„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

30 stycznia 2026

A tymczasem trup wroga spłynął w dół rzeki.

 


Tym razem styczeń bardzo mi się dłużył. Na szczęście już się kończy. Powietrze się zmienia, naświetlenie się zmienia, dzień się wydłuża. Nie będę narzekać na zimno, bo u nas i tak jeszcze łagodnie jest. Najniższa temperatura w styczniu wyniosła -9 stopni w nocy (parę razy). W dzień temperatury, bardzo często, były trochę powyżej zera, ale słonecznych dni w tym miesiącu było mało. Śniegu tez spadło niewiele w porównaniu z zimami, kiedy potrafiło napadać po 30 centymetry i więcej. Teraz przeczekać jeszcze te parę dni, w których mają być mrozy do – 11 stopni i potem prognozy są już bardziej optymistyczne. Tak, czyli dyżurny pogodowy temat chyba wyczerpałam.

Wczoraj zobaczyłam wychodzące z ziemi narcyzy. Mają już 2 centymetry wysokości. Narcyzy wychodzą, ale śnieżyczek jeszcze nie widać. Oczar też jeszcze uśpiony. I kalina pachnąca również.

Próbowała kwitnąć już w grudniu, a teraz nie jestem pewna, czy nie przemarzała. Oglądałam pączki, ale mało można po nich wyrokować, czy zakwitną jeszcze. Ciekawa jestem, czy jeż, któremu zrobiłam zimową norę, przeżyje. Mogłabym w marcu sprawdzić, rozgrzebując stosik, ale nie mam ochoty na to. Boję się, co tam mogę zobaczyć. Może lepiej zostawić to wszystko naturze. Co się stanie, to się stanie i znów muszę stwierdzić- generalnie nie mam wpływu na to, co wyczynia natura.

Zatęskniłam za haftem. Wygrzebałam rozpoczęty haft na dżinsowej bluzce i mam zamiar trochę popracować nad dalszą częścią. Jeden ptaszor już jest, teraz wyhaftuję jakiś badylek, a potem następnego ptaszora. Motyw ptaka znalazłam na Pintereście. Bardzo mi się spodobał, jest lekki, niebanalny. Był częścią innego haftu, ale ja sobie sama opracuję swój projekt na bluzkę.

Czytam biografię Żeleńskiego-Boya. Czy ja wiem? Nie powala, ale sporo interesujących rzeczy o epoce, w której żył, można przeczytać. Choćby te o Tetmajerach czy Przybyszewskich. Dawno temu czytałam pozycje i o Przybyszewskim, i o Dagny Przybyszewskiej. Ich życie to istne szaleństwo, zwłaszcza jego. Zresztą niemal cała ówczesna bohema wiodła życie nietuzinkowe.

A dzisiaj uśmiałam się serdecznie. Diabeł we mnie zachichotał i rzekł- Widzisz- to jej prawdziwa natura, choćby się nie wiem jak zarzekała, awantury i dokopywanie innym, to jej specjalność

Śledzę na Facebooku opowiadania pewniej pani, która dzierga czapki. Czapki są śliczne, pani fajnie opowiada. Ma na Facebooku swoje prywatne konto, nie jest to grupa, dlatego ten, kto tam komentuje ma wybór- słuchać, albo tam nie wchodzić. Jeżeli ktoś komentuje to dobrowolnie i świadomie.

Dzisiaj pani opowiadała, jakie to komentarze są pod jej filmikami. I nie zgadniecie, kto tam się kąśliwie wypowiedział. 

Poznajecie tę buźkę? No tę w niebieskiej otoczce?

 


Zobaczcie, gdzie nasza półgwiazda robi teraz zadymy. Blogi jej nie wystarczyły, to trzeba bezinteresownie dokopywać kobiecie, która nikomu nic złego nie robi, jest uprzejma i nadzwyczaj cierpliwa wobec tych komentarzy. 

Komentarz basieńki czepliwy, zjadliwy, z pretensją, z nutą ordynarnej wyższości. Wlazła na konto kobiecie i bezinteresownie, bez jakiegokolwiek powodu, hejtuje.

Tu jest dalsza część dyskusji. No i po co to wymądrzanie się basieńki?

Barbara Anna Serwin

Boże co za łopatologia. Czy Pani naprawdę uważa obserwujących za idiotów, którym trzeba po 2, 3 razy powtórzyć, żeby zrozumieli?

Maria Nowacka

Barbara Anna Serwin sądząc po wpisach niektórzy jeszcze nie rozumieją ....

Autor

Czapki Uli

Proszę mnie nie pouczać i nie obrażać, skoro się pani nudzi, proszę nie oglądać

Jo von Boch

Barbara Anna Serwin czemu ten komentarz ma służyć?Dla jednych jest to oczywiste a innym otwiera oczy.Inni są jak widać po komentarzu jak puszka Pandory.Nic miłego po otwarciu nie wyjdzie.

