sobota, kwietnia 23, 2022

A tymczasem.... giną górnicy.

 


„W sobotę nad ranem doszło do tąpnięcia w Kopalni Zofiówka należącej do Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Nie ma kontaktu z dziesięcioma pracownikami. Trwa akcja ratunkowa.

Robert Wnorowski, rzecznik prasowy CSRG poinformował w rozmowie z TVN24, że do akcji ratowniczej skierowano cztery zastępy ratowników: dwa z CSRG w Bytomiu oraz dwie dyżurujące w Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Wodzisławiu Śląskim.”

https://www.slaskibiznes.pl/wiadomosci,jsw-wstrzas-w-zofiowce-nie-ma-kontaktu-z-10-gornikami,wia5-1-6485.html?fbclid=IwAR2kBN6FDcWQgNEe36IuPOaRyrn6kN-VXyjNoVDnt2A-RBkbsUkiRJYB_sk

 

W kopalni Borynia-Zofiówka Ruch Zofiówka w sobotę nad ranem doszło do wstrząsu - poinformowała Jastrzębska Spółka Węglowa. Utracono kontakt z 10 pracownikami, trwa akcja ratownicza - dodano.

Do "wstrząsu wysokoenergetycznego połączonego z intensywnym wypływem metanu" doszło o godzinie 3.40.

"W rejonie wypadku było 52 pracowników, 42 z nich wyszło o własnych siłach. Do zdarzenia doszło w sobotę o 3:40. Trwa akcja ratownicza" - przekazała JSW. Z 10 pracownikami nie ma kontaktu.

Robert Wnorowski, rzecznik Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego, mówił w TVN24 o wybuchu w kopalni Borynia-Zofiówka.

- O godzinie 4 otrzymaliśmy wezwanie do akcji ratowniczej w Zofiówce, zadysponowaliśmy dwa zawodowe zastępy ratownictwa górniczego z centralnej stacji oraz dwa zespoły dyżurujące w Wodzisławiu Śląskim. Pojechało z naszej strony też pogotowie pomiarowe - przekazał. Dodał, że "na miejscu działa już sztab akcji ratowniczej" i został wyznaczony kierownik tej akcji.

Kolejny wybuch w kopalni w ciągu kilku dni

To kolejny wybuch w polskiej kopalni w ciągu ostatnich dni. W środę w nocy w kopalni Pniówek w Pawłowicach doszło do wybuchu i zapalenia metanu. W czasie, gdy akcję prowadziły dwa zastępy ratowników, poszukujące trzech pracowników, doszło do wtórnego wybuchu. W czwartek wieczorem w kopalni doszło do kolejnych wybuchów metanu.

Dotąd potwierdzono śmierć pięciu ofiar katastrofy, los siedmiu nie jest znany. Po czwartkowych wybuchach sztab zdecydował o odstąpieniu od akcji poszukiwawczej siedmiu zaginionych górników i o izolowaniu tej części kopalni, żeby nie zagrażała ludziom w pozostałej części zakładu.”

https://tvn24.pl/polska/kopalnia-borynia-zofiowka-wstrzas-akcja-ratownicza-nie-ma-kontaktu-z-10-pracownikami-5684302

Kopalnia Borynia- Zofijówka leży w pobliżu kopalni  Pniówek w Pawłowicach.

To wysokometanowe kopalnie. Pracują już kilkadziesiąt lat i nie było w nich większych wybuchów, czy zawałów, do czasu, bo…w artykule jest odpowiedź, dlaczego teraz doszło do wybuchów metanu i przyczyna jest przerażająca. Te stanowiska nadane z ramienia PiSu, te kombinacje górniczych związków zawodowych, ten wyścig na zysk, doprowadziły do tragedii. Trzeba dodać, że po pierwszych akcjach ratowniczych na Pniówku, stężenie metanu wzrosło, a mimo to posłano pod ziemię następną grupę ratowniczą- 10 ludzi.

 

 



"Po pierwszym wybuchu w kopalni Pniówek stężenie metanu rosło. Dlaczego wysłano tam ratowników?

W chwili pierwszego wybuchu na kopalni Pniówek stężenie metanu wynosiło zabójcze 6 procent. Potem rosło, a mimo to ktoś zdecydował o wysłaniu pod ziemię ratowników. W kopalni nie było też dyrektora, bo odszedł na emeryturę i przez kilkanaście dni nie powołano jego następcy.

