„W sobotę nad ranem doszło do tąpnięcia w Kopalni Zofiówka należącej do Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Nie ma kontaktu z dziesięcioma pracownikami. Trwa akcja ratunkowa.
Robert Wnorowski, rzecznik prasowy CSRG poinformował w rozmowie z TVN24, że do akcji ratowniczej skierowano cztery zastępy ratowników: dwa z CSRG w Bytomiu oraz dwie dyżurujące w Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Wodzisławiu Śląskim.”
W kopalni Borynia-Zofiówka Ruch Zofiówka w sobotę nad ranem doszło do wstrząsu - poinformowała Jastrzębska Spółka Węglowa. Utracono kontakt z 10 pracownikami, trwa akcja ratownicza - dodano.
Do "wstrząsu wysokoenergetycznego połączonego z intensywnym wypływem metanu" doszło o godzinie 3.40.
"W rejonie wypadku było 52 pracowników, 42 z nich wyszło o własnych siłach. Do zdarzenia doszło w sobotę o 3:40. Trwa akcja ratownicza" - przekazała JSW. Z 10 pracownikami nie ma kontaktu.
Robert Wnorowski, rzecznik Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego, mówił w TVN24 o wybuchu w kopalni Borynia-Zofiówka.
- O godzinie 4 otrzymaliśmy wezwanie do akcji ratowniczej w Zofiówce, zadysponowaliśmy dwa zawodowe zastępy ratownictwa górniczego z centralnej stacji oraz dwa zespoły dyżurujące w Wodzisławiu Śląskim. Pojechało z naszej strony też pogotowie pomiarowe - przekazał. Dodał, że "na miejscu działa już sztab akcji ratowniczej" i został wyznaczony kierownik tej akcji.
Kolejny wybuch w kopalni w ciągu kilku dni
To kolejny wybuch w polskiej kopalni w ciągu ostatnich dni. W środę w nocy w kopalni Pniówek w Pawłowicach doszło do wybuchu i zapalenia metanu. W czasie, gdy akcję prowadziły dwa zastępy ratowników, poszukujące trzech pracowników, doszło do wtórnego wybuchu. W czwartek wieczorem w kopalni doszło do kolejnych wybuchów metanu.
Dotąd potwierdzono śmierć pięciu ofiar katastrofy, los siedmiu nie jest znany. Po czwartkowych wybuchach sztab zdecydował o odstąpieniu od akcji poszukiwawczej siedmiu zaginionych górników i o izolowaniu tej części kopalni, żeby nie zagrażała ludziom w pozostałej części zakładu.”
Kopalnia Borynia- Zofijówka leży w pobliżu kopalni Pniówek w Pawłowicach.
To wysokometanowe kopalnie. Pracują
już kilkadziesiąt lat i nie było w nich większych wybuchów, czy zawałów, do
czasu, bo…w artykule jest odpowiedź, dlaczego teraz doszło do wybuchów metanu i
przyczyna jest przerażająca. Te stanowiska nadane z ramienia PiSu, te
kombinacje górniczych związków zawodowych, ten wyścig na zysk, doprowadziły do
tragedii. Trzeba dodać, że po pierwszych akcjach ratowniczych na Pniówku, stężenie metanu wzrosło, a mimo to posłano pod ziemię następną grupę ratowniczą- 10 ludzi.
"Po pierwszym wybuchu w kopalni Pniówek stężenie metanu rosło. Dlaczego wysłano tam ratowników?
W chwili pierwszego wybuchu na kopalni Pniówek stężenie metanu wynosiło zabójcze 6 procent. Potem rosło, a mimo to ktoś zdecydował o wysłaniu pod ziemię ratowników. W kopalni nie było też dyrektora, bo odszedł na emeryturę i przez kilkanaście dni nie powołano jego następcy.
Kopalnia Pniówek w Pawłowicach należy do notowanej na giełdzie Jastrzębskiej Spółki Węglowej. To zakład o czwartym, najwyższym stopniu zagrożenia metanowego. Oznacza to, że podczas wydobywania węgla może tam w każdej chwili dojść do uwolnienia metanu. Mieszanina tego gazu z powietrzem w stężeniu od 5 do 15 procent ma właściwości wybuchowe. Eksplozję może zainicjować nawet iskra z jakiegoś urządzenia. Fala uderzeniowa ma temperaturę sięgającą 2 tysięcy stopni i niszczy wszystko na swojej drodze.