Aneta Szatkowska

Barbara Anna Serwin poczytaj komentarze... Mimo że łopatologicznie to i tak wciąż są tacy którzy nie rozumieją

Susan Stalenka

Barbara Anna Serwin tak, bo wiele osób nie rozumie, skąd się bierze wysoka cena.

Barbara Anna Serwin

Susan Stalenka ja nie mam nic do ceny, bo to wyłączna decyzja dziewiarki i kupującego. Co prawda dziwi mnie trochę wliczanie ciepła w domu do ceny produktu, ale reszta jest ok. Ale powtarzanie po kilka razy tej samej informacji jest dość irytujące, bo dziewiarki nie są ograniczone umysłowo, żeby nie wiedzieć, że jeżeli jeden motek wełny kosztuje 70 zł to 3 motki będą kosztowały 210 zł, że jeżeli czapka jest z 2 10 dkg motków to waży 20 dkg. Po co więc mówić i mówić jedno i to samo, szkoda czasu. Słuchając autorki czułam się jak nierozgarnięty przedszkolak w zerówce i z trudem dobrnęłam do końca, bo jednak temat mnie interesował. Myślę, że wiele dziewiarek oglądających rolkę miało podobne odczucia tylko uzbroiły się w cierpliwość i nie poruszyły tego tematu. Gdybym była na miejscu autorki to chciałabym wiedzieć jak to co robię odbierają moje widzki, chociażby po to, żeby robić coraz lepsze materiały.”


No proszę, pani „wiem lepiej” nie odpuści, musi mieć ostatnie zdanie i nadal pouczać- mega czepialska.

Ja rozumiem, że mogła na własnym blogu zdechnąć z nudów, bo mało kto tam komentuje- zgasła naczelna gwiazda, nie ma kto podburzać głównej blogowej „adwokatki”, ale po co od razu zadyma na fejsie? Po prostu ta pani ma naturę awanturnicy i koniecznie musi komuś dokopywać. Blogerki się przyzwyczaiły do jej wyskoków personalnych, nie dają się prowokować, to poszukała sobie do robienia awantur inne poletko. Screen zrobi swoje- nie wyprze się swojej wredoty.

I nie mam żadnych obiekcji, że to wsadzam. Za te wszystkie jazdy, jakie mi urządziły, za te kłamstwa na mój temat, za te wszystkie niewybredne epitety pod moim kątem, za oczerniania mnie w blogosferze. A wiele blogerek dobrze wie, że taką jazdę nie tylko mnie zrobiła.

Chińskie przysłowie mówi „Usiądź na brzegu rzeki i poczekaj, aż trupy twoich wrogów spłyną z prądem".

Właśnie jeden popłynął w siną dal. 


 

29 stycznia 2026

Dzisiaj tylko to

 


Przez zimowy mróz i lód
W dół Nicollet Avenue
Miasto w płomieniach walczyło z ogniem i lodem
Pod butami okupanta
Prywatna armia króla Trumpa z DHS
Karabiny przypięte do płaszczy
Przybyli do Minneapolis, by egzekwować prawo
A przynajmniej tak głosi ich historia
Przeciwko dymowi i gumowym kulom
O świcie
Obywatele walczyli o sprawiedliwość
Ich głosy dźwięczne w nocy
I były krwawe ślady
Tam, gdzie powinna być litość
I dwie martwe osoby pozostawione na śmierć na zasypanych śniegiem ulicach
Alex Pretti i Renee Good
O, nasz Minneapolis, słyszę twój głos
Śpiewający przez krwawą mgłę
Będziemy bronić tej ziemi
I obcego pośród nas
Tu, w naszym domu, zabijali i włóczyli się
Zimą 1926 roku
Będziemy pamiętać imiona tych, którzy zginęli
Na ulicach Minneapolis
Federalni bandyci Trumpa pobili go
Jego twarz i klatkę piersiową
Potem usłyszeliśmy strzały
A Alex Pretti leżał martwy na śniegu
Oświadczyli, że działali w samoobronie, proszę pana
Tylko nie wierzcie własnym oczom
To nasza krew i kości
I te gwizdki i telefony
Przeciwko brudnym kłamstwom Millera i Noem

Och, nasz Minneapolis, słyszę twój głos
Płaczący przez krwawą mgłę
Będziemy pamiętać imiona tych, którzy zginęli
Na ulicach Minneapolis
eraz mówią, że są tu, by stać na straży prawa
Ale depczą nasze prawa
Jeśli twoja skóra jest czarna lub brązowa, przyjacielu
Mogą cię przesłuchać lub deportować na miejscu

W okrzykach „ICE, precz!”
Serce i dusza naszego miasta trwają
Przez potłuczone szkło i krwawe łzy
Na ulicach Minneapolis
O, nasz Minneapolis, słyszę twój głos
Śpiewający przez krwawą mgłę
Tu, w naszym domu, zabijali i włóczyli się
Zimą 26 roku
Staniemy w obronie tej ziemi
I obcego pośród nas
Będziemy pamiętać imiona tych, którzy zginęli
Na ulicach Minneapolis
Będziemy pamiętać imiona tych, którzy zginęli
Na ulicach Minneapolis


25 stycznia 2026

Warkocz, kok a może rożki- dawne fryzury słowackich kobiet.