Kopalnia Pniówek w Pawłowicach należy do notowanej na giełdzie Jastrzębskiej Spółki Węglowej. To zakład o czwartym, najwyższym stopniu zagrożenia metanowego. Oznacza to, że podczas wydobywania węgla może tam w każdej chwili dojść do uwolnienia metanu. Mieszanina tego gazu z powietrzem w stężeniu od 5 do 15 procent ma właściwości wybuchowe. Eksplozję może zainicjować nawet iskra z jakiegoś urządzenia. Fala uderzeniowa ma temperaturę sięgającą 2 tysięcy stopni i niszczy wszystko na swojej drodze. 

„Zefir" zarejestrował gwałtowny wzrost metanu

20 kwietnia w nocy w kopalni Pniówek na poziomie 1000 metrów doszło do eksplozji metanu. Pod ziemią pracowało wtedy kilkudziesięciu górników. Na pomoc wysłano dwa zastępy ratowników. W trakcie akcji doszło do kolejnego wybuchu. Pod ziemią zginęło czterech górników, piąty zmarł w szpitalu. 25 osób zostało rannych, stan kilku z nich jest bardzo ciężki. Pod ziemią - w zagrożonym rejonie - nadal przebywa siedmiu górników, z którymi nie ma żadnego kontaktu.  

„Wyborcza" dotarła do zapisu z kopalnianego systemu „Zefir". To coś w rodzaju czarnej skrzynki, która monitoruje wszystkie podziemne urządzenia i czujniki zamontowane pod ziemią. „Zefir" zapisuje dane z czujników metanu, systemów przeciwpożarowych, ciśnieniomierzy. Widzi, która tama jest otwarta, monitoruje ruch powietrza w chodnikach, a także pracę kombajnów. W nocy z 19 na 20 kwietnia „Zefir" nie odnotował stopniowego wzrostu stężenia metanu. Dopiero o godzinie 0.12 czujnik znajdujący się na początku ściany, gdzie pracowali górnicy, zarejestrował gwałtowny skok stężenia metanu do poziomu 6 procent. Zaraz potem nastąpiła eksplozja. Może to świadczyć o tym, że w czasie fedrunku przypadkowo odkryto jakiś ujęcie metanu. 

Z zapisów „Zefira" wynika, że po pierwszym wybuchu pod ziemią prawie cały czas utrzymywało się niebezpieczne stężenie metanu. - Był moment, że w pewnym miejscu miało wartość nawet 18 procent - mówi nasz informator. Mimo to ktoś zdecydował, żeby wprowadzić pod ziemię ratowników. 

- Formalnie to był błąd, bo nie wysyła się ratowników w miejsca, gdzie panują warunki zagrażające ich życiu. Po ludzku ich jednak rozumiem, chcieli ratować kolegów - mówi Jerzy Markowski, były ratownik górniczy i wiceminister górnictwa.   

O godzinie 3.10 system „Zefir" odnotował kolejny podziemny wybuch metanu w chodniku N12. Prowadził on do miejsca, gdzie doszło do pierwszej eksplozji metanu. Pod ziemią zostało pięciu ratowników oraz dwóch górników, na pomoc którym śpieszyli. - W chwili drugiej eksplozji poziom metanu w chodniku N12 wynosił 5 procent - mówi nasz informator.  

Kto zdecydował o prowadzeniu akcji ratunkowej, choć poziom metanu pod ziemią był na niebezpiecznym poziomie? 

- Przyczyny wypadku będzie wyjaśniała komisja Wyższego Urzędu Górniczego i do czasu zakończenia jej prac nie będę się wypowiadał na temat okoliczności tej tragedii - stwierdził Sławomir Starzyński, rzecznik prasowy JSW. 

Od 31 marca kopalnia Pniówek nie miała dyrektora. Józef Jaszczyk, jej wieloletni szef, został wysłany na emeryturę. Odszedł, bo JSW naciskało na niego, aby przekonał jednego ze swoich zastępców, aby ten zrezygnował ze stanowiska i przeszedł na stanowisko inspektora z pensją 3 tys. zł.

