Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie.

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

30 stycznia 2012

Powiało mrozem

Wyszłam na chwilę na dwór, bo Jowisz z Księżycem bardzo blisko siebie są. I dodatkowo Wenus, która jaśnieje mocno, chciałam zobaczyć. Wczoraj pokazywałam J. jakie to śliczne. Księżyc jak rogalik i po bokach dwie ogromne gwiazdy. Dzisiaj wyszłam za późno. Jowisz z Księżycem coś tam gadulą, a Wenus poszła spać. Bardzo lubię patrzeć na gwiazdy. Bardzo…..Przywitał mnie straszny wiatr i mróz. Najgorsza zimowa pogoda. Zuzia szybciutko załatwiła, co trzeba i zwiała do domu. Marzną jej łapki. Słowa…. Kiedy lejemy piwo do wysokiej szklanki bardzo się pieni, burzy, geruje. Piana podnosi się i wylewa. Jeszcze chwilę bąbelki w piwie lecą do góry, a potem wszystko się uspokaja. Pozostaje czysty klarowny płyn. A rosół? Taki normalny rosół z kury. Na początku gotowania, na powierzchni, zbiera się szara szumowina. Potem ją usuwamy i pozostaje złocisty rosół.  Lubię patrzeć na gotujący się rosół. Powinien tylko tak delikatnie „mrugać”. No i ten zapach. Niektóre słowa, jak ta piana, jak szumowina, inne klarowne, przejrzyste. Takie skojarzenia dzisiaj mi przyszły mimochodem. Jaką wagę mogą mieć słowa w różnych miejscach?
Wczoraj byliśmy z J. w fajnej karczmie na obiedzie. Miałam wykłady w „nieciekawych” godzinach. Nie zdążyliśmy zjeść przed, to postanowiliśmy po, czyli późnym popołudniem. Karczma jest przy drodze do Pszczyny, nad zalewem. Na uboczu.
Cicho, ciepło, "bajkowo", mogliśmy sobie pogadać tak randkowo. W dodatku miła i szybka obsługa. A to jedzonko???? Pycha....
Trochę fotek z….




20 stycznia 2012

Rude prowokatorki

 Mieszanka trawki z jabłkiem, czy jak kto woli żubra z jabłkiem niczego sobie. Osobiście nie przepadam, ale... Zołza narobiła mi spirytusem smaku i... czystego przecież pić nie będę, choć tam jakiś zapas do tych chrustów w piwnicy stoi. Odwilż jak sto diabłów, a z odwilżą śnieg gęsty, wielki i mokry walił przez całe popołudnie,Bleee! Nie powiem, zrobiło się malowniczo, nawet bardzo. Bielutko, czyściutko... i ... łopata... śnieg, pryzma, łopata.... śnieg, pryzma, łopata, śnieg, pryzma.... szuuuuuuuuuussssssss.....w duecie na cztery ręce. To i potem tego zmachanego robaka trzeba na 40% upoić. A mnie wczoraj małpy jedne, wiewiórki znowu wabiły. Prowokatorki. Mam biurko w kącie między oknem i drzwiami balkonowymi. A one mają swoją codzienną trasę właśnie nad drzwiami balonowymi, po bluszczu, na okno- galopem po parapecie, szus na cisa, potem na górny taras (widać brzeg z okna), na krokiew i na strych. Często  trasę pokonują w odwrotnym kierunku. Nierzadko biegają po brzegu górnego tarasu, siedzą tam i wcinają orzechy, które im wysypujemy. Niestety, paskudy są bardzo czujne, zmyślne i ruchliwe. "Upolować" je jest strasznie trudno. Jednak wczoraj zawzięłam się i.... zdjęcia robiłam przez szybę. Na niektórych odbija się firanka. Wiem, że są niedoskonałe, ale je tu pokażę, bo miałam niemałą frajdę, że w ogóle ją "złapałam". Przyznam, że mam bzika na punkcie naszych prawie oswojonych rudzielców. Wróć- jednego rudzielca i jednego czarnucha.
 Pisałam wykład, kiedy.... tup tup tup.... galopem przeleciała po parapecie. Aha, dzisiaj trasa odwrotna. No to... wzięłam aparat i stanęłam sobie przy drzwiach balkonowych. najpierw zapędziła się za filar na balkonie. Zobaczyłam tylko ogonek. No to po ptokach pomyślałam. Trudno. Ale....
 Jest. Wraca. Szybciutko nastawiłam aparat i zaczęłam pstrykać jak szalona. Zupełnie jakby mi odbiło. MUSIAŁM ją mieć. Oczywiście aparat ustawia się w jakimś czasie, to i zdjęć musiałam wyrzucić sporo.
 Wiewiórka podleciała pod drzwi i.... siadła sobie tyłem na progu. Wstrzymałam oddech. Spróbujcie robić zdjęcia na półoddechu...
 Potem powoli przesuwała się wzdłuż drzwi. Nadal prawie nie oddychałam. Zero ruchu...
 A ona dalej spokojnie ....
 Tu nagle coś do niej dotarło. Uniosła łepek....Przestałam oddychać...
 Wróciła i.... bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Teraz ona zgłupiała. Przestałyśmy oddychać obie....A minę ma taką, jakby chciała powidzieć: No i czego się gapisz? Wiewiórki nie widziałaś????
 Odwróciła się i poleciała na murek przy zejściu do piwnicy.... jeszcze chwilę pomarudziła. Wskoczyła na bluszcz przy ścianie i tyle ją widziałam.
 A po godzinie.... słyszę,że idzie po bluszczu nad drzwiami balkonowymi. Łaps za aparat... a to była ta ciemniejsza. Teraz ona sobie na spacer wyszła. Trasą odwrotną.
Pobujała się na bluszczu, potem na parapet, ale tu już nie miałam szans.
No i wieczorem nauczyłam się nastawiać aparat na zdjęcia seryjne. 