 

Pamiętacie, jak opisywałam Wam niezwykłą słowacką wieś Cziczmany? 
Tę, w której drewniane domy są malowane w piękne wzory? 
Wtedy zamieściłam parę filmów z muzeum, znajdującym się 
w Domu Gregora. Na filmach pokazałam przedmioty codziennego użytku, 
jakimi dawniej posługiwali się mieszkańcy Cziczmanów. Tam też zauważyłam 
w gablotach dziwne  materiałowe "kule” oraz wąskie czepce.


Obok tych eksponatów ukazano na modelach, do czego one służyły. 
Po prostu pomagały cziczmańskim kobietom układać włosy w specyficzną 
fryzurę.

Dawna fryzura kobiet cziczmańskich.

Podstawą fryzury były przeczesane włosy z powrotem, w środku głowy podzielone przez przedziałek na dwie części. Na górze oba pasma były skręcone lub zawiązane tasiemką w dwa długie kucyki, a następnie dalej ukształtowane za pomocą podkładek. Podkładki były miękkie, wykonane z lnu, konopi, owczej wełny, wykonane z drewna lub metalu, o różnych kształtach i zwykle pokryte tkaninami. Skręcone w pasma włosy, owinięte wokół kulistej podkładki, przymocowane były do niej bawełnianymi lnianymi wstążkami. 


Rezultatem był dwurożny kształt fryzury. Na to nakładano mały czepiec, obejmujący tylko te dwa kuliste „rożki” i mocowany za pomocą sznurka lub wstążki. 

Ten mały czepiec był z jednolitej lnianej tkaniny lub koronkowy. Na tak ukształtowaną fryzurę zakładano haftowaną chustkę (przeważnie białą z cziczmańskim haftem), w taki sposób, by jej rogi z tyłu były nierówno ułożone, co nadawało całości niezwykłości i elegancji.

 

Ale chusty zakładano od święta oraz gdy wychodzono z domu. Na co dzień kobiety cziczmańskie poprzestawały na ujęciu włosów na podkładkach, albo nałożeniu na te podkładki małego czepca.

 


Tekst, który znajduje się pod filmem, przetłumaczony na język polski ze słowackiego,
mówi o fryzurach, jakie dawniej nosiły kobiety w różnych regionach Słowacji. 
Film pokazuje sposób układania fryzury noszonej przez kobiety 
w dawnych Cziczmanach. 

 
Opowiada realizatorka projektu Petra Toth (nakręciła parę filmów 
o dawnych fryzurach Słowaczek). 
Kiedy byłam na Balu Operowym, uszyłam sukienkę nawiązującą 
do oryginalnego haftu na fartuchu noszonego w Telgárcie. Zastanawiałam 
się, jaką fryzurę zrobić z tą sukienką z haftem i wybór był oczywisty. 
Założę dwa warkocze. 
Dziennikarze napisali: „chciała być interesująca”, włosy jak „Ribana”, 
a ostatecznie dziennikarze nazwali moją fryzurę „nietradycyjną”.
 
Chciałam pokazać ludziom, że warkocze to najprostsza i najbardziej 
tradycyjna fryzura, jaką może mieć Słowaczka. I nie tylko warkocze, 
ale także wiele innych wariantów fryzur, noszonych codziennie przez nasze
kobiety w okresie przejściowym.
Dlatego postanowiłam rozpocząć ten projekt, który jest mi bliski, 
aby wszyscy wiedzieli, że na przykład rozpuszczone włosy to najbardziej 
niekonwencjonalna fryzura, jaką może mieć dorosła i zamężna Słowaczka. 
Nakręcenie tych filmów było ciężką pracą. Po pierwsze, większość 
oryginalnych fryzur zniknęła, ponieważ kobiety przez dekady nosiły krótkie
włosy i wypełniały czepki wzmocnieniami i wypełniaczami. Albo wiele 
z tych, które mogłyby to robić, to stare babcie, które już tego nie potrafią,
bo mają słaby wzrok. Albo wielu, nawet młodszych, nie chce nas uczyć 
i zachowuje swoją wiedzę dla siebie, a kiedy znaleźliśmy ludzi 
chętnych do pokazania fryzury, baliśmy się pozbyć czepka. To zrozumiałe, 
ponieważ  większość ludzi traktuje nasze dziedzictwo z lekceważeniem. 
Dziękujemy wszystkim, którzy zechcieli podzielić się swoją wiedzą na temat 
oryginalnych fryzur i pożyczyć nam piękne kapelusze. Bo dziś stoimy 
na skraju wyginięcia i utraty nawet tak pozornie nieistotnej wiedzy, 
jak nasza oryginalna fryzura słowackich kobiet. Panie i panowie, spójrzcie 
na fryzury, które mężatki na wsi nosiły na co dzień.
 
