaszorów ziarna, podanego „na tacce” w jadłodajni. Muszą poczekać, aż się odsłoni trochę ziemi. Kupiłam za to 6 małych kul tłuszczowo- ziarnowych. Kupiłam je wiedząc, że ryzykuję niepotrzebnym wydatkiem. W zeszłym roku, co powiesiłam takie kule, to w nocy jakaś paskuda je kradła. Zostawały tylko wiszące sznureczki. Wieszałam je w różnych miejscach ogrodu i za każdym razem rano tylko te sznureczki smętnie z gałęzi zwisały.

Ale żal mi ptaków, bo do ziemi się przez śnieg nie przekopią, a na krzakach cisów, irgi, berberysu, trzmieliny już nie ma owoców, dlatego powiesiłam te kule bliżej domu. Dwa dni sobie wisiały i nic, a dzisiaj nareszcie sikory „trafiły’ na nie. 

Kosom tradycyjnie sypię  pokrojone drobno jabłka pod cis obok tarasu. Też przez jeden dzień leżały nietknięte, dzisiaj musiałam dosypać świeże. I kule, i kawałki jabłek, są widoczne przez drzwi balkonowe, dlatego mam nad nimi kontrolę. 

 

Latem zaczęłam robić szalik z włóczki w różnych motkach, która kupiłam ot tak sobie i ot tak sobie leżała przez dwa lata. No i ten szalik zaczęłam robić z myślą, że do zimy, przez jesienne miesiące go skończą. Indyk myślał….No i krosno na złożenie nadal czeka😀😀😀

 Kupiłam dwie książki o naszych sąsiadach zagranicznych. Jakoś tak głupio zwiedzać Czechy, zwiedzać Słowację, a wiedza o tych krajach, wprawdzie jakaś już jest, ale ciągle czuję jej niedosyt.


 Teraz czekam na „Historię Śląska Cieszyńskiego” tego samego autora, który napisał „Barbaricę”, Michaela Morys- Twarowskiego. Jest on historykiem, interesuje się historią Śląska Cieszyńskiego i prowadzi blog, na którym zamieszcza genealogię rodów Ziemi Cieszyńskiej. Taka niespodzianka. Oczywiście poszukałam na tym blogu genealogii moich przodków i jest tyle o nich, ile dało się wyszperać w księgach parafialnych. Zapis w Księgach dotyczy raptem 8 osób z rodu mojego ojca. Niemniej dotarłam do mojego pradziadka. Nawet adres domu miał już ten sam, co moi dziadkowie. A była to druga połowa XIX wieku i przecież urodził się w Austrii. Zresztą moi dziadkowie też urodzili się obywatelami austriackimi. Tu nigdy nie było zaborów, a do 1918 roku mieszkali tu obywatele austriaccy narodowości polskiej.

Wciąga mnie coraz bardziej historia tego regionu i szerszych okolic (no i  następne posty o Wołochach czekają przecież😃). I co ciekawe, coraz mniej interesuje mnie historia innych regionów Polski. Coraz mniej interesuje mnie Polska jako kraj, dla którego warto jeszcze coś poświęcić. Tak mi pisuary go obrzydziły i nie tylko oni, bo wszakże mają swoich zwolenników: „patriotów” „katolików”, „narodowców” itp. itd.

Śląsk, tak Śląsk jeszcze mnie interesuje, zwłaszcza Górny, ale moje zainteresowania coraz bardziej ciążą ku południowej stronie mapy. Jedno jest pewne- ludność tych ziem niezbyt chciała do Polski po odzyskaniu niepodległości przez nią, a marzenia o Księstwie Cieszyńskim, wśród tutejszej ludności nadal dobrze się mają. Historycznie, etnograficznie i kulturowo ta ziemia i jej południowe „okolice” są bardzo interesujące. Zebrałam już sporą literaturę na ich  temat, a teraz muszę znaleźć czas, by te wszystkie pozycje przeczytać.

Takie zachody widzę, kiedy siedzę przed komputerem.

Wczoraj było malinowo.

Dzisiaj złociście.


 

03 grudnia 2023

Oooooo ja Cierpię dolę, czyli kup se domeczek w Beskidach.

 


Och, jaka piękna zima, och  beautiful, och lovely, och wonderful…. 
No, fakt bieluśko, czyściutko, tylko tego śniegu mogło by nie być.
Padał i padał, i padał, i padał…. Młodzi wczoraj około 15. odśnieżyli 
chodniki, parking, a o 18. znów leżała 10 centymetrowa warstwa śniegu. 
Dzisiaj rano warstwa ta podrosła o kolejne 10 centymetrów. 
No i mamy 40 centymetrów śniegu wszędzie. Po opadach pierwszego 
śniegu, cieszyłam się, że już nie ma tui, by się gięły i łamały. Za to mamy
 teraz przed oknem przygięte do ziemi  grube gałęzie cisa. Szlag mnie 
trafi- jak jeszcze dopada, to się połamie, a odśnieżyć go definitywnie nie 
można, bo śnieg leżący na wysokich gałęziach nie jest możliwy 
do strzepania. 
Kwiaty hortensji, zgodnie z ogrodniczą poradą, nie ścięte, teraz leżą 
przy ziemi, a gałązki są połamane. W zeszłym roku, na jesień ścięłam 
wszystko i nic im się nie stało, teraz posłuchałam rady 
(lepiej ciąć wiosna, a i zimą tak pięknie zdobią ogród😠)
i mam hortensje zniszczone.
A w ogóle to na razie czuję się jak ten mieszczuch z opowiadania 
o domku, w przepięknych Beskidach, zimową porą.
 Wymarzony domek w Beskidach.
 