- Za tym wszystkim stali działacze związkowi, którzy domagali się tej zmiany personalnej. Dyrektor Jaszczyk nie zgodził się na to, uniósł się honorem i odszedł na emeryturę - mówi nasz informator. Do dnia katastrofy JSW nie powołała nowego dyrektora. Czy jego brak mógł mieć wpływ na przebieg akcji ratunkowej? Rzecznik górniczej spółki nie odpowiedział na to pytanie. 

JSW zmieniła zasady przetargów

Trzy lata temu górnicza spółka zmieniła natomiast politykę odmetanowiania kopalń. Przez lata tymi pracami na kopalniach zajmowały się specjalistyczne firmy zewnętrzne. Budowały rurociągi, wierciły i likwidowały otwory drenażowe, montowały i serwisowały aparaturę pomiarową. W 2019 r. JSW zdecydowała o powołaniu własnych służb odmetanowiania i przejęciu obsługi stacji odmetanowiania w poszczególnych zakładach. Jednocześnie w drodze przetargu wyłoniono firmy zewnętrzne, które wykonują tam prace wiertnicze oraz kompleksowe odmetanowanie w wyrobiskach eksploatacyjnych.  

„Taki model funkcjonuje w wielu innych kopalniach i pozwala na większą kontrolę ujęcia i zarządzania ujmowanym gazem, co również w znacznym stopniu poprawia efektywność odmetanowania, a więc bezpieczeństwo pracy" - napisała „Wyborczej" Katarzyna Jabłońska-Bajer, zastępca dyrektora biura komunikacji i PR JSW. 

„Wyborcza" dotarł do pism, w których w 2019 r. przedstawiciele firm zajmujących się odmetanowieniem ostrzegali zarząd JSW, że zmiana zasad przetargów może negatywnie odbić się na bezpieczeństwie. Dlaczego? Do postępowań na te prace dopuszczono firmy nieposiadające polis OC, zminimalizowano próg posiadanego doświadczenia, a także zrezygnowano z weryfikacji ekonomicznej. Do postępowań dopuszczono firmy z kapitałem zakładowym na poziomie 5 tysięcy złotych.  

„Przy wykonywaniu usług odmetanowienia kluczową i priorytetową rolę powinny grać kwestie bezpieczeństwa. W naszej ocenie prowadzone obecnie przez JSW S.A. działania skierowane na osłabienie spółek wykonujących tę usługę na podstawie zawartych umów oraz dopuszczenie do przetargów podmiotów niegwarantujących prawidłowego wykonywania usług rodzi duże ryzyko w zakresie bezpieczeństwa załóg oraz ciągłości wydobycia" - ostrzegali zarząd JSW szefowie firm zajmujących się odmetanowianiem. 

Co na to górnicza spółka? „Próba insynuacji, że działania te mogły mieć jakikolwiek wpływ na pogorszenie bezpieczeństwa pracy, są absolutnie bezpodstawne i nieprawdziwe" - napisała nam Katarzyna Jabłońska-Bajer.

W ścianie fedrowano bez przerwy

Górnicy z kopalni Pniówek mówią, że ściana, w której doszło do katastrofy, była bogata w złoża węgla. Fedrowano tam non stop. - Wszystko wedle zasady „pierdolę zdrowie, pierdolę życie, na grubie liczy się wydobycie" – mówią górnicy.  

10 maja rozstrzygnięty zostanie konkurs na nowy zarząd JSW. Tomaszowi Cudnemu, prezesowi JSW, i czterem jego zastępcom skończyła się kadencja. Starają się o reelekcję. Czy dla dobrych wyników w kopalni Pniówek śrubowano wydobycie? Spółka nie odpowiedziała na to pytanie. 

W piątek kierownictwo JSW zdecydowało o wstrzymaniu akcji poszukiwawczej siedmiu zaginionych górników. Zwłoka może potrwać nawet kilka miesięcy. - To bardzo trudna decyzja, ale wysyłanie ratowników w tak niebezpieczny rejon byłoby nieodpowiedzialną decyzją - powiedział Tomasz Cudny, prezes JSW. 

