W poniedziałek Beza zaliczyła dwie weterynarie. W pierwszej wizyta kontrolna po antybiotyku i dodatkowo jeszcze USG pęcherza. Poślizg czasowy- 40 minut. Straszne. Tam Beza bardzo się stresuje. Do tego stopnia, że z miejsca zaczęła tracić futro. Sierść wychodziła z niej garściami. I strasznie jej drżała broda, cała się trzęsła. To ciekawe, bo przecież tam bardzo miła obsługa, panie weterynarze spokojne, przyjazne. A jednak... Jakoś tak chłodno? Oficjalnie? USG wyszło dobrze, Beza została wyleczona.
Potem wizyta u naszych- „wujka” oraz „ciotek”. Wróciliśmy na weterynaryjne „memłono” z radością oraz lekkim poczuciem winy, że zaliczyliśmy konkurencję. „Wujek” się tłumaczył, myśmy się tłumaczyli, zrobiło się familijnie, radośnie i prześmiewczo. Bezie obcięto pazurki, wysłuchano bicia serducha, wyczyszczono uszyska i sprawdzono zęby. Przegląd wypadł pomyślnie. Przy następnym obcinaniu pazurków, będzie pobierana krew do badania- trzeba sprawdzić, czy w środku Bezy wszystko w porządku. Jest tylko jeden paskud w tym całym psim interesie- Beza traci słuch i słyszy coraz mniej. Ale za to wzrok ma w porządku, a węch jakby „podwójny”. No cóż, natura uzupełnia braki słuchu, lepszym węchem. A my uczymy jej rozumienia dodatkowych gestów, które ona dosyć szybko łapie.
Wczoraj byłam u dentysty. Najpierw pomęczył mnie przy usuwaniu kamienia, a potem dodatkowo szorując piachem po zębiskach. Najgorsze były odgłosy- jakbym była w wielkiej hali produkcyjnej, w której szlifierki i piły pracują na cały regulator. Wszystko to huczało w mojej głowie- wyło, piszczało i zgrzytało. Jeszcze po wyjściu z budynku byłam tak oszołomiona, że musiałam sobie chwilę posiedzieć w samochodzie i ochłonąć, zanim zapuściłam silnik. Zawsze u dentysty nie to majstrowanie przy zębie mnie stresuje, tylko odgłosy, jakie temu towarzyszą. Brrrrrrr...Przed piaskowaniem, lekarz chciał mi nałożyć specjalną maseczkę, chroniącą przed pyłem piaskowym, ale ja mam klaustrofobię, jak nałożył szybko ją zdjęłam. O nie, unieruchomiona na fotelu, paszcza otwarta na stale, sączki, jakieś waciki i jeszcze „ściana” na twarzy- następne „ograniczenie”, było ponad moje siły. Skończyło się na nałożeniu okularów, chroniących oczy. Po zabiegu poszłam do WC umyć twarz z pyłu piaskowego- popatrzyłam w lustrze na swoje zęby, spodziewając się widoku ślicznych, apetycznych, błyszczących ząbków. Przeżyłam lekki szok. Mało powiedziane- to, co zobaczyłam to był horror. W szczelinach pełno krwi. No wampir, po prostu jakbym wróciła z wampirzej uczty. A jak przejechałam językiem po zębach, to były tak szorstkie, że przestraszyłam się, że mi doktor szkliwo z nich zdarł. Fuj, brzydkie, bez połysku, z wypukłościami żółtawymi. Rozpacz mnie ogarnęła. Ale dzisiaj już mam fajne czyste, błyszczące zęby. Warto było. To nie było moje pierwsze piaskowanie, jednak poprzednie było bardzo dawno i zupełnie innymi metodami. Teraz jest o niebo lepiej- mniej bólu, szybciej idzie i efekt lepszy.