Włosy były ważnym elementem stroju, stanowiły bogactwo każdej kobiety
i nigdy nie zdarzyło się, żeby mężatka wyszła z domu bez fryzury 
i nakrycia głowy, czy to kapelusza, czy szalika”

I jeszcze o dawnych fryzurach u kobiet słowackich:

Długie włosy, których wymagały te fryzury, dziewczęta i kobiety hodowały od wieku dziecięcego. Tylko w niektórych rodzajach fryzur długość lub gęstość włosów została skorygowana przez wycięcie, ewentualnie uzupełniana pasmami lnianymi lub konopnymi. Do kształtowania włosów stosowano różne domowe sposoby. Sposoby dostosowywania i utrzymywania fryzur często miały niekorzystne skutki zdrowotne. Przy czesaniu skomplikowanych fryzur pomagały kobietom kobiety lub dziewczęta z rodziny lub kobiety, które wykonywały tę służbę dla całej wioski. Od połowy XIX wieku fryzury zaczęły być łatwiejsze. Podkładki, jeśli nadal były używane, były używane tylko do utrzymania kształtu kapelusza lub szalika. Nowszy rodzaj fryzury był bez podkładki. Rozszerzył się on się pod koniec 19 i na początku XX wieku pod wpływem środowiska miejskiego na całe terytorium, zwłaszcza preferowany był we wschodniej Słowacji. Włosy były uwikłane w jeden, dwa warkocze, które były zapięte tkaninami, igłami, wilkami lub grzbietem. Fryzura była często powszechna zarówno dla panien, jak i zamężnych kobiet. W połowie XX wieku na całej Słowacji nastąpiło przejście na fryzury miejskie.”

https://www.ludovakultura.sk/polozka-encyklopedie/zensky-uces/

Lipotovske Revuce 

Liptov
 
Śumiac
Terchova

Zavadka



23 stycznia 2026

Może gierki, może manipulacje a może inne ludzkie wariacje.

 

Wróble okupują kule pokarmowe, okupują też karmnik. Wypłoszyły inne ptaki. Czasem pojawi się parę kosów, czasem na kuli przysiądą sikorki. Ani razu nie wiedziałam, tej zimy, dzięcioła i kowalika.  


Coraz mniej ptaków widuję tutaj zimą. Pewnie jedną z przyczyn jest wycięcie przez sadownika najpierw sadów, a potem ogromnych krzewów, które posadził wzdłuż całego ogrodzenia. Szpaler krzewów ciągnął się prawie kilometr. Podczas wiosny i latem, gniazdowało tam mnóstwo ptasiego drobiazgu. Sady dawały pożywienie szpakom i kosom, a zimą także  kwiczołom. Sadownik zostawiał jabłka, które opadły podczas zbierania plonów i leżały na ziemi aż do wiosny. Teraz ta wyżerka ptasia skończyła się.


Kupiłam książkę, którą poleciła Wuszka. Kupiłam, bo od czasu pandemii nie potrafię się przełamać i wypożyczyć książki z biblioteki. No nie. Ogarnia mnie wstręt, jak pomyślę, że musiałabym dotykać książki, którą inne osoby miały w rękach. Wiem, że to irracjonalne, ale na razie tego wstrętu nie potrafię przełamać. Kupiłam, a nie pożyczyłam, tę książkę również dlatego, że nie przypuszczam, by w naszej wiejskiej bibliotece była taka pozycja. Może będzie w gminnej, pewno w powiatowej, ale do jednej i drugiej to wyprawa czasochłonna. A nie jeżdżę do tych miejscowości interesownie, by przy okazji wypożyczyć książkę.

Kiedy weszłam w Necie na stronę, gdzie był fragment, przeczytałam i wydawało mi się, że warto ją mieć. Fragment był interesujący. Kiedy kupiłam książkę i ją przejrzałam, doszłam do wniosku, że połowa z niej mogłaby dla mnie nie istnieć. Nigdy nie przepadałam za pozycjami powiedzmy fachowymi, czy nawet popularnonaukowymi z psychologii. Ta dziedzina mnie nie interesuje, a musiałam dosyć sporo psychologii łyknąć, bo bez niej (zwłaszcza bez psychologii rozwojowej oraz psychologii uczenia się i nauczania), nauczanie raczej byłoby mizerne. Kilka dziedzin psychologii musiałam na studiach zaliczyć i zrobiłam to z ogromną niechęcią. W rodzinie mam dwóch psychologów, a pół bliższej rodziny to pedagodzy. Czasem uszami wyłaziły te dyskusje „naukowe”, podczas spotkań. I zawsze ta licytacja, co ważniejsze (czyt. które studia bardziej wartościowe)- psychologia czy pedagogika.