„Zefir" zarejestrował gwałtowny wzrost metanu
20 kwietnia w nocy w kopalni Pniówek na poziomie 1000 metrów doszło do eksplozji metanu. Pod ziemią pracowało wtedy kilkudziesięciu górników. Na pomoc wysłano dwa zastępy ratowników. W trakcie akcji doszło do kolejnego wybuchu. Pod ziemią zginęło czterech górników, piąty zmarł w szpitalu. 25 osób zostało rannych, stan kilku z nich jest bardzo ciężki. Pod ziemią - w zagrożonym rejonie - nadal przebywa siedmiu górników, z którymi nie ma żadnego kontaktu.
„Wyborcza" dotarła do zapisu z kopalnianego systemu „Zefir". To coś w rodzaju czarnej skrzynki, która monitoruje wszystkie podziemne urządzenia i czujniki zamontowane pod ziemią. „Zefir" zapisuje dane z czujników metanu, systemów przeciwpożarowych, ciśnieniomierzy. Widzi, która tama jest otwarta, monitoruje ruch powietrza w chodnikach, a także pracę kombajnów. W nocy z 19 na 20 kwietnia „Zefir" nie odnotował stopniowego wzrostu stężenia metanu. Dopiero o godzinie 0.12 czujnik znajdujący się na początku ściany, gdzie pracowali górnicy, zarejestrował gwałtowny skok stężenia metanu do poziomu 6 procent. Zaraz potem nastąpiła eksplozja. Może to świadczyć o tym, że w czasie fedrunku przypadkowo odkryto jakiś ujęcie metanu.
Z zapisów „Zefira" wynika, że po pierwszym wybuchu pod ziemią prawie cały czas utrzymywało się niebezpieczne stężenie metanu. - Był moment, że w pewnym miejscu miało wartość nawet 18 procent - mówi nasz informator. Mimo to ktoś zdecydował, żeby wprowadzić pod ziemię ratowników.
- Formalnie to był błąd, bo nie wysyła się ratowników w miejsca, gdzie panują warunki zagrażające ich życiu. Po ludzku ich jednak rozumiem, chcieli ratować kolegów - mówi Jerzy Markowski, były ratownik górniczy i wiceminister górnictwa.
O godzinie 3.10 system „Zefir" odnotował kolejny podziemny wybuch metanu w chodniku N12. Prowadził on do miejsca, gdzie doszło do pierwszej eksplozji metanu. Pod ziemią zostało pięciu ratowników oraz dwóch górników, na pomoc którym śpieszyli. - W chwili drugiej eksplozji poziom metanu w chodniku N12 wynosił 5 procent - mówi nasz informator.
Kto zdecydował o prowadzeniu akcji ratunkowej, choć poziom metanu pod ziemią był na niebezpiecznym poziomie?
- Przyczyny wypadku będzie wyjaśniała komisja Wyższego Urzędu Górniczego i do czasu zakończenia jej prac nie będę się wypowiadał na temat okoliczności tej tragedii - stwierdził Sławomir Starzyński, rzecznik prasowy JSW.
Od 31 marca kopalnia Pniówek nie miała dyrektora. Józef Jaszczyk, jej wieloletni szef, został wysłany na emeryturę. Odszedł, bo JSW naciskało na niego, aby przekonał jednego ze swoich zastępców, aby ten zrezygnował ze stanowiska i przeszedł na stanowisko inspektora z pensją 3 tys. zł.
- Za tym wszystkim stali działacze związkowi, którzy domagali się tej zmiany personalnej. Dyrektor Jaszczyk nie zgodził się na to, uniósł się honorem i odszedł na emeryturę - mówi nasz informator. Do dnia katastrofy JSW nie powołała nowego dyrektora. Czy jego brak mógł mieć wpływ na przebieg akcji ratunkowej? Rzecznik górniczej spółki nie odpowiedział na to pytanie.
JSW zmieniła zasady przetargów
Trzy lata temu górnicza spółka zmieniła natomiast politykę odmetanowiania kopalń. Przez lata tymi pracami na kopalniach zajmowały się specjalistyczne firmy zewnętrzne. Budowały rurociągi, wierciły i likwidowały otwory drenażowe, montowały i serwisowały aparaturę pomiarową. W 2019 r. JSW zdecydowała o powołaniu własnych służb odmetanowiania i przejęciu obsługi stacji odmetanowiania w poszczególnych zakładach. Jednocześnie w drodze przetargu wyłoniono firmy zewnętrzne, które wykonują tam prace wiertnicze oraz kompleksowe odmetanowanie w wyrobiskach eksploatacyjnych.