W czwartek wieczorem na poziomie 1000 metrów doszło do siedmiu wybuchów. Ucierpiało w nich 10 ratowników. 

https://rybnik.wyborcza.pl/rybnik/7,180134,28364851,po-pierwszym-wybuchu-w-kopalni-pniowek-stezenie-metanu-roslo.html?_ga=2.91231122.981695669.1650604280-764440605.1650604279#S.DT-K.C-B.2-L.1.duzy

W kopalni Pniówek

"Do tej pory potwierdzono zgon pięciu pracowników JSW. Cztery zmarły na stanowiskach pracy, jedna w szpitalu w Siemianowicach Śląskich. 10 osób przebywa w siemianowickiej oparzeniówce. Ich stan jest ciężki, pięciu z nich znajduje się na OIOM-ie. Kolejnych 11 poszkodowanych hospitalizowano w lecznicach na Śląsku. Ich stan lekarze określali jako dobry.

W czwartek wieczorem, w trakcie akcji poszukiwawcze, doszło do kolejnych wybuchów metanu. Do szpitali przewieziono też 7 ratowników górniczych, ich życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Po tym zdarzeniu - ze względu na wysokie stężenie metanu i innych niebezpiecznych gazów - zawieszono akcję poszukiwawczą, a rejon katastrofy odizolowano. Pod ziemią wciąż jest siedem osób: dwóch górników i pięciu ratowników górniczych."

 https://rybnik.wyborcza.pl/rybnik/7,180134,28366917,silny-wstrzas-w-kopalni-zofiowka-poszukiwanych-jest-10-gornikow.html

W  górnictwie jest zasada- szukamy do oporu, ratujemy do oporu, ale w sytuacji zagrożenia wybuchu metanem, żadna akcja ratunkowa nie wchodzi w grę. 

Smutne to- tych siedmiu ludzi, którzy zostali tam, na dole, chyba nie da się już uratować. 



Zaznaczenia kolorem moje.

czwartek, kwietnia 21, 2022

Wielkanoc 2022- wycieczka nad zalew w Żermanicach

Nie było świąt jako takich, był czas wolny i wycieczka. Gdzie? Ano na tereny naszych braci Czechów. Niedaleko, bo tylko do Ostrawy, a Ostrawa leży około 30 kilometrów na zachód od domu. Jaskół „wypatrzył” w Necie, że w centrum miasta, nad rzeczką Łucyną, jest zamek z XIII wieku, a raczej jego pozostałości. Lubię takie wycieczki, lubię poznawać stare zamki, pałace- ich historię, historię regionu, w którym zostały zbudowane.

Potem mieliśmy pojechać nad zaporę w Żermanicach i jeszcze na Żwirkowisko, bo dawno tam nie byłam (8 lat temu), a chciałam zobaczyć, czy coś się zmieniło- może więcej zadbano o małą architekturę, dosadzono krzewów itp., co podobno było w planach.

Naszą wycieczkę opiszę trochę nietypowo, ponieważ najpierw napiszę o zaporze, potem Żwirowisku, a dopiero na końcu o zwiedzaniu zamku w Ostrawie. Dlaczego? Ano muszę sobie to ostatnie poukładać sensownie, bo czuję się mocno zawiedziona tym, co na miejscu zobaczyłam, a mimo wszystko, uważam, że warto było tam pojechać i zobaczyć ten „zamek”.

Czyli zaczynam od środka, od pokazania jeziora w Żermanicach. Jest to sztuczny zbiornik, jeden z kilku, wybudowanych przez praktycznych Czechów, w kraju morawsko- śląskim. Dwa są  w bliskich, czeskich Beskidach, dwa poniżej gór- w Żermanicach i 10 kilometrów dalej, w Cierlicku. Ten w Żermanicach wybudowany jest na rzeczce Łucynie, ten w Cierlicku utworzono na rzeczce Stonawce. I tak sobie myślę, że w Polsce, zamiast budować ogromne zbiorniki na dużych rzekach, powinno się, biorąc przykład z Czechów, budować więcej mniejszych na większej liczbie mniejszych rzeczek górskich. Jest to pewniejsze zabezpieczenie dostępu do wody pitnej i pewniejsza ochrona przed powodziami.

Z Ostrawy, w kierunku zbiornika w Żermanicach, początkowo jechaliśmy dosyć wygodnymi drogami, ale Jaskół lubi poznawać  nowe trasy i nagle z porządnej drogi skręcił w wąską, wiodącą między domami. Ta wąska droga pięła się coraz bardziej w górę,

 

a zakrętów przybywało.


 Przybywało też niesamowitych widoków, 


jednak nie zrobiłam wiele zdjęć, bo byłam zielona ze strachu- raczej nie miałam melodii do cykania. Zaliczyliśmy grzbiet pagóra i jazda na łeb, na szyję, ciągle wąską drogą, pełną zakrętów, na dół. 