Kurcze, ta psychologia, podczas mojej pracy zawodowej, wyłaziła z każdego kąta. Prowadziłam nawet przedmiot "Interwencja kryzysowa" i realizowałam program dla klas VIII "Niebieski Elementarz" o przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Trzeba było czytać, trzeba było wiedzieć, trzeba było znać. Inny Głos pewnie powiedziałby w tym momencie- chwileczkę, wchodzisz na ścieżkę psychoterapii... Te analizy zachowań, te "recepty", "wskazówki"...Zawsze podchodziłam do "rozbierania psychiki człowieka" z rezerwą i nigdy nie miałam ochoty mocnego wgłębiania się w motywy, działania, relacje ludzie ponad to, co było mi niezbędne do funkcjonowania w społeczeństwie oraz do pracy na dobrym poziomie. Nawet moje osobiste porażki, moje "krzywdy", moje doły i moja depresja, nie były w stanie zmusić mnie do głębszej analizy tego, co się działo. Nie chciałam grzebać, rozgrzebywać, ciągle wracać i umartwiać się. Nie rozumiem ludzi, którzy w kółko obracają swoje porażki, krzywdy niepowodzenia. Może część z nich faktycznie czuje ulgę, kiedy nazwie swój problem, ale większość, przypuszczam, kręci się wokół swego ogona tylko po to, by wzbudzić czyjeś zainteresowanie. I nie boję się napisać o takim zachowaniu wprost, ponieważ bardzo często należałoby takich ludzi wyhamować- są to wampiry energetyczne, a mnóstwo ludzi daje się przez nie wpuszczać w maliny.

Po takim elaboracie "na temat", chyba widać, że moja chęć do czytania fachowych pozycji przeszła dosyć szybko (po skończeniu pracy na uczelniach), a teraz to już w ogóle nie mam ochoty czytać takich pozycji. Żadnych, pedagogicznych również. Mam ciągle totalny przesyt "naukowości" w tych kierunkach. 

Ale to nie jest tak, że ja się zupełnie odcinam od tematów, które kiedyś w moim życiu zawodowym były potrzebne i ważne. Czytam bez przymusu różne artykuły (nie książki- artykuły) z psychologii, socjologii, pedagogiki czy z innych dziedzin nauki. Ostatnio Inny Głos zamieściła dwa interesujące posty na temat psychologów i psychoterapeutów. Posty te uporządkowały moją wiedzę na temat tych dwóch zawodów (?). Napisane jasno, na temat, bez zbędnych wygibasów intelektualnych- z przyjemnością je czytałam.

Zniechęcają mnie pozycje zwarte, naszpikowane treściami, które w sumie już mi do niczego nie są potrzebne, a męczyć się, tylko dla idei, nie mam ochoty. To dotyczy dziedzin, które z racji zawodu musiałam zgłębiać, a przeczytałam takich fachowych pozycji multum z wiadomych (wielu osobom w Blogosferze) przyczyn. Dlatego uciekam od takich książek na korzyść biografii, pozycji z historii, etnografii, antropologii, etnologii i pokrewnych, które są mi jednak bliższe i pod kątem zainteresowań, i pod kątem wykształcenia.

No ale Wuszka poleca rzeczy dobre, to się skusiłam. Mnie interesuje, czy gry, o których pisze autor, to jakaś odrębna jednostka, porządkująca zachowania ludzkie, czy po prostu są to pewnego rodzaju rzeczy już nazwane np. manipulacje i na ile one są świadome, a na ile nieświadome, by można nazwać je grami. Bo ja uważam, że gra to świadome postępowanie wobec drugiej osoby, ale grą może również nazwać takie samo spontaniczne postępowanie. „Nie zagrywaj ze mną”- tak czasem słyszymy w momencie, kiedy nawet na myśl nam nie przyszło stosować jakieś gierki czy sztuczki. 

Ale Barbaro już mi tu mówi, że: "Przeczytanie "Gier w które gramy" zachęca do namysłu nad własnym życiem, chcemy lepiej siebie zrozumieć i- co szczególnie ważne- wyjść z emocjonalnych i międzyludzkich pułapek, jakie zastawia na nas kultura, rodzina, a nawet zastawiamy je sobie sami".

No i ZONK! czyli dokładnie to, na co nie mam już ochoty. Gdybym była młodsza, gdybym nie miała tego całego bagażu życiowego za sobą, gdybym sobie z nim nie poradziła, to co innego... ale... ja już nie mam potrzeby poznawania siebie.  I już słyszę te głosy oburzenia- "dyletantka, zawsze warto siebie poznawać, zawsze warto wiedzieć o sobie i innych więcej... ja bym od razu to przeczytała...". No to czytajcie, a ja mam wybór i może zechcę do końca życia zostać dyletantką w wiedzy o sobie. 

Zauważyłam, że w naszym społeczeństwie najwięcej jest domorosłych "nauczycieli" (ci, co to najlepiej znają się na nauczaniu i wychowaniu- najczęściej rodzice), lekarzy i psychologów- no dosłownie każdy zna się na tych dziedzinach i każdy uważa, że jest cool jak może się w nich wymądrzyć.  