„Taki model funkcjonuje w wielu innych kopalniach i pozwala na większą kontrolę ujęcia i zarządzania ujmowanym gazem, co również w znacznym stopniu poprawia efektywność odmetanowania, a więc bezpieczeństwo pracy" - napisała „Wyborczej" Katarzyna Jabłońska-Bajer, zastępca dyrektora biura komunikacji i PR JSW.
„Wyborcza" dotarł do pism, w których w 2019 r. przedstawiciele firm zajmujących się odmetanowieniem ostrzegali zarząd JSW, że zmiana zasad przetargów może negatywnie odbić się na bezpieczeństwie. Dlaczego? Do postępowań na te prace dopuszczono firmy nieposiadające polis OC, zminimalizowano próg posiadanego doświadczenia, a także zrezygnowano z weryfikacji ekonomicznej. Do postępowań dopuszczono firmy z kapitałem zakładowym na poziomie 5 tysięcy złotych.
„Przy wykonywaniu usług odmetanowienia kluczową i priorytetową rolę powinny grać kwestie bezpieczeństwa. W naszej ocenie prowadzone obecnie przez JSW S.A. działania skierowane na osłabienie spółek wykonujących tę usługę na podstawie zawartych umów oraz dopuszczenie do przetargów podmiotów niegwarantujących prawidłowego wykonywania usług rodzi duże ryzyko w zakresie bezpieczeństwa załóg oraz ciągłości wydobycia" - ostrzegali zarząd JSW szefowie firm zajmujących się odmetanowianiem.
Co na to górnicza spółka? „Próba insynuacji, że działania te mogły mieć jakikolwiek wpływ na pogorszenie bezpieczeństwa pracy, są absolutnie bezpodstawne i nieprawdziwe" - napisała nam Katarzyna Jabłońska-Bajer.
W ścianie fedrowano bez przerwy
Górnicy z kopalni Pniówek mówią, że ściana, w której doszło do katastrofy, była bogata w złoża węgla. Fedrowano tam non stop. - Wszystko wedle zasady „pierdolę zdrowie, pierdolę życie, na grubie liczy się wydobycie" – mówią górnicy.
10 maja rozstrzygnięty zostanie konkurs na nowy zarząd JSW. Tomaszowi Cudnemu, prezesowi JSW, i czterem jego zastępcom skończyła się kadencja. Starają się o reelekcję. Czy dla dobrych wyników w kopalni Pniówek śrubowano wydobycie? Spółka nie odpowiedziała na to pytanie.
W piątek kierownictwo JSW zdecydowało o wstrzymaniu akcji poszukiwawczej siedmiu zaginionych górników. Zwłoka może potrwać nawet kilka miesięcy. - To bardzo trudna decyzja, ale wysyłanie ratowników w tak niebezpieczny rejon byłoby nieodpowiedzialną decyzją - powiedział Tomasz Cudny, prezes JSW.
W czwartek wieczorem na poziomie 1000 metrów doszło do siedmiu wybuchów. Ucierpiało w nich 10 ratowników.
W kopalni Pniówek
"Do tej pory potwierdzono zgon pięciu pracowników JSW. Cztery zmarły na stanowiskach pracy, jedna w szpitalu w Siemianowicach Śląskich. 10 osób przebywa w siemianowickiej oparzeniówce. Ich stan jest ciężki, pięciu z nich znajduje się na OIOM-ie. Kolejnych 11 poszkodowanych hospitalizowano w lecznicach na Śląsku. Ich stan lekarze określali jako dobry.
W czwartek wieczorem, w trakcie akcji poszukiwawcze, doszło do kolejnych wybuchów metanu. Do szpitali przewieziono też 7 ratowników górniczych, ich życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Po tym zdarzeniu - ze względu na wysokie stężenie metanu i innych niebezpiecznych gazów - zawieszono akcję poszukiwawczą, a rejon katastrofy odizolowano. Pod ziemią wciąż jest siedem osób: dwóch górników i pięciu ratowników górniczych."
W górnictwie jest zasada- szukamy do oporu, ratujemy do oporu, ale w sytuacji zagrożenia wybuchu metanem, żadna akcja ratunkowa nie wchodzi w grę.
Smutne to- tych siedmiu ludzi, którzy zostali tam, na dole, chyba nie da się już uratować.
Zaznaczenia kolorem moje.