Przed usuwaniem kamienia dentysta stwierdził, że nie ma żadnych ubytków, po piaskowaniu wyszła jedna mała dziurka. Muszę zaliczyć jeszcze jedną wizytę. W sumie to jestem zadowolona, bo ostatnio byłam tam 1,5 roku temu i od tego czasu nic złego, oprócz tego maleńkiego ubytku, z zębami się nie dzieje. No i nie mam żadnego „obcego”. Nie mam pojęcia, ile tak naprawdę miałam zębów od urodzenia. Człowiek może mieć od 32 do 28 jeżeli nie rodzi się z zębami mądrości, mam 23 zdrowe własne (brak wszystkich 6, no i chyba mądrości+ jedna czwórka- szczegółowy jakiś raport tu teraz zadaję swego uzębienia?😄😄😄). Przypomniałam sobie, że jak miałam 10 lat, we własne urodziny, podreptałam do dentysty, bo bolał mnie strasznie ząb. Goście czekali, tort czekał, impreza czekała, a ja ściśnięta strachem na sztywniaka, siedziałam na fotelu i cierpiałam męki piekielne. Ten sadysta, na żywca wytargał mi jeden ząb z tyłu. A po wszystkim mnie wyrwało z tego fotela i tak wiałam, że nawet drzwi do gabinetu nie zamknęłam a dziękować nie miałam zamiaru. Zresztą zaryczana byłam i przez łzy mało widziałam. Za co tu dziękować? Uciekałam by być jak najdalej od tego mordercy zębów dziecięcych. Zanim dotarłam do domu, przez las i łąkę, ból trochę minął, humor mi wrócił i urodziny się udały. A ten dentysta taki fajny miał samochód- Cortinę z wielkimi okrągłymi lampami i ta Cortina bardzo mi się podobała. Za to dentysta stracił w moich oczach i już nigdy do niego nie poszłam.
Czy to była pierwsza wyrwana 6 czy ząb mądrości, nie wiem. Wiem tylko, że przez następne lata miałam straszliwe opory iść do dentysty. Wolałam się truć pyralginą w płynie, by uśmierzać ból, niż siąść na fotelu dentystycznym. A zwrot „O tam leci ptaszek”, którym zbajerował mnie ten zbir dentystyczny, co pomyślę o zębach, świdruje mi w głowie. Kiedy znalazłam fajnego dentystę, zaczęłam na poważnie zęby leczyć i uratowałam większość. W czasach mojej młodości, to szybciej rwano, niż leczono, a jak leczono, to robiono to tragicznie. Jak na starą (w seksownym wieku), wiejską babę, zębny wynik mam chyba bardzo dobry. A samo usuwanie kamienia nie daje tak fajnego efektu, jak piaskowanie.
A co w przyrodzie? Odwilż, panie, odwilż. Nie gwałtowna, taka sobie. W każdym razie nie ma wody w piwnicy, czyli nie mamy dodatkowej roboty. A w dodatku znów prognozują mrozy nocami, co skutkować będzie wolniejszym topnieniem się śniegu przez dzień. I niech tak będzie. W końcu nawet cały jeden miesiąc zimy jeszcze nie minął, to czego tu po pogodzie oczekiwać.
Jeszcze na ramie.Skończyłam ten upierdliwy chodniczek w drobne paseczki. Nawet go wykończyłam. Jeszcze czeka go podszycie jakąś tkaniną. Żadne cudo, ale włóczki niefajnej zdecydowanie ubyło, a o to przecież cały czas mi chodzi.
Podszyty, ale jeszcze bez podszewki.
To, co nie wyszło, omówię na blogu robótkowym.Na krośnie dziewiarskim zrobiłam trzeci kawałek i potem wszystkie trzy zszyłam. Problem w tym, że ani szew materacowy, ani szew na okrętkę, niezbyt nadają się do zszywania takich luźno dzierganych kawałków. Muszę poszukać innego sposobu zszywania.
Na ramie z gwoździkami już nawinięta nowa, gęsta osnowa. Będzie nowy gobelin. Na razie tkam zarobienie. Przędza jest cienka, szykuje się długie tkanie. Tym razem zobaczę, jak tka się cienką przędzą (na szczęście szorstką i dosyć twardą) na gęstej osnowie.