Przeczytam- może będzie poślizg, bo teraz czytam książkę o Boyu -Żeleńskim, a to znów grube tomiszcze jest.

 To tyle.

Dwa ptaszory poszły na licytację podczas WOŚP. Ceny wyjściowej nie uzgadniałyśmy. Ja uważam, że każde 5 złotych jest ważne przy takich akcjach. I jak pójdą za cenę wyjściową (?), to i tak będę się cieszyła, że coś pożytecznego dla WOŚP zrobiłam.  

 

Zaczęłam tkać na krośnie dziewiarskim nowy kocyk. Będzie większy niż pierwszy utkany. Kawałki: ciemnoniebieski, niebieski i jasnozielony są z całych motków. Kawałek wrzosowy z niecałego motka. Jeden gotowy pas będzie miał 98 centymetrów. Pas ma 30 centymetrów szerokości. Udziergam 4 lub 5 takich pasów (nie wiem, czy starczy mi włóczki na piąty) i potem zszyję.

I początek nowego gobelinu. Bardzo gęsta osnowa i bardzo cienka przędza. 

19 stycznia 2026

Łączyć zamiast dzielić.

 

Wczoraj rano mgła, mgła ogromna, mgła gęsta, nieprzenikniona mgła. Stłumiła ona wszelkie odgłosy, było niesamowicie cicho, tajemniczo, otulał mnie świat jeszcze uśpiony.

O 6 rano ciemnawo, ale już nie muszę używać latarki podczas spaceru z Bezą wokół ogrodu. I około 17 też już nie. 


 

Dzień się wydłuża, co tchnie optymizmem. Żeby jednak nie było zbyt fajnie, zapowiadają mocne mrozy. A ja, jak zawsze, biorę poprawkę, że u nas będzie lżej. Może nie – 10, a tylko – 6 stopni nocami będzie? A przez dzień ma być ciut powyżej zera. 


Wracając do wczorajszego, dnia. Mgła snuła się do 13, potem, wyjrzało słońce- górą, bo dołem jeszcze smugi mgliste pełzały nad ziemią. Na termometrze -3 stopnie, czyli? Czyli jedziemy na krótka wyprawę. No i pojechaliśmy w chaszcze, zarośla i wody leniwe. Mówiąc normalnie, pojechaliśmy w teren, zobaczyć nowy most pieszo- rowerowy, łączący brzegi Olzy- polski z czeskim. Pojechaliśmy, a podczas jazdy otaczał nas bajkowy, zimowy świat. Wszędzie- na płotach, krzakach, drzewach, badziewiach, trawach siedziała szadź. Skrzyła się w promieniach słońca, kontrastowała bielą z sinawym niebem, z żółtymi i brązowymi plamami, widocznymi na łąkach oraz polach. 


 

Pojechaliśmy od czeskiej strony, bo tam Czesi już zrobili dobry dojazd oraz można bezpiecznie wejść na most. Po polskiej stronie, na początku mostu, jest uskok- gminie zabrakło pieniędzy na dokończenie dojazdu, ale już wójt obiecał, że w tym roku zejście będzie wykończone. I ja mu wierzę, bo to rzetelny człowiek (gmina sąsiaduje z naszą).

Most łączy wieś Pogwizdów z czeską wsią Louky (Łąki). Przed I wojną światową te dwie wsie były pod panowaniem austriackim, a region nazywał się Śląsk Austriacki. W Pogwizdowie urodziła się moja babcia- matka ojca. Była córką gospodzkiego. Obok ich gospody wiodła droga do brzegu Olzy i dalej, przez rzekę, do Łąk. Nie wiem, czy tam były wtedy jakieś mostki, czy tylko bród, ale podobno ludzie tamtędy chodzili na drugą stronę Olzy.

Mój tata opowiadał, że jak Polacy, w 1938 roku, „odebrali” sobie Zaolzie, to tam nie było granicy i on się w miejscu, gdzie teraz jest nowy most, kąpał w Olzie. Wynika z tego, że poszliśmy „tropem wspomnień”, choć ja dopiero, będąc już na miejscu, skojarzyłam sobie, że chyba o nim ojciec opowiadał.

Od gór.

I na zachód w stronę Odry

Most jest architektonicznie bardzo ładny. Proporcjonalny, lekki, ładnie wkomponowany w przyrodę. Nie miałam wrażenia, że go na siłę wsadzono w otoczenie. Wykonany starannie, żaden bubel, z dbałością o bezpieczeństwo użytkowników- solidne zabezpieczenia przed wpadnięciem do wody. 


 

Kurcze, bardzo mi się spodobał. Mam zamiłowanie do dobrej architektury, obojętnie czy dużej, czy małej i cieszę się, kiedy powstaje jakiś obiekt, który współgra z otoczeniem oraz estetycznie jest dopasowany.

Po czeskiej stronie. 