17 stycznia 2012

No i co z tym teraz zrobić?

Yes, Yes, Yes!!!!!!!!! Napisałam, stworzyłam wymęczyłam, wy….. SPRAWOZDANIE!!!!! Mało tego.. całkiem niezły mi bajer wyszedł (tu przymrużenie oka). Bajer w postaci koncepcji pracy habilitacyjnej. No i teraz mam zagwozdkę. Jeszcze rok temu, kiedy skończyła mi się umowa i nie mogłam znaleźć zatrudnienia na uczelni, postanowiłam „tworzyć’ dalej. Napisać książkę, którą spróbuję gdzieś wydać. Nie potrafię… po prostu nie potrafię nie pisać. Zboczenie takie mam i już. Przez rok coś tam sobie pisałam i raczej nie wierzyłam, że jeszcze będę pracowała na uczelni. Ot, taki luzik produkcyjny. Ale stało się. Nieoczekiwanie dostałam zatrudnienie i jestem zobowiązana do pracy naukowej. Habilitacja w moim wieku to… poroniony pomysł i do kitu. Raz, że potrzebuje ogromnych nakładów finansowych; dwa- nigdy nie wydam potrzebnej liczby pozycji i w dodatku w punktowanych czasopismach, a mój dorobek (chociaż niezły) jest zbyt mały; trzy nigdy mi się pod żadną postacią nie „zwróci” (no może prestiżowo, ale po co mi prestiż na emeryturze?); chcę iść za 4 lata na emeryturę, a nie sądzę, że dam radę zrobić habilitację do tego czasu przy takich wymaganiach i w takich warunkach. No i znowu zęby w ławkę! Ale…. kiedy napisałam tę koncepcje, coś we mnie jęknęło z żalu. Mam to…mam…… Teraz napiszę. Wydam (mam nadzieję, bo pomysł dobry) I co? Dalsza procedura łamie i rzuca na kolana. A teraz poważniej. 6 lat pracowałam nad doktoratem (2 letni poślizg nie z mojej winy), 6 lat wyjęte z życiorysu. Nie chcę już tak. Zarwane noce, błędne spojrzenie, głowa puchnąca od zdań,.... czasowy terror- nie zdążę, muszę się pospieszyć, mam termin… psychiczny terror- a co będzie, jak źle napiszę, jak się skompromituję, jak nie zdam egzaminów, jak nie obronię….domowy terror- znowu nie wyprane, ogród zapuszczony, byle jak posprzątane…. I wieczne wyrzuty sumienia, bo ciągle coś „niedociągnięte", coś zaległe do zrobienia. Stosy książek, stosy kartek…I potem to horrendalne zmęczenie i chodzenie przed obroną na rzęsach (w pół roku zdałam wszystkie egzaminy i obroniłam), a po obronie bezsenne noce, bo emocje nie chciały opaść. No Jaskóła- rób habilitację i resztę życia sobie zawal. Przeżyj to jeszcze raz…..
Kos w zimowej odsłonie na sumaku




13 stycznia 2012

Styczniowa burza

W środku nocy obudził mnie potężny huk. Półprzytomna stanęłam prawie na baczność- Słyszysz???? Co się stało???? krzyknęłam do J. Odpowiedziało mi cichnące dudnienie i rytmiczne pochrapywanie z boku. No tak. Tego nic nie ruszy. Mój mąż to nawet Apokalipsę gotów przespać słodkim snem. Szczęśliwy człowiek. W środowisku motocyklistów słynie jako ten, który zasypia na rozkaz. No dobra, ale co to było? Burza? W styczniu burza? Wyrwało mnie z łóżka i galopem poleciałam wyjąć wtyczki routera i kompów z gniazdek. O nie! Już raz nam strzelił w trakcie burzy modem. Zachodu z odzyskaniem dostępu do sieci było co niemiara. Prawie pół tygodnia przerwy, nie mówiąc już o  kosztach, bo trzeba było nowy router kupić. No i naprawa mojego kompa, bo coś w głównej płycie strzeliło, też nieźle kosztowała. A mówiłam, że trzeba przed burzą wyjmować z gniazdka. To  się nie chciało.Teraz, kiedy tylko lekko zagrzmi, wszyscy lecą na wyścigi wtyczki wyjmować, chociaż router mamy na wszelki wypadek bezprzewodowy. A wracając do dzisiejszej burzy- krótka, ale intensywna. Młoda zeszła rozespana z góry i z przejęciem opowiadała, jak to w jej śnie samochód koleżanki wybuchł. Zobaczyła błysk i huk ją ogłuszył, otworzyła oczy i słyszy-  huczy i huczy. Zgłupiała. Potem uświadomiła sobie, że to burza. Ledwo ją "wygoniłam" z powrotem do łóżka, Zuza zaniepokojona, wygramoliła się ze swego legowiska, stanęła obok mojego łóżka i zaczęła mnie lizać po twarzy, włosach. Zanim ją uspokoiłam, znowu minęło kilka dobrych minut. Potem jeszcze raz porządnie zagrzmiało, ale dalej, zerwał się na krótko gwałtowny wiatr i nagle wszystko ucichło. A J. nadal sobie spokojnie chrapał. Dzisiaj pogoda taka bardziej marcowa. "Przelotowe" śnieżyce i miejscami bezchmurne niebo. Jednak pod wieczór posypało drobnym śniegiem i jest biało.
Trochę żółtego z zielonym. To takie optymistyczne kolory :)