ZIMOWA OPOWIEŚĆ:
2 sierpnia
Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu w Beskidach. Boże jak tu pięknie. Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokryją się śniegiem.

4 października
Beskidy są najpiękniejszym miejscem na ziemi!!! Wszystkie liście zmieniły kolory na tonacje pomarańczowe i czerwone. Pojechałem na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłem kilka jeleni. Jakie wspaniałe i okazałe, Jestem pewien, że to najpiękniejsze zwierzęta na świecie. Tutaj jest jak w raju. Boże !!! Jak mi się tu podoba.

11 listopada
Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłem się, a za oknem wszystko było przykryte białą, cudowną kołderką. Wspaniały widok. Jak z pocztówki bożonarodzeniowej. Wyszliśmy całą rodziną na zewnątrz. Odgarnęliśmy śnieg ze schodów i odśnieżyliśmy drogę dojazdową do naszego pięknego domku. Później zrobiliśmy sobie świetną zabawę - bitwę śnieżną (oczywiście ja wygrałem). Wtedy nadjechał pług śnieżny i zasypał to co wcześniej odśnieżyliśmy, więc znowu musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdową. Super sport. Kocham Beskidy.

12 grudnia
Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Odśnieżyłem drogę, a pług śnieżny znowu powtórzył dowcip z zasypaniem drogi dojazdowej. Po porostu kocham to miejsce.

19 grudnia
Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdną drogę dojazdową nie mogłem pojechać do pracy. Jestem kompletnie wykończony ciągłym ośnieżaniem. Na dodatek bez przerwy jeździ ten pieprzony pług.

22 grudnia
Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tych białych gówien. Całe łapy mam
w pęcherzach od łopaty. Jestem pewien, że pług śnieżny czeka już za rogiem żeby wyjechać jak tylko skończę odśnieżać drogę dojazdowa - sku******

25 grudnia
Wesołych, je****ch Świąt!!! Jeszcze więcej napadało tego białego, gównianego śniegu. Jak kiedyś wpadnie mi w ręce ten sku***** od pługu śnieżnego przysięgam - zabiję ch**a. Nie rozumiem, dlaczego nie posypują drogi solą jak w mieście, żeby rozpuściła to zmarznięte, śliskie gówno.

27 grudnia
Znowu to białe kurestwo spadło w nocy. Przez trzy dni nie wytknąłem nosa z domu, oczywiście z wyjątkiem odśnieżania tej *****ej drogi dojazdowej za każdym razem kiedy przejechał pług. Nigdzie nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod wielką górą białego gówna. Na dodatek meteorolog w telewizji zapowiedział dwadzieścia pięć centymetrów dalszych opadów tej nocy. Możecie sobie wyobrazić ile to jest łopat pełnych śniegu.

28 grudnia
Jeb***y meteorolog się pomylił!!! Napadało osiemdziesiąt pięć centymetrów tego białego kurestwa. Ja pi*****lę - teraz to nie stopnieje nawet do lipca. Pług śnieżny na szczęście ugrzązł w zaspie, a ten ch** przylazł do mnie pożyczyć łopaty. Myślałem że go od razu zabiję, ale najpierw mu powiedziałem, że już sześć łopat połamałem przy odśnieżaniu, a siódmą i ostatnią roz*****oliłem o jego zakuty, góralski łeb.

4 stycznia
Wreszcie jakoś wydostałem się z domu. Pojechałem do sklepu kupić coś do jedzenia i picia. Kiedy wracałem, pod samochód wskoczył mi jeleń. Ten po*****y zwierz z rogami - narobił mi szkód na trzy tysiące. Przez chwilę przebiegło mi przez myśl, że jest on chyba w zmowie z tym ch**em od pługu śnieżnego. Powinni powystrzelać te sk***ysyńskie jelenie. Że też myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie.

3 maja
Dopiero dzisiaj mogłem zawieźć samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie jak zardzewiał od tej *****ej soli, którą jednak sypali drogę. Na podjeździe stał zaparkowany, umyty i błyszczący pług śnieżny z nowym kierowcą. Tamten podobno jeszcze leczy roz*****y łeb. Na szczęście od uderzenia stracił pamięć, bo jeszcze poszedłbym za ch**a siedzieć.

18 maja
Sprzedałem tą zgniłą ruderę w Beskidach jakiemuś wypacykowanemu inteligentowi z miasta. Powiedział, że całe życie o tym marzył i zbierał kasę, aby na emeryturze odpocząć. A to się głupi **** zdziwi jak przyjdzie zima i ten drugi **** wyjdzie ze szpitala. Ja przeprowadziłem się z powrotem do mojego ukochanego i urokliwego miasta. Nie mogę sobie wyobrazić jak ktoś mający chociaż troszeczkę rozumu i zdrowego rozsądku. Może mieszkać na jakimś zasypanym i zmarzniętym zadupiu w Beskidzie...
https://potworek.com/dowcipy/pokaz/zimowa-opowiesc

I tak to dzisiaj wygląda, zdjęcia robiłam z domu. Nie trzeba domku w Beskidach i sarenek za oknem, ale te góry są blisko. Pług owszem, już dwa razy przejechał i zasypał odśnieżony podjazd, kurności.




 Jakiś ufok zaplątał się przy cisie- tyle dało się go odśnieżyć- cis nie ufoka.

Widok z okna kuchennego.
Przed dzisiejszym odśnieżaniem.
Zimowa "stacja pomiarowa"

A śnieżek dalej sobie pada, i pada, i pada.....
😡😡😡