 

Na polskim  brzegu taki baner,


 


Nie byliśmy tam długo, a jednak trochę spacerowiczów się przewinęło. Pewnie latem most będzie miał duże „wzięcie”. Po czeskiej stronie, obok niego, wiedzie szlak rowerowy. Czesi to w ogóle są bardziej niż Polacy, pod względem małej turystyki, zorganizowani i nastawieni na przeciętnego użytkownika. Mają pełno ścieżek rowerowych, przy których są wiaty na odpoczynek, miejsca widokowe- ścieżki są równe, bezpieczne, miejsca wypoczynku czyste, zadbane. No i wszędzie są tablice informacyjne, opisujące miejsca, w których się jest. 


 

Wycieczka krótka, zdawałoby się w miejsce mało interesujące, a jednak wszyscy jesteśmy zadowoleni. Beza, bo pupsko przewiozła i nawąchała się po wsze czasy, Jaskół, bo wyrwał się z domu, a ja, bo... no bardzo lubię właśnie takie nieobowiązujące wyprawy, gdzie wszystko można podciągnąć pod: ”a to przecież takie ładne, a to przecież takie ciekawe, a to przecież....”

Nakręciłam dwa filmy. W niektórych momentach za szybko przesuwałam obiektyw, ale jak się film ogląda na dużym ekranie, to oddaje urok tego miejsca. Pierwsza część jest kręcona na moście, druga na czeskim brzegu. Na nim widać głównie brzeg polski. Pod koniec znów szybko lecą obrazy, bo Beza zakręciła się ze smyczą wokół moich nóg i musiałam trzymać pion, a aparat swoje wyczyniał.

 


Muzyka: Chris Rea "Looking for the Summer" (New Generation Mix) (ver. 2) - Digital Master VideoEdit

Droga z Karviny do Petrovic


 Zrobiłam sporo zimowych zdjęć z tą piękną szadzią, wykorzystam je do następnej prezentacji o zimie.


16 stycznia 2026

A tymczasem codzienność z dentystycznym horrorem w tle.


 

W poniedziałek Beza zaliczyła dwie weterynarie. W pierwszej wizyta kontrolna po antybiotyku i dodatkowo jeszcze USG pęcherza. Poślizg czasowy- 40 minut. Straszne. Tam Beza bardzo się stresuje. Do tego stopnia, że z miejsca zaczęła tracić futro. Sierść wychodziła z niej garściami. I strasznie jej drżała broda, cała się trzęsła. To ciekawe, bo przecież tam bardzo miła obsługa, panie weterynarze spokojne, przyjazne. A jednak... Jakoś tak chłodno? Oficjalnie? USG wyszło dobrze, Beza została wyleczona.


Potem wizyta u naszych- „wujka” oraz „ciotek”. Wróciliśmy na weterynaryjne „memłono” z radością oraz lekkim poczuciem winy, że zaliczyliśmy konkurencję. „Wujek” się tłumaczył, myśmy się tłumaczyli, zrobiło się familijnie, radośnie i prześmiewczo. Bezie obcięto pazurki, wysłuchano bicia serducha, wyczyszczono uszyska i sprawdzono zęby. Przegląd wypadł pomyślnie. Przy następnym obcinaniu pazurków, będzie pobierana krew do badania- trzeba sprawdzić, czy w środku Bezy wszystko w porządku. Jest tylko jeden paskud w tym całym psim interesie- Beza traci słuch i słyszy coraz mniej. Ale za to wzrok ma w porządku, a węch jakby „podwójny”. No cóż, natura uzupełnia braki słuchu, lepszym węchem. A my uczymy jej rozumienia dodatkowych gestów, które ona dosyć szybko łapie.  


 

Wczoraj byłam u dentysty. Najpierw pomęczył mnie przy usuwaniu kamienia, a potem dodatkowo szorując piachem po zębiskach. Najgorsze były odgłosy- jakbym była w wielkiej hali produkcyjnej, w której szlifierki i piły pracują na cały regulator. Wszystko to huczało w mojej głowie- wyło, piszczało i zgrzytało. Jeszcze po wyjściu z budynku byłam tak oszołomiona, że musiałam sobie chwilę posiedzieć w samochodzie i ochłonąć, zanim zapuściłam silnik. Zawsze u dentysty nie to majstrowanie przy zębie mnie stresuje, tylko odgłosy, jakie temu towarzyszą. Brrrrrrr...Przed piaskowaniem, lekarz chciał mi nałożyć specjalną maseczkę, chroniącą przed pyłem piaskowym, ale ja mam klaustrofobię, jak nałożył  szybko ją zdjęłam. O nie, unieruchomiona na fotelu, paszcza otwarta na stale, sączki, jakieś waciki i jeszcze „ściana” na twarzy- następne „ograniczenie”, było ponad moje siły. Skończyło się na nałożeniu okularów, chroniących oczy. Po zabiegu poszłam do WC umyć twarz z pyłu piaskowego- popatrzyłam w lustrze na swoje zęby, spodziewając się widoku ślicznych, apetycznych, błyszczących ząbków. Przeżyłam lekki szok. Mało powiedziane- to, co zobaczyłam to był horror. W szczelinach pełno krwi. No wampir, po prostu jakbym wróciła z wampirzej uczty. A jak przejechałam językiem po zębach, to były tak szorstkie, że przestraszyłam się, że mi doktor szkliwo z nich zdarł. Fuj, brzydkie, bez połysku, z wypukłościami żółtawymi. Rozpacz mnie ogarnęła. Ale dzisiaj już mam fajne czyste, błyszczące zęby. Warto było. To nie było moje pierwsze piaskowanie, jednak poprzednie było bardzo dawno i zupełnie innymi metodami. Teraz jest o niebo lepiej- mniej bólu, szybciej idzie i efekt lepszy.