Tu zrobiłam zdjęcie, ale moja wyobraźnia zadziałała- zaraz strzelą nam hamulce i zaliczymy łączkę, a potem strumyk na wprost.
 
To już droga nad sam zalew. Zakręty- z prawej strony, czyli mojej, paskudnie stromy stok. Nieodłączny mój towarzysz w górskich wyprawach lęk wysokości, szeptał mi do ucha- zaraz się stoczymy w dół, zaraz będzie wywrotka, Jaskół nie wyrobi zakrętu i zaraz tam się na dnie znajdziesz. TFU!

I żeby nie było, Jaskół to świetny kierowca, nie boję się z nim jeździć, bo razem pokonaliśmy już różne trasy (nie takie zakręty, stromizny i dziury), ale ten lęk jest silniejszy od racjonalnego podejścia mimo usilnej z nim mojej walki.

Hmmmmmmm……Nie była to długa jazda, niemniej na parkingu wysiadłam na dosyć miękkich nogach. Powinnam być już przyzwyczajona do takich dróg, bo w Czechach, jeżeli nie jedzie się drogami szybkiego ruchu lub normalnymi szerokimi drogami między większymi miejscowościami, to reszta dróg jest właśnie taka- wąskie, kręte i ciągle w dół, w górę, w dół, w górę. 


 To jest droga do Cierlicka (między wsiami), którą jechaliśmy na skróty. Owszem, nożna było szeroką pojechać, ale na około i musielibyśmy wracać prawie pod Ostrawę. No i mimo strachu na tych wąskich zakrętach i "spadach" w dół, to naprawdę wolę jechać takimi drogami. A teraz jeszcze, kiedy kwitną tarniny, forsycje, kiedy zaczyna się delikatnie zielenić, to widoki na pola, lasy i przydrożne drzewa, są niesamowite. Nie zobaczyłabym takich cudowności, jadąc głównymi drogami.

Czechy to pagórkowaty kraj, a krajobraz mają jedynie zmienny w dwóch postaciach- większe pagóry, mniejsze pagóry i tak na zmianę. O nizinach zapomnij. Czasem zdarzają się ciut szersze kotliny między tymi pagórami. Ale trzeba przyznać, że jak już się wjedzie na takie wzgórze i spojrzy na czeskie Beskidy, to ich widok dech zapiera.

To widok na zalew żermanicki z drogi do Cierlicka,


O zbiorniku żermanickim można przeczytać:

„Zbiornik, który powstał po zbudowaniu zapory, ma 2,48 km² powierzchni, a w najgłębszych miejscach aż 28 metrów głębokości. Całkowita pojemność zalewu to 25 300 000 m³. Zaporę wybudowano na Łucynie, zalewając przy tym Szobiszowice Dolne i Górne, by zapewnić wodę dla ostrawskiego przemysłu.

Przy jej budowie powstał, uznany w 1992 roku za pomnik przyrody, kamieniołom. Czerpano z niego surowiec, który wykorzystywano do przygotowywania betonu na budowę zapory (zużyto go 116 600 m³). W odkrywce dostrzec można także cieszynit.

A ponieważ w Łucynie wody było zbyt mało, w 1959 roku przekopano kanał zasilający zbiornik z rzeki Morawki.

Długą na 314 m koroną zapory prowadzi droga. Po obu jej stronach są wygodne chodniki. A na przyczółkach ustawiono ławki. Na koronie zapory jest zlokalizowany obiekt o ciekawej architekturze – maszynownia mechanizmu wyciągowego służąca do regulacji poziomu wody w zaporze.”

Wokół zalewu trawiaste plaże zachęcają do pikniku. Obecnie zbiornik wykorzystywany jest do rekreacji – pływania, sportów wodnych i wędkowania. Żyje w nim wiele gatunków ryb, takich jak karp, leszcz, szczupak, sandacz, lin, węgorz, okoń, a w górnej jego części nawet pstrąg.

Z korony zapory roztacza się widok na Beskidy z dominującą nad nimi Łysą Górą.”

https://zwrot.cz/2021/03/spacery-ze-zwrotem-zapora-w-zermanicach/

 Widok na łysą Górę.


Tak wygląda zbiornik z lotu ptaka (zdjęcie z Netu)


 Droga przez zaporę

Widok na maszynownię zapory. Nie ma jednak ławeczek i w ogóle jest siermiężnie- po prostu droga koroną zapory i tyle.

Było niedzielne południe. Na parkingu dwa samochody, ludzi  na szosie parę. Cicho, tylko przejeżdżające samochody, od czasu do czasu, szumiały oponami na bruku. Widok na góry zachwycający, widok na zalew cudny,


a na wodzie mewy, kaczki i perkozy. 

 Mewa śmieszka.


Jaskół nakręcił film z perkozami. To samo chciałam zrobić, jednak nie potrafiłam złapać ostrości, dlatego w tle filmu  słychać moje marudzenie.


Ptaków na wodzie było niewiele. Prawdopodobnie mają inne miejsca na żerowanie i gniazdowanie. W ogóle zbiornik robi wrażenie dzikiego, pustego. Myślę, że o tej porze tylko, bo latem kręci się tu sporo turystów, również Polacy lubią tutaj przyjeżdżać.

A to zapora z drugiej strony. 


Tutaj to już na serio traciłam oddech z przerażenia, ale powiedzmy, że dzielnie walczyłam z moimi lękami. Nakręciłam film, jednak film Jaskóła jest lepszy i ten wkleiłam

Pozostałość po siedlisku- stary sad. Ogromnie malowniczy widok, zwłaszcza z takiej wysokości.

Stojąc tak na górze, mając za plecami ogrom wody, myślałam o  ludziach, którzy mieszkają w domach na dole. I chyba każdy, kto stoi na górze zapory choć przez chwilę wyobraża sobie sytuację, kiedy tama puszcza i zwały wody walą się na te domy. Aż mi się zimno zrobiło na myśl o takiej katastrofie.

Widok na wieżę kościoła wśród leciutkiej zieleni. Takie klimaty lubię łapać w obiektyw.


Pełen emocjonalny reset, oddech, spokój, wyciszenie. Jak dobrze, że są jeszcze takie miejsca, prawie bezludne nawet w niedzielę w Czechach. U nas, kiedy jedziemy nad Zalew Goczałkowicki, w dzikie zdawało by się miejsce, zawsze kilkoro ludzi, kilku rowerzystów się znajdzie. A im bliżej lata, tym ludzi tam więcej.

Nacieszyliśmy się ciszą, spokojem, nakręciliśmy filmy, nasycili oczy widokami i pojechaliśmy na Żwirkowisko. A droga była tak samo paskudnie kręta, wąska i góra-dół, jak ta, którą przyjechaliśmy. 15 minut emocji jak na Roller Coasterze.


PS.

W naszej wsi utworzono punkt zbiórki darów dla uciekinierów ukraińskich. Działa w każdy wtorek, w określonych godzinach popołudniowych.  Przed Świętami zawiozłam tam kolejną partię rzeczy (o pierwszej pisałam TU). Okazało się, że w naszej wsi mieszkają Ukrainki z dziećmi. O ich potrzebach dowiedziałam się trochę więcej i już mniej więcej wiem, co należy dostarczać, ale nadal nie mam zielonego pojęcia, jakie to kobiety, jakie rozmiary np. ubrań potrzebują itp. (zamówiłam  w ciemno, w Internecie trochę ubrań dla nich).  Ponieważ brakowało proszków do prania, pojechałam do sklepu i do tego, co daliśmy (bo przecież z Jaskółem to organizujemy) dodałam dwa duże proszki do prania i parę damskich dezodorantów. 


Cieszę się, że mogę pomagać, cieszę się, że mogę Wam pokazać, jak pomagamy i w nosie mam, że ktoś nazwie tę pomoc z naszej strony hipokryzją (jak te zidiociałe na starość babskie pudła, które nic innego nie potrafią tylko tworzyć bulwersujące, nijak nie przystające do rzeczywistości, teorie i wozić się po ludziach dobrej woli).

Miłego dnia

 

 

 

wtorek, kwietnia 19, 2022

Ich wojenna codzienność


 
W tamtym czasie Dire Strais w "Brothers in Arms" pisał o wojnie o Falklandy. 
Dziś piosenka jest znów aktualna bardziej niż kiedykolwiek, 
bo mówi o kolejnej wojnie, tym razem o wojnie w  Ukrainie. 
Nagrano do niej nowe wideo.