Przed usuwaniem kamienia dentysta stwierdził, że nie ma żadnych ubytków, po piaskowaniu wyszła jedna mała dziurka. Muszę zaliczyć jeszcze jedną wizytę. W sumie to jestem zadowolona, bo ostatnio byłam tam 1,5 roku temu i od tego czasu nic złego, oprócz tego maleńkiego ubytku, z zębami się nie dzieje. No i nie mam żadnego „obcego”. Nie mam pojęcia, ile tak naprawdę miałam zębów od urodzenia. Człowiek może mieć od 32 do 28 jeżeli nie rodzi się z zębami mądrości, mam 23 zdrowe własne (brak wszystkich 6, no i chyba mądrości+ jedna czwórka- szczegółowy jakiś raport tu teraz zadaję swego uzębienia?😄😄😄). Przypomniałam sobie, że jak miałam 10 lat, we własne urodziny, podreptałam do dentysty, bo bolał mnie strasznie ząb. Goście czekali, tort czekał, impreza czekała, a ja ściśnięta strachem na sztywniaka, siedziałam na fotelu i cierpiałam męki piekielne. Ten sadysta, na żywca wytargał mi jeden ząb z tyłu. A po wszystkim mnie wyrwało z tego fotela i tak wiałam, że nawet drzwi do gabinetu nie zamknęłam a dziękować nie miałam zamiaru. Zresztą zaryczana byłam i przez łzy mało widziałam. Za co tu dziękować? Uciekałam by być jak najdalej od tego mordercy zębów dziecięcych. Zanim dotarłam do domu, przez las i łąkę, ból trochę minął, humor mi wrócił i urodziny się udały.  A ten dentysta taki fajny miał samochód- Cortinę z wielkimi okrągłymi lampami i ta Cortina bardzo mi się podobała. Za to dentysta stracił w moich oczach i już nigdy do niego nie poszłam. 

Czy to była pierwsza wyrwana 6 czy ząb mądrości, nie wiem. Wiem tylko, że przez następne lata miałam straszliwe opory iść do dentysty. Wolałam się truć pyralginą w płynie, by uśmierzać ból, niż siąść na fotelu dentystycznym. A zwrot „O tam leci ptaszek”, którym zbajerował mnie ten zbir dentystyczny, co pomyślę o zębach, świdruje mi w głowie. Kiedy znalazłam fajnego dentystę, zaczęłam na poważnie zęby leczyć i uratowałam większość. W czasach mojej młodości, to szybciej rwano, niż leczono, a jak leczono, to robiono to tragicznie. Jak na starą (w seksownym wieku), wiejską babę, zębny wynik mam chyba bardzo dobry. A  samo usuwanie kamienia nie daje tak fajnego efektu, jak piaskowanie.

A co w przyrodzie? Odwilż, panie, odwilż. Nie gwałtowna, taka sobie. W każdym razie nie ma wody w piwnicy, czyli nie mamy dodatkowej roboty. A w dodatku znów prognozują mrozy nocami, co skutkować będzie wolniejszym topnieniem się śniegu przez dzień. I niech tak będzie. W końcu nawet cały jeden miesiąc zimy jeszcze nie minął, to czego tu po pogodzie oczekiwać.  

Jeszcze na ramie.

Skończyłam ten upierdliwy chodniczek w drobne paseczki. Nawet go wykończyłam. Jeszcze czeka go podszycie jakąś tkaniną. Żadne cudo, ale włóczki niefajnej zdecydowanie ubyło, a o to przecież cały czas mi chodzi. 

 Podszyty, ale jeszcze bez podszewki.

To, co nie wyszło, omówię na blogu robótkowym. 

Na krośnie dziewiarskim zrobiłam trzeci kawałek i potem wszystkie trzy zszyłam. Problem w tym, że ani szew materacowy, ani szew na okrętkę, niezbyt nadają się do zszywania takich luźno dzierganych kawałków. Muszę poszukać innego sposobu zszywania.



Na ramie z gwoździkami już nawinięta nowa, gęsta osnowa. Będzie nowy gobelin. Na razie tkam zarobienie. Przędza jest cienka, szykuje się długie tkanie. Tym razem zobaczę, jak tka się cienką przędzą (na szczęście szorstką i dosyć twardą) na gęstej osnowie.